Świat Dysku

Dyskowa kuchnia...

O płaskim świecie dyskusje

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Corvus26 » 1 lut 2013, o 15:45

Uuu! napisał(a):Chyba nie jest bez znaczenia na jakim tłuszczu będziemy to smażyć, bo jakoś nie widzi mi się chleb nasiąknięty olejem. Najlepsze byłoby chyba masło klarowane.

Nie jestem specjalistą, dla mnie tłuszcz jest tłuszcz.

reeven napisał(a):Salami dodatek do wszystkiego. Corvus ale ty się niezdrowo żywisz przez sesje

A kto powiedział że ja się tym żywię...........tylko przez sesję ;)
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko?

— Albert Einstein
Avatar użytkownika
Corvus26 męska
Dziekan
 
Posty: 1712
Reputacja: 2654

Reklama

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Motopompa » 1 lut 2013, o 16:15

reeven napisał(a):Salami dodatek do wszystkiego. Corvus ale ty się niezdrowo żywisz przez sesje :P ;)

Jeśli przyjąć, że dobro i zło istnieją, a nie są tylko złudzeniem wynikającym z punktu widzenia i można jednoznacznie stwierdzić, że coś jest dobre lub złe, to salami jest dobre.

Te kanapki powinny być przesiąknięte tłuszczem. Inaczej to nie byłyby prawdziwe kanapki w stylu Alberta.
Nie jest tak, że my, używając naszych mózgów, snujemy nasze opowieści, ale to nasze mózgi, używając opowieści, snują nas.
~ Daniel Dennett
♪♫♪♪♫•☼ ☾*♪♫.☮♡♪ (✿◠‿◠)♫❀♡♪♫•ღ♪♫•♪☾♫♪♪♫♡♡
Avatar użytkownika
Motopompa męska
Corvvin jest mądra i śliczna!!
 
Posty: 5675
Lokalizacja: Castelldefels
Reputacja: 5786

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez reeven » 1 lut 2013, o 16:34

Corvus26 napisał(a):A kto powiedział że ja się tym żywię...........tylko przez sesję

Tak czułam ;)
Motopompa napisał(a):Jeśli przyjąć, że dobro i zło istnieją, a nie są tylko złudzeniem wynikającym z punktu widzenia i można jednoznacznie stwierdzić, że coś jest dobre lub złe, to salami jest dobre.

Bardziej mi chodziło o to,ze wszystko opływa w tłuszczu ale już mi się pisać nie chciało. W każdym bądź razie gratuluję pomysłowości :) proste ale w jaki sposób pokazane :)
- Ja nie myślę, Vimes.
- Zuch. Właśnie tacy są w mieście potrzebni.


"Zbrojni"
Avatar użytkownika
reeven żeńska
Czarodziciel
 
Posty: 5234
Reputacja: 5170

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Uuu! » 2 lut 2013, o 08:40

reeven napisał(a):Bardziej mi chodziło o to,ze wszystko opływa w tłuszczu

Przecież tłuszcz to samo zdrowie! Jedynie chleb jest tu niezdrowy.
Musiałby pracować kilka tysięcy lat, by osiągnąć jakiś efekt, ale to przecież nie powód, by rezygnować.
Avatar użytkownika
Uuu! męska
Ups!
Ups!
 
Posty: 2132
Lokalizacja: Trapezfik
Reputacja: 5343

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez agadu » 9 lut 2013, o 17:42

Kolejny moment perfekcji
Jak wszystkie Wiedźmy wiedzą, wyróżniamy cztery podstawowe składniki odżywcze niezbędne każdego dnia: gorzką czekoladę, mleczną czekoladę, białą czekoladę i kakao. I z pewnością znajdą się Wiedźmy, które, jak ja, widząc w szafce kuchennej pięć tabliczek czekolady, raz i drugi liczą na palcach, czy aby na pewno wystarczy!
Wczoraj wieczorem przyszedł mi do głowy pomysł na tort bezowy codename 'Orgia czekolady', no i... musiałam zrobić!
Zrobiłam dwa torciki i takie podaję proporcje, bo naprawdę nie warto robić tylko jednego. Warstwy gęstego, aksamitnego kremu z gorzkiej czekolady przeplatają się z najpierw chrupiącą a potem miękką, piankową bezą, ze słodką, 'musową' masą z mlecznej czekolady z drobinkami białej, z muśnięciami wyrazistej, gorzkiej czekolady i dodającymi faktury płatkami migdałów, mmm... Spróbujcie!
Blaty kakaowe:
6 białek, 250 g cukru, szczypta soli, łyżeczka soku z cytryny, 3 łyżki kakao, ciut ekstraktu waniliowego lub cukru z wanilią.
Białka ubijamy ze szczyptą soli, stopniowo dodajemy cukier i wanilię, ubijamy, ubijamy..., na końcu należy delikatnie wmieszać sok z cytryny i kakao. Formujemy cztery okrągłe blaty o średnicy 19-20 cm (lub prostokątne o przeliczonej powierzchni - tak zrobiłam), pieczemy przez godzinę w temp. 140 st., jeśli mamy czas - studzimy w uchylonym piekarniku, jeśli nie mamy - dajemy blatom chwilę w piekarniku i wyjmujemy na kratkę kuchenną, świat się nie zawali.
Blaty orzechowe:
6 białek, 250 g cukru, szczypta soli, łyżeczka mąki ziemniaczanej, 3/4 szkl. mielonych orzechów laskowych (lub migdałów, lub - bardzo ewentualnie - drobnych wiórków kokosowych, ale to nie to samo), ciut ekstraktu waniliowego lub cukru z wanilią, 150 g czekolady (gorzkiej, gorzkiej z odrobiną mlecznej, deserowej).
Przygotowujemy analogicznie do blatów kakaowych, na końcu dodając zamiast cytryny i kakao - mąkę ziemniaczaną i orzechy. Jeśli mamy pewność, że wszystko się zmieści na blachach i upieczemy za jednym zamachem, można ubić wszystkie białka z solą i cukrem i dopiero wtedy rozdzielić do osobnych misek.
Wystudzone blaty orzechowe smarujemy stopioną na parze czekoladą.
Krem z gorzką czekoladą:
6 żółtek, 1/2 szkl. cukru, odrobina cukru z wanilią, tabliczka czekolady, 2 łyżki mąki, 2 łyżki kakao, 600 ml śmietanki 12%.
Podgrzewamy śmietankę, czekoladę topimy na parze, 6 żółtek ucieramy z cukrem i wanilią, dodajemy mąkę (ja daję 1:1 mąkę ziemniaczaną i kukurydzianą, ale powinna być pszenna) i kakao. Do masy wlewamy ciepłą śmietankę, porządnie mieszamy i przelewamy z powrotem do garnka. Teraz cierpliwie mieszamy aż do zagotowania i zgęstnienia. Do gorącego kremu dodajemy stopioną czekoladę i odstawiamy do wystygnięcia. Co jakiś czas mieszamy, żeby nie robił się kożuch i staramy się wszystkiego nie zeżreć przy oblizywaniu łyżki.
Krem z białą czekoladą:
Wersja I: właściwie to wymyśliłam, że tu będzie krem z 250 g mascarpone, roztartego i wymieszanego z 250 g porządnie ubitej kremówki i 50 g gorzkiej posiekanej czekolady, ale mascarpone się skończyło, więc plany uległy zmianie...
250 ml mleka (lub mleka i śmietanki), 2 łyżki cukru, ciut cukru z wanilią, 3 żółtka, łyżka mąki, tabliczka białej czekolady i tabliczka mlecznej, jeszcze ćwierć szklanki mleka i czubata łyżeczka żelatyny (opcjonalnie), z pół litra śmietanki kremówki.
Ze szklanki mleka, cukru, wanilii, żółtek, mąki i mlecznej czekolady robimy krem analogicznie jak ten z gorzkiej czekolady. Studzimy. Śmietankę ubijamy na sztywno, ew. dodatkowo usztywniamy rozpuszczoną w 1/4 szklanki gorącego mleka żelatyną (przestudzoną). Delikatnie łączymy zimny krem ze śmietanką, dodajemy posiekaną białą czekoladę (pewnie by też wyszło fajnie z białą czekoladą dodaną do kremu i drobinkami gorzkiej, ale a) już nie miałam gorzkiej czekolady, b) biała czekolada lubi się złośliwie warzyć przy topieniu a nie miałam zapasu).
Składamy: blat kakaowy, krem z gorzkiej czekolady, blat orzechowy posmarowany czekoladą, krem z białą czekoladą, jeszcze raz to samo, na wierzchu posypujemy hojnie płatkami migdałowymi lub siekanymi orzechami i może jeszcze siekaną czekoladą (ale akurat mi się skończyła). Odstawiamy choć na kilka godzin (wiem, to trudne) a przed degustacją zaparzamy sobie na wszelki wypadek filiżankę gorzkiej kawy lub herbaty.:)
Ktoś chce kawałek?
agadu żeńska
Mag IV stopnia
 
Posty: 553
Reputacja: 1594

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez 4jola » 9 lut 2013, o 20:06

JAAAA!!!!proszę zapakować próżniowo i nadać superbłyskawicą!
Robię taki z kremem kawowym,kawałkami gorzkiej czekolady,orzechami,rodzynkami i cały w płatkach migdałowych.
Pyyycha!
"My,z matką twoją,rasizmowi mówimy twarde i zdecydowane: raczej nie !"

"-Zamknijcie się sierżancie.Jesteście wolnym trollem.To rozkaz."
Avatar użytkownika
4jola
Pani Palm
 
Posty: 5360
Reputacja: 6042

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Uuu! » 10 lut 2013, o 13:18

Nikt by się nie spodziewał, że trolle mają swój wkład w rozwój dyskowej sztuki kulinarnej.
No i właściwie tak było przez długie wieki, bo trudno nazwać przepisem "Złap człowieka lub krasnoluda i zjedz ze smakiem". Krokiem w dobrą stronę było niby dodanie do tego "Krasnoluda wyłuskaj ze zbroi", ale to nadal było odległe od jakiejkolwiek sztuki. Bo trudno uznać za sztukę otwieranie konserw, niezależnie ile by ktoś włożył w to pomysłowości.

Ale czasy się zmieniły i zmieniły się też trolle. Można by rzec, że się ucywilizowały. Oczywiście nie z własnej woli i nie świadomie. Było to zdeterminowane ich... fizjologią.
Trolle mają wrodzoną cechę upodabniania się do otoczenia (wtopienie się w krajobraz i zaatakowanie z zaskoczenia to wszak podstawa ich sztuki łowieckiej). W warunkach naturalnych wystarczało im porastanie miejscową florą, szczególnie mchami i porostami. Ale kiedy trafiły do Ankh-Morpork to... zgłupiały, bo świat wokół był zbyt różnorodny i zbyt szybko się zmieniał. Wystarczyło przejść dwie przecznice dalej i cały wysiłek maskujący okazywał się daremny.
Trollice pierwsze poradziły sobie z nową sytuacją (pewnie dlatego, że ich mózgi lepiej pracowały w wyższej temperaturze). Zamiast wtapiać się w otoczenie zaczęły wtapiać się w tłum, który wszędzie był do siebie podobny. Nie było to łatwe i w sumie nigdy się nie udało, bo można zacząć gust..., no, zacząć się ubierać jak człowiek, a nawet stosować makijaż czy malować paznokcie, ale co z tego, kiedy i tak zawsze się wystaje ponad tłum.
Jednak trollice były z siebie zadowolone i uważały, że świetnie im poszło.
Za zmianami wizualnymi poszły też inne zmiany. Jedną z nich była kuchnia. Co prawda trudno tu mówić no narodzinach trollskiej sztuki kulinarnej. Trollice nigdy nie wymyśliły niczego nowatorskiego, ale świetnie modyfikowały potrawy podpatrzone u innych nacji.
Na przykład odkryły ze zdziwieniem (a ich mężowie z jeszcze większym), że takie rzeczy jak warzywa czy owoce są jadalne. Do tej pory jedyne zjadane przez nich warzywa to były te, które zawieruszyły się w żołądkach ich ofiar, ale trolle nawet nie miały świadomości, że je jedzą. Treść była po prostu uważana za przyprawę.
Drugim zaskoczeniem było mieszanie składników. Do tej pory jadło się albo człowieka, albo krasnoluda. Mieszanie ich ze sobą raczej nie miało sensu. No i w tym mieszaniu trolle właściwie nigdy sensu nie odkryły. Dlatego nie robiły zwykłych sałatek, ale sałatki warstwowe. Spodobały się trollom bo miały warstwy, tak jak ziemia ma warstwy geologiczne. Po latach uznały ją za swoje danie narodowe, choć nie ma zgody która to konkretnie ma być sałatka warstwowa, bo powstało ich mnóstwo odmian.


Z szerokiej gamy sałatek warstwowych wybrałem jedną. Oczywiście przepis został zmodyfikowany tak, żeby był akceptowalny przez ludzkie podniebienie i objętość żółądka.

Trollowa sałatka warstwowa z piersi i kapusty hunghungiańskiej.

Składniki:

70 dkg piersi
(Z braku innych muszą nam wystarczyć piersi kurze.)
kapusta hunghungiańska (Oryginalnie hodowana na Równinach Sto i nieznana w Hunghung, ani w innych rejonach Imperium Agatejskiego. Nazwa pojawiła się w kilka minut po pojawieniu się słowa marketing. W świecie kuli nie do zdobycia. Najbliższa w smaku będzie kapusta pekińska.)
specjalna przyprawa trolli (Przyprawa na bazie kreozotu. Dla ludzi niejadalna. Zadowolimy się przyprawą do gyros Kamisu.)
ketchup
majonez
kukurydza
albo por (Zależy co się lubi. Z kukurydzą będzie słodziej, z porem ostrzej. Kukurydzy jest potrzebna puszka, a pora potrzeba kilkanaście centymetrów.)
ogórki konserwowe
cebula
jogurt naturalny
czosnek granulowany, sól, cukier, kwasek cytrynowy


Piersi pokroić w drobną kostkę i obsmażyć na oliwie.
Przyprawę wsypać do szklanki i wlać zimnej wody do pełna. Zamieszać i wlać do smażących się piersi.
Podgrzewać aż woda odparuje.
Poczekać aż wystygnie.
Wyłożyć do przezroczystego naczynia i wyrównać.
Na to kładziemy kolejne warstwy:
kukurydza z puszki lub posiekany w cienkie paski por,
ketchup (ze 4 łyżki) i trochę majonezu,
ogórki konserwowe posiekane drobno i odsączone,
cebula posiekana drobno.
Całość przykrywamy posiekaną kapustą wymieszaną z jogurtem i majonezem z dodatkiem granulowanego czosnku, soli, cukru i kwasku.

Nie zaleca się jeść tak jak zwykły robić to trolle, które wciąż nie załapały o co chodzi z tym mieszaniem i pracowicie zjadają warstwa po warstwie zanim dobiorą się do piersi.

Smacznego!
Musiałby pracować kilka tysięcy lat, by osiągnąć jakiś efekt, ale to przecież nie powód, by rezygnować.
Avatar użytkownika
Uuu! męska
Ups!
Ups!
 
Posty: 2132
Lokalizacja: Trapezfik
Reputacja: 5343

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Biała » 3 mar 2013, o 18:41

Mało kto w Ankh Morpork wie, że Sham Harga (Najlepsze żeberka u Hargi!) pochodzi z Równin Sto (to znaczy jego rodzice pochodzili, a przynajmniej ci co podawali się za jego rodziców). On sam zaś, spędzał w tych okolicach dużo czasu ze względu na geograficzne ciekawostki miejscowych panien. Co roku, (w okolicach marca na świecie kuli) miejscowi obchodzą Dni Kapusty (podobne do naszej wigilii). Świętują w ten sposób fakt, że ubiegłoroczna kapusta już się kończy i minie jeszcze parę dobrych tygodni zanim nowa znów urośnie i trzeba będzie znów żyć dzień w dzień zajmowaniem się kapustą.
Jak już wspomniałam, mieszkańcy Równin Sto cieszą się nadchodzącym bezkapuściem, w związku z tym przygotowują w tych dniach potrawy z jak największą ilością kapusty (żeby się w końcu skończyła).
Także i Harga, choć już nie odwiedza swoich rodzinnych stron (wiadomo przecież że prędzej czy później to Ankh Morpork staje się rodzinnymi stronami), wyciąga raz do roku tajemniczy cieniutki zeszycik z przepisami na dania z kapusty.

Danie nr 1 (Kapusta zasmażana Sham’a Hargi)
„Weźmisz czarno.. eee?? Nieeee.. Czarna kapusta to się nie nadaje już do niczego – Mówi do siebie Harga (warto w tym miejscu wspomnieć, że mówi do siebie, ponieważ jego żona w ramach protestu co roku w Dni Kapusty zabiera dzieci i wyjeżdża do matki, mówiąc że za rok już na pewno nie pozwoli na takie dziwactwa) – nieee.. to nie to.. gdzie to.. A!
- Weżmisz kapustę wielkości łba swego pustego mniej wiecej..co tam.. a.. poszatkować..”
Dwadzieścia minut i dwa opatrunki na palce póżniej „No nie trza było tego noża aż tak ostrzyć, faktycznie..”
Jako że kapusta już była poszatkowana, należy ją wrzucić do garnka odpowiedniej wielkości. „I co to ja.. A! cebula! Każde danie jest przecież lepsze z cebulką!”
Dorzucamy drobno pokrojoną cebulkę średniej wielkości (można ją podsmażyć, ale niekoniecznie). Całość w garnku zalewamy bardzo niewielką ilością wody (maks ¾ szklanki) i przykrywamy. „Tero będzie się gotować! – rzekł Harga i zaczął się zastanawiać po co właściwie znowu jak co roku zasmradza sobie dom i knajpę zapachem gotowanej kapusty, no ale już było za późno – i kot obsikał obejście, jak mówią w niektórych miejscach na Równinie Sto.
Po tym jak kapucha się ugotuje (sprawdzamy czy jest miękka sposobem tradycyjnym, tzn. dajemy babce bez zębów – jak mamła, to znaczy że się kapusta ugotowała) – dodajemy śmietanę (dla dbających o linię może być jogurt naturalny) zmieszaną z dużą ilością soli, bardzo dużą ilością pieprzu (łyżeczka pieprzu na 1,5 litra kapuchy) oraz dwoma sporymi łyżkami mąki. Całość wlewamy do kapusty i mieszamy energicznie (ale nie tak żeby nam garnek spadł).
..Sham Harga po zjedzeniu baniaka kapusty zwykle spędzał dwa lub trzy dni w chodku, ponieważ nigdy nie umiał się powstrzymać przed dobrze przyprawioną ostrą kapustą, a w tym czasie mieszkanie się wietrzyło..

Jedzonko nadaje się równie dobrze na zimo jak i na gorąco, powinno mieć posmak pieprzu w delikatnej śmietanowej masie;)

Składniki:
- kapusta
- cebula
- śmietana
- sól i obowiązkowo duża ilość pieprzu!
- 2 łyżki mąki do zagęszczenia sosu

Smacznego! ;)

Danie nr 2 ( Kapuściane Placki)

Harga w zeszyciku z tradycyjnymi potrawami z kapusty najbardziej lubił kapuściane placki. Szybko się je robi i dobrze smakują kapustą i nie ma konieczności wietrzenia mieszkania, a dodatkowo smakują tak samo dobrze na następny dzień, można więc nasmażyć ich więcej. Należy przygotować:
- mleko (ok. pół szklanki)
- jajko
- sól i pieprz do smaku dodajemy do jajka roztrzepanego z mlekiem przed dodaniem mąki
- mąkę (dosypywać do roztrzepanego jajka z mlekiem aż ciasto nie będzie bardziej gęste niż to na naleśniki – a jak ktoś nie wie jak to ma wolno odpływać z łyżki którą się miesza)
- kapustę kiszoną (moim zdaniem najlepsza jest ta z nazwą miejscowości w której sprawy kryminalne rozwiązuje pewien gość w czarnej sukience, ale to jak kto lubi;p)
- ew. wodę
- tłuszcz do patelni (najlepiej olej lub smalec i koniecznie musi być inaczej placki mają zupełnie inny smak)

Jak mamy przygotowane ciasto to odsączamy kapustę z nadmiaru soku (do takiej ilości można dodać dwie podwójne garści kapusty – garści odpowiednie dla kobiety w odpowiednim wieku rzecz jasna.)
Kapustę później kroimy (wzdłuż i wszerz najlepiej żeby była drobna)

I do tego miejsca jak zawsze było prosto, jednakże teraz zaczynały się schody „Co wybrać? Co wybrać? Bycie tradycjonalistą? Czy też ulepszenie? Co wybrać?! – Harga (Najlepsze żeberka u Hargi!) – krążył po kuchni w wielkim niezdecydowaniu – No co ja mam wybrać..? Czy tradycyjnie placki z ciasta na gorącą patelnie z tłuszczem ? (należy lać małe porcje bo się rozdziabują na patelni) i na to kłaść małe porcje kapusty czy też od razu wrzucić kapustę do ciasta? (trzeba wtedy dodać jeszcze odrobinę wody i zamieszać, żeby nie było za gęste)? No co wybrać..?”
..Po czym oczywiście najpierw zrobił porcje tradycyjną, a resztę zrobił nowocześnie;)

Ja osobiście polecam wersję nowoczesną – kapusta się wtedy nie przypala jak obrócimy placek i ma pełniejszy kapuściany smak;) rewelacja te placki;) dla wielbicieli kapusty rzecz niezastąpiona;) Smacznego;)
Idź w ciemność osnuta,
opita szkarłatem,
wojnę, szloch i pożogę
poroztaczać nad światem.
Avatar użytkownika
Biała żeńska
Księżniczka Chaosu
 
Posty: 1638
Lokalizacja: Świat Kuli
Reputacja: 1807

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Cudo_Tyłeczek » 4 mar 2013, o 16:04

Z rodzinnej książki kucharskiej Cudo Tyłeczka - przepis na ciasteczka shurikenowe (typowa broń miotana w krasnoludzkiej kuchni Überwaldu, właściwie zasiębierna - przedsięrzutna;), nie mylić z "przedsiępierdnę - zasiętrutną", gdyż brakuje w niej istotnego składnika wzdymającego - bronią chemiczną zajmuje się osobny rodział tejże pozycji książkowej)...
Składniki - (odmierzane z iście alchemiczną dokładnością - "na oko - to chłop w szpitalu zmarł" - jednostka miary używana tylko przez wprawnych krasnoludów\ki alchemików\czki - do zdobycia z trudem i przekazywana pieczołowicie z pokolenia na pokolenie...)
1. jaja - żywcem wyrwane qrze (substancja scalająca, jak zaprawa murarska;)
2. otręby owsiane ;)
3. otręby pszenne ;)
4. ksylitol (z soku brzozy, którym wiadomo kto poczęstował wiadomo kogo, w każdym bądź razie o krótkich nogach, nie kłamię ;)Zamiast ww. można użyć miodu świeżobarciowego, z tym że nie należy pozbawiać go zawartości wzmacniającej żądeł pszczelich;)
5. tłuszcz uzyskany metodą rafinacji substancji ropopochodnych ;)
7. H2O (bo nie było C2H5OH)


SposOOb preparacji:
Wymieszać.
Pozwolić by masa przyjęła na blasze kształt ww. shurikenów.
Piec w niskiej temperaturze (lub suszyć jak śmiercionośne torciki towarzyszki Pavlovej herbu Beza), aż do uzyskania właściwej twardości (próby przeprowadzać na framudze drzwi kuchennych, nie na domownikach - ważne!)
Miotać we wroga ciepłymi podlanymi odrobiną roztopionej smoły lub lukru albo zimnymi - posypanymi okruchami śmiertelnego imbiru kandyzowanego.
Guten appetit!
Mogget napisał(a):Sonderkommando cudo juz zrobila, co swoje?
Avatar użytkownika
Cudo_Tyłeczek żeńska
Matka Ojca
 
Posty: 10005
Lokalizacja: Joli Bord
Reputacja: 6439

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez abigail » 4 mar 2013, o 22:52

Małże a' la Łups

kupujemy świeże małże /oczywiście te tańsze czarne i małe po 19 zł za pół kilo/

Zapraszamy Krasnoludy i Trolle

dokupujemy najtańsze pomidory krojone w puszce, czosnek i oliwę. Wyciągamy pietruszkę zieloną z zamrażalnika (a jak nie mamy to kupujemu wiązkę - i bankrutujemy).

Mordujemy małże po uprzednim odmrożeniu sobie rąk przy ich myciu i sprawdzaniu, które są żywe /zamordować/, a które martwe /wyrzucić/.
Mordując na dużym ogniu małże, wrzucamy na gorącą oliwę czosnek. Na tak krótko ile trwało nim zaproszeni Krasnoludzi pobili się z Trollami.
Dodajemy pomidory puszkowe do oliwy z czosnkiem i opatrunki do Trolli z Krasnoludami /oraz ewentualnymi mediatorami, którzy im wyjaśnią, że tylko Ci co potrafią siedzieć i się przez chwilę nie ruszać zjedzą to, co podamy/.

Dodajemy zamordowane małże (minus te zdechłe, co się nie otwarły) do oliwy z czosnkiem i pomidorami. Wrzucamy pietruchę. Trzy minuty później solimy /niewiele/ i pieprzymy /ile nam się chce/, a następnie serwujemy tym Krasnoludom i Trollom, które jeszcze żyją i mogą utrzymać widelec.

Bitwę wygrywają ci /Krasnoludzi lub Trolle/, którzy po spożyciu są mniej upaprani sosem pomidorowym.
Egzemma.. można ją leczyć objawowo .. ale całkiem pozbyć się - niełatwo... Oj... niełatwo... :(
Avatar użytkownika
abigail żeńska
Elefant Terrrrrrrrrrrrible
 
Posty: 3623
Lokalizacja: Kraków
Reputacja: 3381

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Minerwa » 6 mar 2013, o 00:20

Kolacja kapitana Marchewy

Kapitan Marchewa był głodny.
Zdał sobie z tego sprawę dokładnie w tej samej chwili, w której przypomniało mu się stare powiedzenie "krasnolud jak głodny, to zły" - i obie te rzeczy naraz przyprawiły go o silny dyskomfort. Nie, absolutnie nie chciał być zły. Był przecież policjantem.
Otworzył drzwi szafki, w której przechowywał przysłane z domu smakołyki - niestety, chleb pani Żelaznywładssonowej już trzy dni temu był tylko rozrzewniającym wspomnieniem, które dziś przybrało postać garści opiłków.
Na półce leżał ponadto podsuszony kawałek żółtego sera, jedna smętna cebula i samotne, zupełnie nie wiadomo skąd pochodzące jajko. Marchewa przyjrzał mu się nieufnie. Na jajecznicę nadawałoby się wyłącznie w towarzystwie co najmniej tuzina sióstr i braci, niestety jednak, jak to już zostało powiedziane, było to jajko-sierota, pozbawione rodziców, rodzeństwa tudzież wszelkich bliższych i dalszych krewnych.
Stojący w kącie żelazny saganek zawierał pięć gotowanych ziemniaków - pozostałość po spotkaniu z pewną wdową, której wczoraj na samym środku ulicy Kogudziobnej pomagał zdjąć z drzewa rozpaczliwie miauczącego kota, jednego z tych, które po prawej stronie podwórka noszę imię Mruczuś, po lewej zaś znane są jako "Arghhwynochastądtydraniu". Kot najpierw oniemiał, potem wlepił w Marchewę spojrzenie świadczące, że wie na kogo patrzy i ma do tego prawo, a następnie uciekł, pani Dickinson zaś - tak bowiem nazywała się wdowa - zrewanżowała się Marchewie tym, co akurat miała na stole.
Stan posiadania kapitana był zatem następujący: pięć wczorajszych ziemniaków, jedno jajko, kawałek podeschłego żółtego sera, cebula oraz garść opiłków chleba krasnoludów, mogących służyć za bułkę tartą lub drobny żwir, jakim chętnie dekoruje się donice z kwiatami.
Marchewa westchnął. Z determinacją człowieka, który zawsze wie, co należy robić, utłukł ziemniaki w garnku najstaranniej jak potrafił. Na patelnię wylał kilka łyżek oliwy (trudno, zestaw do czyszczenia pancerza uzupełni się przy sposobności) na którą wrzucił posiekaną cebulę. Kiedy się lekko zeszkliła, dodał ją do ziemniaków i wymieszał. Następnie zajął się żółtym serem. Pokrajał go w centymetrową kostkę i każdą z nich starannie okleił warstwą ziemniaków, formując niewielką kulę. Na talerzu rozbił jajko i kolejno obtaczał w nim kule, panierując w okruchach chleba krasnoludów. Kulek wyszło zdumiewająco dużo - po usmażeniu na złoty kolor zaczęły przypominać kolację. A może nawet kolację dla dwojga.
- Co tu tak miło pachnie? - sierżant Angua odznaczała się doprawdy imponującym węchem. - Nakryj dla nas, a ja skoczę po jakąś sałatę.
Poświęcać własne życie, dzień po dniu, w płomieniach, poświadczając jej prawdziwość, działając dla niej, oddychając jej istotą. To właśnie religia. Cokolwiek innego to... to tylko bycie miłym. (Babcia Weatherwax)
Avatar użytkownika
Minerwa żeńska
Mag III stopnia
 
Posty: 358
Lokalizacja: Sirengard
Reputacja: 1299

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez agadu » 14 kwi 2013, o 14:56

Nie wiem, jak to jest - mogłabym wstawić przepis na wydajny i łatwy w modyfikacji "śmietnik ryżowy", świetną frittatę (czy raczej wariację na temat...) lub proste, pyszne i nie wymagające miksera ciasto bananowe - jednak decyduję się na pisanie dopiero przy okazji jakiejś kulinarnej rozpusty.
Dziś bezowy tort tiramisu.
Tort tiramisu wziął się stąd, że moja Siostra zaprotestowała przeciwko zużyciu dużego słoika nutelli, dwóch opakowań mascarpone i może jeszcze garści mielonych orzechów, mniam, na ciasto, które zniknie w ciągu kilku godzin. Miało być oszczędnie! A przynajmniej oszczędniej... Tymczasem w lodówce czekały białka - przecież nie mogą się zmarnować, prawda? ;)
Dosyć luźno zatem poinspirowałam się trzema (a może i czterema) przepisami z Moich Wypieków - uwielbiam tę stronę! - i oto, co wyszło.
Na blaty bezowe:
6 białek,
250 g cukru,
ciut cukru z wanilią,
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej,
3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej w proszku (granulowaną można dokładnie pognieść lub zmielić).
Ubić białka ze szczyptą soli, stopniowo dodawać cukier i wanilię, na końcu dodać mąkę ziemniaczaną i kawę. Na papierze do pieczenia uformować trzy okręgi o średnicy ok. 22 cm, piec godzinę w 140 st.C. Jeśli blaty nie mieszczą się na raz do piekarnika, każdą część ciasta przygotowywać tuż przed pieczeniem. Wystudzić w uchylonym piekarniku.
Krem tak jakby tiramisu:
(Tak jakby - zrobiłabym klasyczny krem do tiramisu, ale miałam tylko jedno opakowanie mascarpone...)
250 g mascarpone,
2 jajka,
4 łyżki cukru pudru,
alkohol,
250 g śmietany kremówki.
Ubić do białości żółtka z 3 łyżkami cukru pudru, chlusnąć ulubionym alkoholem (powinno być amaretto, u mnie była nieokreślona, acz zachęcająco pachnąca nalewka), dodać mascarpone. Ubić białka z odrobiną soli, dodać pozostałą łyżkę cukru pudru i dalej ubijać, bardzo sztywną pianę delikatnie wmieszać do kremu. Ubić na sztywno śmietankę i również dodać do kremu.
Do nasączenia:
Kawa - min. 250 ml (może być więcej, najwyżej się wypije) z chlustem ulubionego alkoholu (znów powinno być amaretto). Właściwie powinno to być espresso albo chociaż kawa 'z maszynki' ale z braku powyższych u mnie była rozpuszczalna, w dodatku - o zgrozo! - lekko ją posłodziłam. Kawę wystudzić.
Dodatkowo:
Podłużne biszkopty - u mnie to były San, opakowanie 140 g i mogłyby być ze dwa więcej,
kakao naturalne,
50 g gorzkiej czekolady.
Blaty smaruję dość cienko kremem (można go zrobić więcej), posypuję przez sitko kakao, układam zanurzone przez chwilę w kawie biszkopty, przykrywam kremem i posypuję kakao. I znów: blat, krem, kakao, nasączone biszkopty, krem, kakao, ostatni blat, reszta kremu, mgiełka kakao i wiórki gorzkiej czekolady.
Najtrudniejszy moment:
Odstawić w chłodne miejsce - choć może nie do lodówki, podobno beza nie lubi być w lodówce - i poczekać choć kilka godzin, aż wszystko się 'przegryzie' a smaki się zharmonizują. Ja napoczęłam tort dopiero następnego dnia rano i to doprawdy wymagało niemal nadludzkiej wstrzemięźliwości! Tort jest szalenie delikatny, leciutki (choć może nie jeśli chodzi o kalorie...), piankowy, jeszczetrochowy i, jak na razie, zjadłam trzy kawałki.:)
agadu żeńska
Mag IV stopnia
 
Posty: 553
Reputacja: 1594

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Brethil » 14 kwi 2013, o 18:49

Mniaaaaaam...

Ja zaś zaserwuję danie absolutnie zdrowe, wegetariańskie i w ogóle takie, jakie Magrat mogłaby serwować swojej latorośli.

Waszej uwadze polecam Śioneczko na chmujce <jak mówi o tym obiedzie Esmeralda Magerat Pisownia z Lancre>

Składniki:

jajko <sadzone> - czyli Śioneczko (na chmurce. Znaczy się żółtko na białku)
chmurki dodatkowe (ziemniaku puree, najlepiej młode, bo wtedy ubity puch wychodzi jaśniejszy)
całość układamy na górze talerza, a poniżej tworzymy zdrowy las z:
pnie drzew z fasolki szparagowej (uprzednio pozbawionej włókien i innych "fujów")
korony z kawałków brokuła (ugotowanego! Fasolkę zresztą też gotujemy, opcjonalnie serwujemy taką ze słoika)
ziemię z której wyrastają drzewa tworzymy z bułki tartej zasmażanej z masłem (tutaj należy bardzo uważać, bo choć czarnoziem jest dobrą glebą, to jednak nie sprawdza się na talerzach królewien).

Danie nadaje się doskonale także dla starszych wiekiem, można je urozmaicić kolorową sałatką z pomidora, papryk (żółtej, zielonej i czerwonej), ogórka gruntowego, kiszonego, cebulki, pieprzu, oliwy i odrobiny soli. Jeśli ktoś naprawdę nie lubi cebuli polecam zastąpić ją drobną posiekaną nacią selera.
Fairy tales do not tell children that dragons exist. Children already know that dragons exist. Fairy tales tell children that dragons can be killed.
[Chesterton]

"Wszystkie Małe Mi na świecie są praktycznie niezniszczalne"
Avatar użytkownika
Brethil żeńska
Pandorka
 
Posty: 3188
Lokalizacja: Festung Breslau
Reputacja: 3122

Szarlotka

Postprzez Minerwa » 14 kwi 2013, o 22:36

- Więc powiada pan, nadrektorze, że jeśli tego nie zrobię, magia wymknie się wam spod kontroli i zniszczy miasto?
- To właśnie miałem na myśli, Havelocku - Mustrum Ridicully splótł ręce na frontowej części swej potężnej osoby. - Choć słowa "wymknie się spod kontroli" niezupełnie oddają istotę sytuacji.
- Sytuacja, której nie można kontrolować, to sytuacja, która wymknęła się spod kontroli - frontowa część osoby lorda Vetinariego była znacznie mniej okazała, jednak splatanie na niej rąk wypadło co najmniej równie efektownie. - Jeśli wytłumaczysz mi, Mustrumie, dlaczego wasza Gablota Osobliwości domaga się szarlotki upieczonej własnoręcznie przez patrycjusza tego miasta, i będzie to wyjaśnienie choć trochę sensowniejsze od bzdur, jakie już w tej sprawie usłyszałem - będę gotów jeszcze raz zastanowić się nad oceną sytuacji.
- Niestety, sir - nadrektor pokręcił głową. - Gablota Osobliwości nie jest artefaktem, z którym można by dyskutować. Ośmielam się powiedzieć, że prezentuje upór i poziom argumentów, z jakimi spotkałam się dotąd wyłącznie u pani Whitley w niektórych dniach miesiąca. Traktuje szarlotkę jak rodzaj należnej sobie daniny, i po jej otrzymaniu obiecuje się nie naprzykrzać przez następne... - tu Ridicully spojrzał na wyjętą z rękawa małą karteczkę - trzydzieści siedem do czterdziestej pierwszej potęgi lat, co daje...
- Dziękuję - Vetinari nie lubił zbyt drobiazgowych wyliczeń. - No cóż, to chyba wszystko. Musimy częściej rozmawiać o sprawach miasta, drogi nadrektorze. Niech mi pan nie pozwala się dłużej zatrzymywać.
Gdy za nadrektorem zamknęły się drzwi, Vetinari pokręcił głową w niemym podziwie. Ilość problemów, które potrafiła stworzyć na poczekaniu a następnie rozwiązać cudzym kosztem magia zawsze wprawiała go w zdumienie.
- Drumknott, co o tym sądzisz?
- Nie podsłuchiwałem, sir - sekretarz skłonił się głęboko.
- Oczywiście, że nie. Słuchałeś całkowicie jawnie, na moje wyraźne polecenie. Dlatego pytam.
- Obawiam się, sir...
- No właśnie. - Vetinari podniósł się zza biurka. - Przejdźmy do kuchni.
- Znalazłem książkę kucharską - Drumknott tryumfalnie zdmuchnął kurz z wytłuszczonej, płóciennej okładki. - Zawiera sto dwadzieścia trzy przepisy na ciasta z jabłek.
- To na nic, Drumknott - lord Vetinari pedantycznie mył ręce nad kuchennym zlewem. - Gablota jest uparta, to ma być szarlotka i obawiam się, że nic nie może jej zastąpić.
- Wasza lordowska mość, szarlotka jest właśnie ciastem z jabłek.
- Jesteś tego pewny? - rzut oka na stronicę książki upewnił patrycjusza, że sekretarz miał rację. - Zawsze myślałem, że to raczej coś z budyniem. Co to jest?
- Fartuch, sir. Na czarnych szatach bardzo widać mąkę.
- Ach, prawda, mąkę. Czy jesteś pewien, że dokładnie zamknąłeś drzwi?
- Cztery klucze, wasza lordowska mość. I dodatkowo dwie kłódki.
- Znakomicie. Wobec tego czytaj po kolei.
- Weź cztery iaica, bacz ieno, aby kurze były, gęsie, kacze ani też pelikanie się nie nadayą.
- Mamy w spiżarni pelikanie jajka? - zdziwił się patrycjusz.
- Nie, sir, ale kurze są. Oto one. Wbiy żółtka do misy glinianey alibo porcelanowey alibo iaką tam masz.
- Jaką tam mam, Drumknott?
- Blaszaną, wasza lordowska mość. Białka zasię do garnuszka odley. O bogowie!
- Cóż takiego, Drumknott?
- Mnie się to jeszcze w życiu nie udało... zawsze muszę rozpaprać. Tysiące razy próbowałem.
- Przywilej pierwszego razu - Vetinari otarł czoło przedramieniem. - Co dalej?
- Doday kostkę masła, łyżkę proszku do pieczenia, mąki wiele iaica zabiorą i wygniatay, aże gładkie ciasto otrzymiesz - przeczytał Drumknott.
- Wiele jajca zabiorą? - Vetinari podniósł brwi, więc Drumknott nie zwlekał z wyjaśnieniem.
- Tak mówiła moja babcia, sir. To znaczy ile się zmieści.
- Aha. No to wsypmy szklankę, może półtorej - chude dłonie z wahaniem zanurzyły się w zółto-białej substancji. Po pełnej ciszy i napięcia półgodzinie ciasto zaczęło przypominać gładką masę.
- Co dalej, Drumknott? - Vetinari tym razem do wytarcia czoła użył brzegu fartucha.
- Teraz ciasto w zimne miejsce odłóż, a obieraniem iabłek się zatrudniy. Czytać dalej, sir?
- Może nie, te jabłka mi chwilę zajmą. Pięć dużych wystarczy?
- Na pewno, sir. Proszę pozwolić zauważyć, że dawno nie widziałem tak precyzyjniej strużyny.
- A widziałeś kiedykolwiek? - zdziwił się niemile patrycjusz.
- Owszem, tak właśnie obierała jabłka moja babcia, wasza lordowska mość.
- W szkole Gildii Skrytobójców precyzyjne zdejmowanie skóry było warunkiem zaliczenia pierwszego roku. Co dalej, Drumknott?
- Teraz zetrzyi iabłka na grubey tarce, bacz ieno, by palców nie porznąć a krwie do iabłek nie przymieszać.
- Doskonale. Auć! To nic, nawet krwi nie widać. Co dalej, Drumknott?
- Iabłka przypraw rodzynkami, cynamonem, skórką pomarańczową i czym tam zechcesz, waruy się ieno cukru dodawać.
- Czemu? - brwi Vetinariego znów powędrowały do góry.
- Nie mam pojęcia, sir, tak tu piszą. Teraz weźmiy z chłodnego mieysca ciasto a wylep niem formę i do ciepłego pieca wsadź aże się podpiecze.
- A co z jabłkami?
- Jabłka włoży pan na podpieczone ciasto, sir.
- Aha. No to mamy chwilę czasu.
- Niestety, wasza lordowska mość. Tu jest napisane że gdy się ciasto podpieka, w nosie nie dłub ani bezczynności się nie oddaway, ieno białka od czterech zółtek na pianę ubij, ćwierć funta cukru miałkiego dodayąc.
- Jest i cukier. Już myślałem, że to będzie wytrawna szarlotka. Drumknott, czy my się zbliżamy do końca?
- Tak, sir. Powiedziałbym, że się bardzo zbliżyliśmy. Kiedy iuż ciasto podpieczone posiędziesz, włóż na nie iabłka, a na iabłka pianę z białek. Wsadź wszystko do pieca a piecz, aż piana sztywną się stanie i lekko rumienić pocznie.
- Drumknott...
- Proszę, sir, oto kieliszeczek żołądkowej gorzkiej na wzmocnienie. To panu dobrze zrobi, proszę mi wierzyć.
- Dziękuję. Co o tym sądzisz? Czy ta piana poczęła się rumienić?
- Moim zdaniem bez wątpienia tak, sir. Wyjmiy ciasto z pieca a Gablocie Osobliwości alibo inney cholerze ofiaruy. Ieśli nie masz w perspektywie ratowania świata, spożyi ie sam albo z kiem drugiem, kogo uczęstować pragniesz. Czy mam posłać ciasto na Niewidoczny Uniwersytet?
- Oczywiście - Vetinari starannie otrzepał ręce. - A potem niezwłocznie wracaj do kuchni.
- Po co, wasza lordowska mość? - przeraził się sekretarz.
- Póki piec ciepły, upieczemy drugie takie samo. Szkoda byłaby nie skosztować.
Poświęcać własne życie, dzień po dniu, w płomieniach, poświadczając jej prawdziwość, działając dla niej, oddychając jej istotą. To właśnie religia. Cokolwiek innego to... to tylko bycie miłym. (Babcia Weatherwax)
Avatar użytkownika
Minerwa żeńska
Mag III stopnia
 
Posty: 358
Lokalizacja: Sirengard
Reputacja: 1299

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Biała » 14 kwi 2013, o 23:30

Ze specjalną dedykacją dla Marka i Jego Damy

Czekoladowa rozkosz Niani Ogg

Jak wszyscy dobrze wiemy Niania ma swoje synowe( tyle ich jest że nie opłaca się nigdy pamiętać jak mają na imię) od wszystkiego.
Jednak są pewne sytuacje w których Niania wygania te flądry z kuchni, zakasa rękawy, i po wykonaniu paru tajemniczych ruchów w kuchni (tu uderzyć, tu tupnąć trzy razy, tu dotknąć niczym nie różniący się kawałek ściany) wyjmuje swoją słynną Książkę Kucharską.
Jak do tej pory Niania nie pokazywała jej nikomu, jedynie Babcia Weatherwax podejrzewała jej istnienia a i to nie była pewna. Z Nianią w kuchni nic w końcu nie jest pewne;)
Jednak okazja taka jak randka z Krasnoludem Casanundą była doprawdy powodem dla którego warto było poczynić pewne kroki..
Niania wygoniła więc wszystkich z chatki pod groźbą umieszczenia całych gałęzi rodu w kociej kuwetce, pozasłaniała okna i rozpoczęła pichcenie.
Najpierw wyciągnęła z zakamarków składziku przemycane już potajemnie od tygodnia składniki czyli:
2 tabliczki gorzkiej czekolady
Słodką śmietanę kremówkę
4 jajka
6 łyżek cukry pudru
2 łyżki masła
4 łyżki mleka
Należało również przygotować masę garnków, ponieważ każdą warstwę robiło się w czym innym..
..I tak Niania zaczęła od ubicia na sztywno śmietany (ubawiła się przy tym setnie, wspominała bowiem inne..ekhm..to może innym razem..) oraz białka z jajek (z dodatkiem 2 łyżek cukru). Wstawiła to do piwniczki gdzie było chłodno i przyjemnie (opcjonalnie wystarczy takie dziwne chłodzące urządzenie które widziała kiedyś w Ankh – Morpork, tylko do tej pory nie wiedziała czemu te małe chochliki co chwila uzupełniały te rurki zimną wodą..).
Kolejny garnek potrzebny był do roztarcia żółtek z 3 łyżkami cukru (może być większy nawet ten garnek bo w nim będziemy później dokonywać dyfuzji) – przy tej okazji Niania wspominała pewnego chłopaka i jego..kurnik. Wakacje w Lancre potrafią być w końcu bardzo zajmujące (szczególnie gdy nie biega się zbyt szybko).
Czekoladę Niania połamała na kawałki (nawet nie próbowała próbować w końcu co to za przyjemność jeść gorzką czekoladę?) włożyła w jeden garnek, a ten z kolei w następny w którym była woda. Do czekolady Niania dorzuciła masło i mleko i mieszała delikatnie aż całość się nie rozpuściła i nie połączyła.
Później trzeba to było zdjąć z palnika co oczywiście nie obyło się bez przekleństw, które docierały do najdalszych zakątków Lancre ponieważ wrzątek to nie jest coś co można sobie upuścić na palce..
Później należało schłodzić gorącą czekoladę w zimnej wodzie cały czas mieszając, żeby się nie zastygła.
W końcu dumna z siebie Niania z precyzją graniczącą z fanatyzmem wlała czekoladę do żółtek wyskrobując ile się dało czekolady z baniaczka, zamieszała bardzo dokładnie i delikatnie po czym to samo zrobiła ze śmietanką i ubitym białkiem. Następnie cały mus umieściła w małych miseczkach i wstawiła w chłodne miejsce,.
Walczyła ze sobą dłuższą chwilę patrząc na górę naczyń do zmywania, ale doszła do wniosku że nigdy nic nie wiadomo co te dziewuchy mogłyby wywnioskować po zawartości garnków, szczególnie ta najmłodsza, jak jej tam było.. Więc zadziwiając siebie bardziej chyba niż swojego kota poświęciła głośne pół godziny na pozmywanie dowodów swojej aktywności starając się myśleć o tym jak o inwestycji w zachowanie pozorów..
..a wieczorem gdy II Najlepszy kochanek Świata Dysku przybył dostarczywszy owoców (Banany! Piłam kiedyś koktajl z bananów!) do zamaczania w czekoladowej masie.. mmmm…

* Z uwag ogólnych – uwaga przy oddzielaniu żółtek od białek żeby żółtka nie wpadły do białek, bo się cholerstwo wtedy nie ubije jak trzeba

* wychodzi tego naprawdę dużo, ale nie łudzcie się - nie zostanie nic na następny raz, to na pewno jakiś podstępny elf zwąchuje czekoladę bo niby jest dużo a zaraz nie ma już wcale,,

edit : error 404 post;p
Idź w ciemność osnuta,
opita szkarłatem,
wojnę, szloch i pożogę
poroztaczać nad światem.
Avatar użytkownika
Biała żeńska
Księżniczka Chaosu
 
Posty: 1638
Lokalizacja: Świat Kuli
Reputacja: 1807

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Świat Dysku

Wielu czuje w sobie powołanie do kapłaństwa, ale tak na­prawdę oznacza to, że słyszą wewnętrzny głos, mówiący: „To spokojna praca pod dachem, nie wymaga wysiłku; czy może wolałbyś zostać oraczem jak twój ojciec?".

Pomniejsze Bóstwa, dodał(a) Marek_Sobczak

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników

cron