przez Eoren » 27 mar 2011, o 00:28
^ Jest mną.
Hahahaha! Dokonałam tego! Napisałam! Z tego miejsca chciałam podziękowac Joli za inspirację, bo (wierzcie lub nie...) ale za cholerę nie miałam pomysłu jak to zakończyc. A więc Panie i Panowie: FINAŁ!*
*Doszłam do wniosku, że nie będę tłumaczyc tych wszystkich hiszpańskich terminów. Podejrzewam, że większośc zrozumiecie, a jak nie to pomogą słowniki internetowe.
> Akrobatyczka zdała sobie sprawę, że mimo swych supermocy nie jest w stanie udźwignąc dłużej ciężaru rozpędzonego Sleipnira, dodatkowo niosącego na swym grzbiecie samego Odyna.
"Wszystko skończone!" - pomyślała i nim zdążyła się spostrzec ona, ośmionogi koń i Odyn runęli na ziemię... która wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu istniała nadal. Batman otworzyła oczy i rozejrzała się w koło. Obok niej leżący na grzbiecie Sleipnir machał rozpaczliwie wszystkimi ośmioma nogami. Dało się również dosłyszec pierwsze przekleństwa dobiegające z ust poobijanego Odyna. Dziewczyna podniosła się z ziemi.
- To niemożliwe - rzekła głośno. - Przecież nie możesz zstąpic na ziemię! Nie teraz!
- A czy ja wyglądam jakbym zstąpił, dziewucho? - syknął przez zęby Odyn.
- Nooo... - zająknęła się Akrobtyczka, - technicznie rzecz biorąc raczej jakbyś zarył w grunt. Ale o czym my rozmawiamy? Przecież to nie ma znaczenia! Chodzi o to, że jesteś tu, na ziemi. Jak to możliwe? Rzeczywistośc nie mogła wytrzymac takiego ładunku magii!
Wyciągnęła do niego rękę próbując pomóc mu wstac. Pomiędzy nimi przepłynęła białofioletowa błyskawica elektryczności.
- Ojoj - szepnęła Batman. - Wyładowanie magiczne...
Odyn podniósł się i spróbował zrobic krok do przodu. Spod jego stóp uleciały w górę iskry, zupełnie jakby stąpał po rozżarzonych węglach.
- Niech to demony, dziewczyno - chyba miałaś rację! Rzeczywistośc wytrzymała ale nie na długo. Już zaczyna pruc się na brzegach!
I faktycznie, na Świat rzucono ciężar zbyt wielki by mógł przetrwac więcej niż zaledwie parę godzin. Teraz, przy każdym najdrobniejszym ruchu: nieważne czy był to ludzki* krok czy tylko falujące pod uderzeniami wiatru liście, wyładowywały się maleńkie iskierki magii. Miliony, miliardy, biliony i liczby jeszcze większe, tak wielkie, że nie wymyślono dla nich nazw - lśniących cząsteczek magii. Zbierały się w powietrzu i sprawiały, że już teraz zaczęło ono lekko lśnic przy każdym podmuchu wiatru. Już niedługo skumuluje się tak duży ładunek magiczny, że... no cóż, chyba sami najlepiej sobie wyobrażacie co się wtedy stanie.
*Lub boski.
Tymczasem w chatce Smoczej Księżniczki wszyscy goście wykonali razem piękny popis synchronicznego opadania szczęk. Przez chwilę dało się słyszec nerwowe przytupywanie Psjeżozwierza. Musiało minąc parę sekund nim ktoś zdołał wydobyc z siebie głos. Na nieszczęście tym kimś okazał się Bard:
- Eee, mógłbyś powtórzyc?
Jurand westchnął ciężko i wsparł się na zawsze pomocnym ramieniu Smoczej Księżniczki.
- Tu jest wszystko napisane - postukał palcem w Księgę. - Jasno jak drut... czy jakoś tak.
Bard zamrugał i wbił wzrok w stronice Księgi. Pozostali poszli za jego przykładem.
- Ekhm! - odkaszlnęła Zła Wiedźma.
- Poklepac po plecach? - zaofiarowała się ofiarnie Migrencja.
Zła Wiedźma wywróciła oczami i strzepnęła ze swego ramienia rękę siostry.
- Nie! Dziękuję bardzo! - warknęła. - Chciałam tylko grzecznie zwrócic uwagę na swoją osobę zanim zacznę mówic ale jak widac nie wszyscy tutaj dostrzegają takie imponderabilia.
- Im... co? - spytał Błękit Hood. - Przepraszam, droga pani - zwrócił się do Lady Sybil, - ale czy ona nas obraża?
- Zamknąc się wszyscy! - ryknęła Zła Wiedźma
Zapadła cisza. Zła Wiedźma pstryknęła z roztargnieniem palcami i wokół jej dłoni zawirowały natychmiast jasnofioletowe iskry.
- Nie jestem pewna czy dobrze zrozumiałam - zaczęła - ale powiedziałeś nam przed chwilą, że od lat oprócz palenia wiosek, grabienia dóbr i gwał...
- No! - przerwała jej ostro Smocza Księżniczka. - O tym to mi akurat nic nie wiadomo! Prawda Jurandziku?
Jurand spuścił wzrok i w zamyśleniu kreślił czubkiem buta skomplikowane wzory na posadzce.
- Ależ oczywiście, że ci nie wiadomo - rzekła pojednawczo Zła Wiedźma. - No więc, jeśli wolno mi kontynuuwac, poza paleniem wiosek, grabieniem dóbr i... tym o czym zupełnie nic nie wiadomo twojej żonie... zajmowałeś się amatorsko szkoleniem ósmoligowego Cherlaki City? Dobrze zrozumiałam?
- No... tak? - rzekł Jurand.
- Cherlaki City - ciągnęła Wiedźma, - który, jak sam słusznie wspomniałeś, od chwili powstania czyli od... - spojrzała wyczekująco na Juranda.
- 398 lat - podpowiedział.
- ...od 398 lat sezon w sezon dzielnie walczy żeby utrzymac się w ósmej lidze i nie spaśc do... a nie, przepraszam - zapomniałabym, że nie ma już dziewiątej ligi. Tak więc, i popraw mnie jeśli się mylę, to o tym właśnie klubie przeczytałam przed chwilą w Księdze Powstrzymanego Ragnaroku, iż, pozwólcie, że zacytuję: "A kiedyż dzień ów sądny, Ragnarokiem zwany, nadejdzie szansa na to, iże Świat od zagłady się uchroni taka będzie dokładnie jako i szansa na to, iż Cherlaki City Awalon United przez samego Odyna wiedzione pokona"?
- No... tak?
W tym momencie drzwi otworzyły się z trzaskiem i akompaniamentem magicznych błyskawic.
- Kto mnie wzywał? - huknął Odyn.
Zła Wiedźma uniosła brew i otaksowała wzrokiem postac władcy Asgardu i stojącej obok niego Akrobatyczki.
- No to w takim razie mamy jak to mówią konflikt interesów.
"Przecież dziś są moje dziewiąte urodziny." Mały chłopiec stojący na brzegu rzeki spojrzał na kołyszącą się w szuwarach łódkę. Uśmiechnął się do siebie i... zrobił krok naprzód. Maleńkie serduszko Kurczaka Zagłady, którego trzymał w dłoni zatrzepotało z podniecenia. Stopa EjDżeja zbliżyła się niebezpiecznie do powierzchni wody, przez długą niczym wiecznośc chwilę niepewności zawisła tuż nad nią, by wreszcie opaśc ku głębinom rzeki. Tak się jednak nie stało. W momencie gdy podeszwa buta chłopca dotknęła rwącej wody ta ostatnia zmieniła się nagle w ciemną i trochę mętną taflę lodu. EjDżej stanął bezpiecznie na zamarzniętej rzece i zaczął iśc przed siebie a każdy kolejny jego krok sprawiał, iż fragment rzeki zamarzał tylko po to, by przez chwilę utrzymac chłopca na swej powierzchni. Każdy kolejny jego krok sprawiał także, iż wyładowana już magią do granic swych możliwości rzeczywistośc zaczynała coraz głośniej skrzypiec...
- O nie! W tej kwestii nie było i nie będzie żadnego precedensu! - grzmiał Odyn.
- Tu chodzi o losy Świata - przypomniała łagodnie Lady Sybil.
- Bogowie nigdy nie zniżą się do poziomu śmiertelników!
- No tak - mruknęła Zła Wiedźma - ten poziom jest dla was z pewnością niemożliwy do osiągnięcia.
Odyn zmarszczył brwi.
- Co powiedziałaś?
- Powiedziałam, że masz oczywiście rację.
Odyn nadal analizował dysonans jaki udało mu się wychwycic między znaczeniem słów a brzmieniem głosu Złej Wiedźmy gdy z tych rozmyślań powtórnie wyrwał go głos Lady Sybil.
- Jednak istnienie Świata powinno byc dla nas wszystkich nadrzędnym dobrem...
- Droga pani - żachnął się Odyn, - są rzeczy ważniejsze niż istnienie Świata.
Psjeżozwierz zastepował.
- Można wiedziec jakie? - spytał.
- Nie powinieneś zadawac takich głupich pytań, synu. To oczywiste: honor, odwaga, godnośc, wola walki, moja pensja trenera Awalon United...
Nim jednak zdążył wygłosic do końca tę litanię zamilkł wsłuchując się w dziwny, zgrzytliwy ton, który przez moment, na samej granicy słyszalności rozbrzmiewał w pomieszczeniu.
- Czy tylko ja to słyszałam? - spytała Matka Natura.
Nikt jej nie odpowiedział, bowiem wszyscy zamarli w milczeniu. Coś zmieniło się w powietrzu, które zaczęło migotac drobnymi iskierkami magii jeszcze mocniej niż poprzednio. Zabrzmiał kolejny zgrzyt i zebrani wokół Księgi Powstrzymanego Ragnaroku jak na jakiś niewypowiedziany rozkaz zadrżeli, gdy owionęło ich mroźne powietrze wpadające z otwierających się powoli drzwi. Wraz z powietrzem i przejmującym chłodem pojawiło się też ostre, roziskrzone światło, na tle którego dopiero po chwili dostrzegli sylwetkę małego chłopca.
EjDżej postąpił do przodu i drzwi z trzaskiem same się za nim zamknęły. Przy każdym ruchu chłopca wirowały wokół niego świetliste igiełki magii. W dłoniach trzymał nastroszonego Kurczaka Zagłady i głaskał go z roztargnieniem. EjDżej spojrzał po twarzach wszystkich obecnych w chatce, co samo w sobie było dośc odważnym czynem. Gdyby ktoś stał wtedy bliżej niego dojrzałby może, że przez krótką, bardzo krótką chwilę jego oczy stały się bardziej lśniące, jakby pojawiała się na nich cienka warstewka łez.
- Mama... Tata... - wyszeptał ale słowa uwięzły mu w gardle.
Kurczak Zagłady zaskrzeczał nagle. Chłopiec drgnął, zamknął na chwilę oczy a gdy otworzył je były już inne - bez żadnej, najmniejszej nawet, sugestii łez, nieruchome i jakby szklane, zupełnie jak u porcelanowej lalki.
- Dziś są moje urodziny - rzekł chłopiec głosem, który z pewnością należał do niego ale nagle stał się zupełnie pozbawiony emocji.
- Chcę... - kontynuował EjDżej, - chcę żebyś mi oddał tę zabawkę - zwrócił się do Barda.
Bard spojrzał na Blaszkę Ragnaroku, którą, jak się okazało, trzymał właśnie między kciukiem a wskazującym palcem. Potem podniósł wzrok na EjDżeja i zupełnie bez udziału swej woli, jakby pchały go jakieś niewidoczne prądy powietrza*, podszedł do niego i wręczył mu blaszkę. Chłopiec przez chwilę wpatrywał się w lśniący, metalowy przedmiot spoczywający na jego dłoni. Potem chwycił go w palce i chirurgicznie sprawnym ruchem wsunął w szczelinę znajdującą się pod lewym skrzydłem Kurczaka. Oczy zwierzątka rozjarzyły się na chwilę czerwonym światłem i przygasły. Licznik na kuperku wyświetlił: 00:00, a dwukropek znajdujący się pomiędzy tymi parami zer zaczął wyczekująco migac.
Przez cały ten czas nikt nie ośmielił się nawet odetchnąc głośniej.
- Dziś są moje urodziny - powtórzył chłopiec - i chcę się bawic. Chcę żebyście dla mnie zagrali.
Chwycił mocniej Blaszkę Ragnaroku i przekręcił ją jeszcze jeden raz. Wyświetlacz przygasł i w miejsce zer pojawiło się migające: 90:00.
Powietrze wokół zadrżało i po chwili wszyscy zdali sobie sprawę, że chatka się rozpływa. Ściany, podłoga, sklepienie sprawiały wrażenie jakby były zrobione ze zwykłego pyłu i rozwiewały się, pod uderzeniami wiatru, którego nikt nie był w stanie poczuc. Już po chwili zniknęły całkowicie: została tylko, otwarta na tej stronie, na której zostawił ją Jurand - Księga Powstrzymanego Ragnaroku, ci, którzy jeszcze przed momentem ją czytali i mały chłopiec trzymający w dłoniach Kurczaka Zagłady. Ale nie znajdowali się już w chatce Smoczej Księżniczki ani nawet na łące, nad rzeką, na której ją zbudowano ale na murawie ogromnego stadionu...
- Postarajcie się - rzekł EjDżej. - Dogrywki nie będzie.
*Bowiem tak też było w istocie.
Wszyscy z niepewnością spoglądali na niewielką sylwetkę chłopca siedzącego samotnie w loży honorowej.
- No, no... - rzekł Odyn spoglądając na Złą Wiedźmę. - Chciałaś walczyc o dziecko to teraz masz...
Zła Wiedźma posłała w jego kierunku jedynie mordercze spojrzenie i strumień błękitnego dymu z papierosa ale nic nie odpowiedziała.
- Co mamy teraz zrobic? - chciała wiedziec Migrencja.
- Z tego co zrozumiałem grac - odrzekł Dżek.
- Grac? - Brad uderzył w struny tak energicznie, że jedna z nich tego nie wytrzymała i odpowiedziała mu tym samym.
- Przeciwko sobie? - zaniepokoiła się Lady Sybil.
- A kto będzie sędziował? - rzuciła Smocza Księżniczka.
- Carramba!
Oczy wszystkich zwrócił się ku środkowi boiska nad którym lewitował spokojnie Tańczący Między Słowami.
- Widzę wszystko, słyszę wszystko, wiem wszystko: ja będę el arbitro! - oświadczył.
- Cudownie... - jęknął zrezygnowany Jurand.
- Podzielcie się na los equipos - polecił Tańczący.
- Ale jak? - chciał wiedziec Psjeżozwierz. - Mamy wybierac na przemian aż zostaną tylko ten gruby...
- Wypraszam sobie! - krzyknął Błękit Hood. - Jestem dobrze zbudowany!
- ...i ten wieczny nieudacznik, którego nikt nie chce? - ciągnął Dżek.
- Też sobie wypraszam! - odbiegło drugiej strony murawy, gdzie Bard nadal walczył z niesubordynowaną struną.
Tańczący nie odpowiedział tylko pstryknął palcami i strony Księgi Powstrzymanego Ragnaroku zatańczyły. Po chwili opadły i wszyscy zobaczyli słowa:
OSTATECZNE POWOŁANIA
Tańczący wziął Księgę do ręki i zaczął czytac:
- Awalon United...
- To my! - wrzasnął Odyn. - Nieśmiertelni! Niepokonani bogowie!
Zła Wiedźma wzniosła oczy ku niebu i ukryła twarz w dłoniach.
- Ekhm, czy mogę? - spytał Tańczący - A więc Awalon United, el entrenador - Odyn!
- To ja! To ja! - krzyczał Odyn.
Tańczący skrzywił się boleśnie.
- Zabierzcie go na banquillo i niech się przestanie drzec, bo zaraz dostanie tarjeta amarilla.
Matka Natura, która w sobie tylko znany sposób zdołała jeszcze zachowac zimną krew chwyciła Odyna pod ramię i zaprowadziła w kierunku ławki rezerwowych.
- Portero: - kontynuował Tańczący Między Słowami - ...Sleipnir!
W świetle bramki pojawił się nagle oparty o słupek i z roztargnieniem piłujący jedno kopyto ośmionogi koń.
Jurand wytrzeszczył oczy, zdjął z głowy swój rogaty hełm i chyba nieświadomie wgryzł się w niego.
- To wbrew przepisom! - krzyknął pokazując na konia. - Bramkarz nie może miec tyle kończyn!
- Nie dyskutowac z arbitro bo trajeta amarilla - uciął dyskusję Tańczący. - Tak mówi Księga i punto!
Tańczący odczytywał dalej listę zawodników Awalon United. Na murawie pojawiali się kolejno Thor, Freyr, Tyr, Njord, Hajmdal, Baldur... wszyscy lśniący, silni i, co tu dużo mówic - nieśmiertelni. Na koniec Tańczący rzekł:
- El capitan... - wszyscy wstrzymali oddechy - ...Loki!
Loki pojawił się znikąd, uśmiechnął się łobuzersko i poprawił fryzurę.
- Ten oszukańczy szczur?! - krzyknęła Zła Wiedźma. - On nie może grac!
- Nie gorączkuj się tak, kochaniutka - odparł Loki. - Mnie też przykro, że dla Ciebie została tylko rola czirliderki.
- Czirliderki? - syknęła przez zęby Zła Wiedźma dźgając klatkę Lokiego wskazującym palcem. - Czirliderki?! Ha! Jeszcze zobaczymy?Dawaj mi tę Księgę - rzekła i wyrwała z rąk Tańczącego Księgę Powstrzymanego Ragnaroku.
- Tak nie wolno! - krzyknął Tańczący. - To wbrew regułom! Trajeta amarilla! Trajeta amarilla!
Zaczął gorączkowo klepac się po kieszeniach. W końcu wyciągnął z jednej z nich żółtą kartkę i pomachał nią Wiedźmie przed nosem.
- Trajeta amarilla! - powtórzył.
- Dziękuję bardzo - odparła, - ale żółte papiery to jednak dla tamtego pana - rzekła wskazując ruchem głowy Lokiego. - Co my tu mamy?... - mruczała do siebie wertując Księgę - O jest! Cherlaki City! Trener: Jurand!
- Tak, tak wiem... - odparł ten ostatni i prawie, że z powodzeniem próbując miąc w dłoniach hełm powlókł się w kierunku ławki trenerskiej. Siedzący nieopodal Odyn mrugnął do niego porozumiewawczo i wypuścił idealne kółko fajkowego dymu co wcale nie podniosło na duchu Juranda.
Zła Wiedźma zaciągnęła się i strzepnęła dym z papierosa na długiej cygaretce.
- Kapitan: Zła Wiedźma! - przeczytała. - Ha, czirliderka, dobre sobie! I co teraz powiesz, mój drogi? - rzuciła w kierunku Lokiego.
Wzruszył ramionami.
- A cóż mogę powiedziec. Szczerze Ci współczuję, kochana.
- Nie bądź taki pewny siebie Lokacjuszu.
...gdzieś głęboko w umyśle Lokiego Lokacjusz drgnął...
- I będziesz musiała zdjąc szpilki - odparował z uśmiechem Loki starając się zignorowac narastający w jego głowie głos.
- A kto tak powiedział? - warknęła Zła Wiedźma. - Ty? A może on? - wskazała na Tańczącego. - Jest przepis, który zakazuje gry w szpilkach? Szukaj w tej swojej książeczce, byle szybko!
Tańczący nerwowo przewracał kartki.
- Nie ma. Nie ma - mamrotał pod nosem.
- Słyszałeś: nie ma! - Zła Wiedźma znów strzepnęła popiół z papierosa i przerzuciła stronę. - Co my tu dalej mamy... aha: Frank Błękit Hood, Ostatni Bard i... - zmarszczyła brwi, - dlaczego tu jest tylko jedno słowo? I co to, do cholery, znaczy banquillo?
Gdzieś za nią rozległo się nieudolne chrząknięcie. Obejrzała się przez ramię. Za nią stała cała banda chudziutkich i ogolonych na gładko Wikingów.
- A wy kim jesteście?
Po pewnej dozie przepychania sugerującej wewnętrzną walkę o ustalenie nieszczęśnika, który ma mówic, nieszczęśnik ów został wypchnięty przed szereg. Zdjął z głowy rogaty hełm i wzorem Juranda również próbował miąc go w dłoniach.
- Za pozwoleniem, psze pani - rzekł, - to my jesteśmy bankijo.
- Banquillo? Co to ma znaczyc?
- To znaczy, psze pani - odparł mimowolny rzecznik prasowy Wikingów, - że wszyscy inni, którzy grali w tej drużynie są kontuzjowani.
Wśród banquillo przebiegły gorączkowe szepty.
- No tak, tak, albo mieli do załatwienia ważne sprawy urzędowe. Albo właśnie wzięli zaległy urlop. Albo ich mamy nie wypuściły ich z domów, bo dzisiaj ma byc koniec świata i w ogóle. Albo powiedzieli, że mają ten cały klub w... - mocne kopnięcie w kostkę wymierzone przez jednego z Wikingów nie pozwoliło rzecznikowi dokończyc gdzie. - No więc zostaliśmy my, psze pani. Ławka rezerwowych znaczy się...
Znów gorączkowe szepty.
- To znaczy, oczywiście - zaśmiał się nerwowo rzecznik - nie taka prawdziwa ławka, rozumie się! My jesteśmy tym chórem co w pierwszej części śpiewał Pieśń o Jeżu. No i potem na ślubie Smoczej Księżniczki też żeśmy ją śpiewali no i potem jakoś tak wyszło, że jak Jurand został tu trenerem to tak po znajomości nam taką fuchę ukręcił, psze pani. "Pieniążki są, a narobic się nie trzeba. Ławkę trochę pogrzejecie i tyle" mówił, no to kto by się nie zgodził, psze pani. Także... - rzecznik zająknął się, - także... to żeśmy my są właśnie to bankijo.
Oczy Złej Wiedźmy stały się wielkie ze zgrozy.
- I z takimi zawodnikami mam wygrac żeby uratowac świat? - jęknęła. - Przecież gorzej już byc nie może!
Księga Powstrzymanego Ragnaroku wypadła by jej z ręki gdyby nie to, że w porę chwycił ją Loki.
- Doprawdy? - rzekł. - Bramkarz: Psjeżozwierz Dżek! - przeczytał.
Dżek zastepował nerwowo.
- O bogowie! - westchnęła Zła Wiedźma.
- Tak? - odpowiedziała odruchowo połowa drużyny Awalon United.
- A jednak może byc jeszcze gorzej...
- Jesteśmy Awalon United! - rzekł Odyn do swojej drużyny. - Jesteśmy szybcy. Jesteśmy silni. Jesteśmy bogami. Zmiażdżymy ich!
- Sie wi - odezwał się Thor podrzucając swój młot.
- To była przenośnia, synu. Tylko przenośnia.
Loki jedynie się uśmiechnął.
- Jesteśmy... - Jurand podrapał się po głowie i spojrzał na kartkę, - a tak, niestety jesteśmy Cherlaki City. Cóż mogę wam powiedziec w tej chwili: nie kontynuujcie tradycji tej drużyny!
Zła Wiedźma i Loki uścisnęli sobie ręce* na środku murawy. Tańczący Między Słowami podrzucił monetę, która przez chwilę zatańczyła w powietrzu lśniąc złociście po czym opadła wyznaczając połowy.
- Życzę ci szczęścia, kochaniutka - rzekł Loki, - bo nic innego nie jest w stanie wam pomaaaaaargh!!!
- Och, czyżbym właśnie stanęła ci na nogę?! - wykrzyknęła Zła Wiedźma. - Ależ ze mnie niezdara.
Gdzieś obok nich Tańczący z uśmiechem wpatrywał się w przestrzeń.
- Maravilloso! - wykrzyknął. - Nareszcie! La Ultima Jugada! Ostatnia Rozgrywka! Niech się rozpocznie gra!
I z całej swojej siły dmuchnął w gwizdek...
...a w tej samej chwili mały EjDżej po raz trzeci przekręcił Blaszkę Ragnaroku i licznik na kuperku Kurczaka Zagłady nieuchronnie zaczął odliczac minuty Ostatniej Rozgrywki.
*Tylko odrobinę za mocno.
- Zabierz te macki, bo nic nie widzę! - krzyknęła siedząca na trybunach Akrobatyczka do Krakena.
Lewiatan odwrócił się.
- Jak nie widzi to niech się niżej przesiądzie! Inni też chcą oglądac.
- Hau. Hau - w pełni poparł go Pies.
- O co chodzi w tej barbarzyńskiej grze? - zwróciła się Lady Sybil do Smoczej Księżniczki.
- Zasadniczo chodzi o to żeby... - syknęła przez zęby - ...żeby ci w białych koszulkach nie wrzucili piłki do naszej bramki tak jak przed chwilą - syknęła po raz drugi. - Ani tak jak teraz.
- Chce ktoś ciasteczko? - spytała Matka Natura. - Owsiane.
Psjeżozwierz wyciągnął piłkę z siatki i zastepował. Tuż obok Freyr świętował już drugiego gola a najprawdopodobniej nie miał zamiaru poprzestac nawet na hattricku. Dżek wiedział, że nie był stworzony do bycia golkeeperem. Właściwie trudno powiedziec do czego był stworzony ale z pewnością nie do tego... Ledwie panował nad własnymi nogami nie wspominając o powstrzymywaniu cudzych przed strzeleniem bramki. Mimowolnie zastepował po raz kolejny.
Bard podbiegł do Wiedźmy.
- Strzelili na 2:0! - krzyknął. - Jest 50 minuta a my przegrywamy 2 do 0! Co mamy robic? To, że wygramy ten mecz jest jak szansa jedna na milion!
Cały stadion zamilkł. Widzowie na trybunach. Zawodnicy na murawie. Nawet Matka Natura przestała na chwilę pogryzac ciasteczka.
- Co ja takiego powiedziałem... - stropił się Bard.
- Powtórz to - rzekła Zła Wiedźma.
- Co?
- To co mówiłeś.
- Mówiłem, że to szansa jedna na milion...
...powietrze zamigotało. Wszyscy spojrzeli ku górze i przez chwilę, tylko przez chwilę na niebie pośród chmur dało się dostrzec jakby cień uśmiechu... oczywiście jeśli miało się wystarczającą wyobraźnię.
- Jedna na milion - powtórzyła w zamyśleniu Wiedźma.
Tańczący Między Słowami zagwizdał.
- Futbolistas! Gramy!
- Trajeta roja! - rozległ się po raz kolejny krzyk Tańczącego.
- Dlaczego moja kochana siostrunia schodzi z boiska? - spytała sypiąc okruszkami Matka Natura.
- To pewnie przez to, że się tak nieszczęśliwie poślizgnęła i szpilkami wjechała prosto w kostki Lokiego - wyjaśniła Lady Sybil. - Biedaczka! Mam nadzieję, że nic jej się nie stało.
W uszach Lokiego wciąż pobrzmiewały słowa jakie wypowiedziała Zła Wiedźma zanim wyrzucono ją z boiska. Jak śmiała?! Jak mogła wezwac Lokacjusza?! A teraz on obudził się i zaczął poszturchiwac Lokiego...
"Nie podawaj do Freyra" rzekł Lokacjusz.
- A niby dlaczego nie?
"Bo on już strzelił dwie bramki a ty żadnej. Po co masz mu pomagac?"
- A wiesz, że może masz rację - zastanowił się Loki.
"Oczywiście, że mam. A teraz widzisz tę bramkę. No to biegnij. Zostaniesz bohaterem!"
Zła Wiedźma z ławki rezerwowych z uśmiechem przyglądała się jak Loki miota się w te i we wte po boisku.
- Co się z nim dzieje? - dobiegł ją z góry głos Akrobatyczki. - Dlaczego on biegnie w stronę...
Trybuny jęknęły. Zła Wiedźma uśmiechnęła się szerzej i puściła oko do siedzącego obok Juranda.
- Czy ja dobrze widziałem, czy Loki strzelił właśnie samobója? - spytał.
Trybuny jęknęły po raz drugi.
- A teraz drugiego?
Zła Wiedźma wzruszyła ramionami.
- Futbol to gra błędów, nieprawdaż?
- Możesz mi jeszcze raz wytłumaczyc o co chodzi z tym spalonym? - spytała Migrencja swojego sąsiada.
Na nieszczęście tym sąsiadem był Lord Żeber.
- Hyyyyy hyyyy - zaczął, - spalony jest kiedy (hyyyyy hyyyy) ten z drużyny A jest przed tym z drużyny B, kiedy...
- Która to jest drużyna A? - Matka Natura próbowała założyc swoje okulary do czytania. - Nie widzę!
- Hyyyy hyyyy, spalony jest wtedy jak sędzia zagwiżdże! - dokończył zadowolony z siebie Lord Żaber.
- Tak jak teraz?
- Hyyyy hyyyy, no nie całkiem...
Bard drżącymi dłońmi ułożył piłkę na jedenastym metrze. To jak Loki podłożył mu nogę akurat w polu karnym kiedy on, Bard, starał się tylko stac z boku nie zwracac niczyjej uwagi żeby nikt do niego przypadkiem nie podał było doprawdy zadziwiające. Zupełnie jakby to nie Loki faulował ale jakaś inna siła sterowała jego ciałem. Bard otarł pot z czoła i spojrzał na ustawionego przed nim w bramce Sleipnira. Gdyby był piłkarzem, a nie tym kim był, czyli Bardem, zastanawiał by się teraz, który róg bramki wybrac i jak zamarkowac strzał. Ale ponieważ był Bardem pomyślał: "Oby tylko nie było z tego gorszych kłopotów!" zamknął oczy i modlił się żeby trafic w piłkę...
...gdy otworzył oczy zadziwił go widok rzucających się ku niemu Wikingów, Franka Hooda i Dżeka. Zadziwił go tylko przez krótką chwilę, bo przyciśnięty do murawy ciężarem ich wszystkich nie był już w stanie dziwic się niczemu.
- Jak to możliwe, że on trafił? - wykrzyknął Jurand zrywając się z ławki. - Przecież strzelił temu koniowi dokładnie miedzy łapami! To była cholerna szansa jedna na milion!
- Saque de esquina dla Awalon United! - krzyknął Tańczący.
Spojrzał na zegarek. Zostały dwie minuty...
Ktoś z bogów wyskoczył do piłki, która odbiła się niefortunnie i upadła wprost pod nogi Franka Błękita Hooda. Ten natychmiast przejął piłkę i zaczął niestrudzenie biec ku bramce.
- Dasz radę... dobiegniesz... - powtarzał sobie w duchu.
Gdyby powtarzał trochę ciszej usłyszałby może, jak Zła Wiedźma rozpaczliwie krzyczy:
- To nasza bramka, debilu!
Nie usłyszał. Strzelił...
...po chwili Psjeżozwierz leżał na murawie z całej siły przyciskając piłkę do siebie. Zdezorientowany Frank rozglądał się dookoła. Widzowie wstali z miejsc. Tańczący znów spojrzał na zegarek: zostało pół minuty... Kurczak Ragnaroku zaskrzeczał złowieszczo.
Dżek podniósł się i ułożył na ziemi piłkę by ją wykopac. Spojrzał na licznik czasu.
- To szansa jedna na milion... - mruknął pod nosem.
Ale mecz się jeszcze nie skończył. Zostało dziesięc sekund. Nie miał wyjścia. Musiał wznowic grę. Zastepował i kopnął...
...wszyscy patrzyli jak powietrze drży niczym posypane złotym brokatem, jak piłka szybuje pokonując kolejne metry boiska, jak obniża lot, mija wyskakujących ku niej obrońców Awalon United, mija rozpostarte łapy Sleipnira i wreszcie po długiej jak wiecznośc chwili trzepocze w siatce.
Szansa Jedna Na Milion.
Złocisty pył wirujący w powietrzu na jeden, krótki moment przybrał kształt kobiety. Pani otworzyła zielone oczy i mrugnęła...
EjDżej obudził się wciągając głęboko do płuc powietrze. Rozejrzał się po swoim pokoju. Wcale nie był na stadionie.
"Ależ miałem sen!" pomyślał.
A potem spojrzał na ścianę i rzucił okiem na wiszący nad jego łóżkiem kalendarz.
- O! - rzekł do siebie. - Dziś są moje urodziny...
KONIEC
v ? I jak? Nie wykonacie już na mnie egzekucji?
THERE IS NO JUSTICE. THERE IS JUST ME.
"Outside of a dog, a book is man's best friend. Inside a dog, it's too dark to read."