^ "Wind of Change" - zrobiłeś mi krzywdę... teraz będę machac zapalniczką i śpiewac. No i muszę pomyślec, gdzie to wstawic w scenariusz, który właśnie tu zamieszczam. Mam nadzieję, że nagranie się powiedzie

.
> Zgodnie z rytuałem złapał się najpierw za uszy, dotknął lewą stopą prawego kolana i potężnie kichnął z jednoczesnym podwójnym piruetem przez lewe ramię i...
"Borsuk, borsuk" - myślał Loki intensywnie próbując się przemienic. -
"Jak to cholerstwo, do cholery, wyglądało? Zaraz, już chyba wiem! Kudłate, czarno-białe futro..."...rozgłośne kichnięcie dobiegło końca i pośrodku polany w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stał bóg pojawiło się małe czarno-białe zwierzątko.
"No nie!" - wykrzyknęło drugie ja Lokiego. -
"Dlaczego w skunksa, ty debilu?""A to jest skunks?" - zdziwił się Loki.
"Jak masz wątpliwości to się... nas... powąchaj."Loki powąchał.
"No fakt" - przyznał. -
"Wszystko przez to, że zgubiłem króliczą łapkę... A co tak szybko uciekły te wiewiórki?"Drugie ja Lokiego westchnęło.
"Zamknij się i łap w pysk ten tobołek. Niewiele brakowało a zapomniałbyś, że schowałeś tam cztery kule!""No tak!" - Loki uderzył się w czoło kudłatą łapką. -
"Te, które pożyczyłem po drodze od Żaby Na Monocyklu niechodpoczywawspokoju!""Właśnie."Loki chwycił w zęby tobołek i ruszył przed siebie.
"A właściwie" - zaczął po chwili -
"jak mam się do ciebie zwracac? Bo widzisz "TY" nie za bardzo pasuje, "JA" - też trochę dziwnie brzmi, "Drugie Ja Mnie Samego" jest jakieś takie przydługie a "Lokiego" wolałbym jednak zatrzymac dla siebie."Drugie ja Lokiego zastanowiło się.
"Hm... możesz mi mówic Dajmonion.""Co?!""Dajmonion. To chyba najlepsze tłumaczenie."
"Chcesz powiedziec, że jesteś moim..."W oczach Lokiego pojawiło się przerażenie.
"Tak, jestem twoim sumieniem."
"Zawsze myślałem, że cię nie mam."
"Widzisz? Życie jest pełne niespodzianek."Akrobatyczka opuściła właśnie chatę na wzgórzu należącą do Złej Wiedźmy ukrywszy dobrze w zanadrzu trzy znalezione tam kule. Uśmiechnęła się rozbrajająco i machnąwszy zamaszyście skrajem płaszcza... zniknęła. Pozostał po niej jedynie ledwo dostrzegalny na niebie znak nietoperza, taki, jaki mógłby powstac gdyby światło ogromnego reflektora o tym kształcie zatrzymało się na warstwie chmur.
Bard, który przed chwilą cudem uniknął śmierci rozejrzał się wokoło. Został sam. Odyn gdzieś wyparował i tylko Pies machając wesoło ogonem lizał go po twarzy. Bard pogłaskał go po głowie i jednocześnie wyuczonym gestem sięgnął do rzemyka na szyi, by sprawdzic czy znajduje się na nim królicza łapka, którą przed chwilą przyniósł pomocny czworonóg. Była.
Bard podniósł się z ziemi i powlókł przed siebie bez celu. Po chwili okazało się, że tuż za najbliższym zakrętem dokładnie minutę temu otworzono nowiutką gospodę. Gdy tylko Bard przestąpił jej próg powitały go radosne okrzyki, przyjacielskie klepnięcia po plecach i kojące stwierdzenie ze strony oberżysty:
- Na koszt firmy, przyjacielu!
Trzy godziny i dziesięc piw później Pies z uprzejmą ignorancją i wywieszonym językiem słuchał wywodu Barda:
- I so s tego, sze stafiają mi darmowe drinki?
Pies zastrzygł uszami.
- I so, pytam się so, s tego, sze kobiety stay sie nagle baadzo pszyjasielskie? So s tego, sze mam to cholene szczeście, skoro stracieem szyskich pszyjaciół? Nawet Jeszosfiesz mie opuścił! Na bogów, przeciesz jestem bardem! Musze byc biedny. I musze miec dziury we szyskich kieszeniach. I eszcze gubic rószne rzeczy. Albo łatwowie... łatowern... naifnie posfalac się okraśc. Jak s tą lutnią, pamientasz?
Pies szczeknął okazując zainteresowanie.
- Pamientasz. No wiec to leszy w mojej naturze. Prencej czy później, pefnie prencej, sgubie te króliczo łapke i bendzie po mnie. Grób, mogiła, rosumiesz? Sałatfili mie na cacy. Nie moszna sgubic ani posfolic ukraśc, bo inaczej - tu znaczącym gestem przesunął sobie kantem dłoni po szyi - pefna śmierc! Jusz nie szyje! Nie moszna sgubic ani posfolic ukraśc! Sgubic ani posfolic ukraśc!
W tym momencie umysł Barda w jednej chwili uwolnił się spod panowania alkoholu, ponieważ zjawiła się w nim nowa myśl. I była ona na tyle potężna, że nie było miejsca w jego umyśle zarówno dla niej jak i dla alkoholu, i to ten drugi musiał ustąpic.
- Nie wolno jej zgubic ani pozwolic ukraśc! - wykrzyknął uszczęśliwiony Bard zupełnie trzeźwym głosem. - Zgubic ani pozwolic ukraśc, rozumiesz?
Pies przekrzywił łeb i szczeknął.
Rozradowany Bard wyściskał futrzaka a potem także oberżystę i jeszcze kilku gości nim wybiegł z gospody żegnany okrzykami nowych przyjaciół. Bard zacisnął dłoń na króliczej łapce i gnał wprost przed siebie a tuż za nim podążał wierny Pies. Obaj zatrzymali się dopiero nad brzegiem pobliskiej rzeki. Bard zdjął z szyi rzemień i rzekł do Psa:
- Powiedziała, że nie wolno go zgubic ani pozwolic ukraśc. Ale ani słowa o tym, że nie można wyrzucic.
I z szerokim uśmiechem cisnął przeklętą króliczą łapkę w spieniony nurt rzeki.
Dokładnie w tej chwili gdy szary przedmiot zniknął w spienionych odmętach ktoś stuknął go w plecy. Bard odwrócił się przestraszony. Za nim stał zakłopotany Jeżozwierz, a ponieważ był zakłopotany stepował nerwowo.
- Sorry, stary, że cię zostawiłem samego z tym szambem - wyznał, - ale musiałem coś załatwic, rozumiesz?
Bard nie zrozumiał ale nie dał tego po sobie poznac tak go ucieszył widok starego przyjaciela.
- Tak se pomyślałem, że ci się to przyda, koleś - rzekł Stepujący Jeżozwierz z szerokim uśmiechem dobywając z plecaczka jakiś przedmiot.
To była lutnia. Ta lutnia.
Bardowi ze szczęścia łzy w oczach stanęły. Chwycił ją z łap Jeżozwierza i pogładził ze wzruszeniem.
- Przyjacielu! - wykrzyknął. - Na ciebie zawsze można liczyc. Chodź, niech cię wyściskam!
I tak zrobił... szkoda, że zapomniał z kim ma do czynienia.
- AAAAARRRRRGGGGGHHHHHHH!!!
Zła Wiedźma gnała niczym wiatr na Sleipnirze. Musiała jak najszybciej dotrzec z Góry Przeznaczenia nad brzeg morza. I już dotarła, tylko, że nie miała nawet bladego pojęcia jak ugryźc tę sprawę. Nie miała lutni - ale to tylko kwestia czasu. Nie miała żadnej z kul - ale kule nie miały już najmniejszego znaczenia. Liczyło się tylko to, co pozwalały uzyskac - magiczne struny. A ona miała lepszy pomysł jak je zdobyc. O wiele lepszy. Gdyby tylko wiedziała jeszcze jak go zrealizowac...
Wjechała na plażę i zeskoczyła ze Sleipnira. Rozejrzała się w koło a potem bezradnie usiadła na piasku pozwalając by uderzające fale obmywały jej szpilki. Przez chwilę siedziała bez ruchu a potem prychnęła z irytacją:
- Też sobie wymyślił! - rzekła sama do siebie. - Co to za pomysł żeby struny do lutni robic z rzęs Krakena?!
Sleipnir szturchnął ją pyskiem w ramię. Odwróciła się.
- Masz może jakiś pomysł jak dorwac tego mięczaka?
Koń nie odpowiedział tylko kolejny raz szturchnął ją w ramię.
- No czego chcesz?! Ja tu próbuję myślec. Jak jesteś głodny to wsuwaj wodorosty - podobno zdrowe.
Jednak Sleipnir widac nie miał ochoty na wodorosty. Kolejny raz szturchnął Złą Wiedźmę i ruchem pyska znacząco wskazał w kierunku linii przyboju.
- Ach, rozumiem! - rzekła Wiedźma - To pewnie ta tajemnicza skłonnośc zwierząt do wyczuwania okultystycznych historii. No, patrzę w tamtą stronę i co? Nic ciekawego tam nie ma. Tylko jakiś szary mokry śmiec, który fale przed chwilą wyrzuciły na piasek...
W tej chwili zamilkła, podniosła się z ziemi i ruszyła we wskazanym przez Sleipnira kierunku. Schyliła się i podniosła z piasku przemoczoną króliczą łapkę. Przez chwilę gładziła końcami palców wilgotne futerko.
- No, no... wyszeptała. Dawno cię nie widziałam. Ale świetnie się składa. Chyba już wiem, co muszę teraz zrobic.
Dokładnie w tym samym czasie SCMPP w obstawie Rycerza i BBRa dotarła właśnie na miejsce, gdzie Żaba Na Monocyklu rozbiła się na odynowej chmurce. SCMPP spojrzała krytycznie na obraz zniszczenia i ciało swojej niegdysiejszej wspólniczki a potem przeciwniczki.
- Paskudna sprawa - rzekła głośno. - Wygląda jakby przejechało po niej jakieś wielkie płonące koło...
- Ekhm... - odezwał się BBR podnosząc z ziemi zwęglone koło od Monocyklu, na którym lśniły wielkie stalowe kolce. - Może to? - zasugerował.
SCMPP machnęła ręką.
- A co to za różnica? Jedną Żabę mniej. I jeden problem z głowy. Dobra panowie, nic ciekawego tu nie ma. Idziemy!
I właśnie w tej chwili zmasakrowane ciało Żaby otworzyło oczy. SCMPP za to zmrużyła swoje i lodowaty głosem poleciła:
- Edziu! Dobic ją!
Rycerz dobył miecza ale nim zdążył z jego pomocą pozbawic Żabę resztek życia ta zdołała wymówic bezgłośnie trzy słowa, które potrafiąca czytac z ruchu warg SCMPP - zrozumiała. Zrozumiała aż za dobrze.
- Stój! - krzyknęła do Rycerza, zaś do Żaby rzekła. - Coś ty powiedziała?
- Władza Nad Światem! - powtórzyła na granicy słyszalności Żaba. - Zdradzę ci jak ją zdobyc jeśli mnie uratujesz!
Oczy SCMPP zmrużyły się jeszcze bardziej.
- Słyszeliście panowie! Zdejmowac te płaszcze i robic nosze! Natychmiast!
- Pani! - wykrzyknął Rycerz. - Znam kogoś, kto może jej pomóc. Nawet ten Monocykl byłby w stanie naprawic.
- Tak! - wycharczała Żaba. - I Monocykl...
Nauros obrzucił szczątki Żaby sceptycznym wzrokiem swego czerwonego oka.
- No nie wiem, nie wiem. Kiepsko to wygląda.
- Jak jej nie odratujesz to się poskarżę tacie! - zagroziła SCMPP.
Nauros zadrżał.
- Przecież nie powiedziałem, że nie, prawda? Dobra, podaj mi tę lutownicę.
Minęło wiele godzin...
SCMPP krążyła nerwowo w kółko pod drzwiami pracowni Naurosa.
- Ileż to może trawac? - rzuciła pytanie do siedzących pod ścianą braci. - Co on tam tak długo robi?
- Zapewne lutuje - przypomniał BBR.
SCMPP obrzuciła go karcącym spojrzeniem jednak w tej właśnie chwili otworzyły się na oścież drzwi pracowni i z wśród buchających stamtąd kłębów dymu ukazał się Nauros, przecierający czerwone, łzawiące oko.
- Gotowe - oznajmił lakonicznie a potem odsunął się na bok.
Jego miejsce wśród kłębów dymu zajęła postac Żaby. To musiała byc ona, bo przecież nikogo innego tam nie było. Jednak była wyższa niż wcześniej. Dużo wyższa. I cała ubrana na czarno. Nawet rękawice i płaszcz na podejrzanie szerokich ramionach były czarne. Na głowie zaś miała czarny hełm w kształcie dzwonu z pionowymi kratkami w miejscu ust.
SCMPP zdała sobie sprawę, że stoi z otwartymi ustami. Zamknęła je.
- Ty... ty jesteś... Żabą?
- Hyyyyyy... Hyyyyy... - odparła Żaba głośno wciągając powietrze przez kratkę. - Teraz: Lordem Żaberem! - zadudniła nieswoim głosem.
- To... to co z tą Władzą Nad Światem? - chciała wiedziec SCMPP.
- Hyyyyy... Hyyyyy.... - hiperwentylował się Lord Żaber. - Zaraz się nią zajmę...
v No właśnie, co z Władzą Nad Światem?
DEMONY WIEDZĄ! BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ!