No to jeszcze jeden przepis.

Smacznego:)
Z cyklu
Gotowanie z Markiem i Igorem – Operacja Nadziewany KurczakMarek: Witamy państwa w premierowym odcinku cyku Gotowanie z Markiem i Igorem.
Igor: I z Igorem, fir!
M: Przecież powiedziałem. Niedosłyszysz?
I: Fapomniałem przyszyć uszy, fir. Miałem je gdzieś tutaj. Profę chwilkę cierpliwości.
M: W tym czasie może ja opowiem o naszym dzisiejszym daniu. Jest to danie jakże klasyczne i popularne, jednak dzięki...
I: Znalazłem fszystkie trzy!
M: Wszystkie trzy?
I: Uszy, fir. Już wszystko na sfoim miejscu.
M: Świetnie... Tak myślę... Wracając do naszego przepisu. Tematem naszego dzisiejszego spotkania będzie kurczak. Znany i lubiany, jednak dzięki małej innowacji zobaczycie go na nowo.
I: Możecie oglądać nafet od środka.
M: Jaki kurczak będzie dla nas najlepszy Igorze?
I: Sądząc po twoim rozmiarze spodni fir im większy tym lefszy.
M: Tak. Zatem przygotujmy naszego ptaszka do pieczenia. Piekąc ptaka należy pamiętać o kilku ważnych sprawach. Jakich Igorze?
I: Nie mam pojęcia fir. Może lepiej zapytać ptafka?
M: Jak chcesz go zapytać? Przecież on nawet nie ma głow.... AaaAa! Co to jest?! Dlaczego ten ptak się na mnie patrzy? Czemu on w ogóle ma głowę?
I: A nie miał mieć fir?
M: Zdecydowanie! A czy w środku jest... pusty?
I: Tak jesft fir! Przeprowadziłem sekcję zgodnie z zaleceniami. Fszystkie organy wewnętrzne zostały usunięte. Przeprofadziłem też amputację nóg poniżej ftawu kolanowego, fir. Wszystko gotowe do ponownego wszczepienia. Tylko transplantacja głowy fir rzadko się udaje, więc pozwoliłem sobie ją zostawić.
M: Zdecydowanie nie jest nam potrzebna głowa. Przynajmniej nie kurczaka. Zrób z tym porządek a ja tymczasem opowiem o nadzieniu.
I: W te pędy, fir!
M: Transplantacja... też coś! No ale to właśnie drodzy państwo jest w kuchni najpiękniejsze – ciągle nas zaskakuje i możemy przy niej nauczyć się czegoś nowego. Nowe składniki, nowa technika, nowe potrawy.
I: Fir zrobiłem szef podskórny – nikt by się nie domyflił, że ten kufczak miał kiedykolwiek głowę.
M: Doskonale Igorze. Zajmijmy się teraz przygotowaniem nadzienia.
I: Wszywamy z pofrotem, fir?
M: Nie mój drogi Igorze. Tego na pewno nie chcielibyśmy robić.
I: Profę mówić za siebie, fir.
M: To niesamowite jak ekscytującym daniem może stać się kurczak jeśli go odpowiednio przyrządzić. Podstawą naszego nadzienia będzie kiełbaska chorizo, czyli...
I: Wypchane zmielonymi mięfniami gładkimi z podudzia świni oraz papryką, jelito cienkie wyżej fymienionej świni.
M: Czyli pikantna, pachnąca czosnkiem i papryką wędlinka z okolic Lancre. Zaczynamy od obrania chorizo ze skórki...
I: Marnotrafstfo, fir.
M: … a następnie pokrojenia w kosteczkę. Pokrojone chorizo wrzucamy na patelnię i pozwalamy mu się leciutko podsmażyć, dodają do niego jedynie muśnięcie oleju, bądź oliwy z oliwek.
I: Naftępnie kroimy cebulę. Warto przy tej czynności mieć zamknięte oczy, gdyż jak pofszechnie wiadomo cefula zmufa nas do płaczu.
M: Nie sądzę Igorze by był to dobry pomysł, gdyż operując ostrym nożem nie trudno o...
I: O kutfa! Mój nofy palec. Dopiero wczoraj przyfyty.
M: Igor na chwilkę państwa przeprosi, a my w tym czasie wrzucimy cebulę go smażącego się chorizo. Jak szybko zauważycie cebula zacznie zmieniać kolor, nabierając smaku i aromatu uwalnianego przez paprykę zawartą w chorizo. Nie zapominamy też o dodaniu czosnku..
I: Mój pan nie lufiał czosnku.
M: Dlaczego?
I: My Igory nie zadajemy pytań, fir.
M: Kto tak twierdzi?
I: Nie wiem, nie pytałem fir.
M: My jednak lubimy czosnek więc pokroimy go, z OTWARTYMI oczami!
I: Dwójkę mogę mieć otfartą, fir. Co do reszty nie mogę mieć pefności.
M: I dodajemy go do cebuli duszącej się z kiełbaską chorizo. Kolejnym ze składników jest świeży tymianek z którego obrywamy listki i wrzucamy je również na patelnię. Coś chciałeś dodać Igorze?
I: Tymianek dosfkonale udaje się na cmentarzach, fir.
M: A wracając do przepisu. Finalny składnikiem naszego nadzienia jest młoda fasolka, którą wcześniej ugotowaliśmy do miękkości. Dodajemy ją na patelnię po uprzednim odcedzeniu.
I: Całofć doprawiamy do fmaku. Jeśli ktoś nie ma wyczulonego języka to świadczę również ufługi laryngologiczne.
M: Po doprawieniu dusimy razem przez około pięć minut, dodajemy kilka suszonych pomidorków, a następnie odstawiamy na czas kiedy przygotujemy kurczaka do nadziania.
I: Już wszystko gotofe, fir. Pacjent w narkozie bez organów wefnętrznych.
M: Nadzienie nakładamy łyżką do środka kurczaka, wypełniając go szczelnie.
I: Fir. Kurczak długo nie pociągnie bez organów wefnętrznych. Choćby nadzienie było nie wiem jak doprawione.
M: I o to chodzi. Grunt by dotrzymał do obiadu. Na koniec wpychamy do kurczaka całą cytrynę i układamy go w naczyniu do pieczenia.
I: A nie trzeba go zabalfamować fir?
M: Zabalsamować? Ach chodzi ci o marynatę. Oczywiście Igorze. Na kurczaka wylewany odrobinę oleju i posypujemy go suszoną słodką papryką. Następnie nacieramy każdy fragment kurczaka tą papryczką. Potem do naczynia w którym będziemy piec kurczaka wlewany odrobinę białego wina
I: Mój poprzedni pan...
M: Tak wiem. Nie lubił wina.
I: Lubił, fir. Szczególnie do popijania burbonu.
M: Dolewamy tyle samo wody ile wina, dookoła układamy majeranek i wsuwamy do piekarnika nastawionego na 180 stopni na dwie godziny.
I: Lub podłączamy do dwóch eleftrod i czekamy na burzę z piorunami.
M: Po upieczeniu podajemy z sosem zrobionym ze zredukowanego wina i wyciśniętej, wyjętej z kurczaka, cytryny. Wyśmienity posiłek dla całej rodziny.
I: Trzefa pamiętać o jednej ważnej rzeczy, fir.
M: Jakiej Igorze?
I: Po upieczeniu kurfaka jest marna szansa na reanimację, nawet przy przyszytej głowie.
Edit:
I jeszcze mój dzisiejszy posiłek:
Omlet Pani de MuforteNie wszyscy wiedzą o tajnym egzaminie w Gildii Skrytobójców, który eliminuje większość kandydatów. I nie chodzi tu o ucieczkę przed zabójczymi pułapkami, eliminację zawziętego przeciwnika czy przygotowanie śmiertelnej trucizny. Egzaminem, który ma przetestować zdolności młodego dżentelmena aspirującego do roli studenta Szkoły Skrytobójców, jest przygotowanie Omletu wedle przepisu Pani de Muforte. Pomyślicie zapewne; „Phi! Omlet. Omlet to ja robię z zamkniętymi oczami!”. Cóż… Młody adept sztuki skrytobójstwa, Karmel, zwisający teraz do góry nogami nad rozpalonym palnikiem w świątyni Ślepego Io, z patelnią na której dochodził sobie właśnie omlet, trzymając się jedną nogą belki w suficie, myślał dokładnie tak samo. Początek egzaminu był zwyczajny. Dostał listę instrukcji i określony czas do 8.00 rano. Miał więc 3 godziny i 12 minut. Przyjrzał się dokładnie karcie chcąc się dowiedzieć kto będzie jego celem. Jakież było jego zdziwienie gdy na pierwszej stronie przeczytał:
Omlet Pani de Muforte
Składniki: - 4 dorodne jajka
- 3/4 szklanki mąki
- 3 pieczarki
- 1 pomidor
- 1 mała cebulka
- 10 dag sera Lancranskiego Niebieskiego (Ementaler też się nada)
- sól i pieprz
- olej do smażenia
Biedny Karmel nie do końca wiedział co ma zrobić z ta listą. Czy wybuchnąć śmiechem czy podrapać się po głowie i uznać, że zamiast zadania dostał listę zakupów.
Dopiero druga strona listy i dołączony do niej sznurek pozwoliły mu zrozumieć, że jednak jest to wymagające zadanie godne wyszkolonego skrytobójcy.
W dalszej części listy dowiedział się, że wszystkie składniki ma zdobyć przed świtem, włamując się do poszczególnych sklepów, pozostając niezauważonym. Przygotować z nich omlet nad Wiecznym Ogniem w Centrum Świątyni Ślepego Io (do którego maja dostęp tylko raz w roku szaleni kapłani po spożyciu halucynogennych grzybów – nikt o zdrowych zmysłach nie pchałby się do pomieszczenia bez podłogi, w którym pośrodku płonie palenisko, a dookoła znajduje się pustka, wiele stóp poniżej kończąca się kolcami, które z kolei kończą żywot śmiałków równie szybko jak siła uderzenia po upadku) a to wszystko przy użyciu tylko jednej reki. Sznurek do przywiązania reki za plecami w załączeniu.
Karmel wiedział wtedy, że dziś trójka z nich miała przystąpić do egzaminu. Nie będzie łatwo. Przez chwilę kusiło go by zignorować wytyczne i wyruszyć z oboma swobodnymi rękami. Jednak wiedział, że jest obserwowany (nie musiał widzieć egzaminatorów by wiedzieć, że kryją się w cieniu). Pokornie przywiązał sznurek do spodni a potem przywiązał swoją rękę z tyłu pleców. Czuł się dziwnie. Jak… jak bez ręki. Dopiero po fakcie zorientował się, że jest jednak praworęczny i przywiązanie akurat tej ręki za plecami nie było najlepszym pomysłem. Było już jednak za późno. Wiedział, że na omlet składają się wyjątkowe składniki. Jajka. Będzie się trudno poruszać z jajkami pod pachą (zaśmiał się do swoich skojarzeń, jedynie krótko bo w końcu był na egzaminie). Jego koledzy też pewnie pomyślą, że najlepiej zdobyć je na końcu i może się zrobić nieprzyjemnie jeśli wszyscy zjawią się w tym samym czasie.
Postanowił więc, że najpierw zakradnie się do Pana Marduka na Melasową, który sprzedaje najlepsze wiejskie jajka w mieście. W prawdzie jego kury nigdy wsi nie widziały, jednak reklama i tradycje rodzinne robiły swoje. Karmel podszedł do tylnych drzwi jego sklepu, z niemałym wysiłkiem wydobył z kieszeni wytrych i ze zdziwieniem odkrył, że drzwi były otwarte. Nie widział śladów włamania. Pewny znak, że włamał się któryś z jego kolegów. Myśl przebiegła mu z prędkością błyskawicy przez umysł, a zaraz za nią fala bólu wywołana ciosem w potylicę.
Tak zdecydowanie „nasi tu byli”. Upadając na podłogę zauważył tylko jak jego rywal zapakował do torby jajka i zniknął w cieniu. Karmel nie mógł pozwolić sobie na celebrowanie bólu. Już za drugim razem stanął na nogi i rozglądnął się za celem swojej wizyty.
Jajek jednak nigdzie nie było. „Prosto od wiejskiej kury” – napis na reklamie rzucił mu się w oczy, sprowadzając na niego nagle olśnienie. Poszedł na zaplecze i kura po kurze sprawdzał która już wykonała swoją dzienną normę. Niestety na grzędzie znalazł tylko trzy jajka.
- Trudno – pomyślał – jedno jajko będzie w opakowaniu. Zapakował więc zaspaną i chyba przede wszystkim zdziwioną kurę do swojej torby. – Obyś była przodowniczką pracy.
Podczas zdobywania mąki udało mu się uniknąć większych kłopotów. Pomimo unoszącego się wszędzie mącznego pyłu zachował nienagannie czysty strój. Nie można tego samego powiedzieć o jego oponencie, który niestety wybrudził swój – nabawił się odcisku buta Karmela w okolicy kolana i nerek. Karmel był przekonany, że po takiej nauczce odechce mu się rywalizacji. Nie czując na plecach oddechu konkurencji młody adept sztuki skrytobójstwa mógł spokojnie dokończyć „zbieranie” składników. Kiedy miał już je wszystkie (nie licząc jajka w połowie drogi i naddziobanej przez kurę pieczarki) mógł zacząć przygotowywać omlet. Pokrojenie pomidora, pieczarek i ziół przy użyciu jednej reki jest wyczynem iście ekwilibrystycznym. Jednak operowanie nożem dla skrytobójcy to sens życia. Karmel podrzucił więc pieczarkę, wyjął z pochwy sztylet i zanim pieczarka wylądowała powrotem na ziemi została pokrojona w idealne plasterki. Podobnie stało się z cebulą posiekaną w kostkę i serem pociętym w cienkie plastry. A kiedy podczas takiego procesu zdążył nie dość, że pokroić, to jeszcze obrać ze skórki pomidora kura z wrażenia zniosła 4 jajko.
Mając przygotowane składniki Karmel zakradł się do Świątyni Ślepego Io. Pokonanie wszystkich zabezpieczeń było banalne, jednak w samym centrum stanął przed wyzwaniem niesamowicie trudnym. Wiedział, że dotarcie do środka, gdzie na piedestale płoną wieczny ogień, który nigdy nie gasł (chyba, że akurat zabrakło drewna i któryś z nowicjuszy musiał go na nowo rozpalić), będzie wymagało zwisania głową w dół z beli pod sufitem. Dlatego już teraz rozbił cztery jajka do miski dodał mąkę i wymieszał wszystko przyprawiając do smaku pieprzem i solą, a pieczarki wrzucił na patelnię wraz z cebulką. Pozostałe składniki miał w zasięgu swojej ręki. Kura musiała zostać przed wejściem do Centrum Świątyni (kto zrozumie wymogi bogów?).
Jeśli zapytacie mnie jak udało się wspiąć Karmelowi na ta belkę od sufitem, mając jedną rękę, patelnię, miskę i torbę składników odpowiem szczerze, że nie mam pojęcia. Jakoś mu się jednak udało. Podsmażył pieczarki na patelni. Podrzucił jej zawartość pod sufit i w czasie kiedy pieczarki z cebulką opadały wlał zawartość trzymanej w zębach miski do patelni. Następnie grzyby wylądowały z powrotem zanurzając się w mieszaninie jajek i mąki. Omlet nad Wiecznym Ogniem Io skwierczał sobie cichutko. Karmel podrzucił patelnię z omletem pod sam sufit świątyni. W powietrze powędrowały plastry pomidora. Z wysiłkiem a jednak ciągle z gracją kota stąpającego po krawędzi dachu, młody adept skrytobójstwa złapał patelnię za uchwyt i wyłapał wszystkie plastry pomidora rozkładając je równo po powierzchni jajecznej masy. Podobna sytuacja powtórzyła się przy dodawaniu sera.
Karmel, zwisający teraz do góry nogami, nad rozpalonym palnikiem w świątyni Ślepego Io obserwował jak jego omlet dochodzi. Kiedy całość jajecznej masy była niemal ścięta, Karmel podrzucił omlet przewracając go na drugą stronę, tylko po to by ser roztopił się do końca. Następnie wyprężył się, rozhuśtał i zeskoczył z gotowym, pięknie złożonym omletem, tuż przed swoim egzaminatorem trzymającym pod pachą skradzioną przez niego kurę.
Bez słowa Egzaminator skosztował omletu.
-Bardzo dobrze – Karmel uśmiechnął się promiennie w odpowiedzi na słowa Egzaminatora i starł pot z czoła – Jeśli nie zostanie pan skrytobójcą posadę kucharza w Pod Załatanym Bębnem ma pan zapewnioną.
A tu relacja z pordukcji:
Pieszczenie pierwszej strony:

Pieczenie z drugiej strony:

Tu relacja z wykładania na talerz:
Prezentacja wyglądu z zewnątrz:

Prezentacja wyglądu z wewnątrz:

Tu relacja z konsumpcji:
Przed:

I po:
