przez ratharienn » 15 sie 2010, o 14:59
* Tytułem wstępu. Jestem i pisałam przez ostatnią godzinę, zatem już spokojnie. Jestem, jestem. Odcinek jest. Wszyscy są. A, że zdążyliście już nadrukować, nim dodałam post, nie zmieniam, a ot!
^ Nie oddam, bo i u mnie z nią krucho. Wczoraj przed snem wymyślałam odcinek i... zasnęłam. Także nie wiem, co z tego będzie...
> Mały EjDżej, odczekawszy dobrą chwilę, w jakiej jego matka chrzestna zdążyła przygotować się do snu, usiąść w fotelu przed telewizorem ze swoją nieodłączną robótką na drutach i zasnąć, mamrocząc pod nosem o przekleństwie, ostrożnie odrzucił kołdrę i wyszedł z łóżeczka.
EjDżej był drobnym, jasnowłosym ośmiolatkiem, lubiącym zadymione miejsca. Podświadomie wyczuwał, że ma to jakiś związek z jego ojcem, bo zawsze, kiedy z lubością wdychał dym, wydychany przez kogoś innego, jego ciotka mamrotała pod nosem i z wściekłością zabierała go do samochodu. Niestety, nie wiedział o swoim ojcu nic ponad to właśnie, że z pewnością miał związek z dusznym, gryzącym dymem, zapachu jakiego chłopiec wciąż i wciąż poszukiwał.
EjDżej nie lubił spać wtedy, kiedy mu kazano. Kiedy noc była czarna jak oczy szczura, bezchmurna jak... no, w każdym razie bezchmurna, chłopiec odsuwał okno i patrzył.
I właśnie teraz niebo rozdarła jasna, zygzakowata błyskawica. Wyciągnął palec i wskazał nim niebo. Nie był zdziwiony, kiedy po chwili druga błyskawica, tym razem jego błyskawica, pojawiła się na czarnej połaci nieba. EjDżej już dawno odkrył tę swoją zdolność do manipulowania wyładowaniami elektrycznymi. Nie nadużywał ich jednak, ponieważ tak samo jak w wypadku dymu, czuł, że może to mieć związek z jego ojcem, a o nim w tym domu mówić nie wolno było.
Pojawiła się kolejna błyskawica. Chłopiec bez trudu zrozumiał, o co pytała osoba po drugiej stronie.
- Kim jestem? - szepnął cicho.
EjDżej miał wiele odpowiedzi na to pytanie. Był chłopcem. Był EjDżejem. Był... no właśnie. Spośród tylu odpowiedzi trudno było wybrać właściwą. Uznał, że pytanie jest całkiem głupie, a on ma dopiero osiem lat i wcale nie musi na nie odpowiadać. Poczuł natychmiastową potrzebę przeszukania wszystkich kieszeni pidżamy. Nie wiedział, czego szukał, wiedział natomiast, że powinno to się znajdować w tej małej kieszonce na piersi...
Westchnął ciężko i posłał błyskawicę.
Ostatni Bard szedł przed siebie. Nie wiedział za bardzo, dokąd ma iść i co ma robić. Posiadał co prawda pewną wiedzę o świecie i o tym, kim jest bard, ale jakoś nie widział dla tej wiedzy zastosowania. Dlatego po prostu wędrował, ze starą lirą pod pachą i w czapce ojca na głowie. Raz czapka boleśnie ukłuła go w głowę. Zdjął ją, obejrzał uważnie i wyciągnął z niej grubą i ostrą igłę.
Odyn podrapał się po głowie. Łyknął solidnie z cudem odnalezionej piersiówki. Zresztą, nietrudno znaleźć piersiówkę, kiedy się ma ich sporo, wetkniętych w każdy kąt, by w razie potrzeby zaspokoić pragnienie, ale...
Odyn zakrztusił się, kiedy zdał sobie sprawę z tego, co zaczyna się dziać na dole. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się zakrztusić napitkiem, ale tym razem sprawa była poważna.
Chwycił swój wyjściowy płaszcz, który był płaszczem, o ile patrzący dostatecznie się skupił i wyobraził sobie, że istotnie, ten zbiór pozszywanych ze sobą dziur może być odzieniem i kapelusz. Podążył do kuchni, gdzie starannie zawiązał w tobołek pewne ilości jadła, następnie do komórki, by nabić kapciuch fajkowym zielem i uzupełnić tobołek zapasem napitku.
Biegł właśnie ku bramie Valhalli, gdy zatrzymał go Thor.
- Dokąd to podążasz, panie? - spytał lekko, wymachując młotem.
- Na ziemię, drogi chłopcze - brzmiała odpowiedź. - I przestańże machać tak tym kilofem, jeszcze komu oko wyłupisz! - To powiedziawszy, minął Thora i parł przed siebie tak szybko, na ile pozwalał mu bagaż brzęczących przy każdym kroku butelek.
- Ale, panie! - krzyknął za nim Thor, porzucając na chwilę młot.
Zapomniał, że Lokiemu wystarczyłby nawet ułamek tej chwili...
- Czego znowu?!
- Panie, nie możesz zejść na ziemski padół!
- Czemuż to? - Odyn posiadał zdolność do dysponowania kilkoma rodzajami spojrzeń.
Użył więc Spojrzenia, a Thor natychmiast poczuł się mały i słaby.
- Bo... stara przepowiednia... że nie możesz, kiedy on... tam jest i... - jąkał się.
- Niech to demony porwą! - wrzasnął Odyn wściekle. - Oko straciłem, żeby jej wysłuchać, a i tak zapomniałem! Co jeszcze musiałbym utracić, żeby zapamiętać?!
Thor uciekł spojrzeniem w bok, uśmiechając się lekko.
Odyn wrócił do swej komnaty i rozłożył na stoliku kilkanaście niezbędnych okultystycznych przedmiotów, wśród których były zioła i kostki do gry planszowej.
- Cholera, na ziemi po prostu wyciągnąłbym z kieszeni telefon i wybrał odpowiedni numer... - mamrotał pod nosem, usiłując przypomnieć sobie zaklęcie.
- ...Jeremy spoke in claaaass todayyy! - śpiewał Bard, zapamiętale szarpiąc struny liry.
Wyobrażał sobie, że ludzie będą przystawać i wrzucać monety do kapelusza, bić brawa, gratulować, wiwatować, tańczyć... Tymczasem przebiegali obok, marszcząc brwi i kiwając głowami. Mógłby przysiąc, że bez uznania. Co robił źle?
Miał odpowiednio znoszone ubranie, stare buty, czapkę ojca, który był bardem, lirę, wyruszył w świat, dobrał repertuar, nauczył się grać, zawsze miał przy sobie wino i skórki od chleba... Nie rozumiał swego niepowodzenia. Ale chyba tak musiało być. Niełatwo być bardem, to rzeczywiście ciężki kawałek chleba.
Zła Wiedźma siedziała w swej chacie, otoczona księgami. Niektóre były tak stare, że kiedy dotykała kartek, kruszyły jej się pod palcami. Mimo to nadal, bardzo ostrożnie poszukiwała przepisu. Koniecznie musiała odnaleźć tego... kogoś. Nie wiedziała, czy to dziewucha, czy chłopak, ile ma lat, jak wygląda, co lubi jeść na śniadanie i, co najważniejsze i kluczowe - jak ma na imię. Pamiętała, że to najważniejsze, że bez tego zaklęcie natychmiastowej lokalizacji się nie powiedzie, ale musiał istnieć jakiś inny sposób...
Rozległo się pukanie.
Stuk - stuk. Stuk - stuk.
- Kogo diabli niosą? - spytała uprzejmie, zachowując wszelkie najlepsze obyczaje, jakich uczyła jej matka.
- Przyjaciel.
Zła Wiedźma uniosła brwi.
- Nie wydurniaj się i mów, ktoś ty?! - wrzasnęła, podchodząc do drzwi, a po drodze podnosząc siekierę.
- Otwórzże wrota, bo jeszcze się rozmyślę.
Zaryzykowała, lecz na wszelki wypadek uniosła siekierę wyżej.
Zza drzwi uśmiechał się do niej Loki, nonszalancko oparty o belkę, podtrzymującą daszek ganku.
- A idźże mi stąd, bo psami poszczuję!
- Daj spokój, kochana. Oboje wiemy, że nie masz nawet jednego psa... - Loki wszedł do chaty, zupełnie nic sobie nie robiąc ze złowrogo uniesionej siekiery.
Usiadł w fotelu i założył nogę na nogę, odrzucając włosy na plecy gestem pełnym gracji.
- Czego chcesz? - spytała Wiedźma, zamykając drzwi.
- Mały ptaszek powiedział mi, że szukasz pewnego... kogoś. Otóż znajduję się w posiadaniu pewnych wielce istotnych informacji...
- Jakich?! - Złej Wiedźmie zaświeciło się oko; drugie oko nadal uważnie obserwowało gościa, nie pozwalając temu pierwszemu przejąć panowania nad całym zmysłem wzroku, by nie zaburzyć odbioru.
- Imię... na przykład. - Loki rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Jak brzmi?!
- Nie za darmo, moja kochana... Nie za darmo...
v Z kim chce porozumieć się Odyn? Co zrobi EjDżej? Czy Ostatni Bard zrozumie, że "Jeremy" to dość drażliwa pieśń? Jaki warunek postawi Złej Wiedźmie Loki?
"Co to za sztuka i kogo w niej gram?"