Miksterek - w opozycji do Uuu! napiszę, że z tych 2 pozycji to zdecydowanie Mort. Straż odłożyłbym na samiuśki koniec.
Jeśli dalej masz dylemat, to zaproponuję coś czego jeszcze tutaj nikt nie napisał, czyli sięgnięcie do one-shot takich jak "Piramidy", "Ruchome obrazki" i moje pratchettowe best-ever "Pomniejsze bóstwa".
Ale jeśli masz możliwość to radzę czytać po kolei. Czemu? Bo tak...

Wracając do serii o Tiffany i wypowiedzi Grace
grace napisał(a):Ci, którzy twierdzą, że jest najsłabsza, zwyczajnie nie orientują się w biografii Terrego, która ma cały czas ogromny wpływ na treść książek.
Pozwolę się sobie nie zgodzić z tym tokiem rozumowania. Na wstępie, zaznaczę, że "W północ..." jeszcze nie czytałem, ale jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało:
To nie mój problem jako czytelnika, w jakim stanie znajdował się autora pisząc dany utwór literacki. Dla mnie nie ma znaczenia czy akurat planował popełnić samobójstwo, miał grypę czy zmarł mu jego ulubiony chomik. Jeśli z książki wyniosłem to co autor chciał mi przekazać - to jego sukces. Jeśli dokonałem nadinterpretacji i doszukałem się czegoś, czego tam nie było, a ja chciałem znaleźć to nie wiadomo... Ale jeśli odbieram książkę jako słabszą, bo autorowi nie udało się w jej treść wpleść tego co chciał przekazać - to jest jego i tylko jego porażka. Jeśli miał słabszy okres i wydał słabszą książkę - to jego problem nie mój. Ja jako czytelnik po prostu dokonam oceny - ta pozycja jest lepsza, ta gorsza, a ta lepsza od tamtej.
Proponowane podejście za bardzo machnie mi podstawówką/liceum, gdzie żeby dokonać "poprawnej" interpretacji utworu trzeba było znać życie pisarza, łącznie z numerem jego buta. Sorry, ale nigdy tego nie kupowałem i dalej tego nie kupuje. Za bardzo prowadzi to do absurdów, w których Szymborska nie zdaje matury z interpretacji własnego wiersza...