Zimno nie było!Tylko w momencie otwierania drzwi do pokoju.Szpaqu napalił kaloryferami dwoma i ogrzewaliśmy się organicznie(czyli ciepłem własnym,bez takich tam).Ale ciasno było,może dlatego tak wyszło?
Wstawanie synchroniczne było na medal.Alicja została bohaterka zlotu za umycie naczyń(a wierzcie mi,że to był hardkor!). I to kobieta,która hoduje cywilizacje w swoim zlewie!Szczęka mi opadła.
A w trakcie telemostu dowiedzieliśmy się ,że Corvin wiedział o zlocie,ale nikt nie powiedział mu,że ma przyjechać.Sory,nasz mistejk.
Super placki na dworcu Wrocławskim,dziki rajd przez cały,kiepsko oznakowany dworzec w celu złapania pociągu w ostatniej chwili(zrobiłam wrażenie na Łodziakach.Byłam jak mała torpeda nie biorąca jeńców po drodze).No i KONDUKTOR.Mężczyzna moich marzeń,ten jedyny na milion,szał ciał i uprzęży.
-A kiedy,mniej więcej będziemy w Pabianicach?-grzecznie pyta Motopompa.
-No niee,tak na pałę to się nie da!-odpowiedział fachowo pan Konduktor i znikł był jak sen złoty...Więcej się nie pojawił.Tylko przelotem i mocno nie patrzył w naszą stronę.
A jego cudne"WSIADAĆ!!!" na peronie natychmiast stawiało przed oczami piętrowe prycze,druty i urocze owczarki niemieckie.Miód i orzeszki.