Świat Dysku

Dyskowa kuchnia...

O płaskim świecie dyskusje

Dyskowa kuchnia...

Postprzez grace » 30 wrz 2012, o 20:55

Czyli najlepsze potrawy ze Świata Dysku.

Ogłaszam nabór najlepszych przepisów. Jeśli ktoś ma ochotę je przygotować i zrobić zdjęcie, to tym lepiej.

Najciekawsze przepisy zamieścimy na stronie głównej.

Kategorie:

Książka Kucharska Niani Ogg* - czyli dania z podtekstem.

Rincewind poleca - czyli ziemniaki na tysiąc sposobów, proste i smaczne kanapki, oraz import wprost z najdziwniejszych zakątków ŚD.

Specjały Równin Sto - wszystko co z kapusty i podobnej zieleniny ;)

Zabawne opisy mile widziane ;)

*Niekoniecznie zerżnięte z oryginalnej
kliknij Tu>ObrazekA tu znajdziesz->Obrazek
Rejestr postaci i Naszą Encyklopedię, którą możesz pomóc tworzyć.
Avatar użytkownika
grace żeńska
Kelda
 
Posty: 4740
Lokalizacja: Kraków

Reklama

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Agreer » 1 paź 2012, o 19:31

jeśli dobrze zrozumiałem mamy tu podawać własne przepisy wzorowane na ŚD to wg mnie Cezary Pazura musiał poznać 1 przepis z książki Niani Ogg http://www.youtube.com/watch?v=ew-7OMGqZiI
a jak coś mi wpadnie do głowy to na pewno napiszę
— Zrozumiałeś?
— Nie. Miałem tylko nadzieję, że jeśli nic nie będę mówił, przestaniesz próbować mi to wy­tłumaczyć.
Avatar użytkownika
Agreer męska
Mag I stopnia
 
Posty: 145
Lokalizacja: Śląsk
Reputacja: 213

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez grace » 1 paź 2012, o 19:44

Możecie odpowiednio przerabiać znane przepisy ;) Mają być jednak w dyskowej formie ;)
kliknij Tu>ObrazekA tu znajdziesz->Obrazek
Rejestr postaci i Naszą Encyklopedię, którą możesz pomóc tworzyć.
Avatar użytkownika
grace żeńska
Kelda
 
Posty: 4740
Lokalizacja: Kraków

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Marek_Sobczak » 2 paź 2012, o 17:09

No to spisałem. Zdjęcia dodam jak zdobędę dobry aparat:)

Piersi królowej Magrat... na patelni.

W Lancre znana jest opowieść o niezwykłej królowej, wiedźmie, która sprawiedliwie i mądrze rządziła królestwem, czyniąc z zamku króla Verence'a namiastkę chatki wiedźmy. Zawsze życzliwa i miła dla podwładnych, musiała zmierzyć się ze swoim najtrudniejszym z wrogów – zazdrością.
Podczas jednego z bali urządzanych na zamku jeden z gości – burmistrz Zwariowanego Gronostaja, po kilku kieliszkach nalewki przygotowanej przez Nianię Ogg nabrał nieznanej mu wcześniej odwagi. Porwał do tańca obecną królową. Wiedźma Magrat mogłaby kopnąć go za to w Dumę Przodków, jednak nadworni doradcy polecali by z wyczuciem podchodzić do przywódców wiosek, by nie szerzyć rozłamów społecznych, więc Magrat pozostawało tylko deptanie mu po palcach w rytm muzyki. Burmistrz Waldorf jednak nie poprzestał na tańcu i postanowił (a może był to tylko jakiś zakład podjęty podczas Prób Czarownic), że spoufali się na tyle by stać się na długo nosicielem klątw wszelakich. Wykorzystał on fakt wolniejszej melodii granej akurat przez zespół muzyczny, uszczypnął królową w jej.. (z resztą wiecie gdzie podstarzali, pijani burmistrzowie lubią szczypać królowe), a kiedy Magrat odwróciła się by zlokalizować źródło bólu, Waldorf wykorzystał okazję, przyssał się do... popiersia królowej, pozostawił malinkę tak czerwoną jak twarz królowej, a później tak niebieską jak po chwili Duma Rodowa burmistrza.
Tradycja nakazywała by w takich przypadkach, król obruszył się urażony i wypędził niewierną królową do lochu by przemyślała swoje zachowanie. Verence znając poczynania wiedźm spuścił tylko głowę i sam zamknął się w lochu, do momentu aż cała zazdrość z niego ujdzie. Wiedział, że innego wyjścia nie ma.
Po tym jak Magrat wzięła długą kąpiel w ziołowej mieszance uspokajającej numer 5 postanowiła, że wynagrodzi swojemu mężowi upokorzenie gotując dla niego coś pysznego. Czarownice mają w zwyczaju przygotowywać potrawy z tego co znajdą pod ręką, więc i Magrat postanowiła trzymać się tej tradycji. Na przyjęciu ogólnie przyjętą zasadą było, że każdy z gości pojawia się z prezentem. Królowa wiedziała, że prezent od Waldorfa umrze dziś w wyniku powolnych acz skutecznych tortur. Pech chciał, że padło na kurczaka z hodowli burmistrza. Nie będę wam opowiadał jak doszło do przygotowania składników. Powiem tylko tyle, że z kurczaka wycięto stanowczo za dużo podrobów.
Oto co Magrat znalazła:
- 2 piersi (4 jeśli policzyć wszystkie w kuchni) z kurczaka (podarowanego przez znienawidzonego podrywacza)
- 4 papryki słodkie, najlepiej każda w innym kolorze; żółta, zielona, pomarańczowa, czerwona (tak jak zmieniał się twarz Magrat po incydencie z burmistrzem)
- 10 dużych pieczarek (albo innych sezonowych grzybów, byle by nie były takimi starymi grzybami jak Waldorf (cyt. z Magrat))
- 2 małe cebule (najlepiej ostre jak cios wymierzony w Dumę Rodową burmistrza)
- ząbek czosnku (Magrat Garlick do wszystkiego dodaje czosnku)
- 2 jajka (królowa miała tutaj skojarzenia, o których wolałaby nie mówić)
- mąka (blada jak twarz Verence'a kiedy odprowadzał wzrokiem zezwłok burmistrza
- sól i pieprz (Magrat miała po prostu ochotę przypieprzyć i przysolić czemuś jeszcze) i wszystkie inne przyprawy, które nam smakują
- pęczek natki pietruszki (lubiła zioła)
- trzy listki lubczyku (Verence miał dowiedzieć się wieczorem po co go dodaje)
- olej do smażenia (niech skwierczy!)
Co z tym zrobić?
Piersi z kurczaka, idąc za przykładem Magrat) muszą wiele wycierpieć. Należy wbić w nie ostrze i powoli ale sukcesywnie przesuwać nim, aż zostaną pokrojone w małą kostkę. Przy czynności należy szeptać imię ukochanego na przemian z klątwami skierowanymi pod adresem natrętnego absztyfikanta z przerośniętym ego. Papryki umyć (jeśli mógł mieć z nimi kontakt absztyfikant to dokładnie wyszorować) wyciąć gniazda nasienne (tu Magrat też miała kilka skojarzeń), a potem kroimy w kostkę. Podobnie postępujemy z cebulą. Pieczarki kroimy w plasterki po uprzednim przygotowaniu. Jeśli chcemy możemy urwać kapelusz lub oderwać nogę (Magrat miała ochotę na podobne potraktowanie Burmistrza). Rwiemy w palcach lubczyk i pietruszkę (czasami ciężko jest się powstrzymać od użycia noża. Jeśli nie możecie się powstrzymać, to się nie powstrzymujcie!).
Wszystkie składniki wrzucamy do miski i trzy razy zataczamy lewą ręką w prawą stronę kręgi nad wszystkimi składnikami. Nie wpłynie to w żaden sposób na smak, ale Boffo tego wymaga.
Chwytamy za dwa jaja, wrzucamy je do reszty składników. Dodajemy mąki, bardzo drobno pokrojonego czosnku i przypraw. Wszystko mieszamy (drewnianą łyżką, prawą ręką w lewą stronę – wiecie już dlaczego). Powinniśmy uzyskać konsystencję odpowiednią do formowania placuszków.
Rozgrzewamy na patelni olej i (wyobrażając sobie męki na jakie zasłużył absztyfikant) smażymy na nim placuszki do zarumienienia – nie naszego tylko placuszków.

Później królowa odwiedziła króla z tacą pysznych placuszków.
A Varence skonsumował wszystko co dała mu Magrat.
Dziewięć miesięcy później narodziła się Esmeralda Margaret Uwaga Pisownia z Lancre.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Elencza » 3 paź 2012, o 13:04

Gratuluję pierwszego przepisu Marka, ja też się przymierzam, ale czekam na napad weny :)
"Po prawej z głośnym wrzaskiem zawodu pękła cienka bariera pomiędzy namiętnym kochankiem, a kandydatem na świeżo upieczonego (za jakieś 9 miesięcy) ojca." M.Sobczak
Avatar użytkownika
Elencza żeńska
Mag IV stopnia
 
Posty: 779
Lokalizacja: Kielce
Reputacja: 636

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Sida__ » 3 paź 2012, o 20:10

Przepis na magratowe piersi brzmi naprawdę ciekawie.
Również próbuję coś wymyśleć, ale na razie jakoś mi nie wychodzi.
Avatar użytkownika
Sida__ żeńska
Student Magii
 
Posty: 28
Reputacja: 57

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Marek_Sobczak » 8 paź 2012, o 17:04

No to jeszcze jeden przepis. :)
Smacznego:)

Z cyklu Gotowanie z Markiem i Igorem – Operacja Nadziewany Kurczak

Marek: Witamy państwa w premierowym odcinku cyku Gotowanie z Markiem i Igorem.
Igor: I z Igorem, fir!
M: Przecież powiedziałem. Niedosłyszysz?
I: Fapomniałem przyszyć uszy, fir. Miałem je gdzieś tutaj. Profę chwilkę cierpliwości.
M: W tym czasie może ja opowiem o naszym dzisiejszym daniu. Jest to danie jakże klasyczne i popularne, jednak dzięki...
I: Znalazłem fszystkie trzy!
M: Wszystkie trzy?
I: Uszy, fir. Już wszystko na sfoim miejscu.
M: Świetnie... Tak myślę... Wracając do naszego przepisu. Tematem naszego dzisiejszego spotkania będzie kurczak. Znany i lubiany, jednak dzięki małej innowacji zobaczycie go na nowo.
I: Możecie oglądać nafet od środka.
M: Jaki kurczak będzie dla nas najlepszy Igorze?
I: Sądząc po twoim rozmiarze spodni fir im większy tym lefszy.
M: Tak. Zatem przygotujmy naszego ptaszka do pieczenia. Piekąc ptaka należy pamiętać o kilku ważnych sprawach. Jakich Igorze?
I: Nie mam pojęcia fir. Może lepiej zapytać ptafka?
M: Jak chcesz go zapytać? Przecież on nawet nie ma głow.... AaaAa! Co to jest?! Dlaczego ten ptak się na mnie patrzy? Czemu on w ogóle ma głowę?
I: A nie miał mieć fir?
M: Zdecydowanie! A czy w środku jest... pusty?
I: Tak jesft fir! Przeprowadziłem sekcję zgodnie z zaleceniami. Fszystkie organy wewnętrzne zostały usunięte. Przeprofadziłem też amputację nóg poniżej ftawu kolanowego, fir. Wszystko gotowe do ponownego wszczepienia. Tylko transplantacja głowy fir rzadko się udaje, więc pozwoliłem sobie ją zostawić.
M: Zdecydowanie nie jest nam potrzebna głowa. Przynajmniej nie kurczaka. Zrób z tym porządek a ja tymczasem opowiem o nadzieniu.
I: W te pędy, fir!
M: Transplantacja... też coś! No ale to właśnie drodzy państwo jest w kuchni najpiękniejsze – ciągle nas zaskakuje i możemy przy niej nauczyć się czegoś nowego. Nowe składniki, nowa technika, nowe potrawy.
I: Fir zrobiłem szef podskórny – nikt by się nie domyflił, że ten kufczak miał kiedykolwiek głowę.
M: Doskonale Igorze. Zajmijmy się teraz przygotowaniem nadzienia.
I: Wszywamy z pofrotem, fir?
M: Nie mój drogi Igorze. Tego na pewno nie chcielibyśmy robić.
I: Profę mówić za siebie, fir.
M: To niesamowite jak ekscytującym daniem może stać się kurczak jeśli go odpowiednio przyrządzić. Podstawą naszego nadzienia będzie kiełbaska chorizo, czyli...
I: Wypchane zmielonymi mięfniami gładkimi z podudzia świni oraz papryką, jelito cienkie wyżej fymienionej świni.
M: Czyli pikantna, pachnąca czosnkiem i papryką wędlinka z okolic Lancre. Zaczynamy od obrania chorizo ze skórki...
I: Marnotrafstfo, fir.
M: … a następnie pokrojenia w kosteczkę. Pokrojone chorizo wrzucamy na patelnię i pozwalamy mu się leciutko podsmażyć, dodają do niego jedynie muśnięcie oleju, bądź oliwy z oliwek.
I: Naftępnie kroimy cebulę. Warto przy tej czynności mieć zamknięte oczy, gdyż jak pofszechnie wiadomo cefula zmufa nas do płaczu.
M: Nie sądzę Igorze by był to dobry pomysł, gdyż operując ostrym nożem nie trudno o...
I: O kutfa! Mój nofy palec. Dopiero wczoraj przyfyty.
M: Igor na chwilkę państwa przeprosi, a my w tym czasie wrzucimy cebulę go smażącego się chorizo. Jak szybko zauważycie cebula zacznie zmieniać kolor, nabierając smaku i aromatu uwalnianego przez paprykę zawartą w chorizo. Nie zapominamy też o dodaniu czosnku..
I: Mój pan nie lufiał czosnku.
M: Dlaczego?
I: My Igory nie zadajemy pytań, fir.
M: Kto tak twierdzi?
I: Nie wiem, nie pytałem fir.
M: My jednak lubimy czosnek więc pokroimy go, z OTWARTYMI oczami!
I: Dwójkę mogę mieć otfartą, fir. Co do reszty nie mogę mieć pefności.
M: I dodajemy go do cebuli duszącej się z kiełbaską chorizo. Kolejnym ze składników jest świeży tymianek z którego obrywamy listki i wrzucamy je również na patelnię. Coś chciałeś dodać Igorze?
I: Tymianek dosfkonale udaje się na cmentarzach, fir.
M: A wracając do przepisu. Finalny składnikiem naszego nadzienia jest młoda fasolka, którą wcześniej ugotowaliśmy do miękkości. Dodajemy ją na patelnię po uprzednim odcedzeniu.
I: Całofć doprawiamy do fmaku. Jeśli ktoś nie ma wyczulonego języka to świadczę również ufługi laryngologiczne.
M: Po doprawieniu dusimy razem przez około pięć minut, dodajemy kilka suszonych pomidorków, a następnie odstawiamy na czas kiedy przygotujemy kurczaka do nadziania.
I: Już wszystko gotofe, fir. Pacjent w narkozie bez organów wefnętrznych.
M: Nadzienie nakładamy łyżką do środka kurczaka, wypełniając go szczelnie.
I: Fir. Kurczak długo nie pociągnie bez organów wefnętrznych. Choćby nadzienie było nie wiem jak doprawione.
M: I o to chodzi. Grunt by dotrzymał do obiadu. Na koniec wpychamy do kurczaka całą cytrynę i układamy go w naczyniu do pieczenia.
I: A nie trzeba go zabalfamować fir?
M: Zabalsamować? Ach chodzi ci o marynatę. Oczywiście Igorze. Na kurczaka wylewany odrobinę oleju i posypujemy go suszoną słodką papryką. Następnie nacieramy każdy fragment kurczaka tą papryczką. Potem do naczynia w którym będziemy piec kurczaka wlewany odrobinę białego wina
I: Mój poprzedni pan...
M: Tak wiem. Nie lubił wina.
I: Lubił, fir. Szczególnie do popijania burbonu.
M: Dolewamy tyle samo wody ile wina, dookoła układamy majeranek i wsuwamy do piekarnika nastawionego na 180 stopni na dwie godziny.
I: Lub podłączamy do dwóch eleftrod i czekamy na burzę z piorunami.
M: Po upieczeniu podajemy z sosem zrobionym ze zredukowanego wina i wyciśniętej, wyjętej z kurczaka, cytryny. Wyśmienity posiłek dla całej rodziny.
I: Trzefa pamiętać o jednej ważnej rzeczy, fir.
M: Jakiej Igorze?
I: Po upieczeniu kurfaka jest marna szansa na reanimację, nawet przy przyszytej głowie.


Edit:

I jeszcze mój dzisiejszy posiłek:

Omlet Pani de Muforte
Nie wszyscy wiedzą o tajnym egzaminie w Gildii Skrytobójców, który eliminuje większość kandydatów. I nie chodzi tu o ucieczkę przed zabójczymi pułapkami, eliminację zawziętego przeciwnika czy przygotowanie śmiertelnej trucizny. Egzaminem, który ma przetestować zdolności młodego dżentelmena aspirującego do roli studenta Szkoły Skrytobójców, jest przygotowanie Omletu wedle przepisu Pani de Muforte. Pomyślicie zapewne; „Phi! Omlet. Omlet to ja robię z zamkniętymi oczami!”. Cóż… Młody adept sztuki skrytobójstwa, Karmel, zwisający teraz do góry nogami nad rozpalonym palnikiem w świątyni Ślepego Io, z patelnią na której dochodził sobie właśnie omlet, trzymając się jedną nogą belki w suficie, myślał dokładnie tak samo. Początek egzaminu był zwyczajny. Dostał listę instrukcji i określony czas do 8.00 rano. Miał więc 3 godziny i 12 minut. Przyjrzał się dokładnie karcie chcąc się dowiedzieć kto będzie jego celem. Jakież było jego zdziwienie gdy na pierwszej stronie przeczytał:

Omlet Pani de Muforte

Składniki:

- 4 dorodne jajka
- 3/4 szklanki mąki
- 3 pieczarki
- 1 pomidor
- 1 mała cebulka
- 10 dag sera Lancranskiego Niebieskiego (Ementaler też się nada)
- sól i pieprz
- olej do smażenia

Biedny Karmel nie do końca wiedział co ma zrobić z ta listą. Czy wybuchnąć śmiechem czy podrapać się po głowie i uznać, że zamiast zadania dostał listę zakupów.
Dopiero druga strona listy i dołączony do niej sznurek pozwoliły mu zrozumieć, że jednak jest to wymagające zadanie godne wyszkolonego skrytobójcy.
W dalszej części listy dowiedział się, że wszystkie składniki ma zdobyć przed świtem, włamując się do poszczególnych sklepów, pozostając niezauważonym. Przygotować z nich omlet nad Wiecznym Ogniem w Centrum Świątyni Ślepego Io (do którego maja dostęp tylko raz w roku szaleni kapłani po spożyciu halucynogennych grzybów – nikt o zdrowych zmysłach nie pchałby się do pomieszczenia bez podłogi, w którym pośrodku płonie palenisko, a dookoła znajduje się pustka, wiele stóp poniżej kończąca się kolcami, które z kolei kończą żywot śmiałków równie szybko jak siła uderzenia po upadku) a to wszystko przy użyciu tylko jednej reki. Sznurek do przywiązania reki za plecami w załączeniu.
Karmel wiedział wtedy, że dziś trójka z nich miała przystąpić do egzaminu. Nie będzie łatwo. Przez chwilę kusiło go by zignorować wytyczne i wyruszyć z oboma swobodnymi rękami. Jednak wiedział, że jest obserwowany (nie musiał widzieć egzaminatorów by wiedzieć, że kryją się w cieniu). Pokornie przywiązał sznurek do spodni a potem przywiązał swoją rękę z tyłu pleców. Czuł się dziwnie. Jak… jak bez ręki. Dopiero po fakcie zorientował się, że jest jednak praworęczny i przywiązanie akurat tej ręki za plecami nie było najlepszym pomysłem. Było już jednak za późno. Wiedział, że na omlet składają się wyjątkowe składniki. Jajka. Będzie się trudno poruszać z jajkami pod pachą (zaśmiał się do swoich skojarzeń, jedynie krótko bo w końcu był na egzaminie). Jego koledzy też pewnie pomyślą, że najlepiej zdobyć je na końcu i może się zrobić nieprzyjemnie jeśli wszyscy zjawią się w tym samym czasie.
Postanowił więc, że najpierw zakradnie się do Pana Marduka na Melasową, który sprzedaje najlepsze wiejskie jajka w mieście. W prawdzie jego kury nigdy wsi nie widziały, jednak reklama i tradycje rodzinne robiły swoje. Karmel podszedł do tylnych drzwi jego sklepu, z niemałym wysiłkiem wydobył z kieszeni wytrych i ze zdziwieniem odkrył, że drzwi były otwarte. Nie widział śladów włamania. Pewny znak, że włamał się któryś z jego kolegów. Myśl przebiegła mu z prędkością błyskawicy przez umysł, a zaraz za nią fala bólu wywołana ciosem w potylicę.
Tak zdecydowanie „nasi tu byli”. Upadając na podłogę zauważył tylko jak jego rywal zapakował do torby jajka i zniknął w cieniu. Karmel nie mógł pozwolić sobie na celebrowanie bólu. Już za drugim razem stanął na nogi i rozglądnął się za celem swojej wizyty.
Jajek jednak nigdzie nie było. „Prosto od wiejskiej kury” – napis na reklamie rzucił mu się w oczy, sprowadzając na niego nagle olśnienie. Poszedł na zaplecze i kura po kurze sprawdzał która już wykonała swoją dzienną normę. Niestety na grzędzie znalazł tylko trzy jajka.
- Trudno – pomyślał – jedno jajko będzie w opakowaniu. Zapakował więc zaspaną i chyba przede wszystkim zdziwioną kurę do swojej torby. – Obyś była przodowniczką pracy.
Podczas zdobywania mąki udało mu się uniknąć większych kłopotów. Pomimo unoszącego się wszędzie mącznego pyłu zachował nienagannie czysty strój. Nie można tego samego powiedzieć o jego oponencie, który niestety wybrudził swój – nabawił się odcisku buta Karmela w okolicy kolana i nerek. Karmel był przekonany, że po takiej nauczce odechce mu się rywalizacji. Nie czując na plecach oddechu konkurencji młody adept sztuki skrytobójstwa mógł spokojnie dokończyć „zbieranie” składników. Kiedy miał już je wszystkie (nie licząc jajka w połowie drogi i naddziobanej przez kurę pieczarki) mógł zacząć przygotowywać omlet. Pokrojenie pomidora, pieczarek i ziół przy użyciu jednej reki jest wyczynem iście ekwilibrystycznym. Jednak operowanie nożem dla skrytobójcy to sens życia. Karmel podrzucił więc pieczarkę, wyjął z pochwy sztylet i zanim pieczarka wylądowała powrotem na ziemi została pokrojona w idealne plasterki. Podobnie stało się z cebulą posiekaną w kostkę i serem pociętym w cienkie plastry. A kiedy podczas takiego procesu zdążył nie dość, że pokroić, to jeszcze obrać ze skórki pomidora kura z wrażenia zniosła 4 jajko.
Mając przygotowane składniki Karmel zakradł się do Świątyni Ślepego Io. Pokonanie wszystkich zabezpieczeń było banalne, jednak w samym centrum stanął przed wyzwaniem niesamowicie trudnym. Wiedział, że dotarcie do środka, gdzie na piedestale płoną wieczny ogień, który nigdy nie gasł (chyba, że akurat zabrakło drewna i któryś z nowicjuszy musiał go na nowo rozpalić), będzie wymagało zwisania głową w dół z beli pod sufitem. Dlatego już teraz rozbił cztery jajka do miski dodał mąkę i wymieszał wszystko przyprawiając do smaku pieprzem i solą, a pieczarki wrzucił na patelnię wraz z cebulką. Pozostałe składniki miał w zasięgu swojej ręki. Kura musiała zostać przed wejściem do Centrum Świątyni (kto zrozumie wymogi bogów?).
Jeśli zapytacie mnie jak udało się wspiąć Karmelowi na ta belkę od sufitem, mając jedną rękę, patelnię, miskę i torbę składników odpowiem szczerze, że nie mam pojęcia. Jakoś mu się jednak udało. Podsmażył pieczarki na patelni. Podrzucił jej zawartość pod sufit i w czasie kiedy pieczarki z cebulką opadały wlał zawartość trzymanej w zębach miski do patelni. Następnie grzyby wylądowały z powrotem zanurzając się w mieszaninie jajek i mąki. Omlet nad Wiecznym Ogniem Io skwierczał sobie cichutko. Karmel podrzucił patelnię z omletem pod sam sufit świątyni. W powietrze powędrowały plastry pomidora. Z wysiłkiem a jednak ciągle z gracją kota stąpającego po krawędzi dachu, młody adept skrytobójstwa złapał patelnię za uchwyt i wyłapał wszystkie plastry pomidora rozkładając je równo po powierzchni jajecznej masy. Podobna sytuacja powtórzyła się przy dodawaniu sera.
Karmel, zwisający teraz do góry nogami, nad rozpalonym palnikiem w świątyni Ślepego Io obserwował jak jego omlet dochodzi. Kiedy całość jajecznej masy była niemal ścięta, Karmel podrzucił omlet przewracając go na drugą stronę, tylko po to by ser roztopił się do końca. Następnie wyprężył się, rozhuśtał i zeskoczył z gotowym, pięknie złożonym omletem, tuż przed swoim egzaminatorem trzymającym pod pachą skradzioną przez niego kurę.
Bez słowa Egzaminator skosztował omletu.
-Bardzo dobrze – Karmel uśmiechnął się promiennie w odpowiedzi na słowa Egzaminatora i starł pot z czoła – Jeśli nie zostanie pan skrytobójcą posadę kucharza w Pod Załatanym Bębnem ma pan zapewnioną.

A tu relacja z pordukcji:
Pieszczenie pierwszej strony:
Obrazek
Pieczenie z drugiej strony:
Obrazek

Tu relacja z wykładania na talerz:
Prezentacja wyglądu z zewnątrz:
Obrazek
Prezentacja wyglądu z wewnątrz:
Obrazek

Tu relacja z konsumpcji:
Przed:
Obrazek
I po:
Obrazek
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez grace » 8 paź 2012, o 21:22

Brawo! Marek przeciera szlaki, a ja czekam na więcej. Anima?! Może Ty! Masz w końcu świetne przepisy!

Jeżeli ktoś się pokusi o spisanie istniejących w książkach dań, to przyjmę z tym większym zainteresowaniem ;)

Może słynna kanapka Rincewinda? A może coś z kociołka czarownicy? A może zapiekanka Glendy?
kliknij Tu>ObrazekA tu znajdziesz->Obrazek
Rejestr postaci i Naszą Encyklopedię, którą możesz pomóc tworzyć.
Avatar użytkownika
grace żeńska
Kelda
 
Posty: 4740
Lokalizacja: Kraków

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Marek_Sobczak » 11 paź 2012, o 16:06

Powitalno łobzerka, czyli nadziane pieczarki

W kopcu Feeglów nadchodzi taki dzień, kiedy nawet najmężniejszy z wojowników drży cały ze strachu. Nie jest to najazd wrogiego królestwa, nie jest to susza czy powódź. Nie jest to też brak alkoholu w Feeglowej spiżarni. Najbardziej przerażającą chwilą jest powrót Kelty z odwiedzin u starszych rodu, czyli krótko mówiąc „od mamuni”. Feegle wiedzą, że w końcu trzeba pozbierać wszystkie butelki, powynosić tych członków plemienia, którzy mają słabsze głowy i nie wytrzeźwieli jeszcze, załatać zburzone ściany i co najbardziej przerażające przygotować „powitalnom łobzerke”, czyli specjalny obiad na cześć przybywającej na włości Keldy. Zawsze wcześniej też jest wiele problemu by wybrać tego nieszczęśnika, który będzie odpowiedzialny za gotowanie. I zawsze, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności wypada na Tępak Wulliego. Nie mógł odkryć jak to możliwe. Przecież tak inteligentnie zawsze podchodził do ciągnięcia słomek i zawsze wybierał tę po lewej. I jakimś cudem zawsze ta była najkrótsza. Nie mógł złamać systemu.
W każdym bądź razie nie było wyjścia i trzeba było przygotować łobzerke.
- Łojzicku! Dzie my wsadzili patelke? – zapytał sam siebie. I wtedy wspomnienia ostatnich kilku dni powróciły do niego, nie wiedzieć czemu powodując niezwykle intensywny ból głowy. Zjeżdżali na niej z Kreciej Góry. A gdzie teraz może być? Pewnie u podnóża. Kiedy Wullie dotarł do Góry obraz jaki tam zastał był przerażający, choć nie dla Feegla, dla którego był codziennością. U podnóża leżało warstwowo ułożone, coś co przed libacją można było nazwać Feeglami. Teraz przedstawiali obraz nędzy, rozpaczy i wstępnego rozkładu. Przynajmniej tak można było wnosić po zapachu. O dziwo jednak wydawane przez niektórych dźwięki zdawały się świadczyć o tym, że jeszcze żyją.
Tępak Wullie przekopał się do dna tej warstwy, gdzie do kiltu jednego z Feegli przylepiona była patelnia.
- Łojzicku. Chyba ca będzie to łodkazić.
Po tym jak patelnia została odkażona i wyszorowana a następnie wygotowana jeszcze dla pewności we wrzącym oleju, wydawała się być zdatna do użycia.
- Tyko co jo wrzuce na te patelke? Łowiecki nie wyglądały na to, zeby były w samobójcym nastroju, ślimoków zem tyz nie widzoł łod dawna, więc co by tu zrobić?
Tępak Wullie rozglądnął się w spiżarce. Cóż nie znalazł zbyt wiele. Leżał tam kawałek sera, pachnący podobnie jak sterta Feeglów pod Krecią Górką, beczka z kiszonymi ogórkami, z której przed chwilą wyszedł Rob Rozbój mówiąc, że „musi doprowadzić się do łuzytku, to jak nie to go do łuzytku doprowadzi Kelda, a tego wszyscy, z nim na cele, chcielibymy łuniknąć", worek cebuli, główka czosnku, resztka mąki w worku, jak pozostała po tym jak lepili wczoraj bałwana a pod ścianą rosły pieczarki.
- Bida! Bida! Co jo zrobie!? - Wullie nie był jednak typem Feegla, który latwo się poddaje – Tak krawcyk kroi, jak mu materiału stoi. - Przypomniał sobie Tępak Wullie i zabrał się do obierania pieczarek. A jako, że jeszcze trochę mu się dwoiło i troiło w oczach, był to sport doprawdy wyczynowy. Trzeba przyznać jednak, że władanie wszelką bronią ostrą, a w przypadku Wulliego także i tępą, wychodziło mu bardzo dobrze, więc dzięki temu miał pocięte tylko trzy palce. Podczas operacji przeprowadzonej na pieczarkach obrał je pięknie, oddzielił nóżki od kapeluszy, nóżki pokroił w plasterki i postanowił, że musi się napić.
Jak pomyślał tak zrobił. Niestety pomimo usilnych poszukiwań nie znalazł ni krztyny płynu, który zawierałby choć tyle alkoholu ile piwo w Ankh-Morporskich pubach.
Pragnienie jednak go nie opuszczało, podszedł więc do beczki z ogórkami kiszonymi, zastanawiał się chwilę rozważając wszystkie za i przeciw, aż zebrał się w sobie i wypił duszkiem beczkę wody spod ogórków.
- Psynajmni bedzie łatwi znaleźć te pyntoki. – powiedział wyjmując z dna beczki pokaźnego kiszonego ogórka. Ogórka pociachał w drobną kostkę, podobnie zrobił ze sporym kawałkiem sera. Z obieraniem ząbka czosnku nie miał najmniejszych problemów, jednak obierania cebuli bał się jak mało czego. Były dwa zjawiska które z Feegla potrafiły wycisnąć łzy – kobiety i cebula, z tym, że cebula była smaczniejsza, wedle uznania Tępaka Wulliego.
Ubrał więc wiaderko na głowę i pociachał cebulę z szybkością porównywalną do tej z jaką konsumują swoje potrawy magowie. Czym prędzej wrzucił ją na rozgrzana patelnię i przykrył warstwą pokrojonych korzeni pieczarek i posiekanego czosnku.
- Łojzicku! Co cłek się nacierpi psy tym gotowaniu to ino łon wi.
Wullie poddusił kilka minut na patelni korzonki pieczarek z cebulką i czosnkiem, potem zdjął je z patelni i dodał do nich pokrojony w kostkę ser oraz ogórka kiszonego. Całość wymieszał doprawił solą i pieprzem, a następnie dodał trochę mąki by wszystko zagęścić.
Chwiejnym krokiem podszedł do pozostawionych pieczarek i każdy kapelusz nadział przygotowanym farszem.
- No to teroz wos łupieke i po robocie.
Jak powiedział tak zrobił. Położył nadziane pieczarki na patelni, dusił je przez 10 minut na małym ogniu pod przykryciem a potem przez kolejne 10 na mocniejszym.
Wullie był tak zmęczony, że zmorzył go sen, ale z tego co opowiedział mu Rob nadziewane pieczarki bardzo smakowały Keldzie.
- Jak bedziesz zamęznym cłekiem Wullie to siem dowis, jak zona moze siem odwdzinczyć za dobro powitalno łobzyrke.

Obrazek

Obrazek
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Corvvin » 12 paź 2012, o 19:00

:clap: :clap: :clap: :clap: :clap: :clap:
Jeden wielki szacun dla Marka za te przepisy.
Zasłużył co najmniej na pomnik wodoodpornej tektury!
Obrazek
Avatar użytkownika
Corvvin męska
Uczulony na szczęście
 
Posty: 2131
Lokalizacja: Białystok
Reputacja: √-1

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez grace » 12 sty 2013, o 10:44

Dobra, Marek napisał, a reszta to Rincewind i zwiała?
Jestem przekonana, że absolutnie każdy mógłby jakiś swój przepis przygotować, choćby na specjalną kanapkę.
Wystarczy śmieszny opis, to nie musi być w stylu, w jakim to Marek napisał.
Mogą być po prostu zabawne wstawki przy tłumaczeniu co z tym trzeba zrobić. Potraficie!
kliknij Tu>ObrazekA tu znajdziesz->Obrazek
Rejestr postaci i Naszą Encyklopedię, którą możesz pomóc tworzyć.
Avatar użytkownika
grace żeńska
Kelda
 
Posty: 4740
Lokalizacja: Kraków

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Uuu! » 13 sty 2013, o 12:19

Myślę, że Marek postawił poprzeczkę bardzo wysoko i stąd brak chętnych do kontynuowania wątku.
No to może ja spróbuję... obniżyć poprzeczkę.

Zaproponuję Wam Krasnoludzką pizzę na chrupkim cieście drobnoziarnistym ze szczurem.

Pizza jak wiadomo pochodzi z Quirmu, a do Ankh-Morpork trafiła wraz z pierwszymi quirmskimi imigrantami. Tu zdobyła dużą popularność jako danie szybkie, tanie i możliwe do zrobienia z byle czego, a jednak na ciepło. Właśnie te cechy okazały się kluczowe w podbiciu serc mieszkańców miasta.
Etniczny tygiel jakim jest Ankh-Morpork jest również tyglem kulinarnym. Kuchnie różnych narodowości przenikają się i często wychodzi im to nawet na dobre (choć konsumentom już nie tak często).
Tak właśnie było z pizzą, która według pierwotnych założeń miała być zjadliwa i nasycić za niewielkie pieniądze (a jak by się dało kwestię pieniędzy pominąć, to jeszcze lepiej). Jednak kiedy pizzą zainteresowały się Krasnoludy to zrobiły z niej coś wyjątkowego (nie licząc pizzy bojowej, która wśród różnych swoich wyjątkowości miała wyjątkową niezjadliwość).

Tyle wstępu, przejdźmy do przepisu.


Ilość ciasta jest na 6 - 10 placków. Zależy jak bardzo głodni są biesiadnicy.
Do przyrządzenia pizzy będziemy potrzebować:
Do ciasta
- ponad kilogram mąki
- drożdże
- piwo
- woda
- kruszywo
- sól
Na wierzch
- ser mozzarella
- przecier pomidorowy
- szczur średniej wielkości nieżywy
- bazylia żywa
- oregano nieżywe
- sól


Najpierw ciasto.

Do miski wlewamy 400 ml wody i 200 ml piwa. Trzeba tak dobrać temperatury płynów, żeby powstała mieszanina była ciepła. Do tego dodajemy 50 g. drożdży i mieszamy, żeby rozpuścić drożdże.
Następnie dodajemy 150 g. mąki i 50 g. oliwy. Lekko mieszamy i czekamy aż drożdże zaczną pracować. W tym czasie możemy wypić resztę piwa.

Jeżeli w kuchni jest poniżej dwudziestu stopni, to włączamy piekarnik na 50 stopni na jakieś pięć minut. Jeśli w kuchni jest ciepło, to możemy pominąć tę czynność.

Do miski z drożdżami wsypujemy kilogram mąki, czubatą łyżkę soli i od ćwierć do pół kilograma kruszywa, czyli piasku kopalnego, gliny lub iłu, zależy co kto lubi i jak bardzo chce mieć chrupko (element ten niby można pominąć, ale tu już nie będzie TO).
Ciasto zagniatamy z pięć minut. Możliwe, że w trakcie gniecenia trzeba będzie dodać mąki, zwłaszcza jeśli kruszywo było wilgotne.

Miskę z ciastem odstawiamy w ciepłe miejsce lub do ciepłego wyłączonego piekarnika.

Kiedy ciasto urośnie dzielimy je na porcje i zagniatamy w kulki obtaczając przy tym w mące. Ciasto można zamrozić, ale potem musi się rozmrażać ze 3 - 4 godziny zanim drożdże wyjdą z szoku termicznego.

Pieczenie.

W warunkach domowych dysponujemy przeważnie zwykłym piekarnikiem, gdzie jest miejsce tylko na jedną dużą lub dwie mniejsze pizze (już niekoniecznie okrągłe). Niech nikt nie próbuje układać placków warstwowo na różnych poziomach, bo uda się tylko ten na górze!

Przygotowania zacznijmy od wstępnego rozgniecenia ciasta. Trudno jest to zrobić na raz, bo nasze drożdże są ze świata kuli i musi minąć trochę czasu zanim dadzą się przekonać, że świat dysku jest również sensowną opcją. Dlatego jak będziemy przygotowywać inne rzeczy, to w tym czasie możemy co jakiś czas spłaszczać coraz bardziej nasz placek. Fachowe spłaszczanie wymaga pewnej praktyki. I nie mam tu na myśli wirujących placków, które są efektowne, ale potem mąka jest we wszystkich zakamarkach kuchni. Na początek można się posłużyć walkiem do ciasta.

A teraz to co ma być na wierzchu. Oczywiście sos. Do przecieru pomidorowego (na duuużą pizzę będzie to ze 150 - 200 g.) dodajemy posiekaną żywą bazylię, nieżywe oregano, trochę oliwy i trochę soli. Mieszamy i sprawdzamy smak.
Ser ścieramy na tarce. Na duuużą pizzę to będzie jakieś 150 - 200 g. sera.
No i to co najważniejsze - szczur. Byłoby idealnie mieć szczury dzikie, ale ich upolowanie nie jest łatwe. Dodatkowo ich oprawianie jest dość kłopotliwe, bo szczur ma na sobie niewiele mięsa i ktoś niewprawny mógłby ze zdziwieniem uznać, że nie ma go prawie wcale. Dlatego najprościej jest zaopatrzyć się w szeroko dostępne szczury hodowlane, które są oprawione przez fachowców. Najlepsze do naszych celów byłyby szczurze udziki, które dzień wcześniej marynujemy jak kto tam lubi. Są oczywiście krasnoludzcy ortodoksi, którzy uznają na pizzy tylko szczury mielone. Ma to niewątpliwy wpływ na wzrost chrupkości. No ale to już kto co lubi. A jak ktoś w ogóle nie lubi szczurzyny, to może dać na wierzch cokolwiek innego. Pewnie da się zjeść, ale to już nie będzie TO.

A teraz pieczenie. Piekarnik ustawiamy na 200 stopni i wyłącznie górne grzanie.
Na rozwałkowanym placku rozsmarowujemy sos, posypujemy serem i dodajemy co się tam komu podoba. Nie ma co przesadzać z ilością gadżetów na górze. Dobrze żeby to nadal przypominało dysk, a nie kopiec kreta. Pieczemy 9 - 10 minut, zależnie jak bardzo rumiane lubimy. I to wszystko. Prawda, że proste?

Smacznego!
Musiałby pracować kilka tysięcy lat, by osiągnąć jakiś efekt, ale to przecież nie powód, by rezygnować.
Avatar użytkownika
Uuu! męska
Ups!
Ups!
 
Posty: 2132
Lokalizacja: Trapezfik
Reputacja: 5343

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez grace » 13 sty 2013, o 17:42

Uuu! najpierw z zachwytu, że się przełamałeś myślałam, że wybuchnę z dumy, przy zdechłym szczurze umarłam ze śmiechu, a nieżywa bazylia na chwilę opóźniła wstawianie na stronę! Brawo!
Oby tak dalej ;)
kliknij Tu>ObrazekA tu znajdziesz->Obrazek
Rejestr postaci i Naszą Encyklopedię, którą możesz pomóc tworzyć.
Avatar użytkownika
grace żeńska
Kelda
 
Posty: 4740
Lokalizacja: Kraków

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez Uuu! » 13 sty 2013, o 22:33

Cieszę się, że udało mi się przywołać uśmiech na twojej twarzy, bo coś ostatnio chyba było z tym cienko.

Niestety nie ma zdjęć. To dlatego, że szczury w mojej okolicy już dawno mają status ginącego gatunku.
Musiałby pracować kilka tysięcy lat, by osiągnąć jakiś efekt, ale to przecież nie powód, by rezygnować.
Avatar użytkownika
Uuu! męska
Ups!
Ups!
 
Posty: 2132
Lokalizacja: Trapezfik
Reputacja: 5343

Re: Dyskowa kuchnia...

Postprzez hary0685 » 14 sty 2013, o 19:51

Trzeba będzie na weekenda wypróbować przepis. Nie wydaje się trudny :) A można zastosować większą ilość piwa, tzn. zaopatrzyć się w powiedzmy czteropak, zużyć 200 ml do pizzy, a resztę wykorzystać w inny sposób, czy może jest szansa że pizza wtedy się nie uda?
- Vie pan, że innym określeniem ikonografa byłby "fotograf"? Od latacjańskiego słova "photus", które oznacza..
- "Skakać dookoła jak wariat i rozstawiać wszystkich po kątach, jakbyś był właścicielem"? - spytał William.
Avatar użytkownika
hary0685 męska
Wampirzy Fotograf
 
Posty: 2616
Lokalizacja: okolice Wroclove
Reputacja: 4184

Następna strona

Powrót do Świat Dysku

Bóg chwilowo znalazł się w ciężkim położeniu, a świat uznał, że może to wykorzystać.

Pomniejsze Bóstwa, dodał(a) Marek_Sobczak

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników