^ Dziękuję. W sumie to mam.
Napisałam odcinek, który jest w sumie sklejeniem dwóch poprzednich według mojej wizji. Co prawda Marek się jeszcze nie wypowiedziała ale może nawet lepiej, wypowie się jak przeczyta... Oto i on:
Słońce miało się ku zachodowi, tworząc walkę oranżu i błękitu, odbijającą się na powierzchni jeziorka o wodzie przejrzystej jak kryształ. Ptaki ćwierkały, jelenie skubały trawę, a wiewiórki skakały między drzewami tak entuzjastycznie, niebo było jeszcze bardziej pomarańczowe. Wszystko było piękne i niewinne, dopóki ziemia nie zatrzęsła się w odpowiedzi na długie:
- AAARGH!
Bo przecież słońce nie może ani razu zajść sobie spokojnie.
Kilkanaście minut później Zła Wiedźma siedziała pod Drzewem Wisielca rosnącym niedaleko jej chatki. W rzeczywistości była to stara jabłonka. Czas nie przypominał sobie, by kiedykolwiek powieszono na niej człowieka, ale ktoś z zamierzchłej przeszłości uznał, że skoro jest to drzewko przy chatce przeznaczonej dla wiedźm, powinno mieć mrożącą krew w żyłach nazwę. Nawet jeśli miało dwa metry wysokości i dawało słodkie owoce.
Spojrzała w prawo i z rozbawieniem obserwowała jak Loki biega w kółko machając rękami i wykrzykując co chwila: „Przymknij się!”. Ten widok wart był wypicia kilku butelek nalewki.
- Od kiedy bieganie dookoła twojej chatki pomaga na kaca?
- Nie marudź. Jeszcze piętnaście okrążeń - przymknęła oczy, a jej twarz wykrzywiła się w złośliwym uśmieszku. Kretyn…
Usłyszała ćwierkanie. Kurczak Zniszczenia wskoczył jej na nogi i zaczął wydzióbywać frędzle na jej szacie. Wiedźma wzięła kurczątko w dłoń i spojrzała w słodkie, czarne oczka. Tykanie wydobywające się z Opóźnionego Zapłonu dawało pewność, że pewne rzeczy są pewne – na swój sposób było to uspokajające. O ile zapomni się o zapowiedzi Ragnaroku. Zła Wiedźma mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem i zaczęła zbliżać palec do żółtych piórek na główce. Wtedy znieruchomiała. Coś było nie tak. Czegoś nagle zabrakło w otoczeniu. Rozejrzała się. Słońce nadal było. Ziemia nadal byłą pod jej… no, pod nią całą. Powietrze nadal pachniało jabłkami z Drzewa Wisielca. Loki nadal biegał dookoła chatki.
- Hm… - rzekła tylko.
Spojrzała na Kurczaka Zniszczenia. Dlaczego on tak dziwnie patrzy? Odwróciła dłoń i znieruchomiała. Na kuperku licznik pokazywał zastraszające zera. Same zera.
Wstała natychmiast i rozejrzała się. Co robić? W książce było napisane, że Kurczak Zniszczenia Z Opóźnionym Zapłonem po upływie czasu zmieni się w Coś Strasznego. Co teraz? Przecież nie będę tak dalej trzymać go w dłoni!
Myśli przebiegły przez jej umysł szybciej niż upływ sekundy. Wtedy obudziła się w niej Naprawdę Zła Wiedźma. Uśmiechnęła się złośliwie.
- Loki! Łap!
I rzuciła skrzącym się kurczątkiem w stronę biegnącego.
Coś żółtego leciało w jego stronę.
- Na cholerę mi to-ooooo!
"Niedobrze odezwał się Lokacjusz.
Kurczak Zniszczenia zaskrzeczał nienaturalnie i wbił oczęta w Lokiego, który podrzucił go do góry i skulił na ziemi, zatykając uszy i zamykając oczy. Ogarnęła go ciemność i cisza – był mistrzem w wyłączaniu zmysłów. Leżał, czekając aż ktoś go uratuje.
Leżał.
Leżał.
Leżał.
- Obudź się!
- Hę?
Włączył wzrok. Ponieważ zobaczył minę Złej Wiedźmy, zaczął tego żałować. Wstał i zaczął otrzepywać się z piachu. O dziwo, Lokacjusz nie odzywał się od kilku długich chwil. Spojrzał do góry. Na wszelki wypadek zasłonił jedno oko nie chcąc zobaczyc tego co mógł przypadkiem... zobaczyc. Drugie oko Lokiego pozostało niezasłonięte ponieważ Lokacjusz już się trochę otrząsnął i zaczął powoli dochodzic do głosu a on chciał się dobrze przyjrzec sytuacji. Tak więc Loki spojrzał jednym okiem w górę. Spodziewał się spadających gwiazd, buchających płomieni i nieba zwijającego się niczym księga. I faktycznie, niebo tam było jednak jednolicie błękitne jeśli nie liczyc pojedynczych cumulusów. Nie wykazywało też najmniejszych chęci zwijania się. W takiej sytuacji wzrok Lokiego powędrował w dół. U jego stóp, ku bezbrzeżnego zdumienia zarówno jego jak i Lokacjusza, stało maleńkie kurczątko. Zapiszczało. Loki skierował pytający wzrok ku Złej Wiedźmie.
- A ilustracja w księdze? - zapytał.
Zła Wiedźma podeszła bliżej i czubkiem buta szturchnęła lekko kurczątko. Wzruszyła obojętnie ramionami.
- Nic z tego - oświadczyła. - Rozbroił się.
- Jak to? Sam?
- Nie. Z rodziną i przyjaciółmi - odparła kąśliwie. - Co się głupio pytasz.
- Ale skoro się rozbroił to co z Ragnarokiem?
Wzrok Złej Wiedźmy rozbłysnął złowieszczo.
- To tylko kwestia czasu...
- Co możemy teraz zrobic? - dopytywał się Loki.
- A wiesz co - odparła - chyba wiem. Przypomniałam sobie gdzie schowałam ostatnią butelkę żmijówki...
- Ay mi morena de mi corazòn!
Bard obudził się z krzykiem. Rozejrzał się chaotycznie i z przestrachem w wytrzeszczonych oczach. Siedział tuż przy resztkach ognia, ściskając do serca swoją lutnię. Nigdzie nie było czarnowłosych facetów chodzących po barze, jednocześnie śpiewając i grając na dziwnych lutniach z długimi gryfami. Był za to leżący Psjezozwierz, co nie było lepszą alternatywą. Przynajmniej nie śpiewał.
Ale za to mówi mi, że jestem Ostatnim Bardem i każe ratować świat! Aha, no i mam załatwić jakiegoś dzieciaka.
- Cześć, koleś. – Psjezozwierz przeciągnął się na pokrytej rosą trawie, po czym wstał i zaczął robić przysiady. – Śniło mi się, że grałeś tak pięknie, że jakiś król uznał, że dostaniesz rękę księżniczki. Nie ma to jak czysty surrealizm, nie?
- Myślisz, że księżniczka by mnie nie chciała?
- Może i by chciała, ale w rzeczywistości król nie mógłby usłyszeć, jak grasz.
Bard puścił tę uwagę mimo uszu.
– Coś nudno ostatnio - spróbował zagaic nowy wątek rozmowy. - Żadnych trzęsień ziemi, ani nic…
- To może mały rabunek? – rozległ się okrzyk z gęstwiny.
Wtedy zabrzmiał świst i strzała wbiła się w pieniek cal od ucha Psjezozwierza. Bard zamarł patrząc na niebieskie piórka w lotce strzały.
- Błękit Hood! – krzyknął przerażony, wiedząc, że za chwilę z krzaków wyskoczy na nich dwudziestka zaprawionych w boju drabów na czele z chudym mężczyzną z kapturem z niebieskiego atłasu.
- A było tak fajnie… - jęknął Psjezozwierz, biorąc do ręki garść piachu i rozcierając w dłoniach.
Tymczasem w chatce Złej Wiedźmy rozległy się kroki. Bardzo niewielkie kroki, można by wręcz powiedziec kroczki. Nikt ich nie usłyszał ponieważ dwie obecne w chatce osoby nie były w tej chwili w stanie usłyszec czegokolwiek. Spowodowane było to, iż Loki aktualnie spał zwisając ze stołu w stylu swobodnym zaś Zła Wiedźma katatonicznie wpatrywała się w jeden punkt na ścianie, który pod tymi wszystkimi pajęczynami mógł kryc stary dagerotyp małego chłopca, tak więc żadne dźwięki raczej nie miały szans przedostac się do świadomości tej dwójki. Tak więc, kroki pozostały nieusłyszane, co samo w sobie poddaje fakt ich istnienia. Gdyby jednak zaryzykowac i dla celów czysto teoretycznie uznac iż istniały mogłby wtedy należec do malutkiego Zablokowanego Kurczaka Zagłady, który na swoich maleńkich nóżkach przedostał się przez niedomknięte drzwi chatki i ruszył w świat w poszukiwaniu Blaszki z Zegarka Przedwiecznych dzięki, której licznik znów by ruszył radośnie odmierzając czas do Ragnaroku...
Kilka godzin wcześniej w gabinecie Franka Błękit Hooda cisza odbijała się echem od wyposażenia pokoju (szczególnie nabierała rozpędu w nadmuchiwanym basenie [o standard trzeba dbać] a potem? Potem powoli acz skutecznie docierała do biurka. Na tym droga się kończyła, gdyż poza biurkiem i nadmuchiwanym basenem w gabinecie franka nie było niczego więcej). Czekał już od dłuższego czasu na kolejnego (nie oszukujmy się pierwszego) klienta. Ciężko było o chętnych do korzystania z usług prywatnych detektywów. Czekał tak długo, że zawartość wody do kurzu w basenie wynosiła 2:1 (co zdecydowanie uniemożliwiało pierwotny zamiar zwabiania tam podstępnie nagich dziewic i proponowanie im usług SPA.)
Nagle jednak drzwi otworzyły się z impetem (zatrzymując na ścianie następnego w kolejności gabinetu bezzębnej cyganki – jedynej pani z okoli wciąż chętnej na korzystanie z basenu).
Frank ze stoickim spokojem przerwał picie tequili, nasunął kapelusz na głowę i podał rękę nieznajomemu.
- Witam. Nazywam się Frank Błękit Hood . W czym mogę – tu przyjrzał się dokładnie, próbując dyskretnie odnaleźć oznaki płci postaci która weszła do jego biura. Po kilku sekundach jego opiewana w pieśniach spostrzegawczość zadziałała i zauważył lewoskrętny sposób zapinania sandałów, co jednoznacznie definiowało płeć – Pani pomóc?.
Frank zwykł był każdą damę lustrować od stóp do głowy. Wodził po zgrabnych łydkach, łechcił kolanka oplatającym spojrzeniem, w tym miejscu zwykle upadały mu na podłogę dokumenty, czyniąc okazję do ocenienia jakości (miał jedną skalę – brak, koronka, barchany, spodnie) bielizny noszonej przez klientkę. W tym wypadku owłosione kostki odwiodły go od tradycyjnego postępowania.
- mam dla Pana zadanie – odparła nieznajoma, a jej dolna warga zamiast poruszać się w synchronizmie z górną opadła odsłaniając stan uzębienia odpowiadający stanowi upalczenia drwala z doświadczeniem. – Z mojej farmy zniknął Kurczak zagłady. Ostatni ślad prowadził na ziemię. Niestety nie mogę go sama odszukać, ze względu na – tu wciągnęła powietrze powodując falowanie dolnej wargi podobne do ruchu firanki na wietrze – pewne komplikację, nie mogę tu przebywać. Jak Pan sam widzi, bardzo źle to na mnie wpływa.
Frank wolałby nie widzieć, ale niestety widział. W końcu zrozumiał sens wyrażenia sypać się jak kamienica w Sarajewie.
- Czy ma pani jakieś poszlaki? Kobieta zrobiła zdziwiona minę i zaczęła zdejmować (ku przerażeniu Franka) wierzchnią odzież.
- Tak, tu – wskazała lewą pierś, zwisającą swobodnie w okolicach kolana i na pierwszy rzut oka dyndającą równo z wahadłem zegara – Blizna Po Ostatniej Potyczce z Lokim – a tu z tyłu…
Tego było za wiele jak na słabe serce Błękit Hooda
- Jakieś ślady!! Ślady czy jakieś zostawił złoczyńca? – wykrzyknął spanikowany, jednak nie zdołał się ustrzec przed widokiem wyglądającej jak kalafior pupy Nieznajomej.
- Nic poza wstrętnym zapachem i śladem ośmionożnego konia.
Frank dzięki swej przebiegłości szybko złożył fakty w całość i wygrzebał spod biurka swoje poczucie dobrego smaku. Kiedy się otrząsnął z pierwszego szoku w pokoju już nikogo nie było. Na jego biurku leżał liścik z miejscem kolejnego spotkania oraz pokaźna suma pieniędzy, które Błękit Hood szybko schował w sakwie
- Więc szykuje się kolejne (nie oszukujmy się - pierwsze) zadanie. Przypiął do pasa miecz, nałożył płaszcz i kapelusz z błękitnymi piórami. Po zapięciu płaszcza wyglądał na posiadającego dużo większe atrybuty męskości niż w rzeczywistości (po prostu miecz założył z złą stronę i sterczał on z przodu zamiast opadać spokojnie przy nodze). Tak przygotowany ruszył na poszukiwania zaginionego Kurczaka. Trop wiódł do ciemnego lasu… Przynajmniej tak mu się wydawało…
Wielu posądzało go o zapędy homo (co nie było takie bezpodstawne - w końcu kto normalny ubiera rajstopy i płaszcz jednocześnie na wielgachnego umięśnionego faceta?). Zza krzaków usłyszał szum... Spanikował trochę, a miecz wyprostował się bardziej niż zwykle. Był gotowy na najgorsze.
Ciotka EjDżeja wracała do domu. Westchnęła - tak trudno jest cały czas dbac o losy świata i jednocześnie opiekowac się ośmiolatkiem. Gdyby nie on i nie stanowcze życzenie jego ojca aby chłopiec nie miał nic wspólnego z istotami nie z tego świata mogłaby zwyczajnie wleciec przez okno. A tak musiała zatrzymac się za rogiem, wyciągnąc różdżkę z torebki i zastosowac czar przemiany. Dziecko mogłoby się śmiertelnie przerazic gdyby zobaczyło ją w takiej postac w jakiej odwiedziła detektywa. Uśmiechnęła się pod nosem - to był świetny plan udac kogoś, kto nie może przebywac na ziemi. W tej sytuacji było to zrozumiałe chociaż nie była pewna czy detektyw w ogóle się zorientował o co chodziło w jej sprytnym kamuflażu. Przez chwilę naszła ją niespokojna myśl czy z pewnością zatrudniła właściwego człowieka. Po chwili jednak ustąpiła ona miejsca drugiej myśli - niepokojowi o EjDżeja. Już ponad godzinę temu zostawiła go w domu magicznie uśpionego by zyskac czas na wizytę u Franka Błękita Hooda i przygotowac się na wybuch chłopca. Należało się go spodziewac, w końcu dopiero co dowiedział się, że jogo ojcem jest Odyn. "Zawsze mogło byc gorzej - pomyślała. - W końcu mógł się dowiedziec o matce..." No właśnie, i jeszcze to. Jej ukochana siostrunia przez całe ich wielusetletnie życie spędzała jej sen z powiek. Ciocia EjDżeja zatrzymała się przed domem i spojrzała z niepokojem w okno sypialni swego siostrzeńca. Po takiej dawce magii powinien właśnie smacznie spac ale z tym chłopcem nic nie wiadomo. Nerwowo przeszukiwała torebkę w poszukiwaniu kluczy. W końcu znalazła je, po kilku próbach udało jej się nawet trafic w dziurkę od klucza i otworzyc drzwi. Matka Natura westchnęła i weszła do domu myśląc o rozmowie jaką za chwilę będzie musiała odbyc z EjDżejem...
v Czy Frank odnajdzie Kurczaka Matki Natury? Co spotka Barda i Dżeka? Jak zareaguje EjDżej? Czy Zła Wiedźma będzie próbowała odnaleźc syna? Co uczyni Odyn i jak pomoże mu w tym Akrobatyczka vel Batman?I czy Kurczak Zagłady znajdzie Blaszkę, która sprowadzi na świat Ragnarok?
DEMONY WIEDZĄ! BOGOWIE PODEJRZEWAJĄ!
*
nie mam pojęcia, skąd wziął się Kurczak Zagłady, a także nagle sześćset innych i cała akcja skupia się na licznikach w ich kuperkach i momencie nastania końca, a nikt nie przejął się za bardzo, że mały EjDżej dowiedział się, kto jest jego ojcem (i to nie z Pudelka, a to w naszych czasach trzeba chwalić!).
Tak tylko gwoli przypomnienia - Kurczak wziął się z Błędu Muzyków Powiązanych Przestrzeni. To było wtedy kiedy Batman spytała Odyna dlaczego nie przysłał Hermesa. Słowo "Hermes" nie w tej mitologii co trzeba spowodowało Błąd. Dobrze rozumiem, prawda?
**I jak moje sklejenie odcinków? Dajcie znac.
***No i przypominam, że trzeba obsadzic nowe role. Marek, chcesz byc Frankiem Hoodem? Jeśli tak to zostaje jeszcze EjDżej, Matka Natura i Psjeżoziwerz. Jako tego ostatniego widziałabym Qfasa, bo chociaż nas aktualnie opuścił to kto inny jeśli nie on?****
****Pamiętacie tamto zdjęcie?
