Wieża sztuk

Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Twórczość własna naszych forumowiczów

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Dicey Reilly » 28 wrz 2011, o 13:59

Śmiesznie wyszło z twoim apelem, Marcel, bo akurat wczoraj po dłuuugiej przerwie uznałam że nazbierałam wystarczająco dużo pomysłów na dalszą część.
Miłej lektury!

Po krótkiej wędrówce między źdźbłami trawy szara jaszczurka zatrzymała się. Dostrzegłszy że znajduje się na skąpanej w promieniach Słońca powierzchni, poczęła rozglądać się za dogodnym miejscem. Niedługo później przywarła brzuchem do ciepłego kamienia i przymknęła lekko oczy. W tej chwili miała wszystko czego jaszczurce do szczęścia potrzebne: ciepło, zapełniony dwoma pająkami żołądek i świadomość że nie musi dzielić kamienia z inną jaszczurką.
Szczęście jednak ma to do siebie że niekiedy bardzo szybko się kończy.
tum, tum, tum, tum, TUM, TUM, TUM TUM, TUM! TUM! TUM! TUM!
Jaszczurce ledwo udało się ujść z życiem. Schowała się w trawie a jej piękny, ciepły kamień poszybował w górę by potem zderzyć się z konarem jednego z setki okolicznych drzew, po spotkaniu z poruszającym się kilkakrotnie większym obiektem, mianowicie skórzanym butem,.
Wojownicy Nie Nazywać Ich Ninja przerwali bieg. Niektórzy pozwolili sobie bardzo cicho westchnąć. Rozdroża potrafią wprowadzić człowieka w lekką konsternację.
Jedna postać wysunęła się z grupy i podeszła do czekającej przed nią trzech mężczyzn.
- Ślady znajdują się na każdej z trzech dróg. – oznajmił jeden z nich.
- Na jakim dystansie?
- Tak daleko jak udało nam się dobiec. Trzy mile – rzucił szybko w odpowiedzi na twarde spojrzenie.
- Wygląda na to że kleryk zna silniejsze inkantacje niż nam powiedziano…
Nastała cisza. Wszyscy bez słowa spoglądali na dowodzącą im kobietę, w oczekiwaniu na rozkaz.
- Na wschód. Kedryn i Nebekir, idźcie pozostałymi traktami. Jeśli po pięciu milach nadal będą ślady, dajcie sygnał.
*
Brodaty mężczyzna z błogą miną odchylił głowę do tyłu i popuścił lejce ciągnącej wóz klaczy. Promienie słoneczne przebijały się między liśćmi, pokrywającymi sieć unoszących się nad drogą gałęzi i przyjemnie grzały jego pomarszczoną twarz. Tak, taka chwila zasługuje na piosenkę, pomyślał.
Czemuś, południowy wietrze
Zaprowadził mnie w nieznane?
Tutaj, niebo, setki ścieżek
Inne od tych które kochałeeeeeem?!

Cały wóz zatrząsł się jakby z nieba spadł na niego wielki głaz.
- Prrr, Pestka, prrr! Co do jasnej cho… - mężczyzna urwał gdy w końcu się odwrócił.
Coś się wydarzyło. Wydarzyło się bardzo szybko. Woźnica znów spojrzał na drogę przed sobą i z jak największym uporem starał się zapomnieć że chwilę wcześniej na jego wozie stała dwójka odzianych na czarno osobników. Dobrze wiedział, że wszystko związane z Wojownikami Nie Nazywać Ich Ninja może sprowadzić kłopoty. Gdy na rozdrożu kilkadziesiąt kroków dalej obrał zachodnia drogę, był święcie przekonany że nic nie pamięta z momentu, gdy dwójka mężczyzn z prędkością błyskawicy zeskoczyła z wozu i mignęła dalej drogą.
*
- To już ostatni.
- Pewna jesteś? Może…
- Taaak, Bury, postójmy sobie jeszcze dwie godzinki dla pewności.
- Zdejmij w końcu to cholerstwo, nie czuję własnych ramion!
Daika wykonała kilka kółek rękami. Nie cierpiała inkantacji kamuflażu. Nie dość, że od dłuższego czasu czuła się jakby pokryty klejem, to jeszcze nie mogła się ruszać z powodu ciężaru czaru.
- Nie spodziewałem się że jesteś tak dobry w te klocki. – Frugo zrobił kilka przysiadów.
- Bo aż taki nie jestem. To dzięki drzewku. – Bury wskazał na trzymaną w dłoni sadzonkę. Wyjął zza pazuchy bukłaka i podlał ją.
- W każdym razie – Frugo z entuzjazmem podszedł do koni i wygrzebał z tobołków jabłko. Kleryk patrzył jak z precyzją obiera owoc: pasek wychodzącej spod sztyletu skórki na całej długości miał taką samą grubość i szerokość. - nasz pomysł się udał!
- Pomysł? To było spontanicznym skokiem w krzaki z konieczności…
Daika przechyliła się do tyłu, wspominając wcześniej przeprowadzoną na rozdrożu rozmowę.

- No i w którą stronę?
- Jesteś pewna że poznałaś jednego z nich?
- Jedną, gwoli ścisłości. Jedziemy w prawo. A nie, ja zawsze idę w prawo. Kaga o tym wie. Idziemy w lewo.
- Nie, w prawo. – odezwał się Bury. – Pomyśli, że pomyśleliśmy, że to ją zmyli i pójdzie za nami w lewo…
- Równie dobrze – Frugo podrapał się po głowie. - może pomyśleć że tak pomyśleliśmy że pomyśli że pomyśleliśmy że ją to zmyli i poszliśmy w prawo…
- A co jeśli pomyśli, że…
- No to środkiem!
- To za łatwe i ona też tak pomyśli.
- Zbliżają się, w krzaki! Bury, rzucaj kamuflaż!


- Może jabłuszko?
- Nie, ja błymmm…
Frugo i Bury z zaskoczeniem obserwowali jak Daika prędko znika w pobliskich gąszczach zakrywając usta. Po chwili dały się słyszeć charakterystyczne odgłosy. Mężczyźni spojrzeli po sobie.
- Chyba nie ty dzisiaj gotowałeś, prawda?
Kleryk pokręcił głową wzruszając ramionami. Jasnowłosy ruszył w kierunku krzewów.
- Hej, Daika, a może jest ktoś o kim nie wiem? O kurwa…
Stanął jak wryty widząc kałużę krwi przy klęczącej kobiecie. Jej twarz przybrała barwę pergaminu a w kontraście z ciemną czerwienią wokół ust wydała wała się jeszcze bledsza. Nic nie mówiąc Daika wyciągnęła w jego stronę dłoń, której wierzch tym razem nie był osłonięty drewnianym ochraniaczem – była cała fioletowa i najciemniejsza wokół podłużnej rany. Złapał ją zanim wylądowała we własnych krwistych wymiocinach. Szybko przewrócił ją na bok.
- O Wielki…
Kleryk skoczył w ich stronę i ujął w dłonie twarz rudowłosej.
- Zatrute pociski… Szkoła ze stolicy używa oleandra i rycyny. – szybko wyjął z fałdów szaty małą buteleczkę i próbował wlać jej zawartość do ust Daiki. – Mam nadzieję że grejpfrut zadziała. Pomarańcza byłaby znacznie skuteczniejsza…
- Zaraz. – Frugo podniósł wzrok i spojrzał gniewnie na Burego. – Chcesz powiedzieć że członek Bractwa Pomarańczy nie nosi przy sobie soku własnego zakonu, tylko grejpfruta?
- Nie zdążyłem zabrać! Przecież ucie… Nieważne! – kleryk rozejrzał się dookoła. Gdyby tylko wziął więcej z zielarni Bractwa…
- Czuję, że przyda wam się moja pomoc.
Mężczyźni spojrzeli w górę skąd przyszedł obcy.
*
Było jej ciepło. Przyjemnie ciepło. Podejrzanie ciepło. Dodatkowo nie miała sił by się ruszyć. Przez dłuższy czas nie miała wokół siebie nic oprócz ciemności. Dopóki nie ma tunelu ze światłem na końcu, jest dobrze, pomyślała. Idiotka, mogłam wcześniej sobie przypomnieć o pocisku. Na dodatek zapomnieć że mogą być pokryte trucizną? Wstyd… Nagle coś się zmieniło. Zaklęła w duchu widząc niewielki jasny punkt. Świetnie, umarłam. Zaraz… Umarłam? Z lekką paniką patrzyła jak biały punkt zwiększa się w szybkim tempie przeradzając się w jaśniejącą plamę. Bez przesady, nie teraz!
Szybko jednak uświadomiła sobie że ma otwarte oczy a tuż nad sobą dwie znajome twarze. Zobaczyła jak Bury wypuszcza z ulgą powietrze i znika z jej pola widzenia. Pozostał tylko uśmiechnięty Frugo.
- Wygodnie? Miałaś szczęście, to było jedno z ostatnich wolnych łóżek w oberży. Bez niego nie dalibyśmy rady.
Rzeczywiście, leżała na względnie wygodnym posłaniu, przykryta grubym kocem. Czuła się jakby jej w jej żołądek wbito setki igieł. Mimo bólu odetchnęła lekko, poprawiając ułożenie głowy.
- Słońce nam zesłało tamtego mężczyznę. – odezwał się Bury, kłaniając się w stronę czerwonej łuny za oknem. Frugo widząc jej pytające spojrzenie usiadł obok niej.
- Spotkaliśmy Reitha. – przytrzymał ją gdy z nagłym poruszeniem na twarzy próbowała się podnieść.
*
- To powinno pomóc.
Kleryk nadal z lekkim niedowierzaniem spoglądając na poprawiającego szary płaszcz czarnowłosego mężczyznę. Zwalczył chęć gapienia się na skórzaną przepaskę na oko i wyłaniającą się z niej prostą bliznę, ciągnącą się dalej w dół policzka. Spojrzał na nadal nieprzytomną Daikę.
- Pozdrówcie ją ode mnie gdy się obudzi. Pójdę już.
- Zaczekaj…
Zanim zdążył spojrzeć z powrotem na nieznajomego, ten zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu.
- Cały on. Nigdy nie cierpiał pożegnań… - mruknął Frugo biorąc rudowłosą w ramiona. Podniósł się powoli.
- Kto to był?
- Stary znajomy. I po części stary nauczyciel.
*
Obudził się w odpowiedzi na podmuch zimna. Burcząc pod nosem wstał szybko i zamknął okno. Spojrzał na beznamiętną twarz śpiącego współlokatora.
- Nie po to płacimy w oberży żeby było mi zimno… - zarzucił na siebie koszulę i wyszedł z izby. W kominku na dole powinno się jeszcze palić, pomyślał. - Jak chce chłodu to niech śpi na dworze… Bracia i ich dyscyplina… Szlag by trafił…
Zatrzymał się w progu, zauważając że nie tylko on wpadł na podobny pomysł. Na rozłożonym przed kominkiem futrze siedziała kobieta. Opierała brodę na kolanach podkulonych nóg a jej ciemnobrązowe oczy skupione były na syczących płomieniach. Frugo podszedł i usiadł obok niej.
- Koszmary?
- Czy ja wiem… Śniło mi się że założyłeś rozlewnię soków i nazwałeś ją własnym imieniem.
- Hm, ciekawy pomysł. – mężczyzna zaśmiał się opierając dłonie za sobą. Spojrzał na nią. – Skąd ta ponura mina? Chodzi o Kagę?
Daika pokręciła głową.
- Bardziej intryguje mnie ta mandarynka. Bury… To znaczy ten znacznie starszy kiedyś pokazywał mi jak rzuca inkantacje trzymając gałąź pomarańczy. – przybliżyła bose stopy bliżej paleniska. – To, co widziałam kilka lat temu różni się od wczorajszych wyczynów. Nasz Bury nie może być tak silny jak tamten a mając młodziutką sadzonkę rzucał czary na naprawdę wysokim poziomie.
- Wychodzi na to że czwarty cytrus jest znacznie silniejszy od pozostałych.
- Jeśli kiedyś powstanie Bractwo Mandarynki, to może za łatwością zaszkodzić równowadze… Co tak patrzysz?
- Dawno tak się nie przejmowałaś polityką sięgającą dalej niż praca w „Jaszczurce”
- Bo nie eskortowaliśmy wtedy niedoświadczonego mnicha z sadzonką.
*
Zakręciło jej się w głowie i usiadła powoli na łóżku jednocześnie patrząc z zadowoleniem na efekt swojej pracy. Bury nie podzielał jej entuzjazmu. Po kilku latach zdążył przyzwyczaić się do szorstkich spodni i koszuli przykrytych bawełnianą mniszą szatą. Teraz nawet spoglądając na porządne buty z cholewami i skórzaną kurtkę czuł się nagi.
- No, i szanse konfrontacji znacznie zmalały. – Frugo podał rudowłosej czarkę z wodą. Nie mógł ukryć rozbawienia na widok miny Burego, który z wielkim zdumieniem spojrzał w lustro. Zbliżył dłoń do części policzka przy uchu.
- Nie dotykaj! – ofuknęła go Daika. – Rozmażesz warstwę.
- Nie spodziewałem się że zobaczę mężczyznę w makijażu poza teatrem. – Frugo najwidoczniej miał niezły ubaw.
- A ja że jeszcze zobaczę tę twarz bez tatuażu… - Bury nie mógł oderwać wzroku od własnego odbicia. Wyprostował się i spojrzał na dwójkę. Uśmiechnął się lekko. Jakby wrócił do czasów przed wstąpieniem do Bractwa.
- Za godzinę jedziemy dalej.

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Reklama

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Marcel » 11 paź 2011, o 09:37

Jakby co, to ja tu stoję i czekam. Nie żebym Cię ponaglał czy coś, ale naprawdę przyjemnie się czyta.
Studentów można kochać lub nienawidzić, ale nie wolno ich bić po głowie łopatą.

Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? — Albert Einstein
Czyste biurko, czysty umysł. - Mustrum Ridcully
Avatar użytkownika
Marcel męska
Mag I stopnia
 
Posty: 109
Lokalizacja: Kraków
Reputacja: 241

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Dicey Reilly » 21 lis 2011, o 22:45

No dobra, kolejna porcja. Czuję że co fragment, humoru ubywa... Skupiając się na historii zapominam o uśmiechu xD Smacznego.

Frugo bez trudu wyczuł, że po wyjechaniu z karczmy atmosfera wokół młodej stażem drużyny zagęściła się. Żadna z rozpoczynanych przez niego rozmów nie chciała się rozwijać naturalnym torem, tylko dawała się zatrzymać ‘uchami’ i ‘achami’ w wykonaniu ponurych Daiki i Burego. Było dla niego oczywiste, że rudowłosa jest zbyt zmęczona po zatruciu a jej myśli krążą wokół Reitha, za to nie rozumiał zmiany zachowania u Burego. Przez większość czasu jechał ze spuszczoną głową, pozwalając by jego przydługie brązowe włosy opadały niedbale na oczy. Zdawał się też okazywać najmniejszego zaabsorbowania chronionym drzewkiem i podczas jednego z postojów próby pogrążenia się w krótkiej medytacji skończyły się niepowodzeniem. Fakt że był mężczyzną wykluczał możliwość „tych dni” i Frugo nie spodziewał się jakoby również on zaprzątał sobie myśli Reithem. Może tak bardzo się przejął wczorajszym otruciem Daiki? pomyślał, patrząc na markotną minę kleryka.
- Nieważne. - mruknął do siebie i zagwizdał ulubioną piosenkę. Przestał po kilkunastu zwrotkach, gdy uświadomił sobie że Daika pozostała w tyle. Zawołał jadącego kilkanaście metrów przed nim zamyślonego kleryka by się zatrzymał, zawracając konia.
Daika powoli zeszła na ziemię, walcząc by nie stracić równowagi. Była zbyt zmęczona by być poirytowaną nasilającymi się zawrotami głowy. Stała lekko pochylona, opierając głowę o szyję gniadej klaczy.
- Kilka minut przerwy?
Pokręciła głową nie podnosząc wzroku na jasnowłosego. Już nie chciało jej się otwierać ust by mu powiedzieć że nie ma sił. Nie żeby duma zabraniała jej przyznać się do słabości – akurat jemu nie wahała się oznajmić czegoś takiego, po prostu była zbyt zmęczona.
*
Mężczyzna opanował westchnienie, przeskakując w biegu kałużę. Już kilka godzin wcześniej zrobiło się całkiem nudno – ciągle miał przed sobą plecy tego samego kolegi a cały oddział całą drogę trzymał się jednego traktu. Nawet nie mieli powodów by poskakać po gałęziach, na tak wyludniałam terenie nie było przed kim kryć własnej obecności. Rozejrzał się, kierując wzrok poza sąsiadującego niskiego Wojownika Nie Nazywać Go Ninja.
Totalne zadupie…
Spojrzał na prawo, gdzie mógł dostrzec dowódczynię. Jej krótko przycięte blond włosy zawsze wieczorem przybierały popielaty kolor, podobnie jej niebieskie oczy. Znów zauważył na jej młodej twarzy wyraz zadowolenia. Gdy wyruszali ze Stolicy Pomarańczy, nie zdawała się być specjalnie szczęśliwą z poleconego zadania, jej mina zmieniła się gdy doszło do konfrontacji z celem. Zastanowił się, odtwarzając w myślach twarze trójki. Kogo z nich znała… Wtedy sobie uświadomił. Ależ tak!
Niski Wojownik Nie Nazywać Go Ninja nawet nie ukrywał zdziwienia spojrzawszy w prawo. Potknął się lekko zobaczywszy lekkie uśmiechy na twarzy dwójki Wojowników Drugiej Rangi: Kagi i Niadreta.
*
Bury niemal podskoczył, gdy charakterystyczny dźwięk zbudził go z zamyślenia. Strzepnął ze spodni iskrę która chwilkę temu wystrzeliła z ogniska i przeniósł spojrzenie na śpiącą pod pobliskim drzewem Daikę. Przypomniał sobie z jaką łapczywością zjadła swoją rację i jej momentalne zapadnięcie w sen tuż po ułożeniu się na ziemi. Gdy z rana wyjeżdżali z karczmy nie spodziewał się, że tak szybko straci siły.
- Gdyby twoje oczy strzelały płomieniami na każdego, kogo spojrzysz, Daika już kilka godzin temu byłaby kupką prochów. – rzekł cicho Frugo, grzejący sobie stopy po drugiej stronie paleniska. Pomachał mu palcem z uśmiechem. – Pamiętaj bracie o celibacie.
Kleryk pokręcił tylko głową, podkurczając nogi. Nie zdał sobie sprawy jak szybko wpadł w zamyślenie.
*
Brat Bury westchnął, spojrzawszy znów na zamknięte drzwi. Ciągła obecność pilnującej go dwójki strażników już po dwóch dniach zaczęła dawać mu się we znaki. Prawda, należał do ludzi o spokojnym usposobieniu i po wielu latach życia w świątyni był przyzwyczajony do czucia czyjegoś wzroku na własnych plecach, jednak nawet święty byłby na granicy rozstroju nerwowego gdyby ktoś towarzyszył mu nawet w drodze do wychodka.
Ziewnął przeciągle, wracając spojrzeniem na płomienie w kominku. Widok ciepłych kolorów skierował jego myśli w stronę mandarynki. Tyle lat marzył o zobaczeniu czwartego cytrusa i roztoczeniu osobistej opieki nad nim… Nerwowo przejechał dłonią po pomarszczonym czole w odpowiedzi na pesymistyczne myśli. Zaczynał się coraz bardziej martwić. Niefortunnie się złożyło, że musiał powierzyć roślinkę klerykowi. Nawet będąc świadomym że młody Bury mimo częstych niepowodzeń zapowiadał się dość obiecująco w dziedzinie inkantacji, zaczynał żałować posłania właśnie jego. Gdyby zgłosił się do Bractwa kilka lat wcześniej, dziś z pewnością osiągnąłby poziom odpowiedni do ochrony mandarynki. Nie musiałbym wysyłać go do Daiki z prośbą o pomoc.
Usłyszał szczęk metalu wydobywający się zza drzwi. Z ponurą miną zbliżył się okna i spojrzał na formującą się nad zasypiającym miastem mgłę. Nawet nie mógł wysłać wiadomości do karczmy na Jaszczurzej, by spytać jasnowłosego o jakiekolwiek szczegóły, o pojawieniu się tam samemu nie szło w rachubę.
- Frugo pojechał razem z nimi.
Bury odwrócił się momentalnie i zaskoczony spojrzał na wysokiego mężczyznę, właśnie siadającego przy stoliku. Odetchnął z ulgą uświadamiając sobie, że to nie Estat, jednocześnie skarcił siebie za tak idiotyczną myśl – w końcu baron ani trochę nie imał się wszelkich form magii.
- Zaczynasz się starzeć. Musiałeś wysłać tego szatyna właśnie do Daiki? – Reith oparł łokcie na kolanach pochylając się w stronę mężczyzny. – Nie patrz tak na drzwi, tamci śpią. Mamy dziesięć minut.
- Spotkałeś ich? Gdzie są?
- A jak myślisz? W drodze do Cytryny.
- Daruj sobie, sam mówiłeś że mamy dziesięć minut.
- Spotkałem ich wczoraj dwie mile na zachód od Notiru. Sadzonce nic nie jest a Daika omal nie spotkała się z przodkami.
*
- Nie, przestań!
Daika zerwała się szybko sięgając po dwa sztylety z leżące niedaleko niej. Zwalczyła chęć przymknięcia oczu spowodowaną zawrotem głowy. Cholera, już dawno tak nie wstawałam. Szlag by trafił koszmary. Na dodatek to zatrucie. Skupiła się na otoczeniu: po drugiej stronie paleniska dostrzegła Burego. Drgnęła uświadamiając sobie że kogoś brakuje.
- Zaraz wróci.
Daika kiwnęła lekko głową i usiadła znacznie spokojniejsza. Znowu złe sny… Przetarła oczy i spojrzała w górę, na poprzecinane cieniami gałęzi gwiaździste niebo. Po chwili wpatrywania się w granatową plamę bez trudu można było dostrzec tysiące białych punktów. Obserwowanie gwiazd zawsze uświadamiało ją na nowo jak niewielki jest człowiek, jak krótko żyje i jak wiele rzeczy jest nieważnych. Sami ludzie nadają detalom wielką wartość, jakby były ze złota. Chociaż samo złoto bez ludzi też nie ma wartości…
- Co mówił Reith?
Bury podniósł głowę. Nie był pewny czy Daika zdawała sobie sprawę z tego że się odezwała. Jej twarz była ciągle zwrócona ku niebu. Powiódł spojrzeniem po jej szyi, u której podstawy zauważył podłużną bliznę. Biała linia ciągnęła się w dół wzdłuż mostka i znikała pod zapięciem koszuli.
- Nic więcej niż wspominał Frugo.
W odpowiedzi usłyszał mruknięcie.
- Chciałbym się upewnić, pozwól że cię o coś spytam, czy ty…
Przerwał widząc zbliżającego się Frugo. Kleryk zdawał sobie sprawę że tamten musiał słyszeć przynajmniej część jego słów.
- Nie pozwól bym ci przerywał. – jasnowłosy położył się na boku opierając głowę o zgiętą rękę. Ziewnął przeciągle. – No, dokończ.
- Czy mylę się podejrzewając że kiedyś zjadłaś kawałek pomarańczy?
*
- Co ty robisz?! – kleryk złapał mężczyznę za rękę, gdy ten rozpiął koszulę Daiki odsłaniając dekolt. Czarnowłosy nie próbował się wyrwać, spojrzał jednak do góry. Burego zdziwiło że spojrzenie tamtego powędrowało nie ku jego twarzy, a kurtce.
- Oddal od nas mandarynkę na dziesięć kroków. No dalej. – dodał ze zniecierpliwieniem widząc ogłupiałą minę kleryka.
- Jest w jukach – odezwał się Frugo, uwalniając rękę mężczyzny z uścisku Burego.
Szatyn szybko uświadomił sobie że Frugo dalej trzyma jego dłoń. Już miał się odezwać, gdy z przestrachem zobaczył jak jasnowłosy szybko wyciąga sztylet. Ze zdziwienia nawet nie czuł bólu. Na jego przedramieniu cienka czerwona linia szybko zaczęła grubieć.
Przybysz zanurzył kciuk i palec wskazujący w jego krwi, po czym na odsłoniętej piersi Daiki narysował koło i przecinający go łuk. Dokładnie w połowie pionowej blizny. Szepcząc przysunął dłoń kilka centymetrów nad znakiem. Bury bez słowa obserwował jak ciało Daiki drgnęło gwałtownie a symbol zaczyna jaśnieć.
Symbol pomarańczy…

*
- Hm? Co jest? - dały się słyszeć głowy zza drzwi.
- Wygląda na to że muszę się zbierać. - szepnął Reith wstając. Szybko zarzucił na siebie płaszcz. Splatając przed sobą dłonie spojrzał na Burego. - Nie wiń mnie jeśli coś stanie się temu klerykowi czy sadzonce. Czuwam tylko nad bezpieczeństwem Daiki.
- Przecież wiem. - Bury oparł łokieć o blat stołu. Gdy Reith zniknął poczuł przytłaczające go zmęczenie.
*
- Żartujesz chyba… – siwy mężczyzna podążał za żwawo wspinającym się po schodach mężczyzną. – Dopiero teraz mi o tym mówisz?! Po tylu latach! Przecież widzieliśmy się setki razy a ty ani słowa!
Członek Bractwa Pomarańczy milczał, słuchając spokojnie słowotoku przyjaciela. Nawet nie starał się go uspokoić. Zrozumie gdy dojdziemy…
- Kreik, powiedzże coś!
- Po pierwsze: już nie używam tego imienia. Po drugie: zapraszam. – zatrzymał się i otworzył drzwi na prawo.
Mag wchodząc do środka zadrżał mimowolnie. Tak silne zaburzenie w przepływie? Skupił wzrok na otoczeniu, które okazało się być niewielkim pokojem. Światło z okna padało na siedzącą przy pobliskim stoliku postać.
- Niech mnie… - podszedł do patrzącą na niego cicho dziewczynę. Zdawało mu się że nie musi skorzystać ze Spojrzenia by zobaczyć cząsteczki energii wirujące między jej lokami koloru miedzi.
- Poznaj Daikę. – brat Bury powiesił na oparciu krzesła zewnętrzną narzutę i oparł dłoń na ramieniu rudowłosej. – Daiko, to mój stary przyjaciel. Jest magiem. Od dziś będziesz jego uczennicą.
- Witaj, mam na imię Umi. – siwy mężczyzna wyciągnął dłoń w jej stronę. Podczas uścisku niemal się uśmiechnął gdy po jego ramieniu przepłynęła fala ciepła w kontakcie. Co za siła!
- To zaszczyt poznać znajomego mojego stryja.
W jej słowach rozpoznał charakterystyczny ton.
- Więc to tak… Kiedy wysłano cię do Wojowników Nie Nazywać Ich Ninja?
- Gdy miałam osiem lat. Stryj mówił mi że tamtejsza dyscyplina pomoże mi z mocą pomarańczy.
Umi pokiwał głową ze zrozumieniem. Tym razem nie hamował potrzeby uśmiechnięcia się.
- Kreik, Kreik. Nigdy nie spodziewałbym się po tobie takiej informacji. Doprawdy, poziom Grejpfrutowej Inkwizycji! – popatrzył na dziewczynę. Dopiero teraz zauważył cienie pod jej oczami. – Dlaczego odeszłaś ze szkolenia?
- Chcę to zachować dla siebie. – odrzekła twardo. Wymienił spojrzenia z Burym, jednak ten zachowując beznamiętny wyraz nic nie dodał.
Spojrzenie dziewczyny nagle skierowało się na drzwi, które otworzyły się po chwili. W progu stanął wysoki młodzian. W ręku ściskał niewielki kawałek pergaminu a pod pachą trzymał utrzymać zapełniony wór.
- Jestem, mistrzu.
- W samą porę! – Umi zaprosił go gestem. – Pamiętasz Burego, prawda? Daiko, to mój uczeń, Reith. Właściwie to nauczyłem go wszystkiego co mogłem, ale ten uparcie twierdzi że coś przed nim ukrywam. Reith, poznaj Daikę. Wyobraź sobie, że jak była dzieckiem zjadła całą pomarańczę i przeżyła!

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Elencza » 21 sty 2012, o 14:28

Halo, trochę przyzwoitości!
Niektórzy tu czekają na ciąg dalszy!
"Po prawej z głośnym wrzaskiem zawodu pękła cienka bariera pomiędzy namiętnym kochankiem, a kandydatem na świeżo upieczonego (za jakieś 9 miesięcy) ojca." M.Sobczak
Avatar użytkownika
Elencza żeńska
Mag IV stopnia
 
Posty: 779
Lokalizacja: Kielce
Reputacja: 636

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Magic » 22 sty 2012, o 01:23

Zakłądając, ze status na forum to tylko cyfra pokuszę się o sugestię:
- świetny tekst z dobrą fabuła w tle
- Za bardzo się starasz pisząc moim zdaniem (mam na myśli wszystko co pozytywne, wzniosłe itd): długie zdania pełnie wysublimowanych definicji nie sprzyjają płynności czytania. Jeśli jest akcja to akcja. Jeśli zaduma to zaduma. Inaczej wytrącasz prędkość.
Jeśli szukasz nazw - nie zadowalaj się tym co znasz i co ci przychodzi do głowy. Pierwsze wrażenie, druga myśl ;) Masz kapitalny pomysł i wyobraźnie, nie bój się sięgać głębiej. Każda z nazw Ci znanych jakich użyłeś niesie w Tobie Swoją Własną Nazwę. Staniesz się geniuszem nie przez powielanie i ostrożność ale przez stapianie się z ludzkim umysłem i nazywanie rzeczy ich imieniem zapachu, wyobraźni, odczucia. Każdy tworzy neologizmy. Obserwując rozwój Twojej wyobraźni i jej postęp w miarę fabuły wiedz, że będąc twórcą jesteś Stwórcą. Nie przypominaj ludziom tego co już znają, daj im coś podobnego i pociągnij ich wówczas do Twojego świata. A zaufaj, jest warty tego, żeby do niego wstąpili...
"Do you spend time with your family? Good. Because a man who doesn't spend time with his family can never be a real man."
Avatar użytkownika
Magic męska
Student Magii
 
Posty: 8
Lokalizacja: Londyn
Reputacja: 20

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Dicey Reilly » 29 lut 2012, o 01:42

Łojezu, późno już, powinnam dawno spać. W każdym razie tych którcy czekali przepraszam, jednocześnie dziękuję za wytrwałość i życzę miłej lektury.
(ostrzegam, w jednym momencie jest troszkę brutalnie i brrr, ale nie za bardzo moim zdaniem)


- Płać, domyślił się – Frugo wyciągnął rękę w stronę Daiki, zmieniając pozycję z leżącej na siedzącą. Kobieta z kwaśną miną rzuciła mu srebrną monetę. – Trzynaście do dwunastu. Już dawno nie trzymałem wszystkich czterech, przyjemne uczucie…
Bury zapomniał o zadanym Daice pytaniu, przyglądając się jak Frugo wyjmuje z kieszeni mieszek i wysypuje z niej jeszcze trzy podobne monety. Na awersie wybitą miały ważkę, na drugiej zaś nieznane mu symbole.
- Rozdawaj, na co czekasz? – odezwała się Daika.
- Ciężkie. Sporo kruszcu… – mruknął Bury, gdy Frugo wręczył mu dwa srebrne krążki do przekazania dalej. – Jaką mają wartość w gesach?
- Nie mam pojęcia: nie są walutą. U nas każda rodzina posiada dwie sztuki, które przekazuje się najstarszemu dziecku. – kobieta mając już monety w dłoniach, zaczęła je delikatnie gładzić. Kleryk odniósł wrażenie że jej twarz nabrała wyrazu, którego jeszcze u niej nie widział. – Wracając do twojego pytania: nie mylisz się.
*
Umi zaklął pod nosem gdy kolejna stworzona przez niego bariera pękła a imponująca fala energii wydostała się na zewnątrz w towarzystwie oślepiających promieni. Dzięki zaklęciom udało mu się nie stracić ostrości wzroku i po raz kolejny patrzył jak Daika pada zmęczona na kolana. Szczerze jej współczuł – sam doskonale pamiętał jak wyczerpujące i bolesne jest uczucie po nieudanej próbie kontrolowania własnej energii. Tyle że on zjadł zaledwie połowę pomarańczy.
Podszedł do niej i pomagając wstać oznajmił że zaczną od następnego dnia. Daika kiwnęła głową i wstała powoli. Umi uśmiechnął się pod nosem znów widząc upór z jakim stara się ukryć swoją słabość. Uparte stworzenie…
Reith uniósł wzrok znad książki gdy usłyszał dźwięk otwieranych za ścianą drzwi. Przeszedł do kuchni, gdzie przy stole właśnie siadali Umi i Daika. Widząc jednak zmęczenie na jej markotnej twarzy nie musiał pytać o trening. Opanował westchnienie - nie wiedział czemu, ale wyjątkowo tego ranka miał wrażenie, że osiemnastoletniej dziewczynie tym razem uda się znaleźć sposób na użycie mocy pomarańczy. Wymienił spojrzenia z magiem. Ten tylko wzruszył ramionami po czym sięgnął po stojący tuż obok dzban by nalać sobie i Daice kompotu.
Gdy pięć miesięcy wcześniej rozmawiali o nowopoznanej dziewczynie byli niemal pewni, że przy tak wytrenowanym ciele, zdyscyplinowaniu oraz silnej woli Daika powinna opanowywać podstawy po najwyżej sześciu tygodniach. Widząc jednak brak jakiegokolwiek postępu po wyznaczonym czasie, uznali że nie docenili siły całego owoc i postanowili czekać. Czekanie okazało się niezwykle długie.
- Dobrze że wróciliście, niedługo zacznie padać.
To była Traja, żona Umiego. Siwa kobieta odłożyła kosz na odpadki, przetarła ręce i z uśmiechem podeszła do Daiki. Gdy zaczęła gładzić jej policzek, Reith patrzył jak czoło dziewczyny wygładza się.
- Ostatnio mocno urosłaś, muszę uszyć ci nowe ubrania. Zabieram cię jutro do Nowida i wybierzesz materiał. Wróci do szkolenia pojutrze. – ostatnie słowa skierowała do Umiego, który nawet nie miał zamiaru oponować.
- Nie będzie już więcej szkolenia.
Trójka skamieniała w odpowiedzi na słowa Daiki. Dziewczyna spojrzała na nauczyciela i siadającego obok niego Reitha.
- Minęło dużo czasu, nie ma żadnych postępów a nie czuję żeby miało się coś zmienić. Ja nad tym nie panuję, mistrzu. I nie opanuję. Poza tym, jestem już zmęczona.
- Jesteś tego pewna? – odezwał się Reith. Westchnął gdy dziewczyna odpowiedziała kiwnięciem. – Wielka szkoda, taki potencjał…
- Którego nie potrafię wykorzystać.
- To już jest wina Kreika, powinien od razu cię do mnie wysłać, nie do Wojowników. - na dotąd zdumionej twarzy Umiego pojawił się gorzki uśmiech. Spojrzał na uczennicę. - Jednak czegoś cię nauczyłem: umiesz się poddać. Nie martw się, rozumiem doskonale. - dodał szybko gdy Daika już miała coś powiedzieć. - Skoro to ostateczna decyzja: Trajko, jednak musisz poczekać z szyciem. – mówiąc to wygrzebał z pazuchy malutką fiolkę z korkiem zapieczętowanym zapisaną karteczką. Wszyscy spojrzeli na czerwony płyn. – Mam nadzieję że krew twojego stryja będzie wystarczająco silna na założenie blokady…


- Jak dużo zjadłaś?
Daika jęknęła.
- To jakieś przesłuchanie? Chyba wystarczy ci wiedza że zjadłam pomarańczę…
- Nie, nie wystarczy. W razie konieczności taka informacja może okazać się kluczowa. Muszę być przygotowany i…
- Cały.
- Co?
- Zjadłam cały owoc.
Gdyby w tej chwili Bury stał, na pewno wylądowałby zadkiem na ziemi. Patrzył z wybałuszonymi oczami na rudowłosą.
- To co: czujesz się już przygotowany? – odezwał się Frugo, patrząc z rozbawieniem na jego minę. Kleryk tylko pokręcił powoli głową. Po długim czasie milczenia, Daika wyciągnęła się na ziemi i spróbowała z powrotem zasnąć. Zanim zapadła w sen zdołała usłyszeć:
- Postawiłaś pieniądze przeciwko mnie?
*
SZUMMMM!
Bury obudził się gwałtownie. Gdyby nie było ranka nie zauważyłbby lądującej obok ogniska małej paczuszki. Wkrótce na zewnątrz zaczął szybko wydostawać się z niej gęsty dym. Zanim Bury zdążył cokolwiek powiedzieć ktoś mocno szarpnął go za rękę i podniósł. To był Frugo. Kleryk szybko wyciągnął z leżących nieopodal pakunków skrzyneczkę z mandarynką i zaczął wypowiadać inkantację, zamykając oczy ze skupieniem. Frugo uśmiechnął się lekko i spojrzał w bok, skąd wyskoczyły czarne sylwetki. To do roboty, pomyślał, wyjmując sztylety z kieszeni.
W tej chwili za jego plecami pojawiła się Daika, rzucając się na innego wyłaniającego się z dymu Wojownika Nie Nazywać Go Ninja. Frugo zdążył jedynie usłyszeć dźwięki wymiany uderzeń i cichy jęk zanim się odwrócił.
- Ładnie. – pochwalił kobietę po czym cisnął dwa ostrza w zarysy postaci za klerykiem. Ktoś padł na ziemię, ktoś ryknął z bólu. – Oj, chyba trafiłem w oko…
Stanął jeszcze bliżej kleryka, który przez cały czas recytował. Niedaleko siebie słyszał walkę Daiki. Przeklął użyty przez przeciwników dym – nie mógł zobaczyć jak sobie radzi. Gdyby tylko nie było tamtego zatrucia nie musiałbym się martwić...
Z trudem unikając szybkich ruchów jednego z Wojowników zauważył kątem oka że stworzone przez kleryka iluzoryczne kopie trójki pobiegły w różnych kierunkach. Udało mu się wbić sztylet w szyję napastnika.
- Wiejemy. – Daika złapała Burego za rękę i popędziła przed siebie.
Nie oglądali się nawet długo po tym jak wydostali się z chmury dymu. Daika z zadowoleniem odkryła że Bury jest świetnym biegaczem. Gdy przeskoczyła chyba dwudziesty konar, poczuła silne mdłości. Potrząsnęła głową gdy świat zaczął wirować. Cholera…
Kleryk momentalnie uchronił ją przed bolesnym wylądowaniem na ziemi łapiąc w pasie i pomógł usiąść pod pobliskim drzewem. Rozejrzał się. Był tylko on i Daika.
- Dajemy mu dziesięć minut. – odezwała się Daika przymykając oczy. – Masz siły żeby jeszcze rzucić kamuflaż?
Kleryk kiwnął głową po czym zabrał się do rysowania kręgu.
*
Niedobrze, pomyślał Bury, gdy godzinę później Daika zdecydowała się wrócić. Frugo nie dotarł do nich. Próbował ją przekonać że ktoś może nadal pilnować obozu.
- To przestanie.
Na miejscu nie było nikogo. Daika rozejrzała się dokładnie ale nie zauważyła żeby ktoś ich obserwował. Przygryzła wargę widząc że wszystkie ich rzeczy był na miejscu. Gdyby Frugo tu był z pewnością zostawiłby jakąś wiadomość… Była wściekła że również jego nie złapała przed opuszczeniem miejsca walki. Z drugiej strony nigdy nie było takiej potrzeby – zawsze to on pierwszy decydował kiedy odpuścić.
Usłyszała jęk Burego. W dłoniach trzymał kawałek pergaminu i dwie srebrne monety.
- „Jeśli chcesz by twój znajomy żył staw się w dolinie dwie mile na zachód, razem z klerykiem i drzewkiem. Masz czas do zachodu.” – kleryk przeczytał na głos treść wiadomości i spojrzał z nietęgą miną na Daikę. Kobieta podeszła powoli do niego i wzięła monety. Po chwili zacisnęła pięść i z całej siły uderzyła w pień pobliskiego drzewa.
Była zbyt wściekła żeby krzyczeć. To był najgorszy z możliwych scenariuszy. Gdyby zabrali kleryka nie musiałaby wybierać. Tutaj było inaczej: bezpieczeństwo kleryka albo Frugo.
Chrzanić obietnicę stryja…
- Będziesz musiał jechać do Cytryny beze mnie...
- Nie ma mowy, idę z tobą. Nie masz szans przeciw całej grupie sama.
- Mam. - spojrzała mu głęboko w oczy. – Potrzebuję tylko odrobiny twojej krwi.
Bury zbladł jeszcze bardziej.
- Nie mówisz poważnie…
*
W końcu wyjęli mu knebel. Odprowadził spojrzeniem oddalającego się Wojownika po czym znów zwrócił wzrok ku kobiecie o krótkich włosach. Gdyby nie wpatrywała się w niego tak niepokojąco, mógłby bez trudu uznać ją za czarującą.
- Chętnie napiłbym się wody. O, dziękuję.
- Jak dobrze znasz Daikę? – odezwała się gdy już odsunęła bukłak od jego ust.
- Na tyle dobrze by opowiedziała mi o tobie to i owo.
Kaga uśmiechnęła się lekko. Zauważył że jej lewa powieka lekko zadrgała. Tik?
- Jestem ciekawa co takiego mówiła… Chociaż, sama ją niedługo spytam.
Frugo prychnął.
- Naprawdę sądzisz że tu przyjdzie?
- Więcej: jestem pewna że będzie walczyć z moimi ludźmi.
Mężczyzna nie miał ochoty tego mówić na głos, ale w duchu skłaniał się ku przyznaniu jej racji. Bardzo chciał aby było inaczej i Daika uznała własne bezpieczeństwo za ważniejsze. Niestety pojawienie się jej tutaj było kwestią czasu.
- Z pewnością kilku zginie… - dosłyszał szept jasnowłosej. Musiała nie zdawać sobie sprawy że mówi do siebie. Zaintrygował go jej wyraz twarzy.
- Nie chciałbym być podwładnym kogoś kto cieszy się na myśl o mojej śmierci…
Kaga spojrzała na niego.
- Och, nie jest ważne to że zginą, lecz że to ona ich zabije. – usiadła naprzeciw niego. - Żaden z twoich ludzi z którymi dotąd walczyła nie zginął. Teraz, chcąc cię ocalić, nie będzie się cackać.
- Ta wizja tak bardzo cię cieszy?
- Oczywiście. – uśmiechnęła się jeszcze szerzej, wyglądała na rozmarzoną. – Wiele lat minęło od kiedy widziałyśmy się po raz ostatni. Hmm, tak pięknie wyglądała poplamiona krwią…
- Wybacz, nie rozumiem. – z jednej strony był ostrożny ze względu na jej zaskakującą szczerość, z drugiej nie mógł pokonać ciekawości. Kaga spojrzała na niego i po chwili roześmiała się. Tak, gdyby była zwyczajną kobietą byłaby czarująca.
- Jednak nie znasz jej na tyle by opowiedziała ci o tamtym dniu. Nie wiesz zatem czemu naprawdę opuściła Wojowników. Pozwól że opowiem.

Była zachwycona. Mimo że jej ciało leżało na wielkim klepisku skamieniałe z przerażenia, to jej umysł był przepełniony podziwem.
Jak to możliwe że jest tak szybka? Jak to możliwe że bez trudów właśnie zabija już piętnastego Wojownika o wysokiej randze?
Mężczyzna upadł bez życia a wokół niego powstała kałuża krwi wydostająca się z jego poderżniętego gardła. Niedaleko zobaczyć można było kilkanaście mniej lub bardziej podobnych obrazów. Nad nimi stała wysoka dziewczyna trzymająca dwa długie ostrza. Beznamiętnie spojrzała na trupy, po czym przeniosła wzrok na zbliżającą się grupę.
Kaga kilkanaście minut wcześniej nie sądziła, że pokazowa walka przyjmie taki obrót. Podczas sprawdzianów nadzorowanych przed kilkunastu nauczycieli nie można było zabić przeciwnika i dziewczyna nie żywiła obaw wobec własnego udziału. Na jej nieszczęście teraz na przeciwnika wylosowała najbardziej uzdolnionego ucznia, który nie wahał się wykorzystać pewnej luki z zasadach: poważne ranienie które nie prowadziło do okaleczenia i śmierci nie było zakazane. Podczas całej walki słyszała wspierające okrzyki rudowłosej przyjaciółki, potem zaś protesty i prośby by zaprzestano sprawdzianu gdy Dohetr złamał jej nogę i nadal atakował. Jęcząc z bólu straciła w końcu równowagę i wylądowała na ziemi. Niezdolna do dalszej walki spojrzała w chłodne oczy młodzieńca. Poczuła wszechogarniający strach.
- Nie, przestań! – krzyknęła zamykając oczy gdy ten podniósł pięść wycelowaną w jej złamaną kończynę.
Nie poczuła żadnego ciosu. Spojrzała do góry i zdumiona zobaczyła że za Dohetrem stoi rudowłosa dziewczyna. Jej ręka zaciskała się mocno wokół jego szyi. Ten starał się uwolnić, jednak bezskutecznie. Po chwili opadł na ziemię. Nie było wątpliwości że nie żyje.
- Daika, co… - odezwała się, jednak gdy jej wzrok wylądował na dziewczynie, zamilkła.
Nie wiedziała dlaczego, ale miała wrażenie że wokół Daiki krąży powietrze, przepełnione siłą i chęcią mordu. W jej oczach dostrzegła coś nieludzkiego. To nie było szaleństwo, jakie można zobaczyć u morderców, lecz coś ponad to.
Niesamowite, pomyślała później, widząc jak giną kolejni nauczyciele, którzy próbowali ją najpierw schwycić, potem powstrzymać. Nie zdała sobie sprawy kiedy na jej twarzy pojawił się uśmiech zachwytu. Przecież ona przerasta ich o kilka poziomów! Bawi się nimi! Jej ruchy są takie szybkie ale i precyzyjnie, jak lekkie… Tak, ona tańczy wokół nich! Jakże piękne ma spojrzenie...
W jednej chwil czar prysł. Daika zatrzymała się, zamrugała i rozejrzała się. Kaga zauważyła w jej oczach już nie tą wspaniałą beznamiętność, amok i pewność, lecz trzeźwość umysłu a wkrótce potem przerażenie.
- Czekaj! – krzyknęła, widząc jak Daika z niezwyklą prędkością ucieka z placu. Nikt nie stanął jej na drodze. Wszyscy długo patrzyli na jej ślady stóp, nad którymi zdawały się unosić kłęby nadprzyrodzonej mocy.


Frugo długo milczał po zakończeniu opowiadania. Nie zauważył jak kobieta oddaliła się, skupiony na własnych wspomnieniach. To dlatego…

Ziewnął przeciągle, idąc między niewielkimi drzewkami. Był po części zły że nie uzupełnił braku opału poprzedniego dnia, zanim zaczął świętować z przyjaciółmi dziewiętnaste urodziny. Teraz na dodatek musiał wstać znacznie wcześniej niż zazwyczaj…
Usłyszał trzask. Podniósł głowę i momentalnie znieruchomiał. Kila metrów przed nim zobaczył chudą postać, kiwającą się w miejscu. Ubrania przybysza były w opłakanym stanie: podziurawione i poplamione wszelkimi możliwymi barwami. Czyżby widział ślady krwi? Przez dłuższą chwilę był pewny że nadal jest pijany i widzi leśnego demona, jednak zmienił zdanie gdy spojrzał na częściowo ukrytą pod skołtunionymi włosami pobrudzoną twarz. Była to zbyt znajoma twarz by mogła należeć do demona.
- Daika?!
Spierzchnięte usta utworzyły lekki uśmiech po czym poruszyły się, jednak Frugo niczego nie usłyszał. Rozbudzony jak nigdy puścił siekierę i skoczył ku tracącej równowagę dziewczynie którą zwykł ciągnąć za włosy w dzieciństwie.

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Elencza » 29 lut 2012, o 10:01

Pisz, choćby i o późnych porach, ja sobie w stosownej chwili czytam i czekam na kolejne odcinki.
"Po prawej z głośnym wrzaskiem zawodu pękła cienka bariera pomiędzy namiętnym kochankiem, a kandydatem na świeżo upieczonego (za jakieś 9 miesięcy) ojca." M.Sobczak
Avatar użytkownika
Elencza żeńska
Mag IV stopnia
 
Posty: 779
Lokalizacja: Kielce
Reputacja: 636

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Motopompa » 12 mar 2012, o 20:04

Bum, przeczytałem.
Pomysł mi się podoba. I rzeczy, o których piszesz - po prostu każdy akapit wnosi coś interesującego, a to powoduje, że czytanie nie męczy, a wciąga. Naprawdę dobrze prowadzona opowieść, z jednym zastrzeżeniem - niektóre przeskoki są zbyt nagłe, z akcji wpadasz w środek innej akcji, z której wpadasz w retrospekcję, żeby wrócić do akcji nr. 1. Ty wiesz co jest dalej, więc jak czytasz to się nie gubisz, ale ja dwukrotnie się przez to wybiłem z rytmu, żeby zastanowić się o czym w ogóle czytam.
Całość wiele by zyskała gdybyś poprawiła nieco warsztat. Tak żeby opowieść gładko płynęła. Takie bardziej kosmetyczne sprawy, myślę, że to się wyrabia w miarę pisania.
Aa, i jak na mój gust za dużo jest "kolorowowłosych". Nie wiem czemu, jakoś mi takie zagęszczenie przymiotników odkolorowłosowych trochę przeszkadza. Chyba przez to, że to dopiero początek i jeszcze nie wyrobiłem sobie natychmiastowego kojarzenia bohaterów po włosach.

- Czy mylę się podejrzewając że kiedyś zjadłaś kawałek pomarańczy?
*
- Co ty robisz?! – kleryk złapał mężczyznę za rękę, gdy ten rozpiął koszulę Daiki odsłaniając dekolt. Czarnowłosy nie próbował się wyrwać, spojrzał jednak do góry. Burego zdziwiło że spojrzenie tamtego powędrowało nie ku jego twarzy, a kurtce.
- Oddal od nas mandarynkę na dziesięć kroków. No dalej. – dodał ze zniecierpliwieniem widząc ogłupiałą minę kleryka.
- Jest w jukach – odezwał się Frugo, uwalniając rękę mężczyzny z uścisku Burego.
Szatyn szybko uświadomił sobie że Frugo dalej trzyma jego dłoń. Już miał się odezwać, gdy z przestrachem zobaczył jak jasnowłosy szybko wyciąga sztylet. Ze zdziwienia nawet nie czuł bólu. Na jego przedramieniu cienka czerwona linia szybko zaczęła grubieć.

Tutaj combo. Przeskakujemy w środek akcji i bohaterowie nie są jasno określeni. Wiesz, to się dzieje nagle, określasz imionami od początku, żeby od razu było wiadomo o co chodzi i zachować dynamizm, dopiero później zamienniki jak "kleryk" i "mężczyzna" (a tutaj lepiej by było zamienić kolejność określeń - najpierw "czarnowłosy" a potem ogólniejszy "mężczyzna", jak już wiadomo o kogo chodzi.)

Kilka wymienię.
Dicey Reilly napisał(a):Pokręciła głową nie podnosząc wzroku na jasnowłosego.

Wystarczyłoby "nie podnosząc wzroku"

Dicey Reilly napisał(a):Gdyby tylko nie było tamtego zatrucia nie musiałbym się martwić...

Kwadratowo. Potrafisz ładniej.

Dicey Reilly napisał(a):Zatrzymał się w progu, zauważając że nie tylko on wpadł na podobny pomysł. Na rozłożonym przed kominkiem futrze siedziała kobieta.

Mówi to Frugo, który Daikę zna. "Kobieta" sugeruje, że tego kogoś nie zna. Jakbyś spojrzała na mnie to pomyślałabyś "O, Motopompa" czy "O, mężczyzna"?

Dicey Reilly napisał(a):opierając dłonie za sobą.

Tu nie wiem czy dobrze rozumiem. O co opiera? Usiadł na podłodze, czyli zgaduję, że odchylił się do tyłu i oparł je na podłodze?


Keep going, bo jest fajny humor i atmosfera, miło się czyta :)
Nie jest tak, że my, używając naszych mózgów, snujemy nasze opowieści, ale to nasze mózgi, używając opowieści, snują nas.
~ Daniel Dennett
♪♫♪♪♫•☼ ☾*♪♫.☮♡♪ (✿◠‿◠)♫❀♡♪♫•ღ♪♫•♪☾♫♪♪♫♡♡
Avatar użytkownika
Motopompa męska
Corvvin jest mądra i śliczna!!
 
Posty: 5675
Lokalizacja: Castelldefels
Reputacja: 5786

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Dicey Reilly » 12 mar 2012, o 21:30

Dzięki za wszelkie rady, Motopompo :D Przydadzą się.
Jeśli chodzi o błędy z ostatniej części to nie mam nic na usprawiedliwienie - pisałam jak widać późną nocą i nie przyszło mi do głowy odetchnąć i spojrzeć jeszcze raz później, przed wrzuceniem.
Następna część już w mózgu się tworzy~ mam nadzieję że za kilka dni przeleję na worda.

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Dicey Reilly » 15 sie 2012, o 23:41

Pewnie jeśli ktoś czekał na kontynuację to pewnie po dwóch miesiącach stracił nadzieję... Już sześć księżyców od ostatniego fragmentu. Czy mam prawo się bronić? Wiosną skupiłam się na licencjacie, a w wakacje jak na złość nie miałam w ogóle weny. Dodatkowo w kwietniu zrezygnowałam z marcowych zamiarów i przez ten czas walczyłam z pustką w głowie. Na razie krótka scenka, po weekendzie naskrobię jeszcze.


Bury z niezdecydowaniem spoglądał na trzymany sztylet. W ostrzu zauważył niewyraźne odbicie własnej twarzy. Był przekonany, że decyzja Daiki była całkowicie bezsensowna – niby dlaczego nie mógł pomóc?
„Nie masz doświadczenia” przypomniał sobie jej słowa.
To nie byłby pierwszy raz kiedy bierze udział w walce. Prawda, drugie podejście nie brzmi zachwycająco ale miał mandarynkę. Mógł rzucać naprawdę silne zaklęcia: kamuflażu, oślepienia, unieruchomienia, tarczy…
„Mówię: nie. Podczas walki będę skupiona na uwolnieniu Frugo a nie na tobie. Nie mam na tyle zaufania do twojego doświadczenia w korzystaniu z sadzonki. Dasz mi gwarancję że po wypowiedzeniu kilkunastu inkantacji nie dojdzie do eksplozji energii bo nie zapanujesz nad nią?” Nie mogę.
- Na co czekasz? – Daika kończyła wiązać warkocz.
- To nie jest dobre rozwiązanie. Nie chcę żebyś szła sama.
- Nie gadaj. Mam to zrobić za ciebie? – wskazała na sztylet. Znou zrobił kwaśną minę.
- To jedyny sposób?
- TAK. Boisz się skaleczeń czy co?
Zastanawiając się czy nie wyjawić prawdy, nie zwrócił uwagi jak się zbliża. Błyskawicznie złapała go za rękę i pociągnęła własnym sztyletem po wierzchu jego dłoni
- Oszalałaś? – usłyszał czyjś głos. Niemal podskoczył gdy tuż obok pojawił się znikąd jednooki mężczyzna i szybkim ruchem powstrzymał kobietę, zabierając jej sztylet. – Zdejmować barierę przy osłabionym... - zamilkł zauważając zadowolenie na jej twarzy.
- Co tak długo? – zapytała łobuzersko.
Oko Reitha rozszerzyło się na chwilę. Pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Więcej nie próbuj robić sobie takich żartów. Wyobrażasz sobie ile energii teraz zmarnowałem?
- To nie żarty. Musisz mi pomóc.
- Teraz? Muszę wracać.
- Gdzie…? – dopiero teraz zauważyła zabrudzenia na ubraniach Reitha, między innymi plamy krwi. – Ach, twoi rebelianci toczą jakąś bitwę?
- Rebelianci? – wtrącił Bury.
- Mów szybko. – mag zignorował kleryka.
Gdy usłyszał krótką relację przysiadł na pobliskim przewróconym drzewie, drapiąc się nieogolonej szczęce. Po chwili pokręcił głową.
- Mogę zdjąć barierę ale nie zabiorę Burego, nie na pole bitwy. A tobie przyda się jego pomoc. Wiem, wiem - gestem powstrzymał ją od zaprotestowania. – ale musisz założyć że nie będzie niespodzianek.
- Wystarczy że przeniesiesz go za granicę. – Daika nie ustępowała.
- To nic nie da. Jesteście poszukiwani we wszystkich trzech krajach. Wszyscy troje.
Daika jęknęła i spojrzała ze złością na korony drzew. Zaczęła tupać lekko nogą stojąc ze skrzyżowanymi na piersi rękami.
- Fantastycznie. Czemu wcześniej nam o tym nie powiedziałeś?
- Dopiero wczoraj wieczorem o tym usłyszałem.
- To udamy się gdzieś indziej, jak już odbijemy… - urwał zaskoczony widząc jak Daika celuje w niego palcem. Była naprawdę wściekła. Doskonale ją rozumiał: tyle kłopotów na jeden dzień może łatwo wytrącić kogoś z równowagi. Zwłaszcza gdy ten ktoś jest tak nerwowy jak Daika.
- Słuchaj, nie będę przez całe życie pilnowała ciebie i tej zasranej…
- Spokojnie. – przerwał jej Reith. Widząc że Daika zapanowała już nad gniewem ujął rękę kleryka i pociągnął sztyletem po skórze. Z małej rany wypłynęła krew, w której mag zanurzył palec.
- Oddal się z mandarynkąna dziesięć kroków. – poradził klerykowi, podchodząc do Daiki.
Zdjęcie bariery nieco różniło się za bardzo od tego co Bury widział kilka dni wcześniej. Mag narysował krwią niewielki symbol pomarańczy i przymknąwszy w skupieniu oczy zaczął powoli rozmazywać rysunek. Kleryk odruchowo połknął ślinę czując jak ciśnienie powietrza zatyka mu uszy. Spodziewał się uderzenia mocnej fali energii, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Tamta dwójka stała w bezruchu, skupiona na niewidocznym gołym okiem procesie.
Po minucie rudowłosa powoli wzięła głęboki wdech. Spojrzała na dłoń i dotknęła kciukiem opuszki palców. Nie wiedziała czy się cieszyć czy niepokoić - musiała przyznać że uczucie, którego nie mogła doznać od kilku lat było przyjemne, jednak towarzyszył mu strachu przed siłą pomarańczy.
- I pamiętaj: nie pozwól się opanować emocjom, inaczej będzie po tobie. Wrócę tak szybko jak tylko będę mógł. – Reith opróżnił zawartość bukłaka, dotąd leżącego przy jukach Frugo. Po chwili ciszy ścisnął ramiona Daiki z poważnym wyrazem twarzy. – Nie daj się zabić.
Daika uśmiechnęła się lekko, patrząc w jego oko. Bury pierwszy raz widział u niej podobne spojrzenie.
- Musieliby się mocno postarać.
- Idziemy? - spytał Bury, gdy Reith zmaterializował się do Gór Łysych, znanych od ponad dwóch lat mieszkańcy z toczących się tam walk między mieszkańcami i Krajem Kwitnącego Grejpfruta o utworzenie własnego państewka.
- A jak myślisz?

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Gurder » 16 sie 2012, o 11:10

Jak dla mnie BOMBA :) Będę śledził :)
Dicey się spięła jak skórka na kaszance :)
Dla mnie BOMBA, cieszę się, że mam co czytać. Może i mnie coś natchnie. PLUS!
"Niech stanie się tu Sklep" 'Arnold Bros (zał. 1905)'
Avatar użytkownika
Gurder męska
Pan Bogu
 
Posty: 117
Lokalizacja: Bielawa
Reputacja: 159

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Dicey Reilly » 11 wrz 2012, o 21:43

Uch... byłam pewna że jakoś szybciej się zbiorę do tego... W każdym razie miłej lektury.

Brat Bury kichnął głośno. Wycierając nos rozmyślał nad ironią własnego losu: uwielbiał przed rozpoczęciem lektury wdychać zapach skórzanych okładek starych ksiąg, a miał alergię na kurz. Wstał z krzesła i sięgnął po pękatą buteleczkę stojącą na półce nad kominkiem. Lekarstwo nie dość że było gorzkie jak cholera, to jeszcze ciepłe, a tego Bury nie cierpiał. Jednak chwila nieprzyjemności opłaciła się: szybko poczuł ulgę.
- Nie stawiać przy kominku… - mruknął do siebie rzuciwszy buteleczkę na łóżko. Obserwował jej krótki lot. Delikatny dźwięk lądującego na kołdrze przedmiotu został zagłuszony przez trzask otwieranych drzwi.
Do środka weszła dwóch żołnierzy w towarzystwie barona Estata.
- Niech zgadnę: cudownie znalazły się dowody świadczące przeciwko mnie? – Bury odezwał się pierwszy.
Członek rady królewskiej przytaknął. Nie odezwał się dopóki strażnicy nie opuścili pomieszczenia.
- Jeden z braci widział jak wychodzisz z królewskiego sadu mając przy sobie drzewko mandarynki. Za chwilę odbędzie się proces. Wybrano mnie na twojego obrońcę.
- Co jeśli powiem że ta relacja nie jest prawdziwa? – usiadł przy niewielkim stoliku.
- A jest?
- Baronie, jako mój obrońca powinieneś z góry założyć że jestem niewinny. Inaczej obrona nie ma sensu. Chociaż, zaraz, ona w ogóle nie ma sensu: decyzja co do wyroku pewnie już zapadła. Zdrada stanu karana jest śmiercią…
- Odpowiedz na pytanie, Kreik. – w głosie Estata zabrzmiała codzienna stalowa surowość, do której przyzwyczajony był cały dwór.
Bury spojrzał na niego. Z twarzy radcy trudno było cokolwiek odczytać, jednak w tej chwili oczy wyraźnie zdradzały wewnętrzną walkę między wyrzutami, złością i niepewnością. To przez nią po raz pierwszy od lat Estat zwrócił się do niego używając jego pierwszego imienia.
- Nie ukradłem drzewka z królewskiego sadu. - w tej chwili nie miał potrzeby kłamać: doskonale pamiętał jak kazał klerykowi samemu przedostać się do sadu by zabrać mandarynkę.
Czyżby dostrzegł poczucie ulgi?
- Pamiętasz może piosenkę o ośle?
Bury wybałuszył na niego oczy. Czy on zwariował? Kto w takiej chwili pyta o…
Zrozumiał zauważając jego znaczące spojrzenie skierowane ku drzwiom. Wygląda na to że nawet Estat był szpiegowany…
- Odrobina wesołej melodii przed procesem nie zaszkodzi. Zaraz, jak to się zaczynało...? Nie pamiętam pierwszej zwrotki.
Wtedy w pokoju rozległ się czysty głos Estata. Śpiewał we wschodnim dialekcie. Był farciarzem mając talent do nauki języków. Również tych trudnych.
Niektórzy chcą wykorzystać sprawę mandarynki
Dla osłabienia mojej pozycji w radzie.
Gawat albo Dagenar przekupił tego „świadka”.
– spojrzał w stronę drzwi nasłuchując.
Zbieraj się. Strażnicy nie będą problemem.
Mamy trochę czasu zanim tamten wróci z tłumaczem.

- O właśnie. – Bury przyznał w języku krajów cytrusowych, po czym zaśpiewał:
Przykro mi że podobna sprawa
Może zaszkodzić twojej pracy, baronie.
Nie rozumiem tej zabawy z piosenką.


Czy to nie oczywiste? Chcę ci pomóc w ucieczce.
Nie rób takiej miny.
Nawet jeśli uważasz mnie za sukinsyna
Po śmierci Nieiki to chcę…


Nie masz prawa wypowiadać jej imienia. – Bury wycelował w niego palcem. Odchrząknął.
Dziękuję za dobre chęci, baronie
Ale nie przyjmę twojej oferty.
Nie wracaj do tego tematu.


Wesoła melodia przestała brzmieć w komnacie. Estat milcząc wpatrywał się przez chwilę w Burego. Zobaczywszy zdecydowanie w jego oczach stłumił w sobie chęć pokręcenia z rezygnacją głową. Już przed rozmową doskonale wiedział że szanse na współpracę są nikłe, jednak pozwolił sobie mieć odrobinę nadziei. Na darmo. Wybacz Nieiko, jednak twój brat jest zbyt uparty… Ty byś go przekonała.
Rozległo się trzykrotne pukanie. Estat oświadczył że powinni udać się na proces po czym ruszył w stronę otwrtych drzwi i rozkazał związać ręce oskarżonego. Nie odwrócił się ani razu gdy przemierzali korytarze. Był wściekły z powodu własnej niemocy i zawziętości Burego. Gdyby jednak powalić tych dwóch? Mogłoby się udać…
Z zamyślenia wyrwały go niespokojne odgłosy z tyłu.
- Ej, co jeeest!? – jeden z eskortujących barona i członka Bractwa żołnierzy przed momentem uświadomił sobie że jego miecz już nie znajduje się w pochwie, a rękach Burego. Jęknął z bólu gdy głownia uderzyła w jego skroń.
Estat ze zdumieniem odkrył że jego dawny szwagier był dobry w szermierce. Drugi strażnik szybko padł nieprzytomny. Na twarzy radcy pojawiło się jeszcze większe zdumienie gdy zobaczył jak Bury zamachnął mieczem w jego stronę.
Po chwili stracił równowagę i padł na plecy. Zaklął czując ból w plecach. Spojrzał szybko po sobie: nie było żadnej krwi. Zatem co… Zrozumiał gdy spojrzał do góry.
Odrąbał mi protezę!
Bez słowa obserwował jak Bury przepoławia sztuczną nogę i wyjmuje rdzeń. Dały się słyszeć krzyki i chrzęst stali. Z dwóch stron zbliżali się strażnicy.
Bury przełknął ze zdenerwowania ślinę. Wiele ryzykował: czar teleportacji rzadko któremu z Bractwa się udawał, a on na dodatek trzymał drewno cytrynowe. Lepiej jednak zginąć z własnej ręki niż obcej…
- Pozwól mi iść złotą drogą!
*
W efekcie użycia tak trudnego czaru stracił wzrok. Miał tylko nadzieję że nie na zawsze… Wylądował na czymś miękkim, co do tego nie mógł mieć wątpliwości. Dzięki innym zmysłom, konkretniej dotykowi i węchowi, wywnioskował że leży na górze kompostu. Próbował wstać, gdy nagle poczuł przeszywający ból. Moc cytryny przestała wpływać na receptory. Łapiąc łapczywie powietrze wymacał wystającą z okolic obojczyka strzałę. Nie trafiła w płuco, ani serce, tego był pewien. Co jeśli jest zatruta?
Śmierć? Gdy właśnie udało mi się uciec? Co z Daiką?
- Ja, Kreik, syn Domawika i Raski zaświadczam, że moja siostrzenica, Daiki… córki Lareika i… Raiki – zaczął szybko recytować we wschodnim dialekcie. Jego głos tracił na sile. – dotrzymała... obietnicy… k…krwi…
Zdawał się że ktoś krzyknął jego imię. Czyżby słyszał gdzieś blisko czyjeś kroki? Poczuł zawroty głowy.
- Zdejmuję z niej…
Jeszcze nie!
- klątwę…
Jeszcze nie!
- wygnańca…
*
- Kreik! – kobieta o siwych włosach padła na kolana przy rannym. Wyciągnęła strzałę i polizała grot. Zaklęła wypluwając ślinę. – Trzymaj się, stary. Coś w ty się wpakował?! – zaczęła grzebać w kieszeniach. - Umi! Chodź tutaj! – ryknęła w stronę domostwa.

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Dicey Reilly » 6 paź 2012, o 17:00

Ja to tu tylko położę... O, już mi lepiej. Mało, wiem... *kaja się*

- Myślisz że Kaga będzie próbowała zabić Frugo gdy przyjdziemy? – spytał Bury odwracając wzrok od miejsca gdzie przed chwilą stał Reith.
- Cholera wie. – Daika zaczęła otrzepywać z brudu podniesioną torbę. - Kiedyś byłabym pewna że nie, ale nie widziałam jej z kilka lat, jej pojęcie moralności mogło się zmienić. Chociaż… Wojownicy uważają zabijanie więźniów za nieho...
Daika zatrzymała się urywając w pół słowa. Kleryk zaniepokoił się widząc wielkie zdumienie na jej twarzy. Czyżby dostrzegł cień strachu?
Nie zwracając uwagi na jego pytania podwinęła lewy rękaw i spojrzała na przedramię. Nie było znaku klątwy. Poleciła klerykowi wrócić do zbierania rzeczy, po czym znowu na swoją rękę. Na cholerę się na nią gapię? - myślała. Przecież czuję że pamiętam drogę do domu. W takim razie… Bury nie żyje?
~ Ostrożnie, kobieto. ~ usłyszała głos. Odruchowo pomasowała skronie w odpowiedzi na ból głowy –zdążyła odzwyczaić się od rozmów z duchem pomarańczy. Kopę lat, draniu. ~ Lepiej skoncentruj się na zadaniu. Inaczej będę musiał wszystko robić za ciebie. ~
~ Nie ma mowy, już wystarczająco dużo osób pozabijałeś. ~ odparła przepełnioną wściekłym tonem myślą. ~ Swoją drogą byłoby znacznie łatwiej gdybyś pozwolił mi użyć swoich sił wedle własnej woli. ~
~ Nie ma mowy. ~
Daika powstrzymała w sobie chęć wgłębiania się w dyskusję, wiedziała że złość nie da nic oprócz szkód. Uparty jak osioł… Umi i Reith w końcu dogadali się z własnymi duchami, dlaczego to ja muszę mieć pecha?
~Było nie zjadać całego owocu. Byłbym słabszy, proste. ~
~Och, cicho bądź. ~
Może ta rozmowa nie należała do najprzyjemniejszych, ale Daika musiała przyznać że pomogła jej się skupić na opanowaniu emocji. Podeszła do kleryka i położyła dłoń na jego ramieniu.
- Czy to prawda że Bracia Pomarańczy czują gdy jeden z nich jest bliski śmierci albo umiera?
- Raczej tak. W końcu wszyscy co roku pijemy sok z owoców tego samego drzewa.
- Raczej? W każdym razie: czy poczułeś coś podobnego przed chwilą?
- Nie. A co?
Daika uśmiechnęła się z ulgą. Puściła jego ramię i wróciła do szybkiego zwijania manatek. Kleryk starał się jak najciszej wypuścić powietrze z płuc – rzadko udawało mu się skłamać bez momentalnego zdradzenia się miną. To nie była dobra chwila na denerwowanie Daiki. W przeciwnym razie tylko Słońce wie co może się wydarzyć. Z przyzwyczajenia powędrował dłonią w stronę kieszeni gdzie trzymał sadzonkę mandarynki i wyjął ją. Widok roślinki nie pomógł mu w stłumieniu obaw. Czy dam radę? Pokręcił głowę ganiąc się za brak pewności w siebie. Splótł palce wokół skrzyneczki.
- Pamiętaj: gdy tam dotrzemy rzuć osłonę tylko na siebie. – ostrzegła go Daika.
- Wiem wiem, bo zdjęciu bariery masz własną… Prawda? – dodał, widząc kwaśną minę rudowłosej. Niemal nie opadły mu ręce. – Nie masz?!
- Nie wydzieraj się. Nie mówiłam ci że nie panuję nad własnym owocem?
- Daika… Przecież nie mogę cię osłaniać używając mandarynki!
- Wiem, konflikt cytrusów i takie tam. – uciszyła go gestem widząc że już miał coś powiedzieć - Słuchaj: gdy tylko dojdziemy na miejsce spowoduję wybuch energii,. Wtedy wszyscy stracą przytomność, oprócz ciebie i mnie. Potem użyjesz kamuflażu i zwiniemy się stamtąd. Proste. Nie patrz tak na mnie, czyżby powaga Reitha kazała ci wyobrażać sobie że będę chciała robić coś ponad moje możliwości?
- Co jeśli nie będzie wybuchu?
- O to się nie martw, akurat eksplozja zawsze wychodziła mi celująco. Spakowany? To idziemy.

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez lomapur » 7 paź 2012, o 19:16

Naprawdę fajnie się czyta, Dicey, czekam na więcej ! :)
Post bez polskich znaków ? Piszę z Opery Mini ! :)

“There are no faster or firmer friendships than those formed between people who love the same books.”

Irving Stone
Avatar użytkownika
lomapur męska
Mag I stopnia
 
Posty: 127
Lokalizacja: Tam, dokąd nie dociera nawet mrok.
Reputacja: 403

Re: Nikt jeszcze nie wie co z tego wyrośnie...

Postprzez Dicey Reilly » 19 lis 2012, o 21:59

Frugo powstrzymał ziewnięcie. Wojownicy Nie Nazywać Ich Ninja najwidoczniej mieli tradycję milczenia podczas misji. Nie żeby pragnął z nimi pogawędzić, jednak nie spodziewał się że będą się komunikować między sobą. Wszyscy obserwowali otoczenie w zupełnej ciszy. Jedyną wypowiedzią jaką usłyszał było pytanie jednego z młodszych Wojowników o znajomość Kagi z Daiką. Odpowiedzią było ostre spojrzenie sąsiada.
Spojrzał na Kagę, siedzącą nieopodal z zamkniętymi oczami. Gładziła brązową skórę rękojeści miecza. Musiał przyznać że cieszyła go tradycja Wojowników zabraniająca używania broni białej przeciw przeciwników, których nie uważali za nader trudnych do pokonania. Nawet jeśli nie za bardzo ją rozumiał. Żywił głęboką nadzieję że i tym razem nie uznają Daiki wartą wyciągania ostrza.
Wtedy dał się słyszeć krótki gwizd. Wszyscy na polanie drgnęli i wstali jak jeden mąż. Z drobnym wyjątkiem związanego Frugo, u którego zgrabna zmiana pozycji nie wchodziła w rachubę. Kaga z rozbawieniem obserwowała jak jasnowłosy klęka po czym powoli staje na skrępowanych nogach.
- Nie zastanawiałeś się kiedyś nad przyłączeniem do nas? Z takim wyczuciem równowagi, już nie wspomnę o celnym…
- Kusząca oferta, ale podziękuję.
*
Daika idąc w głąb polany policzyła Wojowników, stojących w dobrze znanej jej formacji. Ośmiu… Jeszcze za nami dwóch i pewnie dwóch po drugiej stronie…
~ Kaszka z mleczkiem ~ odezwał się duch pomarańczy.
~ Nie przeszkadzaj, Owirk. ~
Zatrzymała się kilka kroków od Kagi i stojącego nieopodal Frugo. Mężczyzna mrugnął do niej uspokajająco. W innych okolicznościach na pewno by to pomogło, teraz jednak nie mogła pozbyć się ciągłego poczucia dyskomfortu. Nie spodziewała się że bliskość kleryka, który od pewnego czasu był pod osłoną czaru, będzie tak nieprzyjemna. Gdy kolejny zimny dreszcz przebiegły po jej plecach zatrzymała się. Sześciu Wojowników wyciągnęło miecze i wycelowało w nią i kleryka. Daika spojrzała na Kagę. Na twarzy tamtej pojawił się uśmiech.
- Jestem zdumiona że nie wzięłaś żadnej broni.
- Lubię sprawiać niespodzianki. – Daika kątem oka dostrzegła dziwną minę kleryka, jakby właśnie doznał olśnienia.
- Oddaj mi drzewko. Powoli. – jeden z Wojowników wyciągnął rękę w stronę Burego. Kleryk przełknął ślinę gdy ostrze zbliżyło się do jego gardła. Spojrzenia wszystkich skupiły się na nim. Zauważając że Daika patrzy w skupieniu na ziemię powoli sięgnął powoli do kieszeni.
Rudowłosa nabrała cicho powietrza. Czuła że za chwilę skupi wystarczającą ilość energii. Spojrzała do góry.
Bury wziął skrzyneczkę w dłoń.
Fala ciepła wędrowała od rąk do serca. Jeszcze trochę...
Wyjął mandarynkę z kieszeni.
Czuła żar w ramionach. Jeszcze trochę…
Zaczął wyprostowywać rękę ku Wojownikowi.
Teraz! Daika zamknęła oczy wypuszczając energię.
Nic się nie wydarzyło.
Kleryk zamarł z w połowie wyciągniętą ręką widząc zdumioną minę Daiki.
~ Ojojoj… Nie zadziałało? ~ duch Omwirk wydawał się mocno rozbawiony.
~ Jaja sobie robisz...! ~
Kleryk szybko cofnął dłoń i przytulił sadzonkę do piersi. Frugo widząc panikę Burego i zdenerwowanie Daiki pochylił się do przodu, stracił równowagę i runął na mężczyzn grożących klerykowi mieczami. Opadając szybko pociągnął za trzymany od dłuższego czasu fragment liny i rozwiązał jednym ruchem supeł krępujący jego ręce. Zauważając że Bury jest pod osłoną zaklęcia i wymierzane ciosy przechodziły przez niego jak przez powietrze, wyrwał zdezorientowanemu Wojownikowi miecz i szybko przeciął więzy u nóg.
W tym samym czasie Daika wymierzyła jednemu z przeciwników cios pięścią i zamachnęła się w celu kopnięcia Kagi. Na jej nieszczęście Wojowniczka nie straciła kontroli i odskoczyła.
- Chciałam po dobroci, ale skoro chcesz... – Kaga wyszczerzyła zęby. Zanim Daika mogła zareagować ta wyciągnęła stalowy pocisk i cisnęła nim w walczącego z dwoma Wojownikami Frugo.
Nie! Daika odruchowo rzuciła się w jego stronę, mimo świadomości że to nic nie da.
~ Dam ci minutę. ~
Kaga zamarła na widok Daiki, trzymającej maleńkie ostrze, które przed sekundą rzuciła. Cofnęła się widząc jej wściekłe spojrzenie.
- Też chciałam po dobroci. – wycedziła Daika z zaciśniętymi zębami i skoczyła.
Kleryk właśnie recytował ostatni wers inkantacji oślepienia gdy spojrzał poza ramię próbującego go zranić Wojownika. Jego oko zarejestrowało trzy obrazy: pierwszy przedstawiał Daikę biegnącą ku Frugo, drugi - Daikę łapiącą z zamachem Frugo za rękę, trzeci - zbliżającą się twarz zdezorientowanego Frugo, lecącego w jego stronę. Jęknął z bólu gdy ciało mężczyzny uderzyło w niego a siła impetu popchnęła ich jeszcze kilka metrów.
- Zabierajcie się stąd! – obaj usłyszeli krzyk Daiki. Gdy podnieśli głowy uderzyła na zdezorientowanego Wojownika. Sekundę później trzymała miecz.
Kaga w bezruchu obserwowała walkę. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Niemal się nie roześmiała widząc bezradność jej ludzi i przemykającą między ciosami Daikę. Zabiła dwóch. Pokaż mi więcej! Kolejny jej podkomendny padł. Więcej, Daika! Tańcz tak jak ostatnio!
- Kaga, rusz dupę! – Niagetr, jedyny oprócz niej Wojownik Drugiej Rangi, właśnie dobiegł na miejsce z końca polany i minął ją skacząc ku Daice. Udało mu się wykorzystać moment i przejechał ostrzem po jej policzku, zanim zmuszony był parować błyskawicznie zadawane ciosy. Nie miał szans zauważyć że na jej twarzy nie było żadnego śladu po draśnięciu, chwilę później padł nieprzytomny po uderzeniu w głowę.
Daika kroczyła do przodu, napierając na Wojowników. Zostało już trzech. Po chwili tylko dwóch. Była zaskoczona własną prędkością – nie czuła by spieszyła się zbytnio przy zadawaniu ciosów, jednak widziała że jej przeciwnik ledwie paruje. Wszystko wydawało się takie proste, jej zmysły jeszcze nigdy nie były tak wyostrzone. To było wspaniałe uczucie. Spojrzała za siebie – kleryk już musiał użyć kamuflażu. Dobrze…
Usłyszała czyjś okrzyk. Głos brzmiał znajomo.
Szczęk! Ostrza jej i Kagi skrzyżowały się. Mimo wściekłości wobec niej za próbę zabicia Frugo poczuła smutek. Ciężko walczyć z sentymentem…
~ Dobra, koniec zabawy. Moja kolej. ~
~ Co… Czekaj! ~
Za późno. Ogarnęła ją ciemność.
Kaga jęknęła przymykając oczy. Siła z jaką Daika napierała gwałtownie wzrosła. Kolana zaczęły się powoli poddawać pod przygniatającym ciężarem. Spojrzawszy na jej twarz odniosła wrażenie że czas się cofnął – znów widziała ten szaleńczy grymas i pełne chęci mordu oczy. Nie była w stanie się obronić przed zadanym w pierś kopniakiem. Lądowanie po krótkim locie było bolesne – miała pecha trafić biodrem na kamień. Wstała szybko i stanęła w pozycji obronnej. Daika machnęła jakby od niechcenia mieczem i zaczęła iść ku niej wolnym krokiem.
Kaga poczuła jednocześnie strach i dziką satysfakcję – od dnia w którym połowa kadry szkoleniowców straciła życie z ręki jej dawnej przyjaciółki, w jej sercu pojawiło się nader silne pragnienie ponownego zobaczenia podobną rzeź. Z drugiej strony nie chciała zmierzyć się z Daiką. Wizja jej własnej śmierci już nie była dla niej tak interesująca.
Daika w kilku ruchach wykręciła jej rękę do tyłu, łapiąc mocno nadgarstek. Miecz upadł na ziemię. Po chwili kopniak w kostki pozbawił ją równowagi i znowu była na ziemi. Ryknęła, gdy stopa Daiki z impetem uderzyła w jej piszczel złamała kość. Spojrzała do góry wycierając zalewające jej oczy łzy bólu. Daika, nie spieszyła się z zadaniem kolejnych cisów, dała jej czas na odczołganie się kilka kroków to tyłu. Kaga zaczęła ciskać w nią pociskami, jednak żaden nie trafił, odbijając się od miecza.
- Hm? – mruknęła Daika widząc że Wojowniczka sięga po leżący na ziemi miecz, należący do jednego z jej ludzi, i z trudem podnosi się na zdrowej nodze. – Wyjątkowa jesteś, dziewczyno. Nic dziwnego że nie chciała cię zabijać…
Kaga drgnęła. Głos który słyszała nie należał do Daiki. Choć widziała że to ona rusza ustami, słyszała niskie, niewątpliwie męskie tony. Próbując nie myśleć o przeszywającym bólu nogi ścisnęła drżącymi dłońmi broń.
Daika w mgnieniu oka pojawiła się blisko niej. Widząc zbliżające się ostrze. czuła jak krew odpływa jej z twarzy. W panice odchyliła się w tył, choć wiedziała że nie zdąży. To koniec…
Już dawno tak się nie przeraziła.
Spadając patrzyła zdumiona jak Daika zatrzymuje się i spogląda w dół. Na skórze rudowłosej przy obojczyku pojawiła się czerwona plama, kształtem przypominająca odcisk dłoni. Gdy wylądowała, za Daiką stał jednooki mężczyzna, który uderzył ją mocno w tył głowy i złapał jej bezwładne ciało. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć oboje zniknęli.
W końcu nabrała powietrza. Opadła na plecy słysząc jedynie swój niejednostajny oddech.
*
Zanim przypomniała sobie co działo się zanim Owirk przejął nad nią kontrolę, zaczęła podejrzewać że jest na porządnym kacu. Ból głowy był nie do wytrzymania już od pierwszych sekund po przebudzeniu. Wymacała sporego guza na potylicy. Ziewnęła przeciągle otwierając w końcu oczy. Leżała na stercie futer, w wysokim namiocie.
Przewróciła się na lewy bok, wtulając leniwie policzek w poduszką. A raczej pełniący takową funkcję złożony w kostkę koc. Do jej nozdrzy dotarła woń pomarańczy – materiał musiał przejść zapachem z jej włosów... Podniosła się i z radością dostrzegła stojący tuż obok legowiska duży, drewniany kubek. Łapczywie wypiła zawartość, nie zwracając uwagi na cierpki smak. Odetchnęła głęboko czując jak ból głowy traci na sile. Niech żyje medycyna.
Do środka wszedł uderzająco podobny do Reitha mężczyzna.
- Cześć Deith. Jak tam kierowanie buntem?
- Nienajgorzej. Wczorajsza bitwa była nasza. – brat maga spojrzał za siebie, gdzie właśnie pojawił się Bury. Kleryk uśmiechnął się szeroko widząc wstającą na nogi Daikę. Miał na sobie swoje stare szaty z Bractwa. Daika od razu spytała go o Kagę. Uspokoiła się słysząc że żyje.
- Długo spałam?
- Raptem jedną noc. Chodź, musisz coś zjeść.
Zaskoczyła ją liczbą mijających ich ludzi gdy wyszli z namiotu.
- Dwa tygodnie temu dogadaliśmy się z klanem z Zachodnich Łysych. Są świetnie wyszkoleni, szkoda że wczoraj stracili dowódcę. – Deith spojrzał znacząco na Daikę. – Przydałby im się ktoś o wysokich kwalifikacjach.
- Nie próbuj mnie znowu wciągać w waszą wojnę.
- Nigdy nie zaszkodzi spytać. Wczoraj zwerbowałem nowego medyka. – wskazał kciukiem na Burego. Wtedy usłyszał wołanie jednego ze swoich ludzi i oddalił się po krótkim kiwnięciu głową.
- Co to za mina? – Daika dostrzegła dziwny wyraz twarzy kleryka.
- Co o tym myślisz? Że zostaję z nimi?
- Cieszę się: mam spokój a ty nie będziesz pałętał się sam po lasach. Pomóż im mandarynką, zmieniaj historię, zostań misjonarzem, czwartym królem, rób co chcesz. – rozejrzała się. – Gdzie jest Frugo?
- Obiera ziemniaki.
- Co?
Kleryk nie zmyślał: kilka minut później Daika obserwowała wyścig w obieraniu ziemniaków, którego uczestnikami było kilku kucharzy wojska oraz Frugo. Około trzydziestu mężczyzn otaczających zasypane warzywami stoły skandowało „Blondyn! Blondyn!”, i uderzało mocno w drewniane blaty, robiąc jeszcze więcej hałasu. Jeden z widzów wykrzykiwał o co chwila sumy przyjmowanych zakładów.
- Tragiczne te ich kartofle. – tymi słowami Frugo przywitał się już po wygranej, rozmasowując obolałe dłonie. – Miękkie jak cholera.
- Muszę ci coś powiedzieć. - kleryk zwrócił się do Daiki.
*
- Dwa, trzy, cztery. - mruczała szybko, obserwując odbijające się od powierzchni wody kamyki. Musiała przyznać że rzucanie kaczek należało do tych czynności, które nigdy jej się nie nudziły. Gdyby tylko wszystkie kamyki były płaskie…
Podwinęła spodnie jeszcze wyżej i zrobiła kilka kroków dalej w poszukiwaniu dobrych pocisków. Spojrzała za siebie. Opierający się o głaz Reith nadal spał jak zabity. Zanim dotarła nad brzeg rzeki miała zamiar od razu go budzić, jednak widząc zmęczenie na jego twarzy, nie miała serca zabierać mu chwili odpoczynku. Z relacji kleryka wywnioskowała że musiał zużyć niebotyczną ilość energii – teleportacja między Górami Łysymi, domostwem Umiego i polaną gdzie walczyła z Kagą w końcu nie należy do błahostek.
Po piętnastu kolejnych kaczkach znów rzuciła okiem na Reitha. Tym razem nie spał. Ich spojrzenia zetknęły się.
- Mogłaś rzucać dalej, miło mi się patrzyło. – odezwał się, gdy skończyła zabawę i podeszła do niego by usiąść obok.
- Słyszałam że Bury jest u Umiego. Na pewno wszystko z nim w porządku?
- Uhm. Powinien obudzić się za dzień lub dwa. Chcesz się tam wybrać?
Nie odpowiadając od razu spojrzała na rzekę.
- Wczoraj zdjął ze mnie klątwę.
Usłyszała jego westchnienie. Musiała przyznać że sama była po części niezadowolona – za długo każde z nich miało inne plany na najbliższą przyszłość.
- Zobaczenie rodziny to zawsze jakiś nowy powód. Niechęć do przyłączenia się do nas zaczęła się robić nudna. – Reith przysunął ją do siebie i zanurzył nos w jej włosach. Znów zaczął żałować że obiecał bratu pomóc w rebelii. – Nadal pachniesz pomarańczą.
*
- Długo jeszcze mamy się wspinać? – spytał Frugo mijającego go Reitha.
- Jak będziesz dalej narzekać to w ogóle was nie przeniosę, albo najwyżej dwadzieścia mil. Jesteśmy wystarczająco wysoko by bez problemów teleportować się na taką odległość.
Daika przystanęła w celu pozbycia się kamyka z buta. Szczęśliwa że już nic nie uwiera ją w stopę spojrzała w dół zbocza, na składającą obóz armię. Byli za wysoko by dało się dostrzec która ruszająca się postać to Bury. Nie pierwszy raz zaczęła się zastanawiać co może wyniknąć z zaplątania się mandarynki w bunt o nowe państewko.
- Czemu wydaje mi się że ominie nas coś, co warto samemu zobaczyć by mieć o czym opowiadać wnukom? – Frugo najwidoczniej miał podobne odczucia.
- Prędzej czy później będziemy brać w tym wszystkim udział. – wymieniła drobny uśmiech z Reithem. - Jeśli wolisz prędzej, możesz jeszcze zawrócić.
- Chyba podziękuję. Mają paskudne ziemniaki.

-----KONIEC------

Tak jest - oto kończy się historyjka o ucieczce drzewka mandarynki z rąk jednego z cytrusowych władców. Rok temu, zamieszczając pierwszy fragment nie sądziłam, że tak długo zajmie mi domknięcie tej małej opowieści i ten fakt powoduje u mnie niejakie poczucie wstydu. Za to muszę powiedzieć, że pisanie tego sprawiło mi wielką frajdę i jestem zadowolona, choć zdaję sobie sprawę z niekiedy kulawego języka czy głupotek fabularnych. Osobom które miały na tyle cierpliwości by czekać na następne części mocno dziękuję.

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Poprzednia strona

Powrót do Wieża sztuk

Mag bez kapelusza jest tylko smętnym osobnikiem o podejrzanym guście w doborze ubrań.

Ostatni kontynent, dodał(a) vespa

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników

cron