>
- Starzy, powiadasz?
Loki przełknął ślinę. Musiał się szybko zastanowić, by móc jeszcze szybciej podjąć decyzję. Miał Jedyny-W-Swoim-Rodzaju-Oryginalny-Zegarek-Przedwiecznych, chociaż nie był pewien, czy to dokładnie to, o co mu chodziło, bo nigdy wcześniej nie miał z nim styczności. Teraz powinien uciekać, prawda? Uczynił krok w stronę drzwi, nie spuszczając czujnego wzroku ze Złej Wiedźmy.
- No, przecież młodzi nie byli... - Spróbował uśmiechnąć się czarująco, ale ze złością zauważył, że na tę kobietę jego wrodzony urok nie działa.
- Nie mydl mi tu oczu, blondwłosy baranie! - irytowała się. - Kim są jego rodzice?
- Nie wiem - grał na zwłokę, ale z każdym słowem był coraz bardziej pewny, że to raczej gra na zwłoki.
Konkretnie: jego zwłoki.
- Nie zapominaj, mój drogi, że znam Twoje pełne imię i mogę je w każdej chwili wykorzystać przeciwko tobie - zagroziła, opadając z gracją na fotel, który zatrzeszczał złowieszczo ze starości*.
- Nie możesz znać mojego imienia - odparł pewnie Loki. - Zostało starannie zaszyfrowane i...
Zła Wiedźma pokiwała głową i unosząc brwi zapytała:
- Jak bardzo starannie, Lokacjuszu?
EjDżej siedział na gałęzi swojego ulubionego drzewa, jedynego, które rosło w niedużym ogródku ciotki za domem. Rozłożysta jabłonka, pokryta maleńkimi białymi kwiatkami, mocno pachnącymi o tej porze roku, stanowiła świetną kryjówkę przed... chyba przed wszystkimi.
EjDżej nie miał zbyt wielu kolegów odkąd w pierwszej klasie niechcący jednego podpalił. Oczywiście dorośli nie uwierzyli w dziecięcą historyjkę, w której niby EjDżej popatrzył na Brajana i mała iskierka zaprószyła ogień na jego jesiennej kurteczce, ale dorośli nie wierzą w mnóstwo rzeczy, bo nie umieją naprawdę otworzyć oczu. Wszystkie dzieci uwierzyły i od tamtego dnia bały się trochę EjDżeja.
Nie przeszkadzało mu to, sprawiało nawet radość. Żaden z jego znajomych nie pachniał dymem, chłopiec najzwyczajniej w świecie się z nimi nudził.
Teraz sąsiad rozpalił ognisko i wrzucił do niego mokre liście. EjDżej odetchnął głęboko gryzącym, czarnym dymem, który wypełnił mu płuca.
Matka nie była tak ważna. Znał ją, pamiętał trochę, może nieszczególnie wyraźnie, ale dla niego była zwyczajna. Ojciec. Chłopczyk czuł, że chodzi o ojca, ale nie wiedział, w jaki sposób dowiedzieć się, kim był.
- Zawsze, kiedy kontaktujesz się ze mną w ten sposób, zaczyna boleć mnie głowa - marudziła Batman, opadając na łoże - i boli mnie przez tydzień! Nie mogłeś wysłać Hermesa?
- Pomyliły ci się mitologie, kochanie - odparł Odyn, odpalając fajkę.
- No to gołębia?
- Nie mamy tu gołębi. Kiedy Loki dowiedział się, że potrzeba gołębiego pióra, by przejąć władzę nad światem, kazałem Thorowi przepędzić wszystkie toporem.
- Jesteś Odynem, na bogów! - zdenerwowała się. - Na pewno mogłeś zrobić coś innego!
- Masz, łyknij sobie. - Podał jej flaszkę. - Mnie pomaga na wszystko.
Batman pociągnęła z pękatej buteleczki brunatnego napitku i przymknęła oczy z zadowolenia.
- Teraz posłuchaj mnie - zaczął Odyn. - Musisz zejść na ziemię. W niebezpieczeństwie znajduje się mały EjDżej... Nie może pozostawać sam, nie zdając sobie sprawy z mocy, którą posiada. Wszystko może potoczyć się bardzo niedobrze, jeśli...
- Przecież nie mogę zejść na ziemię - przerwała Batman, oddając mu butelkę. - Sam tak zarządziłeś. - Spojrzała na niego smutno.
- Do stu demonów, muszę zacząć prowadzić pamiętnik! - Odyn potarł czoło.
- Wtedy Loki go ukradnie - zauważyła dziewczyna, wzdychając.
- Skoro "Jeremy" to zła pieśń, co mam śpiewać? - spytał Bard, mocując się z kolejną struną, która pękła, kiedy zakładał tamtą.
Przyznajmy szczerze: muzyk z niego był lichy.
- Nie wiem... - Psjeżozwierz westchnał z poirytowaniem. - A co jeszcze umiesz?
- No... - Bard zastanowił się. - "Jenie's got a gun"? - Popatrzył na towarzysza.
- Rzeczywiście, jesteś Ostatnim Bardem, koleś - załamał się.
- W takim razie sam coś zaproponuj, jakeś tak mądry! - obraził się chłopak.
- Może coś Bon Jovi? - strzelał Psjeżozwierz.
- Bon Jovi? Serio, Bon Jovi?!
- Koniec tematu! - uciął. - Podjąłeś decyzję?
- Jaką decyzję?
Psjeżozwierz miał dość. Legenda głosiła, że to będzie trudne, ale spodziewał się, że przynajmniej trafi mu się jakiś sensowny partner. Widać geny tępieją wraz z kolejnymi pokoleniami...
- Zapobiegnięcie Armageddonowi, wykończenie dzieciaka, wieczna chwała, sławienie w legendach i pieśniach... - podsuwał.
- A kto by o nas śpiewał? - spytał z zapałem Bard.
- Na Odyna, ty naprawdę taki jesteś, czy udajesz, żeby mnie wkurzyć, koleś?
- Jaki jestem?
Psjeżozwierz kopnął kamień, który ze świstem przeciął powietrze tuż przy uchu Barda.
- Dobra, dobra! - krzyknął chłopak, odkładając lirę. - Muszę to przemyśleć.
Poszedł do parku. Wykończenie dzieciaka nie bardzo mu pasowało. Legendy nie sławią ludzi, którzy zabijają małe dzieci. Zresztą, w jaki sposób ten gówniarz ma się przyczynić do rozpoczęcia Apokalipsy... Trzeba złamać mnóstwo pieczęci, wypuszczać demony, szczuć ogary piekielne, stanąć oko w oko z Lucyferem... Bard nie sądził, by jakiś tam dzieciak był do tego zdolny. Z drugiej strony, był to syn Odyna. Odyna i kogo? Chłopak uznał, że to kluczowe zagadnienie w sprawie jego mocy.
Tak wchodząc głębiej w park i odbiegając coraz bardziej od tematu, przykucnął nad rzeką. Coś rzuciło mu się w oczy. Coś z futerkiem, bardzo zmechaconym i sfilcowanym, wyglądającym jak zdechła mysz. Odchylił kamień i wyciągnął tę... rzecz. Ktoś musiał ją nosić na szyi, bo miała przyczepiony zniszczony teraz rzemień. Ostatni Bard, nie wiedzieć czemu, przełożył pętlę przez głowę i ukrył zdechłą mysz pod dziurawą koszulą. Wstąpiło w niego uczucie. Uczucie, że może wszystko. Pobiegł w miejsce, w którym zostawił Psjeżozwierza, dziwiąc się, bo ani razu się nie potknął.
- Zrobię to! - krzyknął, wytrzeszczając oczy z podekscytowania. - Ale nie możemy zabić dzieciaka.
Loki schodził z wzgórza. Był tak wściekły i rozedrgany, że aż rozprostowały mu się loki. Bezczelna baba! Nie słyszał swojego imienia od... Wystarczająco długo, by zacząć udawać, że nie należy do niego, że nie jest nim. Teraz Lokacjusz, uwięziony gdzieś głęboko w podświadomości, powoli wypływał na wierzch, rozpychając się po drodze łokciami.
Daleko od chaty Złej Wiedźmy wyciągnął z kieszeni Jedyny-W-Swoim-Rodzaju-Oryginalny-Zegarek-Przedwiecznych. Wiedział, jak go używać. Otworzył wieczko, uważając, by nie pogubić żadnych malutkich śrubek i wyciągnął okrągłą, zdobioną misternie blaszkę ze środka. Teraz powinien zastąpić ją inną blaszką, którą pożyczył** od Idun. Mała czarownica nawet nie wiedziała, co posiada. Loki poklepał się po kieszeniach. Sprawdził wszystkie, nawet tą ukrytą***. Nie znalazł blaszki.
- Cholerna wiedźma! - zaklął, po czym pozbierał zegarek i ukrył przy sobie.
- Popatrz, co znalazłem. - Bard pokazał towarzyszowi ładną blaszkę z małą wskazówką.
- Co to niby jest, koleś?
- Blaszka. - Bard wzruszył ramionami.
- Pfff!
Ostatni Bard jednak schował swe znalezisko do kieszonki. Nie wiadomo, kiedy może się przydać...
v Kogo Odyn poprosi o pomoc? Dlaczego Batman nie może zstąpić na ziemski padół? Kim jest matka EjDżeja i czy w końcu pełni jakąś ważną rolę w tej opowieści? Czy Ostatni Bard zgubi Króliczą Łapkę tak samo, jak jego ojciec? Czy Loki odzyska blaszkę? Co zrobi Zła Wiedźma? Czy EjDżej przeżyje?
DEMONY WIEDZĄ! BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ!
*Ciężko powiedzieć czy ze swojej starości, czy ze starości Złej Wiedźmy. Niektórzy podejrzewają, że być może istotna w tym punkcie jest po prostu starość.
**Na wieczne oddanie.
***Parę razy przejechał się na tej tajemnej skrytce...
****
Eoren napisał(a):Oczywiście jeśli nie byłlby przyczepione na czole...
Czemu nie?



