^(^) Rozpoczynam nową część.
> Nie jest to to, co wymyśliłam niedawno. Wymyśliłam to przed chwilą. Liczę, że rozwiniemy fabułę i dodamy jeszcze kilku ciekawych bohaterów.
v
CZĘŚĆ CZWARTA. PROLOG.Zdawać by się mogło, że ludzi nigdy nie znudzą skomplikowane historie z udziałem jeszcze bardziej pokręconych bohaterów. Historie, sięgające zamierzchłych czasów, opowieści o splątanej w tajemniczy, zupełnie mistyczny sposób fabule - tak, że można by przypuszczać o ich bliskich koligacjach z najzwyklejszymi, najpodlejszymi słuchawkami od mp3, wyciągniętymi z przepastnej kieszeni tudzież torby o zmroku dnia poprzedniego. Historie znajdujące swoich bohaterów wśród zapomnianych bóstw, mitologicznych stworów, przedstawicieli świata równoległego, cherlawych bardów, Wikingów pożenionych ze smokami i innych mniej lub bardziej nadających się stworzeń (co do istnienia niektórych nie mając pewności). Zdawać by się mogło, że już bardziej nie można, ale jednak…
- „Kim zostaniesz, gdy dorośniesz.” – przeczytał głośno siedmioletni Mael ze zrezygnowaną miną.
Po pierwsze, zadanie domowe było źle sformułowane i chłopiec próbował dać do zrozumienia nauczycielce, że brzmi raczej jak pytanie, na które można odpowiedzieć jednym, no – najwyżej dwoma słowami. Za tę delikatną sugestię został ukarany i musiał zostać po lekcjach. Nie rozumiał dlaczego, nie rozumiał po co, ale pozbierał papierki, wytarł dokładnie tablicę i wywietrzył salę lekcyjną dla świętego spokoju. Wszystkie te czynności wykonywał z miną przekonanego o swojej racji młodego człowieka, który nie zamierza dać za wygraną.
Po drugie, miał dopiero siedem lat. Siedem lat! Kto to widział, żeby siedmiolatkowi kazać wypisywać takie bzdurne wypracowania! Skąd on miał wiedzieć, kim zostanie? Tego nie wiedział nawet jego dziadek, a skoro dziadek nie wiedział, ostatnia nadzieja Maela padła jak martwa i sama się pogrzebała. Ile razy chłopiec słyszał, jak jego starszy brat, Marco, który z pewnością był już dorosły – sam wybierał sobie w sklepie buty i miał własny samochód, dostawał burę od rodziców, bo wciąż nie miał pracy. Kiedy był mały, chciał zostać leśniczym, ale dorósł i nim nie został, więc jaki sens w takim gdybaniu i zastanawianiu się, kiedy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość?
Mael był zły. Na szczęście nauczycielka zadała dwa tematy i można było sobie wybrać jeden z nich, żeby napisać wypracowanie. Drugi brzmiał: „Moja największa przygoda w życiu.” I również do najlepiej skonstruowanych nie należał, ale z dwojga złego chłopiec wolał go od poprzedniego.
Odkręcił zakrętkę z pióra i przyłożył je do czystej kartki. Dwie godziny później zdał sobie sprawę, że jest skończony w tej szkole.
Marco piąty dzień czaił się w krzakach, wyczekując mary, którą zamierzał zniszczyć. Niestety, jak na złość nie mógł się zjawy doczekać. Przyświecając sobie latarką, przekładał kolejne strony dziennika swojego prapraprapradziada, określającego siebie mianem Ostatniego Barda.
- Bogowie, co za idiota… - mruczał pod nosem, kręcąc głową. – Wikingowie? Odyn? Kraken?! Dziaduś miał zdrowo nierówno pod kapeluszem…
Wśród głuszy dało się słyszeć cieniutki głosik śpiewającej dziewczynki, potem kliknięcie i świst suchych szyszek.
- Fak! – Marco zerwał się na równe nogi i pognał znaną sobie ścieżynką prowadzącą przez krzewy dzikich malin. Coś mu mówiło, że w pułapkę nie złapał się dybuk. One nie mają zwyczaju śpiewać „Przybyli ułani pod okienko” przechadzając się wieczorami po lesie…
Maureen, wisząc do góry nogami, z dołem sukienki w okolicach brody, szarpała się i mocowała z liną, która więziła ją za lewą kostkę.
- Tego mi jeszcze brakowało! – syczała przez zaciśnięte z wściekłości zęby. – Cholernych sideł cholernego nocnego łowcy! Niech ja cię tylko dorwę ty zawszony, pokręcony kretynie!
Krzaki malin zaszeleściły, więc dziewczyna zaprzestała szarpaniny na korzyść gorączkowego poprawiania sukienki.
- Wyłaź z malin i uwolnij mnie! – krzyknęła. – Jak widzisz, nie jestem dybukiem, niedoszkolony bałwanie!
Lecz to nie Marco obserwował ją, schowany w krzakach. Żółte ślepia zogniskowały się na jej obrazie, a źrenice zwęziły w pionowe szparki.
Tymczasem niebo przecięła błyskawica i ktoś oparzył się o niewprawnie zamontowany nad paleniskiem kociołek.