Też wolę
I shall wear midnight.
Ciekawe, że poruszyłaś temat przeznaczenia cyklu o Tiffany, Elenczo, bo ostatnio ciągle się nad tym zastanawiam.
I jakoś nie mogę ani nie mogłam wcześniej, czytając poprzednie części, przekonać się do tego, że jest adresowana do młodszych czytelników. To bardzo poważna opowieść, poruszająca momentami naprawdę trudne tematy. Nie to, że uważam wszystkich "młodszych" za idiotów, po prostu takie było moje skojarzenie, kiedy skończyłam drugi rozdział.
Tiffany od początku mnie lekko irytowała tą swoją dumą
i pewnością siebie, tak odmienną od tej u Babci Weatherwax. Wydawało mi się to zawsze dość wymuszone
i udawane.
I to, o czym piszecie - zachowanie starszych czarownic - sądzę, że Babcia, jaką znamy z cyklu o wiedźmach, nigdy nie zachowałaby się w podobny sposób. Już raczej udawałaby, że nic ją to nie obchodzi, ale dała do zrozumienia, że jest pełna podziwu tak, żeby tylko Tiffany ją zrozumiała.
Elencza napisał(a):(nieważne czy to zniewalająca Królowa Elfów, demony we własnej głowie czy mściwy duch-nawiasem mówiąc dość beznamietna postać jak dla mnie).
Też tak uważam. To czyste zło, nieskalana dobrem nienawiść, która przejęła ciało mordercy - cholera, gdzieś już to było! - tak pomyślałam, kiedy dotarłam do tego momentu.
I tak prędko odszedł... Oczywiście scena z ogniem
i zającem genialna, wyobrażam sobie, jak świetnie musiałaby wyglądać na dużym ekranie, ale odesłanie ducha, nazwijmy go, jakieś takie zbyt prędkie.
Lubię cykl o Tiffany
i to, jak zmienia się wraz z kolejnymi książkami. Tylko wygląda na to, że już zawsze będzie walczyć z potworami...
I może to jest ten jeden aspekt, który świadczy za młodszymi czytelnikami.
I Nac Mac Feegle, którzy są nie do podrobienia.