przez ratharienn » 18 lis 2010, o 14:39
^Racja, to wreszcie ja z odcinkiem. Żeby się odkupić za powstrzymywanie Postępu Tematu, napisałam dużo i treściwie, mam nadzieję.
>
Bard czuł się jak ryba w wodzie (choć może raczej określenie „w wódzie” lub „w miodzie” byłoby bardziej adekwatne…). Pojadł solidnie (jak na barda - w końcu nigdy nie będzie syty z racji piastowanego urzędu), popił jeszcze solidniej (Kodeks Bardzi z roku 1257 nie wprowadzał absolutnie żadnych ograniczeń w dziedzinie ilości spożywanych napitków, wręcz zaznaczał, że w takich wypadkach „im więcyj – tym lepij!”). Usiadł na wąskiej ławie, w rogu pomieszczenia i, oparty o ścianę, wygrywał na swej lutni melodię. Melodia uchodziła za melodię, ponieważ wszyscy goście (oraz gospodarze), znajdowali się w odmiennym stanie świadomości, w którym to stanie znajduje się dźwięki, brzmiące jak te, wydawane przez marcujące się koty czy pocieranie paznokciami o tablicę jako całkiem przyjemne i miło brzmiące dla uszu. Dlatego Bard był szczęśliwy.
Niestety, nie trwało to długo.
- Ej, koleś! – Szturchnął go Dżek.
Bard udawał, że nie słyszy i przeszedł do znakomitej, trwającej pół minuty solówki, podczas której pękła struna.
- Czego chcesz? – syknął do towarzysza. – Nie słyszysz, że pracuję? – W tym miejscu chwycił dwa końce pękniętej struny i związał je w supełek.
- Nie wiem, czy zauważyłeś, koleś, ale chyba wszystko wymknęło nam się spod kontroli, koleś.
Bard, usiłując przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz miał cokolwiek pod kontrolą, a nie odnalazłszy takiego wspomnienia, spytał:
- Co dokładnie masz na myśli?
- To! – Psjeżozwierz nieokreślonym gestem wskazał izbę.
Bard podążył wzrokiem za łapą Dżeka. Chwilę zajęło mu ogniskowanie, a kiedy przestał już odczuwać przerażenie, będące wynikiem nagłego potrojenia liczby rosłych Wikingów w tym niedużym pomieszczeniu, przyjrzał się, nie przestając brzdąkać na lutni.
Sybil tańczyła bardzo elegancko w parze z Sigvardem, Błękit Hood, ośmielony miodem, znów poczuł się jak przywódca bandy rzezimieszków i, stojąc na zydlu, rozprawiał o poczuciu wspólnoty i lojalności (cokolwiek miałoby to oznaczać w obliczu sytuacji, w jakiej się znajdował), nieco dalej Zła Wiedźma usiłowała nauczyć swoją siostrę Praktycznej Magii, lecz Migrencja nie mogła zrozumieć, dlaczego ktoś nie mógłby poczekać jakiś czas na efekt, zamiast uzyskiwać go od razu, co irytowało jej siostrę jeszcze bardziej, niż obecność Lokiego. Smocza Księżniczka szeptała coś na ucho Jurandowi, który miał bardzo skupioną i zaciętą minę. Mimo wszystko, coś tu się działo…
- Tak się złożyło, koleś, że nikt nie patrzył, więc wziąłem z półki to. – Dżek pokazał towarzyszowi opasły tom. – To Historia Powstrzymanego Ragnaroku, pióra podobno samego Odyna.
- Przecież Odyn robi koszmarne błędy ortograficzne! – zawołał Bard, przyglądając się księdze. – Nikt nie dopuściłby jego książki…
- Ważne, że znajdziemy tu Wskazówkę.
- Ale… - protestował Bard.
- Dobra, mały, dość tego, chodźmy w jakieś spokojniejsze miejsce, póki nikt nie zauważył, że nie ma tam tej książki…
- Ukradłeś ją!
- Ech, z tobą same problemy – westchnął Psjeżozwierz. – Naucz się raz na zawsze: po-ży-czy-łem.
Bard odłożył lutnię, ale wrócił po nią po chwili, i podążył za Dżekiem w chłodne powietrze wczesnej nocy. Ledwie zdążyli usiąść na jasnej od padających na nią promieni księżyca polance i otworzyć księgę, zostali otoczeni.
- Jesteś pewien, że idziemy w dobrą stronę? – spytał zaspany EjDżej, gładząc ukrytego w kieszeni Kurczaczka wierzchem dłoni.
- Tak – odparł pewnie Loki.
- Nie – zawtórował mu Lokacjusz.
- TAK!!! – wrzasnął jak oparzony Loki i odwrócił się do chłopca. – Już niedaleko.
- Dziwny jakiś jesteś… - uznał EjDżej.
Usłyszeli jakieś trzaski, dobiegające od strony krzaków i po chwili na drogę wypadła Akrobatyczka.
- Ty! – Wskazała palcem Lokiego.
- Chodu!!! – wrzasnęli Loki i Lokacjusz, chyba po raz pierwszy zgadzając się co do dalszego planu wycieczki.
Jurand przyjrzał się uważnie pochwyconym przez swoich synów spiskowcom.
- Lhevax, Xirjah, Virg – zwrócił się do chłopców. – Dziękuję, że przypilnowaliście ogniska, kiedy tatuś był zajęty.
- Teraz idźcie do łóżek, już późno – poleciła Smocza Księżniczka. – Za chwilę przyjdę zaśpiewać wam piosenkę na dobranoc.
Kiedy chłopcy poszli na górę do swoich sypialni, Jurand rzucił jeszcze jedno groźne spojrzenie Bardowi i Dżekowi, którzy udawali, że wszystko, co jest im zarzucane, to Wielka Pomyłka.
- Na początek można by było przypiec podeszwy – zaproponował Arvid, piłując paznokcia swym zardzewiałym mieczem.
Psjeżozwierz ze smutkiem zauważył, że kto jak kto, ale on nie wyszedłby na tym zbyt dobrze.
- Oni na pewno chcą dobrze – wtrąciła Matka Natura.
- Pamiętasz w ogóle tą historię? – zagadnęła z niesmakiem jej siostra. – Ojciec tego tutaj, przybłędy, czy on chciał dobrze? A rodzice tego całego… mieszańca?
- O! Wypraszam sobie! – warknął Dżek.
- Dość już, dość – przerwała im Smocza Księżniczka. – Najwyraźniej każdy z nas ma ten sam cel, lecz inny pomysł na jego osiągnięcie. Zaraz zaparzę herbaty i porozmawiamy. – Spojrzała na Juranda. – I nikomu nie stanie się krzywda. Prawda, kochanie?
Jurand, niezbyt pocieszony, przyznał żonie rację.
- Może najpierw opowiesz wszystkim, co wiesz? – zaproponowała znów Smocza Księżniczka.
- Nie sądzę, by był to dobry pomysł… - uznała Sybil. – To okropne, z pewnością nie nasze sprawy…
- Zaufaj mi, kochana, wiem, co mówię.
Jurand obrzucił uważnym wzrokiem zebranych w izbie i zaczął opowiadać…
Na uciszonym z racji nocnej pory podwórzu dało się słyszeć jedynie potworne skrzypienie, przetykane soczystymi, ale też nader szumiącymi przekleństwami. Lord Żaber był wściekły. Zardzewiałego monocyklu nie dało się wyczyścić, nie działały żadne kremy, farby, proszki i mleczka czyszczące. Monocykl skrzypiał, doprowadzając jego i tak bolącą głowę do obłędu. Zdenerwowany, cisnął nim w stronę sadzawki, z której czerpał wodę dla smoków. Wtedy w jego udręczonym umyśle narodziła się genialna myśl. Wcisnął kartkę do kieszeni żelaznych spodni i podreptał po uprząż. Po chwili szybował wysoko pod niebem, mając cudowny widok na panoramę miasta i otaczających je lasów. Gdzieś tam płonęło ognisko – nie, tam nie mógł się udać. O, a tam chłopiec i dziwny zwierz uciekali co sił w nogach nie wiadomo przed czym. Ten zwierz go zainteresował… Lord Żaber pamiętał wszystko*.
Niebo rozbłysło na chwilę znakiem nietoperza.
Oł noł!, pomyślał Lord Żaber.
*I to była groźba, jakby ktoś nie zrozumiał.
v
Co Loki napisał w liście?
Czy uda mu się uwolinic spod panowania Lokacujsza?
Czy EjDżej zrozumie, że zaufał nieodpowiedniej osobie?
Co powie Jurand? Czy będzie to miało związek z Odynem?
Do czego doprowadzi opowieść Juranda?
Kim naprawdę jest Jurand?
Co zrobi Odyn, kiedy się wreszcie obudzi?
Jaki plan ma Lord Żaber?
DEMONY WIEDZĄ! BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ!
"Co to za sztuka i kogo w niej gram?"