przez yaga » 25 wrz 2013, o 13:52
Przyszła jesień. Zgubne skutki chłodu i deszczu przebiły się jakoś przez grube mury Niewidocznego Uniwersytetu i przez grubsze nawet warstwy rezydualnej magii - i wzięły sobie na cel najzdrowszego zazwyczaj członka grona profesorskiego. Ten przyjmował to z filozoficznym spokojem, przyjmował tak bowiem wszystko... prawie. Ale dopóki nikt nie użył niewłaściwego słowa ani nie dopuścił się aktu wandalizmu wobec książki, Bibliotekarz był wcieleniem łagodności i optymizmu. Pracował więc w bibliotece jak gdyby nigdy nic i może nikt nie zauważyłby jego choroby, gdyby nie czapka. Cóż. Czapka, dzieło pani Whitlow, nie dawała się nie zauważyć. A zaraz po czapce zaczęli się pojawiać w pobliżu drzwi do biblioteki profesorowie, po dwóch, po trzech, naradzający się cicho i z niepokojem, używając mnóstwa skomplikowanych słów, jak to zwykle magowie. "Potencjalna niestabilność morficzna" było jeszcze względnie zrozumiałe. "Oby tylko nie pogorszyło mu się tak, jak poprzednio" było zupełnie zrozumiałe i przechodząca w pobliżu Glenda zaczęłaby się martwić o Bibliotekarza, gdyby nie to, że martwiła się o niego już od jakiegoś czasu (wcześniej zauważyła czapkę). Jej serce było wielkie i pojemne, a Bibliotekarz miał w nim miejsce ze specjalną rezerwacją. Postanowiła mu pomóc po swojemu. Solidny, ciepły posiłek, to jest to, czego choremu trzeba.
Tylko co przyrządzić? - zastanawiała się, wędrując do swojej kuchni przez labirynt Pod Schodami. "Banan" i "zapiekanka" pojawiły się w jej głowie jednocześnie, to pierwsze jako jedyna możliwa do pomyślenia opcja kulinarna dla wiadomej ...osoby, tak chyba należy mówić o człekokształtnych?... to drugie zaś - zawodowy odruch Glendy na myśl o gotowaniu. To może nawet zadziałać, pomyślała zdejmując z owocu żółtą skórkę i krojąc go na plasterki. Ale żeby powstała godna swej nazwy zapiekanka potrzeba czegoś więcej, niż tylko coś podgrzać. Z drugiej strony Bibliotekarz jeśli chodzi o kuchnię był minimalistą w wielkim stylu. Przepis na jego ulubione danie znalazł się nawet w książce kucharskiej Czarownicy z Lancre - książka ta stała sobie spokojnie na półce między "1001 potraw z ziemniaka" a "Krasnoludzimi wypiekami i jak nimi miotać" na dziale oznaczonym "Kulinaria", który Glenda przeglądała niegdyś w ramach doskonalenia zawodowego. Zapamiętała dokładnie ten moment - ledwie była w stanie przeczytać jeden przepis, pod koniec mało co widząc spoza rumieńca, który, jak się zdawało, żył własnym życiem, wyrwał na wolność, oddzielił od skóry dziewczyny i unosił wokół jej głowy niczym nieprzyzwoicie różowa chmurka nie pozwalająca niczego już widzieć normalnie - przerzucała dalej z niedowierzaniem kartki czytając tylko tytuły, a wszystkie były w tym samym tonie - aż natrafiła na ów przepis Bibliotekarza. Taka prostota! Tylko trzy litery*. Glenda odniosła nieodparte wrażenie, iż specyficzny umysł Czarownicy z Lancre długo starał się przetworzyć ów przepis na swoją modłę, ale ostatecznie się poddał. Prostota jest istotnie bliska geniuszowi. Podziw wobec Bibliotekarza i jego filozofii już Glendy nie opuścił (ale książkę doczytała, po jednym przepisie na raz i upewniając się, że nikt nie patrzy, a za każdym razem odkładając książkę dziwiła się, że ta nie dymi).
Prostota, myślała wracając do teraźniejszości i patrząc na pokrojonego banana. Proste metody na chorobę. Zjeść coś ciepłego i pod pierzynkę - wzięła jajko, oddzieliła białko i ubiła je na sztywno z łyżką cukru. Banan trafił do żaroodpornej miseczki, został posypany małą garstką płatków migdałowych i przykryty białkową pianką, po czym wylądował w rozgrzanym piecu. Po paru minutach "pierzynka" przyrumieniła się i Glenda wyjęła miseczkę z pieca. Pozostało tylko owo eksperymentalne danie dostarczyć. Udała się więc do biblioteki, martwiąc się na przemian o to, czy jeden owoc, pół jajka i odrobina dodatków naprawdę liczą się jako posiłek, o to, czy ten posiłek będzie wiadomej osobie smakował i o to, czy w ogóle do wiadomej osoby dotrze, to jest czy kręcący się w pobliżu magowie go nie przechwycą. Ostatnia wątpliwość wyjaśniła się szybko - na szczęście akurat pod drzwiami biblioteki nikogo nie było. Glenda weszła nieśmiało. Bibliotekarz układał książki kilkanaście regałów dalej, czyli bliziutko, biorąc pod uwagę rozmiary biblioteki. Glenda postawiła miskę na biurku, licząc na to, że zostanie znaleziona zanim zawartość ostygnie. Zastanawiała się przez chwilę, czy zostawić też łyżeczkę - ponieważ Bibliotekarza przy jedzeniu nie dało się wyobrazić inaczej jak zwisającego z czegoś z bananem w jednej z pozostałych dłoni - ale z drugiej strony na biurku leżały przecież karty katalogowe, które na pewno nie wypełniały się same, co stojący obok otwarty kałamarz z piórem w środku zdawał się potwierdzać. Poza tym zapiekanka była w misce, a jeśli "pierzynka" udała się według planu, to powinna być chrupiąca tylko z wierzchu, a w środku nadal miękka. Łyżeczka więc wylądowała na biurku obok miski, a kucharka wróciła do swojej kuchni i codziennych zadań, to jest zapiekanek dla pozostałych magów, tych zapiekanek z tuzina składników każda, a do tego jeszcze przypraw bez liku.
Po chwili ktoś zapukał do drzwi. Pierwszym, co Glenda zobaczyła, była miska - pusta, to jest tylko z łyżeczką w środku. Dalej było niezwykle długie ramię pokryte pomarańczowym futrem, a jeszcze dalej - niezwykle szeroki uśmiech.
- Uhm... dokładkę?
Kiwnięcie, ciche "uuk" i jeszcze szerszy uśmiech.
- Dobrze, to zajmie tylko kilka minut...
* "Uuk."**
** tłumaczenie: "Weź jednego banana."
-------
zdjęcie by było, tylko że już zeżarłam.
GPI: Sew universe back together.
No one has to know you are a book reading freak.