Świat Dysku

Dyskowa kuchnia...

O płaskim świecie dyskusje

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Uuu! » 15 sty 2013, o 21:20

hary0685 napisał(a):A można zastosować większą ilość piwa, tzn. zaopatrzyć się w powiedzmy czteropak, zużyć 200 ml do pizzy, a resztę wykorzystać w inny sposób, czy może jest szansa że pizza wtedy się nie uda?

W głównym założeniu ta koncepcja jest słuszna.
Aż do słowa "czteropak", bo to sugeruje, że byłbyś skłonny użyć do zrobienia ciasta jakiegoś koncernowego wyrobu piwopodobnego.
Oczywiście ciasto by wyszło, ale to już nie byłoby TO.
Do ciasta, a tym bardziej do picia na co dzień powinno się używać prawdziwych piw, a nie tego co serwują nam trzy koncerny, które podzieliły między siebie rynek w Polsce (w tym Heineken, mój osobisty wróg, który zamknął browary w Gdańsku i Warszawie).
Jest w Polsce całkiem sporo małych browarów, które robią bardzo dobre piwo, np Konstancin, Ciechanów, Lwówek Śląski, Olsztyn, Witnica, Miłosław, Racibórz... jest więcej, ale nie pamiętam. (Właśnie sączę pysznego Koźlaka z Miłosławia).


EDIT: Zapomniałem dodać, że najlepsze w tych okolicznościach jest Piwo Krasnoludów. Oczywiście dodawanie go do ciasta byłoby grzechem bez możliwości odkupienia. Piłem raz w życiu, kolega mi przywiózł. Mam gdzieś jeszcze butelkę zostawioną na pamiątkę.
Musiałby pracować kilka tysięcy lat, by osiągnąć jakiś efekt, ale to przecież nie powód, by rezygnować.
Avatar użytkownika
Uuu! męska
Ups!
Ups!
 
Posty: 2132
Lokalizacja: Trapezfik
Reputacja: 5343

Reklama

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez hary0685 » 15 sty 2013, o 23:19

Słowem czteropak chodziło mi bardziej o ilość czterech butelek lokalnego browaru, gdyż ja osobiście uważam że mniej niż czterech sztuk nie opłaca się brać, bo albo będzie za mało, albo nie da się tego nieść w przyzwoitej foliówce wielokrotnego użytku za 7-8 gr :)


A z molochowych browarów, to jeśli już muszę to pijam te zielone, tj. Carlsberga i Lecha. Heinekena nie trawię, bo jakoś tak wyszło :)

Tak, że cztery sztuki to w sam raz :)
- Vie pan, że innym określeniem ikonografa byłby "fotograf"? Od latacjańskiego słova "photus", które oznacza..
- "Skakać dookoła jak wariat i rozstawiać wszystkich po kątach, jakbyś był właścicielem"? - spytał William.
Avatar użytkownika
hary0685 męska
Wampirzy Fotograf
 
Posty: 2616
Lokalizacja: okolice Wroclove
Reputacja: 4184

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez emerencja » 16 sty 2013, o 13:11

makaron z pomidorami:

Niania Ogg podaje przepis:
1) bierzemy te fajnie dłuuuugie (za cienkie, wg mnie, ale nie będę grymasić) i wrzucamy do wrzątku, żeby się zrobiło grubsze.
UWAGA! Oby nie miękkie! Oczywiście na torebce piszą, ale.. pisane nie znaczy prawdziwe - lepiej, co parę minut sprawdzić, czy, aby nie zmiękły za bardzo (mają być "al dente" ... chłe chłe chłe - dente.. Skąd Ci Włosi wiedzieli, że mam tylko jeden ząb?*)
2) bierzemy te czerwone i krągłe.. sprawdzamy czy pachną (jak nie pachną, to już lepiej te z puszki).. Zabieramy się za ich skórkę. Przy niejakim doświadczeniu schodzi bez brutalnych i bolesnych zabiegów. Wrzucamy na patelnię z podgrzaną oliwą (może być dziewica [olio vergine]. Dziewice są niezłe ... w kuchni...
3) czosnek. też wrzucamy. Ja tam wrzucam na ostatku.. może i "nie pomoże czosnku ssanie".. ale..

Mieszamy to co już grubsze ale nie miękkie z tym co następne. Dodajemy co tam chcemy (lubczyk, ziółka na pote..ncjalny smak, sól pieprz).

Jak mamy, to posypujemy czymś naprawdę twardym (np. parmezan).
smacznego ;)


*ale dente... (l. poj.) nie "ai denti" (l. mnoga)
emerencja
 

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez agadu » 17 sty 2013, o 21:21

A może by tak jeszcze jeden dział? Czekoladowy moment perfekcji, w sam raz dla Susan i Unity?
Właśnie skończyłam kawałek tortu bezowego z nutellą i - mimo różnych złośliwości losu - jestem spokojna i zadowolona z życia (oraz nażarta jak ten wąż trawiący słonia).
Zaczynamy: Rozgrzewamy piekarnik do 140 stopni (najlepiej z termoobiegiem) i wykładamy dwie duże blachy papierem do pieczenia. Używając służbowej linijki, sprawdzamy, która miska lub pokrywka ma średnicę ok. 19-20 cm i odrysowujemy - na każdej blasze muszą zmieścić się dwa okręgi. Ubijamy 6 białek (dobrze by było, gdyby jajka były od szczęśliwych kur z wolnego chowu), stopniowo dodajemy ćwierć kilograma cukru, ubijamy, ubijamy, ubijamy... (jeśli mamy mikser stojący, w tym czasie możemy sprawdzić klasówki), wreszcie do idealnie ubitego białka ostrożnie dodajemy trzy łyżki najlepszego kakao i łyżeczkę octu winnego lub soku z cytryny. Wykładamy na blachy, formując cztery okrągłe blaty i pieczemy przez godzinę. W tym czasie możemy wyjść na spacer albo pojeździć na Pimpusiu - naprawdę dobrze byłoby zgłodnieć... Po godzinie wyłączamy i otwieramy piekarnik, niecierpliwie czekamy, aż blaty wystygną a w międzyczasie robimy krem. Wyjmujemy pół kilograma mascarpone (najnowszy produkt Ronalda Sochy!) i tyle samo nutelli (prawie cały duży słoik, resztę można dojeść łyżeczką :)) i krótko miksujemy, dodając po drodze chlust ulubionego alkoholu (albo dwa). Przekładamy blaty, wykładając resztę kremu na wierzch i posypując szczodrze posiekaną ulubioną czekoladą. Wołamy nasze wewnętrzne dziecko, żeby wylizało miskę po masie :) .
Pierwszy moment perfekcji: próbujemy zaraz po złożeniu, gdy beza jest chrupka a krem rozkosznie aksamitny (uwaga! jeśli nie mamy pod ręką miecza Śmierci, do krojenia używamy ząbkowanego noża i kroimy powoli i z wyczuciem);
Drugi moment: po kilku godzinach beza mięknie, krawędzie chrupią a wnętrze delikatnie lepi się i ciągnie;
Trzeci: następnego dnia blaty bezowe są mięciutkie i piankowe i przypominają mus czekoladowy, przełożony warstwami kremu czekoladowo-orzechowego z rozgrzewającym muśnięciem alkoholu, drobinki czekolady roztapiają się w ustach;
Czwarty: po schłodzeniu krem staje się gęsty i przypomina wnętrze belgijskich pralin;
Piąty: no nie, już się skończyło?!
agadu żeńska
Mag IV stopnia
 
Posty: 553
Reputacja: 1594

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Biała » 17 sty 2013, o 21:45

o matko.. aż normalnie zglodniałam.. juz wiem co bede robic przez weekend..;p
Idź w ciemność osnuta,
opita szkarłatem,
wojnę, szloch i pożogę
poroztaczać nad światem.
Avatar użytkownika
Biała żeńska
Księżniczka Chaosu
 
Posty: 1638
Lokalizacja: Świat Kuli
Reputacja: 1807

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez agadu » 17 sty 2013, o 22:43

Biała, ja o czekoladzie mogę długo i namiętnie, więc spodziewaj się kolejnych wpisów :D
agadu żeńska
Mag IV stopnia
 
Posty: 553
Reputacja: 1594

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Brethil » 17 sty 2013, o 22:57

To może i ja.
A raczej Glenda. Dajmy przemówić mistrzyni zapiekanek.

W nocnej kuchni nic nie powinno się zmarnować, dlatego też porcję ugotowanych ziemniaków z obiadu z niewielką pomocą pora, pieczarek, boczku przerobimy na pyszną, sycącą zapiekankę. Do tego potrzebować będziemy jeszcze kwaśnej śmietany, tartego żółtego sera (najlepiej o ostrym smaku), jajka, czosnku, soli, pieprzu i ewentualnie tymianku. I masła. Wszystko jest lepsze z masłem.
Ziemniaki Glenda kroi na plastry o szerokości mniej więcej 0,5 cm. Por, pieczarki i boczek również, acz nieco cieniej. Plasterki boczku dodatkowo kroi na 2-3 części, zależnie od wielkości plastrów. Ser ściera na tarce o grubym oczku, połowę odkłada, a połowę miesza ze śmietaną, jajkiem, wyciśniętym czosnkiem i przyprawami.
Naczynie żaroodporne lub inną formę smaruje masłem i wykłada pierwszą warstwą ziemniaków. Na to boczek, pieczarki, por i sos. Całość powtarza 2-3 razy (najlepiej, aby na wierzchu znalazły się ziemniaki), po czym posypuje obficie serem.
Zapiekanka ląduje w piekarniku nagrzanym do 16-17'C i spędza tam 20-25 minut w temperaturze 160-170'C, aż ser ładnie się zarumieni, a Glenda skończy czytany aktualnie romans.

Proporcje to rzecz względna, wszystko zależy od tego, ilu głodnych magów jest aktualnie do wykarmienia.

Zapiekanka najlepiej smakuje ze szklanką kefiru, opcjonalnie bursztynowego napoju procentowego.

Jak będę mieć siłę to pojawi się więcej zapiekankowych wariacji (ziemniaczanych i makaronowych).
Fairy tales do not tell children that dragons exist. Children already know that dragons exist. Fairy tales tell children that dragons can be killed.
[Chesterton]

"Wszystkie Małe Mi na świecie są praktycznie niezniszczalne"
Avatar użytkownika
Brethil żeńska
Pandorka
 
Posty: 3188
Lokalizacja: Festung Breslau
Reputacja: 3122

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez grace » 18 sty 2013, o 11:07

Kochani, uwielbiam Was!
Dopisujcie też listę składników, bo z tego serio można korzystać i będzie łatwiej ;)
Gdyby ktoś dorobił zdjęcie do swojego dzieła, to będzie to również mile widziane, choć nie obowiązkowe ;)
kliknij Tu>ObrazekA tu znajdziesz->Obrazek
Rejestr postaci i Naszą Encyklopedię, którą możesz pomóc tworzyć.
Avatar użytkownika
grace żeńska
Kelda
 
Posty: 4740
Lokalizacja: Kraków

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Brethil » 18 sty 2013, o 14:46

No oczywiście, tyle razy zmieniałam wersję, że temperatura pojawiła się 2 razy (w dodatku raz bez zer) ;) Powinno być: "Zapiekanka ląduje w piekarniku nagrzanym do 160-170'C i spędza tam 20-25 minut, aż ser ładnie się zarumieni, a Glenda skończy czytany aktualnie romans."
Fairy tales do not tell children that dragons exist. Children already know that dragons exist. Fairy tales tell children that dragons can be killed.
[Chesterton]

"Wszystkie Małe Mi na świecie są praktycznie niezniszczalne"
Avatar użytkownika
Brethil żeńska
Pandorka
 
Posty: 3188
Lokalizacja: Festung Breslau
Reputacja: 3122

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez nanny_ogg » 18 sty 2013, o 15:51

Dzięki Brethil,że dotrzymałaś słowa :D
A to mój drobny wkład w kuchnię dysku,mam nadzieję,ze się spodoba i może wykluje się kontynuacja. Zaczęłam to pisać już dawno, ale jakoś nie mogłam skonczyć, nie mam talentów prozatorskich Marka, wiec bylo mi trudniej, ale kiedy wczoraj Brethil zaczęła wątek zapiekankowy wystraszyłam się,ze bede musiala wyrzucic te historyjke do kosza i skonczylam ja.

"- Nutt, nie widziałeś gdzieś mojej książki z przepisami? – Glenda, oparła dłonie na biodrach , nieco szerszych, niż miała wtedy kiedy się spotkali po raz pierwszy, co nie przeszkadzało kompletnie Nuttowi, który każdej krągłości swej Glendy mógłby poświęcić osobny wiersz.- Wiesz, że dzisiaj wychodzę i będziesz musiał sam poradzić sobie ze zrobieniem zapiekanek.

- O tak Glendo, widziałem, pan Likely junior biegał z nią dookoła a potem ustawił ją jako coś w rodzaju dachu w domku dla jeżątka. – Nutt zawsze był bardzo dokładny we wszystkim co robił i mówił.
- No i pozwoliłeś na to?! Nic nie zrobiłeś?! No przecież mam tylko jeden egzemplarz, jak zostanie zniszczona to wszystkie przepisy przepadną?!- Glenda udawała rozzłoszczoną, ale tylko dlatego, że tak wypadało, ponieważ jeśli chodziło o jej Nutta, nie potrafiła się złościć na niego na serio, cokolwiek by zrobił lub nie zrobił…
- W takim razie czy mogę Cię poprosić abyś przyniósł ją w jakimkolwiek jest stanie? Lepsza zniszczona niż żadna . – Nie omieszkała skomentować.
- Dobrze Glendo , pójdę i sprawdzę co się da zrobić… Glendo.- Nutt uwielbiał to imię i korzystał z każdej okazji aby móc je wypowiedzieć głośno (niemałe znaczenie miał także fakt, że bardzo widocznie poprawiało to Glendzie nastrój).
Po dłuższej chwili okazało się, że wyprawa w głąb domu przyniosła efekty, jednak nie takie, jakich oczekiwała Glenda. Bowiem na progu kuchni ukazał się rozczochrany, ale szczęśliwy Nutt, niosący na swoim karku niemniej szczęśliwego, roześmianego , ślicznego chłopczyka, który wymachiwał krańcem szalika omotanego dookoła siebie i krzyczał:
- Glenda pats jestem sklytym zbójcem i jadem na meca! Hulla!
Glenda obserwowała tę uroczą scenkę z miną prawie przerażoną i wcale nie chodziło o to, że malec niebezpiecznie przechylał się na boki (wszak Nutt miał siłę i refleks, o które patrzący z boku nigdy nie podejrzewałby tego przyjaźnie i niewinnie wyglądającego osobnika). Glenda z przerażeniem patrzyła na główkę malca, na której widniała czapeczka zrobiona z jakichś kartek, w których to kartkach kobieta rozpoznała strony wyrwane z JEJ książki z przepisami!
- Chodź do Glendy Trevorku, Glenda da ciasteczko jak oddasz jej czapeczkę …- Maluch ochoczo zmienił miejsce pobytu i oddał bez protestów wymięte nakrycie głowy, czekając na słodką obiecankę.
-Wiesz Glendo, nie przyniosłem książki ponieważ tak jakby już jej nie było- Nutt uśmiechał się przepraszająco i jak zwykle Glenda uległa urokowi tego „nie całkiem uśmiechu”.
-No dobrze już dobrze, tylko mi powiedz w jaki sposób chcesz beze mnie i bez niej przygotować zamówienia na dziś wieczór mądralo.- Glenda popatrzyła na swojego ukochanego i … już wiedziała, że o nic nie musi się martwić, jego mina mówiła to wyraźnie.
-Wiesz, raz czy dwa zajrzałem do niej kiedy pomagałem Ci z zamówieniami - Drobny Nutt nagle znalazł się w pozycji lewitującej tuż nad podłogą ponieważ uszczęśliwiona Glenda przez chwilę straciła orientację w kwestii kto kogo powinien nosić na rękach. – Dziękuję Glendo – wysapnął Nutt kiedy wreszcie znalazł się obiema nogami na stabilnym podłożu, (co oczywiście nie znaczyło wcale, że chwilę przedtem nie czuł się także bezpiecznie a nawet przyjemnie).
-Jeżeli chcesz, to mogę wyrecytować Ci z pamięci wszystko, począwszy od pierwszej strony…

Nie skończył ponieważ rozległo się rozżalone:
- A ciastecko!?- malutki Trev czując się pominięty podczas rozmowy dorosłych, domagając się uwagi, rozpoczął energicznie ciągnięcie źródła przysmaków za pasek od fartucha.
- Oczywiście kochanie, Glenda już Ci daje ciasteczko, a potem odprowadzę Cię do niani. *

- No, teraz możesz mi wyrecytować przepisy, sprawdzę, czy naprawdę niczego nie pominąłeś¬¬¬¬, wiesz, że magowie kochają tradycję i nie lubią zmian, no chyba, że te zmiany nie dotyczą ich samych.
-No to posłuchaj.
Zapiekanka pasterska:
Weź:
1 funt czerwonych ziemniaków, obierz je i przekrój na połówki
5 łyżek niesolonego masła
½ funta pokrojonych grzybów (najlepiej świeżo zebranych)
1 funt chudej , zmielonej wołowiny
1 małą , białą, posiekaną cebulę
4 zmiażdżone ząbki czosnku
2 łyżki mąki pszennej
¾ wołowego sosu (z poprzedniego obiadu)
¼ filiżanki posiekanej natki pietruszki
1 średnia marchew pokrojona w plastry
1 łyżka sosu Wow- wow (zamiast można użyć sosu Worcestershire)
½ łyżeczki suszonego majeranku

Przygotowanie:
Ugotuj ziemniaki do miękkości , odcedź i rozduś na papkę z 3 łyżkami masła, doprawiając do smaku solą i pieprzem. Rozgrzej piekarnik do 350 (F). Rozgrzej na patelni pozostałe masło, podsmaż na nim grzyby (ok 7min), przełóż grzyby do innego naczynia, na tej samej patelni podsmaż wołowinę z czosnkiem i cebulą aż wołowina się zabrązowi (8-10 min). Dodaj mąkę, pomieszaj chwilę, dodaj grzyby, marchewkę, pietruszkę, sos wołowy i wow-wow, majeranek, duś razem przez chwilę (ok 5min), mieszając od czasu do czasu. Następnie przełóż to wszystko do naczynia żaroodpornego, na wierzch wyłóż rozgniecione ziemniaki, wygładź powierzchnię i wstaw do piekarnika. Piecz aż ziemniaki staną się złoto- brązowe (ok 25min). Podawać po lekkim przestudzeniu.


-A teraz zapiekanka…- Nutt jednak nie zdążył dokończyć rozpczętego zdania i chyba wcale nie był tego powodu niezadowolony…
My po cichutku wyniesiemy się z królestwa zapiekanek bo przecież nie zamierzamy przeszkadzać Glendzie i Nuttowi w tak pięknie rozwijającym się uczuciu a przepis na kolejną zapiekankę być może poznamy wkrótce….
* druga najstarsza i najważniejsza profesja we Wszechświecie ,(nikt nie ma takiego wpływu na przyszłe pokolenia jak niania właśnie)."






-
Everything in life I share, except of course my teddy bear.
Avatar użytkownika
nanny_ogg żeńska
Plantopecha
 
Posty: 2903
Lokalizacja: Albion...
Reputacja: 3912

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Kinga » 18 sty 2013, o 19:51

Po moich dzisiejszych doświadczeniach w kuchni, przyszło mi do głowy coś takiego (przy czym ja sobie poparzyłam palca przy wyciąganiu biszkopta, a nie przy przelewaniu wody...):

Bananowiec a'la Julia

Julia bardzo chciała zaimponować Trevorowi, więc postanowiła pokazać, że w kuchni radzi sobie prawie tak dobrze jak Glenda. Wybrała ciasto, bo Trevor uwielbia słodycze, no i co może pójść źle w biszkopcie z bananami? Oj może dużo...
Julia korzystając z momentu w którym Glenda postanowiła ulotnić się gdzież z panem Nuttem, wkradła się do jej przepastnej kuchni, odnalazła przepis na bananowiec i zabrała się do roboty.
„Najpierw pieczemy biszkopt” przeczytała. No tak, tylko gdzie przepis na biszkopt? W końcu odnalazła go pod S - spód do ciasta. Ufff. Popatrzmy:
- 4 jajka
- 8 płaskich łyżek mąki
- 1/2 szklanki cukru
- proszek do pieczenia
„Jakoś dziwnie się piecze ten biszkopt.” pomyślała. „Po co oddzielać białka od żółtek? Ach, jest komentarz.”
Żeby biszkopt był puszysty trzeba najpierw ubić same białka, usztywnić je cukrem i dopiero dodać żółtka.
„Ciekawe jak się usztywnia jajka? Pewnie Trevor by miał dużo do powiedzenia na ten temat, no nic, wsypię po prostu ten cukier i zobaczę co się stanie”. Po ubiciu jajek kuchnia już wyglądała jak po przejściu huraganu, a przecież to dopiero początek. Julia wróciła do przepisu:
Dodać ostrożnie mąkę i proszek do pieczenia i powolutku wymieszać, aby piana nie opadła.
„Po co powolutku, ja muszę się wyrobić zanim wróci Glenda...”. Po wymieszaniu wszystkiego, oczywiście za szybko, Julia była cała w mące, ale była szczęśliwa, że to już wszystko, bo wzięła za małą miskę i ciężko jej się mieszało, nawet dobrze, że trochę opadło. Przełożyła ciasto na blachę i dopiero wtedy zauważyła jeszcze kilka zdań w przepisie:
Blachę wysmarować masłem i obsypać bułką tartą, lub wyłożyć folią aluminiową.
„Ciekawe co to ta folia aluminiowa?”.
Piec 20 minut w temp. 180 stopni.
„Ciekawe czy jak od razu wstawię do zimnego piekarnika to też się upiecze? Spróbujmy”. Niestety, po 20 minutach piec dopiero się rozgrzał, a ciasto nadal było surowe. „No nic potrzymam je tam jeszcze przez 20 minut, to pewnie się dopiecze”. Dopiekło się, aż za bardzo... Julia obskrobała co bardziej zwęglone kawałki. „Na następny raz będę wiedziała, że trzeba najpierw nagrzać piec”. Nauczona poprzednimi doświadczeniami Julia przeczytała cały przepis na masę przed rozpoczęciem działań:
Składniki:
Masa:
- 4 banany
- 20 dag masła
- 2 żółtka
- 1 łyżka cukru
- 2 jasne galaretki (brzoskwiniowe, morelowe lub cytrynowe)
- sok z cytryny
Góra:
- 2 czerwone galaretki (malinowe, truskawkowe lub ostatecznie pomarańczowe)
Przepis:
Masło utrzeć z cukrem i żółtkami, dodać utarte banany skropione sokiem z cytryny. Galaretki rozpuścić w 3/4 szklanki wody, lekko tężejącą dodać do masy bananowej i wymieszać. Wylać całość na biszkopt i wstawić do lodówki, żeby całkiem zastygło. Gdy masa zastygnie wylać na nią mocno tężejącą górną galaretkę.
„Ha to jest proste, tylko najpierw zabrać się za banany, czy za galaretkę? Chyba zacznę od galaretki” Julia wstawiła wodę i poczekała aż się zagotuje. Wlewając wodę do garnuszka oparzyła sobie palec, ale udało się jej jakoś wymierzyć te 3/4 szklanki, mimo że nie bardzo wiedziała ile to. Wymieszała galaretki i wystawiła za okno, żeby szybciej stężała, była zima, więc takie zachowanie nawet miało sens. Jak galaretka sobie stygła Julia utarła masło, żółtka i cukier jedną ręką, bo drugą oparzoną trzymała w garnku z zimną wodą. Kuchnia wyglądała już jak po przejściu 2 huraganów i stada słoni. „Glenda mnie zabija jak wróci za ten syf, spróbuję posprzątać trochę jak skończę.”. Jak już utarła banany; przy czym tylko raz przejechała paznokciem po tarce, co było niezłym sukcesem; galaretka zdążyła prawie całkiem stwardnieć. „Ech ciężko będzie rozsmarować.”. Wymieszała wszystko i rozłożyła na biszkopcie. „Trochę nierówno wyszło, bo i biszkopt krzywy i galaretka za sztywna, ale nic jeszcze galaretki na wierzch, trochę się wyrówna, tylko muszę bardziej jej pilnować.”. Wystawiła ciasto z masą na zewnątrz żeby całkiem stwardniało. Wstawiła znowu wodę na galaretkę. Tym razem przelewając ją do garnuszka bardziej uważała i udało jej się nie poparzyć drugiej ręki. Wymieszała galaretkę i znowu wystawiła ją na zewnątrz, zabierając cisto z parapetu i strzepując z niego mrówki. „Ech miałam go przykryć, ale dużo nie zjadły na szczęście”. Tym razem oczywiście też zapomniała o galaretce i ta całkiem stwardniała. „No nic, pokroję ją i porozrzucam po cieście, a Trevorowi powiem, że tak miało być”. Zaraz po tym jak Julia skończyła układać wierzchnią galaretkę do kuchni wparowała Glenda i zobaczyła przeszczęśliwą Julię trzymająca rękę w garnku z zimną wodą wskazującą na swoje dzieło. Kuchnia wyglądała strasznie i sprzątanie jej zajęło Glendzie pół dnia, ale nie była bardzo zła na Julię za ten pogrom, bo widziała, że ta się bardzo starała, w końcu była prawie jak jej dziecko. Ciasto bardzo smakowało Trevorowi, mimo że biszkopt był twardy, a galaretka co chwilę spadała z niego...
Regulamin jest fajny. Ścieżka kasztana nie. FAQ ma sporo odpowiedzi, jak nie ma tam Twojego pytania, pisz PW.
Avatar użytkownika
Kinga żeńska
ciotka cierpienia
 
Posty: 3001
Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza / Wrocław
Reputacja: 3854

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Biała » 19 sty 2013, o 14:18

Niania Ogg dostała list od swojej dawno nie widzianej nieprzyjaciółki. Czy też może przyjaciółki, zreszta, jaka to róznica u czarownicy?
„Przybywam w odwiedziny w najblizsza sobote nie mogę się doczekac by znow spróbować twych legendarnych potraw!”
Niania podrapała się po podbródku i uznała ze nie ma sensu odpisywać bo i tak list nie zdazy dojsc zanim ta fladra przyjedzie. No nic. Zobaczymy.

W sobote oczywiście jedna z licznych tych jaki im tam synowych Niani miała gotować obiad.
Niania i jej znajoma rozsiadły się przy jednym z udanych roczników nianinej brandy.
- Co to za dziwna rybe mi tu przyniosłaś dziewczyno?!
- Nianiu to łosoś, taka najsmaczniejsza ryba, znaczy ostatnio mówilas, ze tylko taka rybe będziesz jadla..
-Ja tak mowiłam? A no to dobrze. Tylko czemu odcinasz mu skóre?
- Bo ostatnio Greebo porwał pól ryby jak mu nie dałam Nianiu, sama wiesz ze on to uwielbia
- Tylko pamiętaj ze ma być cienko odcieta! W koncu Greebo sam sobie może cos upolowac a my jesteśmy glodne
-Oczywiście Nianiu..
Dziewczyna odcieła skore i opłukała rybę żeby nie zostały żadne łuski. Ułozyla rybę na folii, oprószyła ją pieprzem, sola, lekko mąką i sięgnęła po rozmaryn
Niania przerwała rozmowe z przyjaciołka czy też może nieprzyjaciółką
- A co to ty mi jakies zielone badziewie rzucasz na ta rybe?
- Nianiu to rozmaryn jest, bardzo dobry do ryby
- a to drugie co wyglada jak sproszkowana kupa sowy?
- to tylko imbir Nianiu
- nie oszukuj mnie dziewczyno! Wiem jak powinien imbir wyglądać! Hłe hłe! Jakby był nieco grubszy to może i byłby z niego pozytek jakis, a tak to po co?
- On podkreśli smak ryby Nianiu, dokładnie tak jak lubisz
Niania machnęła reka i nalala kolejny kieliszek - A niech dziewczyna dodaje co tam uwaza ale jak mi nie będzie smakowac..
Dziewczyna dodała wiec imbir i tymianek do ryby, łyżkę oleju i sok s 1/3 cytryny i zawineła rybę w folię żeby odczekała i przesiąknęła aromatem. Przegoniła przy okazji Greebo, który podejrzanie blisko zaczął się kręcić koło ryby - skórka z cytryny rzucona w oczy to cos czego koty zdecydowanie nie lubia, wiec Greebo wyszedl oknem obrazony na takie traktowanie.

Dziewczyna sięgnęła po brazowy ryz, akurat wtedy gdy Niania znów zajrzała do kuchni.
- a to co znowu mi wyciągasz?
- Nianiu to jest ryz przeciez
- Ty mi tu oczy nie mydlij! Ja dobrze wiem jak wyglada ryz. Powinien być bialy a nie brazowy! Nie chce jesc ryzu który ktos już kiedys jadł!
- Nianiu nikt go nie jadł wczesniej, on tak po prostu wyglada.. pamiętasz? To ten krasnolud co był w tamtym miesiącu Ci go przywiozl
Niania już lekko zamroczona po drugiej butelce brandy przypomniała sobie o jakiego krasnoluda chodzi wiec uśmiechnęła się do milych wspomnien
- a to co tu leży? Hehe.. ta papryka jest jędrna jak kiedys moje..
- Gytho Ogg! Przyjdziesz w koncu z tej kuchni? Mamy tu ważniejsze sprawy przeciez - zawolał głos z pokoju.
Niania wzięła więc kolejna magiczna flaszeczke i udała się do pokoju dywagować o tym, jaka to dzisiejsza młodzież jest żle wychowana
W tym czasie dziewczyna podłączyła ryż - wrzuciła go od razu do zimnej wody i posoliła, bo wtedy się nie skleja. Wyciagneła miseczke, i miała brać smietanę, ale okazało się że Greebo dopadł ją pierwszy. Co za wstrętny kocur pomyślała dziewczyna - i jak ja teraz..Hm.. przeciez i tak nie widza, po czym dodała pozostałe 4 łyzeczki smietany które Greebo zostawił, łyżeczkę chrzanu, łyżeczkę musztardy, sól, pieprz i..
- A ty znowu cos kombinujesz!
Dziewczyna odwróciła się przerażona
- Ale, ale co?
- Co ty mi tu jakis bialy proszek sypiesz! Chcesz mnie otruc?!
- Alez Nianiu.. przeciez to jest czosnek w proszku.. nie pamiętasz jak nam kazałaś cale lato kroic i suszyc czosnek bo uznalas ze musisz oszczędzać swój jeden zab?
-A..- Niania uśmiechnęła się do siebie - Tak, no może faktycznie.. A co to jest to małe zielone? He? Znowu jakies podejrzane wodorosty jak ostatnio?
- nie Nianiu.. to oliwki.. tez je przywiozl ten krasnolud..
- A. w takim razie to w porzadku..
Ja tu zwariuje! Pomyślała dziewczyna po czym pokroiła 6 oliwek /koniecznie zielonych/ pół papryki, pomidorka. Dodała jeszcze troche soli dla ostrości i soku z cytryny
W miedzyczasie sprawdzała czy rybka na patelni już się nadaje do jedzonka
- Ha! Wiedziałam że nie umiesz gotowac! Co to za ryba jak nie ma cebuli?! Niania skoczyła szybko obrała cebulę po czym dodała do ryby parę krążków cebulki - tak się właśnie gotuje dziewczyno! Nic te młode nie umieją teraz!
Po obiedzie oczywiście trzeba było skonczyć kolejną flaszeczkę a dziewczyna spisała listę z czego korzystała
250g filetu z łososia
Cytryna
Pół papryki
Pomidor
4 łyżeczki śmietany
6-10 oliwek / jeżeli do przybrania to 10;p/
Sól, pieprz, tymianek, czosnek, imbir
Łyżeczka chrzanu
Łyżeczka musztardy
2 woreczki ryżu brązowego ryżu
Smacznego;)

edit: oliwki wkrajamy razem z pomidorem i papryka to sosu ze smietany musztardy i chrzanu

polecam zagryzać pomarańczą;) pycha;p
Idź w ciemność osnuta,
opita szkarłatem,
wojnę, szloch i pożogę
poroztaczać nad światem.
Avatar użytkownika
Biała żeńska
Księżniczka Chaosu
 
Posty: 1638
Lokalizacja: Świat Kuli
Reputacja: 1807

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Brethil » 19 sty 2013, o 15:22

Zapiekankowych wariacji ciąg dalszy. Cóż poradzę na to, że uwielbiam zapiekanki, zwłaszcza te ziemniaczane (z makaronem też są dobre, ale nie aż tak). Mam nadzieję, że nie podbieram Niani żadnego przepisu...

Choć zapiekanki bezapelacyjnie kojarzą się z Glendą to ta konkretna pochodzi z Kredy.

Oscypkowa zapiekanka babci Obolałej:

Składniki
* ok. 1,2 kg ziemniaków
* 200-250 g kiełbasy
* 3 duże cebule
* 200-250 g oscypka (od biedy może być zwykły wędzony ser)
* olej
* 200 ml kwaśnej śmietany
* odrobina wody
* 1 łyżeczka majeranku
* 2 ząbki czosnku
* sól
* pieprz
* duża płaska brytfanna

Ziemniaki Babcia Obolała gotuje w mocno osolonej wodzie (najlepiej sprawdza się taka prosto z potoku), a następnie studzi je i kroi na plastry, które następnie układa w brytfannie (wszystkie jako jedną warstwę). Na patelni Babcia przysmaża pokrojoną w półplasterki cebulę. Kiełbasę kroi w plasterki (piętki zostawiając psom, w końcu w tym czasie same pilnowały stada).
Na warstwie ziemniaków Babcia układa cebulę przemieszaną z kiełbasą, a całość zalewa sosem (śmietana, kilka łyżek wody, sól, pieprz, majeranek i rozgnieciony czosnek). Całość posypuje startym na grubo oscypkiem.
Babciny piecyk nie posiada miernika temperatur, ale nagrzany jest solidnie (około 200'C). Po pół godzinie spędzonej we wnętrzu piecyka zapiekanka jest gotowa.
Fairy tales do not tell children that dragons exist. Children already know that dragons exist. Fairy tales tell children that dragons can be killed.
[Chesterton]

"Wszystkie Małe Mi na świecie są praktycznie niezniszczalne"
Avatar użytkownika
Brethil żeńska
Pandorka
 
Posty: 3188
Lokalizacja: Festung Breslau
Reputacja: 3122

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Biała » 20 sty 2013, o 14:38

Zapiekanka z niespodzianką

Lady Sybil Ramkin chodzila niespokojnie po pokoju. Kucharka wyjechala na urlop, Wilkins pojechał na polowanie, a wymienne Emmy od smoków jakoś dzisiaj się nie napatoczyły.
„przeciez muszę zrobić Samowi obiad jak wróci z pracy!” ta myśl wciąż i wciąż chodzila jej po głowie. Wiadomo - niezbyt dobrze jej szło w kuchni ale Sam jakos nie narzekał nigdy na te przypalone kawalki. Problemem nie były przypalone kawałki. Problemem były..warzywa!
Doktor kazał Samowi jesc przynajmniej piec warzyw dziennie.. jak ja mam zrobic obiad z warzywami?! I to jeszcze z tym.. jak mu..szpinakiem! co to w ogole jest ten szpinak? Przeciez to jak trawa wyglada!
Lady Sybil chodziła tam i spowrotem po korytarzu..
„No nie. Przeciez moja prababka podawała ciasto orzechowe z trzema masami w ambasadzie atakowanej przez trolle! A ja tu mam tylko jakos zamieszac te.. te.. warzywa. No. Do roboty!”
W kuchni oczywiście najpierw musiala się zorientowac co gdzie ma. W koncu nie była tu już pare ladnych lat - mniej wiecej od wtedy kiedy urodzil się mały Sam.
- Dobra..to ten szpinak jest, tak..-Sybil wyciągnęła jakas bezkształtna zielono - lisciasta mase z lodowki i popatrzyla na nia z niesmakiem - no dobra..co to z tym.. a.. umyc by trzeba było i podrzec na kawałki i odrzucic ogonki tak.. no to do dzieła.
Jak pomyślała tak zrobiła - wypłukała szpinak dla pewności dwa razy bo w koncu zawsze się w trawie mogą jakies żyjątka pojawic. W tym czasie nastawila duza patelnie na ogien i wlała tam olej
- Ha. Teraz Sam na pewno nie pozna ze dałam mu to zielsko do jedzenia - po czym wrzuciła 4 obrane i przekrojone ząbki czosnku na patelnie - wiadomo ze wszystko do czego doda się czosnek smakuje jak czosnek - pomyślala Sybil z mściwą satysfakcją - czosnek oddaje smak do oleju (wiec trzeba go później ściągnąć jak już się ładnie zarumieni) i na ten olej można wrzucic szpinak i go troche pomieszac na sredniej wielkości ogniu. W miedzyczasie dodajemy sol i pieprz w raczej duzej ilości.
- Uff.. to jedno już jest - westchnęła Sybil przekładając czos..tfu. szpinak do miseczki wraz z olejem - och nie.. wlasnei sobie przypomniałam ze trzeba jeszcze dwa zabki czosnku przez praske przemielic do tego - po czym wrzucila szpinak spowrotem na patelnie, dodała czosnek, podsmażyła jeszcze chwile i znowu wraz z olejem wrzucila do miseczki.
- No teraz to już na pewno jest ok.. Co by tu.. a tak! Blaszka! - wziela wiec sredniej wielkości blaszke, raczej kwadratowa bardziej niż podróżną, wyłożyła ją folią. Gdzie zabrakło folii to urwała kawalek i podłożyła pod spod. „nie ma sensu dawac drugiej warstwy, przeciez to się i tak wyrzuca!” - pomyślała Sybil w której odezwała się krew Ramkinow.
- I co to mialo.. a. ciasto! Cale szczescie ze ktos wymyslił te małe pojemniczki ciasta, bo jakos mi to zupełnie nie wychodzilo nigdy.. - wziela do reki opakowanie ciasta francuskiego, popatrzyła nań podejrzliwie - ale ze jak się tego właściwie uzywa? - po czym ściągnęła folijke i zaczela rozwijac papierek - aaaa.. tak to działa.. ale to chyba nie powinno mieć takich pęknięć.. może poczekam Az się troche zagrzeje..
W miedzyczasie Sybil podsmażyła cebulki (dobra cebula to podstawa każdej potrway, każdy dobry kucharz o tym wie) i dala je do kolejnej osobnej miseczki (jak się posoli cebule to szybciej się usmazy). „Ciekawe kto to będzie zmywal” przebiegło jej przez glowe, ale uznala ze chwilowo ma ciekawsze rzeczy niż mycie naczyn.
Nastepnie Sybil postanowila rozprawić się z mięsem. Podgrzała olej na tej samej patelni na której wczesniej robila szpinak a później cebule (oczywiście bez mycia, bo czosnek nadal był w resztkach oleju) wrzuciła nań mieso, rozdrobniła (trzeba to szybko robic zanim się zrobia takie nieforemne duze grudki. Grudki mają być małe i nie foremne). Dodała sól i pieprz, przyprawy kebab - gyros i do miesa mielonego („ciekawe co to.. w sumie nie wiem ale ładnie pachnie”). Po czym zostawiła już na małym ogniu przez 2 minuty żeby przyprawy dobrze wsiąkły w mięso. („w sumie troche się przypaliło to mięso, no ale Sam tak lubi przecież”, stwierdziła Sybil zeskrobując wieksze pół mięsa w kolorze czarnym do miseczki).
- Hm.. Czym by to tu..- po czym złapała za ketchup i musztarde, wrzucila pare łyżek, zamieszala, dodała sól, pieprz i czosnek i zmieszała z mięsem.
- dobra.. teraz już powinno pojsc prosto..pomyslmy.. - Sybil po dluzszych dywagacjach wyłożyła ciastem blaszke (to co zostało dokleiła po bokach). - To teraz lecimy.. na sam dół szpinak, rozsmarujemy cieniutko, żeby się Sam nie połapał..(trzy machnięcia łyżką później) Cebulka, to tez niby warzywo ale w sumie dodają je do kebabow wiec Sam już nie powinien marudzic..Na to pokrojone w cienkie plasterki (wzdłuż) ogorka, na to miesko, żeby zakryc ta warzywna czesc.. - Sybil wykonywala wszystkie te czynności powoli i starannie świadoma, że jeżeli Sam Vimes dowie się ze w zapiekance są jakiekolwiek warzywa, to będzie to jej ostatni obiad który on je - dobra. Mieso zakryło wszystko wiec teraz na to cieniiiuuuuuutkie plasterki pomidora rozłożone na całości .. - no pomidora to on chyba zje, jak mu powiem ze to taki ketchup, tylko jeszcze nie zmielony? -
Na koniec Sybil pokroiła na cienkie plastry mozzarellę - a co tam, zapieka się tak jak żółty ser, a przynajmniej jest sdrowsza. Oproszyła to wszystko solą i pieprzem i włożyła do piekarnika nagrzanego na 160st.
„ Teraz tylko czekamy aż serek ładnie się stopi i zarumieni, wiec mogę poczytac jakas interesujaca książkę o chorobach smoków..”
Poł godziny później zapiekanka czekała już parując i rozsiewając zapachy po calej kuchnii. Sam Vimes niepewnie przyglądał się jej warstwom.
- eghm.. kochanie.. a co właściwie tu dodałas?
- no jak co? Czosnek, ketchup, musztarde, mieso i ser. Przeciez widzisz.
- U.. y.. a to takie maziowate na dole?
- A to pewnie mieso tak się zapieklo. Będziesz tak marudził czy zjesz w koncu?
Sam chcąc nie chcąc wbił niepewnie widelec w jedzenie. „To naprawde smakuje jak czosnek, ketchup i mieso. No kto by pomyślał”
Sybil uśmiechała się pod nosem.. nie dość ze Sam Vimes zjadł swoją porcję warzyw (szpinak, cebula, pomidor, ogórek /można dodać oliwki jak ktos lubi;p/) to jeszcze w kuchni czekała cała góra naczyń wiec dłużej będzie w domu..

Smacznego:)

Lista zakupów (wychodzi jedzonko dla 5 osób)
250g szpinaku// może być tez mrozony ale to na wyczucie wtedy;p/
Opakowanie ciasta francuskiego
350g miesa mielonego wieprzowego
4 kiszone ogorki
2 - 3 dorodne pomidory
2 kulki mozzarelli
3 cebule
Glowka czosnku
Pieprz, sol, przyprawa kebab - gyros i do miesa mielonego, czosnek w proszku
Olej
4 łyżki ketchupu ostrego, musztarda

/nalzey uwazac przy wyciaganiu zapiekankki na sreberko i uzywac noza z ząbkami bo jednak ciasto francuskie bywa oporne;p/
Idź w ciemność osnuta,
opita szkarłatem,
wojnę, szloch i pożogę
poroztaczać nad światem.
Avatar użytkownika
Biała żeńska
Księżniczka Chaosu
 
Posty: 1638
Lokalizacja: Świat Kuli
Reputacja: 1807

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Marek_Sobczak » 20 sty 2013, o 19:27

Pikantne cukiniowe leczo Rincewinda.

Potężny wybuch wstrząsnął Biblioteką Niewidocznego uniwersytetu. Kiedy kurz opadł i przeliczono wszystkie członki, okazało się, ze nie znaleziono żadnych poważniejszych ofiar. Przynajmniej ofiar w ludziach. Najbardziej poszkodowany okazał się Bibliotekarz, który akurat siadał do drugiego śniadania, kiedy doszło do niekontrolowanej eksplozji w dziale: „zaklęcia, którymi nie możesz sobie zrobić krzywdy”. Bibliotekarzowi przeszło przez myśl, ze będzie musiał sprawdzić, czy aby na pewno studenci zawsze odkładają na miejsce książki po zakończeniu czytania, jednak aktualnie bardziej interesowało go, jak usunąć wystającego z ucha banana. Nie wiem czy wiecie, ale kiedy do ucha orangutana włoży się banana (rym niezamierzony, ale jednak swoim poziomem ogólnie pasujący do przeglądów piosenek aktorskich) w jego organizmie zachodzą niepokojące zmiany. Zmianą, która najbardziej niepokoiła Bibliotekarza był fakt, że w żaden sposób nie mógł przekonać się do bananów. Nie wiadomo, czy łupina rzeczonego owocu zaburzyła równowagę w jego uchu wewnętrznym, czy też był to uraz psychiczny, który wmawiał jego wewnętrznemu małpiszonowi, że banan, którego ma zaraz zjeść, w każdej chwili może eksplodować i zamienić się w pędzący z oszałamiającą prędkością pocisk, czyniący prawie tak wiele szkód co rozwścieczony kosmita z PMS.
Mijały dni, Bibliotekarz chudł, bo jedyne, co mógł spożywać to kleiki, które bardzo rzadko smakowały choćby trochę lepiej niż klej do naprawy książek. A Bibliotekarz zjadł nie jeden taki klej w swoim życiu, więc wiedział o czym mówi. Pogarszający się stan Bibliotekarza bardzo zmartwił kolegów magów. Tak naprawdę to zmartwiło ich to, że gubiący się w Bibliotece studenci przychodzili do nich i zadawali mnóstwo skomplikowanych pytań. Tak jakby to, że jest się magiem znaczyło, że ma się odpowiedź na każde pytanie. Oczywiście, że znaczy to, że zna się odpowiedź na każde pytanie, ale nie oznacza, że ma się czas, by tych odpowiedzi udzielać. A tym bardziej ochoty.
Magowie postanowili więc zareagować. W wyniku tajnego zebrania kapituły i anonimowego głosowania, Rincewind (nie spodziewaliście się chyba innego wyniku. Uwierzcie Rincewind też) został mianowany Lekarzem Małpiszona i miał udać się z tajną misją do Biblioteki, by odnaleźć wśród mądrych tomów sposób na chorobę Bibliotekarza.
Rincewind nauczył się, że przed przeznaczeniem nie ma co uciekać, a choć się ucieka, to w końcu się wpada na nie z całym impetem i dostaje karne odsetki za zwłokę (oj nie lubił nasz mag słowa „zwłoka”. Liczba mnoga od niego bardzo źle mu się kojarzyła), więc dzielnie naciągnął swój kapelusz na głowę na tyle głęboko, żeby jak najmniej go było widać i ruszył przez drzwi Biblioteki, przygotowany na najgorsze. To co zastał po przekroczeniu progu było jeszcze gorsze. Książki pod nieobecność Bibliotekarza wyrwały się zupełnie spod kontroli. Wyrwane stronice latały w powietrzu. Połamane okładki zwisały bezwiednie a ostre jak brzytwa szczęki drapieżnych ksiąg kłapały swobodnie wyrwane z okowów magii. Książki zajęte sobą przez chwilę nie zwracały uwagi na Rincewinda, jednak po chwili porzuciły bójki między sobą i zwróciły się wszystkie w stronę kapelusza dzielnego Lekarza Małpiszona i zaczęły gonić go kłapiąc coraz bliżej ostrymi zębami (które z bliska wydały się Rincewindowi jeszcze bardziej przerażające niż sobie był w stanie wyobrazić). Nauczony doświadczeniem (Tak nasz mag miał doświadczenie w takich sytuacjach) nie czekał na większą zachętę i ruszył biegiem w kierunku odwrotnym do zagrożenia.
***
Po tym jak zatrzasnął drzwi i usłyszał jak co groźniejsze książki próbują się przez nie przegryzać, wiedział, że jego misja nie będzie wcale prosta. Zerknął pod swoją szatę, pod którą trzepotała się wystraszona książka.
„A może choć raz się do mnie uśmiechnęło szczęście i ta ksiązka to „100 sposobów leczenia chorób u magicznych orangutanów”?” – przeszło magowi przez głowę. Z nadzieję spojrzał na okładkę. Szybko przekonał się, że jego szczęście wyjechało na wakacje i prędko nie zamierza wracać, ani nawet wysłać pocztówki. „Dania z cukinii na każdą okazję” – mogło być gorzej oczywiście, ale Rincewindowi nie przychodziło do głowy w jaki sposób. Bez Bibliotekarza książki za niedługo wyrwą się z Biblioteki i nie wiadomo co się stanie. Wiedział tylko, że ma duże szanse tego nie przeżyć.
***
- zaczynaj – Nadrektor popędzał Rincewinda, który siedział w auli Uniwersytetu z książką kucharską w ręce. – Ponoć masz już opracowany sposób na wyleczenie małp… naszego kolegi. Działaj. Może studenci się czegoś nowego nauczą.
Rincewindowi ręce trzęsły się prawie tak mocno, jak kiedy ostatnio pomagał Cohenie zapinać napierśnik. Postanowił jednak zaryzykować i pójść na żywioł. Otworzył książkę na przypadkowej stronie i jego oczom ukazał się przepis na Pikantne leczo z cukinii. „Jeśli to posmakuje Bibliotekarzowi i go wyleczy to chyba zjem swój kapelusz” – pomyślał Rincewind a głośno powiedział: - proszę wnieść patelnię i rozpalić pod nią ogień!
Jeden ze studentów pośpiesznie wbiegł z rzeczona patelnią. Rincewindowi podobało się, że ktoś słucha tego co mówi. Wczuł się, więc w rolę nie zauważając w ogóle pomruku zdziwienia pośród kolegów magów, którzy sięgali głęboko do swojej pamięci, ale za nic nie mogli sobie przypomnieć zaklęcia w którym potrzebna byłaby patelnia. Kociołek owszem, czemu nie, ale patelnia? Rincewind jednak niewzruszony kontynuował:
- Proszę wkroić pół cebulki i dodać 2 łyżki oleju – student pokroił cebulkę ukradkiem ocierając łzy a Rincewind mamrotał nad patelnią narodowy hymn Klachtu, żeby nikt się nie zorientował, opuszczając co drugie słowo. Gdzieś w głowie plątała mu się myśl, którą usłyszał w okolicach Lancre, że cała sztuka to zachowywać pozory.
Kiedy więc podawał kolejne składniki, czyli 6 pokrojonych w plasterki dorodnych pieczarek i 2 czerwone papryki pokrojone w kostkę, jedną drobno pokrojoną papryczkę chilli i pokrojoną w drobne cząstki, wydrążona z gniazd nasiennych cukinię oraz 2 dojrzałe soczyste pomidorki. Całość Rincewind kazał dusić kilkanaście minut i doprawić solą i pieprzem a sam, jako, że skończyły mu się słowa Klachtańskiego hymnu jako ostatni zaskakujący efekt dodał odrobinę bułki tartej - ostatnia nutkę kompozycji.
- I co teraz? – zapytał Nadrektor.
- Teraz oto, przy pomocy tej magicznej mikstury – Rincewind pokazał kolorową mieszankę wszystkim zebranym w auli rozsiewając smakowity zapach dookoła – wyleczę Bibliotekarza.
Nabrał sporą łyżkę potrawy i podał ją wystraszonemu Bibliotekarzowi, który z ociąganiem przełknął kęs leczo. Jego mina zmieniła się diametralnie i kilka razy wykrzyknął Uuuuk! Okazało się, że nie wystarczyła jedna łyżka, gdyż Bibliotekarz pomimo męczącej go choroby spałaszował całą patelnię przygotowanej przez Rincewinda potrawy i zagryzł bananem, który o dziwo już do wcale nie przerażał.
- Kto by pomyślał, ze cukinia może uratować Niewidoczny Uniwersytet – pomyślał Rincewind i profilaktycznie schował książkę kucharską pod kapelusz – kto wie, czy się jeszcze kiedyś nie przyda. No i może znajdę tu jakiś przepis jak dobrze przyrządzić kapelusz maga…
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Świat Dysku

Wampiry wstawały z martwych, z grobów i z krypt, ale nigdy nie zdołały tego dokonać z kota.

Wyprawa czarownic, dodał(a) Kinga

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników