^Tak, to ja.

Wybaczcie wstrzymywanie Postępu Tematu.
>
- To wszystko twoja wina! – Spod gruzu pomieszczenia, które niegdyś było kuchnią, rozległ się słaby, acz stanowczy głos.
- Niby co?! – Zła Wiedźma rozejrzała się niewinnie po spustoszonej części domu i strzepnęła z ramienia jakiś niewidoczny pyłek.
- To… to wszystko! – Matka Natura usiłowała się poruszyć, ale nie było to możliwe, chyba, że ktoś zdjąłby z samego szczytu spoczywających na niej pokruszonych cegieł i grubych belek sufitu dwuosobowe łóżko, które spadło na skutek zarwania się powału.
Niestety, nikt się nie kwapił.
- A teraz jeszcze EjDżej zniknął! – Uszu Wiedźmy doszedł kolejny, stłumiony jęk.
- To akurat nie jest problem, moja droga siostrzyczko – uznała kobieta, usiłując wydostać się w kierunku drzwi wyjściowych, które, o dziwo, stały nadal nienaruszone, nawet pomimo zawalenia się ścian.
Jednak nie dane jej to było – zaczepiła Zanadrzem o wystającą z gruzu belkę, wskutek czego obluzowało się łóżko i po chwili Matka Natura wydostała się spod nasypu różnych materiałów budulcowych i drobnych mebli kuchennych, a także szafki nocnej z sypialni na górze i dziury w dywanie z korytarza.
- Właśnie uważam, że jest to problem, siostrzyczko – syknęła, trzepiąc z kurzu odzienie i fryzurę. – Musimy wspó… - Coś zagulgotało jej w gardle. – Musimy współ… - spróbowała raz jeszcze, ale z mizernym skutkiem.
- Nie sądzę – odparła wyniośle Zła Wiedźma, usiłując odczepić Zanadrze. – Użyję Prostego Zaklęcia Lokalizującego i w mig odnajdę mojego syna!
- Niczego się nie nauczyłaś przez te wszystkie lata gromadzenia sypiących się ksiąg w swojej małej chatce na kurzej nóżce? – kpiła Matka Natura, wyciągając dębową różdżkę, która w jakiś zupełnie pozbawiony magii sposób nie ucierpiała podczas walki.
- Co masz na myśli?
- Pole elektromagnetyczne, które wytwarza EjDżej, poważnie zakłóca działanie jakiegokolwiek zaklęcia lokalizującego, niezależnie od poziomu jego zaawansowania. Akurat tę cechę odziedziczył po Odynie – wyjaśniła.
- Tylko, że Pana Piorunów da się łatwo zlokalizować za pomocą węchu, czego o Melkorze powiedzieć nie można…
- I całe szczęście – uznała Matka Natura. – W każdym razie, kiedy użyjesz zaklęcia, odpowiedź będzie zniekształcona.
- Skoroś taka mądra, to powiedz lepiej, jaki masz plan? – Wiedźma wzięła się pod boki.
- Wiem, gdzie on mógł pójść, znam go od ośmiu, prawie od dziewięciu lat… Tylko, jak już powiedziałam, do tego celu musimy współ… - urwała i westchnęła poirytowana.
- Co musimy, siostrzyczko? – Zła Wiedźma nastawiła uszu.
- Współpracować! – krzyknęła, po czym obie z siostrą splunęły z pogardą.
Wyszły przed dom, Matka Natura prędko, za jednym machnięciem różdżki naprawiła szkody i ruszyły w stronę lasu.
I właśnie, kiedy dotarły do jego skraju, przed furtką odbudowanego domu stanął Loki, niecierpliwie mnąc w spoconych z nerwów dłoniach list. Patrzył na zadbany, różany ogródek, wyplewiony starannie skalniaczek i porośniętą winoroślą konstrukcję drewnianego ganku. Wszystko wyglądało jak w bajce o Czerwonym Kapturku, w której z pewnością wyglądałoby dokładnie tak, gdyby wilk się nie pojawił i nie pożarł babci.
Będziesz tak stał? Mamy dziecko do uratowania!
Loki nienawidził Lokacjusza dogłębnie. Był jego nerwicą natręctw, niedomkniętą furtką w mózgu, która kazała mu wykonywać różne czynności, o których nawet nie śniło mu się, że potrafi je wykonać. Zawrócił spod bramki i pobiegł na tył domu.
Dokąd?! Wejście jest tam!- Żaden szanujący się Loki nie wchodzi od frontu – burknął mężczyzna i przeskoczył ogrodzenie.
W takim razie jak ostrzeżesz Matkę Naturę?- Wrzucę jej list przez okno albo wsunę w szczelinę w drzwiach, jeśli tak bardzo cię to interesuje. Podkreśliłem na czerwono najistotniejsze informacje.
I nic nie będziesz z tego miał?, spytał podchwytliwie Lokacjusz.
- Jeśli o czymś głośno nie powiem lub w ogóle nie pomyślę, to się nie dowiesz? – upewniał się Loki, kucając na różowej wycieraczce z napisem
„ŁELKOM”.
Ani mi się waż!, zagroziło zrozpaczone sumienie.
- A właśnie, że się ważę! – roześmiał się mężczyzna i wsunął list pod drzwiami.
Lata praktyki wykształciły w nim umiejętność nie myślenia w krytycznych sytuacjach. To właśnie była jedna z tych sytuacji, a Loki nie umiał pomóc, jeśli przy okazji nie pomagał sobie. Ruszył zatem wolnym krokiem w stronę lasu, pogwizdując usłyszaną gdzieś melodię.
- Jurandzie! – Niosło się po lesie. – Juuuuuuraaaaaandzieeeeeeeeeee! Jurandziku mój ukochany! – Śpiewny, a jednocześnie donośny głos strącał szyszki ze szczytów sosen i sprawiał, że kaczki rezygnowały z lotu, ogłuszone jakby ktoś mocno zdzielił je patelnią po głowach.
Z krzaków wynurzył się rosły mężczyzna, którego sylwetkę można by również określić mianem potężnej, kiedy zbliżył się już wystarczająco. Długie, jasne włosy powiewały za nim, kiedy szedł, a raczej przemierzał leśną polanę w stronę drewnianego domu, który niegdyś wybudował własnymi rękami.
Ktoś mógłby pomyśleć, że Wiking powinien nosić dumne, skomplikowane i tchnące mrokiem imię, najlepiej zaczynające się na „V” tudzież „X”, a już na pewno mieszczące którąś z tych liter w dowolnym miejscu owego imienia. Niestety, matka Juranda, zafascynowana polską literaturą, postanowiła nadać swemu pierworodnemu imię po wielkim jej bohaterze. Mężczyzna nosił je z godnością, tym bardziej, że dzięki niemu stał się poważany i szanowany wśród kolegów – wszakże łatwo jest dostać przerażające imię, ale już nie tak łatwo nadać słabemu imieniu siły i mroku. Jemu się to udało.
- Jurandziku, wreszcie jesteś – oznajmiła Smocza Księżniczka, uśmiechając się do męża. – Właśnie dostałam depeszę od Sybil, w której informuje, że przyprowadzi nam gości na wczesną kolację.
- Przynieść beczułkę miodu? – spytał krótko, w lot pojmując intencje żony.
- Poproszę. – Uśmiechnęła się czarująco. – I zbudźże Virga, Xirjaha i Lhevaxa, czas najwyższy, żeby coś zjedli.
Smocza Księżniczka ceniła sobie życie w ich niedużym domku nad rzeką o wiele bardziej niż nudne, ciągnące się jak flaki z olejem życie na zamku. Książę wymagał od niej siedzenia, przechadzania się korytarzami i strojenia w koronkowe suknie. Nie ma się czemu dziwić, że skoro tylko trafiła jej się okazja i przypadkowa łódź Wikingów zaparkowała w fosie, wskoczyła na jej pokład i wskazała drogę ucieczki.
Dzięki przyjaciółce wiedziała o wszystkim, co dzieje się w miasteczku. Niepokoiły ją niebywałe o tej porze roku wyładowania elektryczne, ale Jurand uspokajał ją mówiąc, że wieści z Valhalli są zadowalające i wszystko przebiega znakomicie. A skoro Jurand tak twierdził…
Odyn miotał się po komnacie, wściekle rozrzucając przekleństwa i podpalając różne drobne przedmioty.
- Spójrz na to z innej perspektywy, Odi… - zaczęła leniwie Akrobatyczka, którą aromat ziół i dym z tlącego się delikatnie łóżka przyprawiał o senność. – List został dostarczony do domu Matki Natury, nie wiem, co prawda, co knuje Loki, ale Migrencja z pewnością będzie wiedziała, jak ochronić EjDżeja przed klątwą…
- List dostarczony do domu, to prawda… - mruknął poirytowany Odyn. – Ale, do stu ogarów piekielnych jakiegokolwiek świata, adresatki nie ma w tym domu!!!!!
- Czy aby na pewno nie przesadzasz z tymi wykrzyknikami, mój drogi?
- Migrencja jest zdesperowana! – wrzeszczał nadal Odyn, rezygnując z kilku wykrzykników. – Współpracuje z Wiedźmą! Młody znalazł Kurczaka, Jurand nie przysłał jeszcze odpowiedzi! Całe szczęście, że Smocza Księżniczka niedługo zostanie wtajemniczona!
- A Sybil?
- Ona również! To jedyne, co dobrego może zdarzyć się w tej pokręconej historii! Ostatni Bard jest trochę tępy, Psjeżozwierz dziwny, a Błękit Hood… cóż, on jest totalnie nieprzydatny.
- Przynajmniej przestałeś krzyczeć… - mruknęła bardziej do siebie Akrobatyczka.
Odyn chwycił kapelusz i skierował się ku wyjściu z komnaty.
- Dokąd to?! – Kobieta zerwała się z posłania.
- Muszę tam zejść! Koniecznie! – brzmiała odpowiedź.
- Przecież… - Akrobatyczka załamała ręce.
- Przebiorę się. Przekształcę. Przejmę czyjeś ciało. Czasoprzestrzeń się nie zorientuje.
Akrobatyczne nie pozostało nic innego, jak chwycić żelazną rurę, stojącą przy łóżku i zdzielić Odyna po głowie.
- Kiedy się obudzi, będzie mi dziękował – powtarzała, ciągnąc go do komnaty i usiłując ułożyć nieprzytomne ciało na łożu.
V
Czy Matka Natura i Zła Wiedźma odnajdą EjDżeja?
Czy EjDżej uruchomi czasomierz w kuperku Kurczaka Zagłady?
Ile wie Jurand? Czy wtajemniczy Smoczą Księżniczkę?
Czy Smocza Księżniczka będzie potrafiła pomóc naszym przyjaciołom?
I co z tym Ragnarokiem?
DEMONY WIEDZĄ!
BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ!