^ Dziękuję za uprzejme zezwolenie.

Ubawiłam się setnie, czytając czwartą część od początku. Tak, jak napisała wcześniej
Eoren, trzeba zacząć zmierzać ku końcowi i ona zaczęła. Ja ciągnę to dalej.
> Oto rezultat:
Marco coraz mniej podobało się zachowanie MarJane. Znajdował je dziwnym. Jasne – od zawsze wiedział, że ten człowiek jest zdrowo walnięty, jednak teraz, kiedy spędził z nim nieco więcej czasu, w dodatku, kiedy stary wariat brał go za swego przyjaciela sprzed prawie sześćdziesięciu lat, doszedł do wniosku, że być dziwnym można na dwa sposoby. Jak to zwykle w przyrodzie bywa, na dwa przeciwne bieguny: ekscentryczny i niebezpieczny. Po sposobie, w jaki dawny kamrat jego dziadunia rygluje drzwi i zasłania ciężkie, podziurawione zasłony w prawie niewidoczny od wieloletniego użytkowania deseń z małych kwiatków stokrotek, Marco rozpoznał drugi wariant.
- Przeraża mnie ten chłopak – szepnęła Maureen, przysiadając pod ścianą obok starszego brata Maela. – Przed chwilą spojrzał na mnie, oblizał wargi i wymamrotał, że jeśli ktoś ma otworzyć zaklęte dawno temu wrota, to we mnie mógł skryć klucz, czy coś w tym rodzaju…
Marco spojrzał na nią, wstrzymując oddech. Na szczęście nie wypowiedział na głos ani słowa z tego, co pomyślał. Mianowicie, naszedł go namysł, gdzie ten klucz mógłby skryć ów jegomość, który niby miał to uczynić, czy coś w tym rodzaju. Zbyt dobrze pamiętał, jak ostatnim razem, kiedy pozwolił sobie zwątpić w pewne fakty dotyczące tego intrygującego dziewczęcia, został obdzielony łaskawym ciosem w pewne Kluczowe Miejsce swojej osoby. „Kluczowe! Odynie, kiedyś oberwę za te myśli…”, skarcił się w głowie, wzdychając ciężko.
- Co tak siedzisz? – spytała lekko poirytowana dziewczyna. – Zrób coś!
- Dlaczego ja?
- Bo jesteś chłopakiem! – użyła najstarszego w świecie argumentu.
Szkoda tylko, że nie znajdowali się w tym starszym świecie – tamtejszy Marco już dążyłby do uczynienia czegokolwiek, by uratować damę z opresji i udowodnić swą męskość, co w sumie działo się za jednym zamachem*.
- A co to za różnica? – Marco wzruszył ramionami. – Równie dobrze ty możesz coś zrobić.
- Co to w ogóle jest? – Dziewczyna zabrała mu kopię dziennika dziadunia, którą czytał. – Ciągle tylko siedzisz z nosem w tej książeczce, jakby ona miała nam w czymś pomóc.
- Czytaj odtąd, opowiesz mi, kiedy będziemy uciekać… - Chłopak zaczął się podnosić.
- Czekaj! – Złapała go za rękaw bluzy. – Co zamierzasz zrobić?
- Coś – brzmiała zwięzła odpowiedź.
*Oszczędność czasu, te sprawy… Wiecie.
Loki przebudził się z natrętną myślą, że jest obserwowany. Zanim jednak otworzył oczy, mlasnął parę razy i mruknął, przeciągając się. Nie chciał, by ewentualny obserwator )tudzież obserwatorka), czuł (tudzież czuła), że ma jakąkolwiek przewagę nad nim – Lokim w końcu. Czyż nie?
Jednak to, co ujrzał po otwarciu swych niebieskich jak chabry oczu nie było w najmniejszym stopniu tym, czego się spodziewał.
- Dzień dobry! – przywitał się wesoło Odyn, wydmuchując przy tym sporą ilość sinoszarego dymu, który wisiał pod sufitem małego pokoiku niczym złowróżbna mgła.
- Dzień dobry. – Loki w jednej chwili przeszedł z pozycji poziomej do średnio pionowej** i zamrugał. – Cóż cię sprowadza do tej pięknej krainy, przyjacielu? – udał głupka, jak zwykle, nawet z takim samym skutkiem***, jak za każdym poprzednim razem.
- Czasu jest mało, Loki – przemówił Odyn, pochylając się. – Dlaczego spytam od razu: gdzie one są?
- Jakie: one, przyjacielu?
Odyn powoli, jak najspokojniej umiał, uniósł prawą dłoń i zaczął zsuwać z niej skórzaną rękawiczkę z elegancją, jakiej pozazdrościłaby mu Beata Tyszkiewicz, gdyby miała okazję tę scenę oglądać. Potarł palec wskazujący o kciuk.
- Celować w ucho, Loki? – zagadnął zgodnie z obyczajem. – Czy od razu we fryzurę?
- Nie! – wrzasnął tamten, chcąc dłońmi ochronić swe loki. – Tylko nie ona! Powiem wszystko!
- Gdzie one są? – Odyn powtórzył pytanie, na wszelki wypadek nadal eksponując gromowładną dłoń.
- Jakie: one? – spytał Loki.
Palec Odyna zaiskrzył.
- Przepraszam! To tak z przyzwyczajenia, rozumiesz… - tłumaczył się blondyn.
- Kawałki lutni. Gdzie. One. Są?
**Po prostu usiadł.
***W skrócie: Żadnym.
- MarJane, wódeczka, którą mnie poczęstowałeś, smakowała jak marzenie… - mówił Marco, usiłując odsłonić okno. – Może wypijemy jeszcze troszkę?
Przyjaciel jego dziadka obrzucił go podejrzliwym spojrzeniem.
- Troszeńkę? – próbował dalej Marco, ale spojrzenie stawało się coraz surowsze. – Naparsteczek?
- Alkohol mąci mi w umyśle – powiedział MarJane.
- Jakbyś już za mało miał tam namącone… - mruknął Marco.
- Słucham?!
- Nic, nic… Pomyślałem tylko, że wcześniej chętnie się napiłeś, a nie widzieliśmy się tyle lat…
- Wcześniej jej tu nie było. – MarJane wskazał czytającą z wypiekami na policzkach Maureen, siedzącą nieopodal. – Teraz jest. Alkohol mąci w głowie.
Marco wrócił do dziewczyny, która zwróciła na niego znaczone gorączką oczy.
- Musimy stąd uciekać! – szepnęła, stukając w zapisaną drobno stroniczkę. – Twój dziadunio! MarJane! On chce ją wskrzesić! Ty musisz to udaremnić!
Chłopak wyrwał jej zeszyt i przez chwilę czytał z uwagą:
„A kiedy wiosen sześćdziesiąt przejdzie i trzy dni, wszystko znów powróci, lecz przed innym Złem będą chronić musieli oni. Oni staną we trójkę, choć by dziewczę bezbronne zabierać w wir walki, kiedy wichry ogniste dują i czapki z głów zrywają, kiedy wszystko marzeniem się być wydaje i snem niedobrym, co to przytrafia się, gdy kolację zbyt obfitą się spożyje i mara siada na piersi, to niepodobne jest i nie powinno miejsca mieć! Jednak tak będzie: oni dwaj i niewiasta. Siły nadludzkie powrócą na wzgórze, co przez tyle lat ukryte czekały. Piszę to, bo przeczucie niejasne mam, że winien jestem tego. Wszak to krew moja odezwie się w tych chłopcach i do walki stanąć każe. Druh mój wierny, choć na koniec nieco ogłupiały przeciwnikiem stanie się i odzyskać miłość swą zechce. Będzie pamiętał, choć przez lata już znać po nim nieszczęścia, których świadkiem był i przeżył najgorsze rzeczy. Ale ona może wrócić – a do tego doprowadzić nie można...”- Trochę to nie ma składu i ładu, ale spójrz na datę. – Maureen stuknęła palcem w róg kartki.
- Dziadunio był trochę na bakier z rozumem – zaczął Marco, siadając przy dziewczynie. – Wiesz, był Ostatnim Bardem, nosił tę czapkę z piórkiem i wypisywał niestworzone historie…
- Marco, obudź się! Musimy wiać! – Szturchnęła go w ramię.
- Drzwi są podparte skrzynką – powiedział. – Trzeba odwrócić jego uwagę, a potem wiać.
- Przecież on poszedł teraz skorzystać z… - Zastanowiła się chwilę. – Poszedł zobaczyć, czy rower stoi.
- To na co czekamy?
Postanowiwszy zastanowić się nad dalszym rozwojem wypadków wybiegli z pokoju wprost na schody, prowadzące krętą ścieżką w mroczną czeluść, nieprzebyte otchłanie i czarne pokłady ciemności w dół. Ucieczka szła im całkiem sprawnie, lecz nagle…
Mael pierwszy raz podróżował jako swoje życzenie. Mając już takie doświadczenie uznał, że jednak nie skorzysta więcej z usług transportowych Studni Życzeń. Dusiło go w żołądku, kręciło mu się w głowie i miał nieodparte wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Biorąc pod uwagę fakt, że właśnie znajdował się w jakimś świetlistym, trochę różowym miejscu, pachnącym starymi skarpetkami, niezbyt dobrze potrafił określić, gdzie ów… skutek uboczny takich podróży wyląduje.
Nagle światło zgasło, zapach ze starych skarpetek zmienił się w stęchłą piwnicę i chłopiec poczuł, jak ląduje na czymś twardym i wilgotnym.
- Mael? – Marco poświecił na niespodziewaną blokadę drogi ucieczki swoją przenośną latarką, ukrytą w plombie. – Co ty tu robisz?!
- Marco! – wykrzyknął siedmiolatek. – Całe szczęście! Jesteście w niebezpieczeństwie! Musicie się chować! Lilith! Maureen jest kluczem! Porwała mnie Niania Ikropka, potem wpadłem do Studni Życzeń, a jak uciekałem z domu, rozdarłem pidżamę i…
- Dobra, ustalmy priorytety najbliższych paru chwil – podjął decyzję Marco. – Wszyscy twierdzimy, że coś nam grozi, zatem zajmijmy się ucieczką. Później, jak już się trochę schowamy i będziemy mieli czas na takie historie, jakie z pewnością mamy sobie do opowiedzenia, to będziemy je sobie opowiadać. A teraz, komu w drogę, temu trampki na nogę, czy coś w tę deskę!
Marco, jak przystało na starszego brata, chwycił jedną rękę Maela, drugą Maureen i puścili się szaleńczym pędem do zbliżającego się punktu w dole, jaśniejącego blaskiem jutrzenki.
Trzy schodki.
Dwa schodki.
Jeden schodek.
MarJane poprawił szatę i rozejrzał się po pomieszczeniu. Czegoś tu brakowało. Czegoś istotnego. Czegoś bardzo ważnego. Bardzo Ważnego. Chwileczkę… Chochlik jest, żaryba jest… Chyba wszystko w porządku.
Wtedy wyjrzał za okno i rozsierdził się bardzo patrząc, jak trójka naszych bohaterów znika w krzakach.
Echo zesłanych przez niego piorunów było słychać bardzo daleko. Na tyle daleko, by zdenerwować kogoś, kto, jak uważał, miał monopol na pioruny. A słowo „monopol” lubił i rozumiał bardzo dosłownie.
Odyn dźwignął na ramię torbę, w której zabrzęczały części pogruchotanej lutni. Loki opierał się o szpadel i miał bardzo nieszczęśliwą minę. Nie lubił być… DOBRY. Nie mógł znieść myśli, że… POMAGA. Obojętnie, czy była to pomoc bezinteresowna, czy pod groźbą spalenia loków, pozostawała pomocą. A on nie lubił pomagać.
Dlatego nie powiedział Odynowi o pasku.
Czy nadejdzie koniec świata?
Czy Zła Wiedźma zdoła uratować siebie i świat, skoro Mael jej uciekł, Vydra nie jest wobec niej lojalna, a Odyn prawdopodobnie znów namiesza?
Czy Marco w ogóle założył na siebie ten cały pasek, który jest tak ważny?
DEMONY WIEDZĄ! BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ!v Skomentuje, ucieszy się, że powróciłam do pisania tutaj, pociągnie to wszystko dalej. Albo nie.
