^Tak, jestem to ja. Z góry upraszam o przebaczenie i zmiłowanie za zwłokę. I tak nikt mi nie uwierzy, jeśli napiszę jak bardzo miałam wczoraj zorganizowany dzień, w którym mój grafik nie przewidywał innego posiłku niż śniadanie i garść paluszków w ramach obiadu, dlatego proszę:
>
- Ała! – Donośny wrzask cierpiącego młodego człowieka rozerwał ciszę wiszącą pomiędzy kolejnymi grzmotami piorunów. – Ała! Fak! – Młody człowiek kuśtykał w stronę poręcznie urządzonej (choć kompletnie bez smaku) małej kuchni.
Kuśtykał, ponieważ kilka godzin wcześniej, kiedy nie zdążył nawet wstać z łóżka (mahoniowe drzewo, kolumny, zasłony), na nogę spadł mu żyrandol (kute żelazo, szkło, mnóstwo ostrych, misternie poskręcanych listków). Tak, wtedy domyślił się, że głupotą było jednak stawianie łóżka pod żyrandolem*, którego mocowanie stawiało oglądającemu je wiele pytań, dotyczących czasu. Czasu, jaki jeszcze powisi, nim spadnie i rozbije się komuś na głowie – w wersji optymistycznej: na nodze.
Młody człowiek doczłapał się jakoś do umywalki i zanurzył w zimnej wodzie rękę po łokieć, by po chwili wyjąć ją z kolejną porcją wrzasków i przekleństw – zapomniał, że w umywalce hoduje przecież wodnego chochlika, stworzenie zupełnie nie nadające się na współlokatora jego niedużego mieszkanka w wieży.
- Dlaczego mam takiego pecha? – pytał sam siebie młody człowiek. – Przecież jestem potęgą! – Tupnął wściekły i pisnął z bólu.
Tupnął oczywiście nie tą nogą, która pozostawała zdrowa. Pioruny nadal trzaskały, w równych odstępach czasu, dokładnie tak zakrzywione i jasne, jak sobie wcześniej zamierzył. Był z siebie dumny – na czas odszyfrował starodawne zapiski jego poprzednika i zdążył wydać Ostrzegawczy Sygnał Błyskawicowy**. To była ta noc, był pewien. Teraz należało tylko wyleczyć nogę (do tego potrzebował wywaru z przypalonego kociołka), wyjść z wieży po raz pierwszy od kilku lat i odszukać dziewczynę, następnie zabrać jej podejrzany instrument muzyczny, wrócić do wieży, zamknąć się w niej na siedem spustów i wreszcie zniszczyć przeklęty przedmiot, który przecież nigdy nie przepadł w żadnych odmętach najgorszych ruin, kraterach wulkanów, nie spadł do żadnej przepaści, nie utracił strun i nie odnalazł ich ponownie – wszystko to były tylko bajki, czcza gadanina, bezsensowne opowieści starych, pokrzywionych przez nadużywanie fajkowego ziela stulatków.
Zanim jednak młody człowiek zabrał się za to wszystko, nalał sobie do czarki przypalonego, gęstego jak smoła, choć pachnącego dużo gorzej wywaru i włączył telewizor, bo w końcu mieli nadawać relację z występu tańczących tygrysów. Nie mógł zrozumieć, jak udało się namówić je do noszenia tych wszystkich tiulowych i błyskających różem po oczach warstw odzienia. Sam próbował kiedyś kląć chrabąszcze, ale skończyło się to tygodniową utratą przytomności***.
- Zdejmiesz mnie stąd, idioto?! – Maureen nie przebierała w słowach, dość miała niewychowanego chłopaka, który krążył wokół niej, jakby była, nie przymierzając, świńskim truchłem, wiszącym za nogę na haku w rzeźni, a i tak, uważała, znalazła się w gorszej sytuacji, musząc ciągle pilnować sukienki, która jakoś nie chciała oprzeć się prawu grawitacji, cokolwiek by z nią nie robiła.
Marco faktycznie przechadzał się spokojnym krokiem wokół niej. Wcześniej rozpalił ognisko dwa metry dalej – noc w końcu była chłodna, a on nie lubił marznąć podczas pracy. Zbadał już kilka możliwości – wisząca do góry nogami dziewczyna nie była rusałką (była co prawda szczupła i delikatnej budowy, ale kiedy błyskał jej po oczach skonstruowanym przez siebie małym laserem, który dawał szybkie, urywane serie świetlików, nie zaczęła piszczeć i wić się ze strachu, tylko kląć i usiłować kopnąć go wolną nogą). Dzięki pierwszemu doświadczeniu miał od razu załatwioną drugą próbę – kiedy dziewczyna wierzgała wściekle, spostrzegł, że nie ma owłosionych nóg, czyli czarownicą też nie była. Nie była również strzygą, wampirzycą i leśnym chochlikiem, prowadzącym zbłąkanych wędrowców na bagna. Marco wykluczył również wilkołaczkę, poirytowanego elfa i wiłę. Chwilę zastanawiał się nad dybukiem, ale przypomniał sobie sprawę, że one nigdy nie przybierają postaci kobiet, choćby umierały z głodu.
- Chyba wszystko z tobą w porządku – uznał po chwili namysłu, uważnie przyglądając się całej sylwetce dziewczyny, która, choć widziana odwrotnie, spodobała mu się.
- To mnie odetnij, świrze! – krzyknęła.
Chłopak obszedł jeszcze raz dookoła przypadkową ofiarę polowania i nim się spostrzegła, spętał jej nadgarstki sznurem.
- Co robisz?!
- Pierwsza zasada kodeksu: nigdy dość ostrożności – wyrecytował automatycznie Marco. – Teraz przytrzymaj się mnie, ostrożnie odetnę linę.
- Czym mam się przytrzymać, panie przerażający oprawco potworów? Zębami? Bo chyba tylko je mi pozostawiłeś nie skrępowane.
- Odzywaj się do mnie nadal w ten sposób, a powisisz tu i poczekasz na strzygę, która ucieka mi od zeszłego piątku. Jest głodna, pełnia była wczoraj, a skutecznie utrudniłem jej zdobycie pożywienia. Myślę, że nie będzie wybrzydzać i schrupie cię ze smakiem, a twoje…
- Tnij ten sznur, pomyleńcu!
- Proszę bardzo. – Marco bez zbędnej etykiety wyciągnął nóż i jednym sprawnym ruchem odciął dziewczynę, z lubością przyglądając się, jak spada na stos szyszek i zeschniętych liści. – Masz dwa wyjścia, moja droga – mówił. – Pierwsze: powiesz mi, gdzie mieszkasz i odprowadzę ci do domu…
- Sama trafię, dziękuję – syknęła, odwiązując związanymi rękami sznur z kostki.
- Wspominałem coś o strzydze? – Marco udał namysł.
- Druga możliwość to?
- Usiądziesz ze mną przy ognisku i porozmawiamy. Może jeszcze uda mi się złapać tego przeklętego dybuka albo chociaż marnego chochlika, który zwodzi mnie od wczoraj, ale na to muszę być w lesie, a nie prowadzać cię do domu.
Maureen faktycznie miała dwa wyjścia. Jednym była ucieczka, ale nie do domu, na pewno nie do domu. Drugą było unieszkodliwienie chłopaka i ucieczka. W końcu dziewczyna wybrała trzecią możliwość.
- Masz coś do jedzenia? – spytała.
Mael patrzył przez okno, wychodzące na las. Las, w którym kilka godzin temu zniknął jego starszy brat. Niósł plecak i torbę na książki, ale co do jej zawartości chłopiec nie był pewny. Był pewny tylko tego, że Marco nie niósł w niej książek. W plecaku miał kanapki i termos z gorącą kawą – mama co wieczór szykowała mu „śniadanie” do pracy. Biedna, myślała, że jej najstarszy syn nareszcie znalazł odpowiednią pracę. Wszystko dlatego, że nie widziała go bladym świtem, kiedy zwykł wracać do domu. A Mael widział… Marco śmierdział bagnami, często był podrapany i pochlapany czymś, co wyglądało zupełnie jak zaschnięta krew. Chłopiec był przekonany, że „nocna zmiana jako leśniczy” nie zapewnia tylu niedobrze pachnących atrakcji.
Nie tylko to budziło w siedmiolatku wątpliwości co do zajęcia, jakim parał się nocami jego brat. Niedawno, ledwie Marco wyszedł do lasu wieczorem, Mael wkradł się do jego pokoju, zwykle zamkniętego na klucz. W sumie o żadnym wkradaniu mowy być nie mogło, bo brat zapomniał zamknąć drzwi, ale Mael lubił myśleć, że zakradł się tam jak skrytobójca.
Pokój wyglądał zwyczajnie, ale chłopiec wiedział, gdzie ma szukać. I znalazł. Słoiczki z kolorowymi proszkami, oznaczone etykietami z runicznym pismem, cała szuflada świec – różnej maści i koloru, niektóre wypalone do połowy, różnorakie kamienie, blaszki, wisiorki, małe i większe kosteczki, brudne od ziemi, kilka sztyletów i składany miecz (MDPT0076653653). Prócz tego książki, dzienniki… Mael nie rozumiał większości języków, w jakich zostały napisane, więc jego uwagę przykuł dziennik człowieka, który nazywał siebie Ostatnim Bardem. Otworzył gruby zeszyt oprawny w skórę ze sztucznego tworzywa i zauważył, że gdzieniegdzie Marco poczynił notatki o treści: „Sprawdzić!”, „Gówno prawda!”, „Jestem Ostatnim Bardem i potrafię tylko układać fałszywe ballady…”, „Głupi dziadunio.” i wiele, wiele innych, niekoniecznie nadających się do przytoczenia. Mael zostawił wszystko dokładnie tak, jak zastał i położył się spać, zastanawiając się, co tak naprawdę robi nocami jego brat.
Była już prawie piąta rano i zbliżała się pora powrotu Marco do domu po Ciężkiej Nocy W Pracy. Mael przyjrzał się uważnie ścianie lasu. Tak, jak się spodziewał, krzaki porastające jego skraj poruszyły się i wychynął zza nich jego brat. Ale tym razem nie szedł sam. Szedł z dziewczyną!
*Łóżko już przesunął. Szkoda, że po tym, jak kilka listków boleśnie werżnęło mu się w łydkę…
**OSB.
***Nie chrabąszczy z pewnością.
Czy Mael i Marco są potomkami EjDżeja?
Czy Maureen jest potomkiem kogoś jeszcze gorszego?
Co chce uczynić Zła Wiedźma?
Jak potoczą się dalsze losy Maela?
Skąd w niewykształconym muzycznie chłopaku talent muzyczny?
Czy to co widział to zapowiedź końca dla jego brata?
Czy kruk był tylko ptakiem?
Czyżby Lutnia wróciła?
Czy imię Młodego Człowieka z wieży będzie zaczynało się na „M”?
Czy to Maureen jest tą dziewczyną, której szuka?
Dlaczego Maureen nie może wrócić do domu?
DEMONY WIEDZĄ! BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ!*(*) Bardzo proszę o nie ruszanie postaci Marco i Maureen w następnym odcinku. Jeśli oczywiście uznacie, że moja prośba jest nie na miejscu, ruszcie, ale wtedy zgubi mi się pomysł. Nie mogłam go opisać tym razem, bo i tak mam wrażenie, że to wszystko jest przydługawe.
v Napisze komentarz do odcinka, może kolejny odcinek, może wymyśli imię dla Młodego Człowieka z wieży.