Śmiesznie wyszło z twoim apelem, Marcel, bo akurat wczoraj po dłuuugiej przerwie uznałam że nazbierałam wystarczająco dużo pomysłów na dalszą część.
Miłej lektury!
Po krótkiej wędrówce między źdźbłami trawy szara jaszczurka zatrzymała się. Dostrzegłszy że znajduje się na skąpanej w promieniach Słońca powierzchni, poczęła rozglądać się za dogodnym miejscem. Niedługo później przywarła brzuchem do ciepłego kamienia i przymknęła lekko oczy. W tej chwili miała wszystko czego jaszczurce do szczęścia potrzebne: ciepło, zapełniony dwoma pająkami żołądek i świadomość że nie musi dzielić kamienia z inną jaszczurką.
Szczęście jednak ma to do siebie że niekiedy bardzo szybko się kończy.
tum, tum, tum, tum, TUM, TUM, TUM TUM, TUM! TUM! TUM! TUM!
Jaszczurce ledwo udało się ujść z życiem. Schowała się w trawie a jej piękny, ciepły kamień poszybował w górę by potem zderzyć się z konarem jednego z setki okolicznych drzew, po spotkaniu z poruszającym się kilkakrotnie większym obiektem, mianowicie skórzanym butem,.
Wojownicy Nie Nazywać Ich Ninja przerwali bieg. Niektórzy pozwolili sobie bardzo cicho westchnąć. Rozdroża potrafią wprowadzić człowieka w lekką konsternację.
Jedna postać wysunęła się z grupy i podeszła do czekającej przed nią trzech mężczyzn.
- Ślady znajdują się na każdej z trzech dróg. – oznajmił jeden z nich.
- Na jakim dystansie?
- Tak daleko jak udało nam się dobiec. Trzy mile – rzucił szybko w odpowiedzi na twarde spojrzenie.
- Wygląda na to że kleryk zna silniejsze inkantacje niż nam powiedziano…
Nastała cisza. Wszyscy bez słowa spoglądali na dowodzącą im kobietę, w oczekiwaniu na rozkaz.
- Na wschód. Kedryn i Nebekir, idźcie pozostałymi traktami. Jeśli po pięciu milach nadal będą ślady, dajcie sygnał.
*
Brodaty mężczyzna z błogą miną odchylił głowę do tyłu i popuścił lejce ciągnącej wóz klaczy. Promienie słoneczne przebijały się między liśćmi, pokrywającymi sieć unoszących się nad drogą gałęzi i przyjemnie grzały jego pomarszczoną twarz. Tak, taka chwila zasługuje na piosenkę, pomyślał.
Czemuś, południowy wietrze
Zaprowadził mnie w nieznane?
Tutaj, niebo, setki ścieżek
Inne od tych które kochałeeeeeem?!
Cały wóz zatrząsł się jakby z nieba spadł na niego wielki głaz.
- Prrr, Pestka, prrr! Co do jasnej cho… - mężczyzna urwał gdy w końcu się odwrócił.
Coś się wydarzyło. Wydarzyło się bardzo szybko. Woźnica znów spojrzał na drogę przed sobą i z jak największym uporem starał się zapomnieć że chwilę wcześniej na jego wozie stała dwójka odzianych na czarno osobników. Dobrze wiedział, że wszystko związane z Wojownikami Nie Nazywać Ich Ninja może sprowadzić kłopoty. Gdy na rozdrożu kilkadziesiąt kroków dalej obrał zachodnia drogę, był święcie przekonany że nic nie pamięta z momentu, gdy dwójka mężczyzn z prędkością błyskawicy zeskoczyła z wozu i mignęła dalej drogą.
*
- To już ostatni.
- Pewna jesteś? Może…
- Taaak, Bury, postójmy sobie jeszcze dwie godzinki dla pewności.
- Zdejmij w końcu to cholerstwo, nie czuję własnych ramion!
Daika wykonała kilka kółek rękami. Nie cierpiała inkantacji kamuflażu. Nie dość, że od dłuższego czasu czuła się jakby pokryty klejem, to jeszcze nie mogła się ruszać z powodu ciężaru czaru.
- Nie spodziewałem się że jesteś tak dobry w te klocki. – Frugo zrobił kilka przysiadów.
- Bo aż taki nie jestem. To dzięki drzewku. – Bury wskazał na trzymaną w dłoni sadzonkę. Wyjął zza pazuchy bukłaka i podlał ją.
- W każdym razie – Frugo z entuzjazmem podszedł do koni i wygrzebał z tobołków jabłko. Kleryk patrzył jak z precyzją obiera owoc: pasek wychodzącej spod sztyletu skórki na całej długości miał taką samą grubość i szerokość. - nasz pomysł się udał!
- Pomysł? To było spontanicznym skokiem w krzaki z konieczności…
Daika przechyliła się do tyłu, wspominając wcześniej przeprowadzoną na rozdrożu rozmowę.
- No i w którą stronę?
- Jesteś pewna że poznałaś jednego z nich?
- Jedną, gwoli ścisłości. Jedziemy w prawo. A nie, ja zawsze idę w prawo. Kaga o tym wie. Idziemy w lewo.
- Nie, w prawo. – odezwał się Bury. – Pomyśli, że pomyśleliśmy, że to ją zmyli i pójdzie za nami w lewo…
- Równie dobrze – Frugo podrapał się po głowie. - może pomyśleć że tak pomyśleliśmy że pomyśli że pomyśleliśmy że ją to zmyli i poszliśmy w prawo…
- A co jeśli pomyśli, że…
- No to środkiem!
- To za łatwe i ona też tak pomyśli.
- Zbliżają się, w krzaki! Bury, rzucaj kamuflaż!
- Może jabłuszko?
- Nie, ja błymmm…
Frugo i Bury z zaskoczeniem obserwowali jak Daika prędko znika w pobliskich gąszczach zakrywając usta. Po chwili dały się słyszeć charakterystyczne odgłosy. Mężczyźni spojrzeli po sobie.
- Chyba nie ty dzisiaj gotowałeś, prawda?
Kleryk pokręcił głową wzruszając ramionami. Jasnowłosy ruszył w kierunku krzewów.
- Hej, Daika, a może jest ktoś o kim nie wiem? O kurwa…
Stanął jak wryty widząc kałużę krwi przy klęczącej kobiecie. Jej twarz przybrała barwę pergaminu a w kontraście z ciemną czerwienią wokół ust wydała wała się jeszcze bledsza. Nic nie mówiąc Daika wyciągnęła w jego stronę dłoń, której wierzch tym razem nie był osłonięty drewnianym ochraniaczem – była cała fioletowa i najciemniejsza wokół podłużnej rany. Złapał ją zanim wylądowała we własnych krwistych wymiocinach. Szybko przewrócił ją na bok.
- O Wielki…
Kleryk skoczył w ich stronę i ujął w dłonie twarz rudowłosej.
- Zatrute pociski… Szkoła ze stolicy używa oleandra i rycyny. – szybko wyjął z fałdów szaty małą buteleczkę i próbował wlać jej zawartość do ust Daiki. – Mam nadzieję że grejpfrut zadziała. Pomarańcza byłaby znacznie skuteczniejsza…
- Zaraz. – Frugo podniósł wzrok i spojrzał gniewnie na Burego. – Chcesz powiedzieć że członek Bractwa Pomarańczy nie nosi przy sobie soku własnego zakonu, tylko grejpfruta?
- Nie zdążyłem zabrać! Przecież ucie… Nieważne! – kleryk rozejrzał się dookoła. Gdyby tylko wziął więcej z zielarni Bractwa…
- Czuję, że przyda wam się moja pomoc.
Mężczyźni spojrzeli w górę skąd przyszedł obcy.
*
Było jej ciepło. Przyjemnie ciepło. Podejrzanie ciepło. Dodatkowo nie miała sił by się ruszyć. Przez dłuższy czas nie miała wokół siebie nic oprócz ciemności. Dopóki nie ma tunelu ze światłem na końcu, jest dobrze, pomyślała. Idiotka, mogłam wcześniej sobie przypomnieć o pocisku. Na dodatek zapomnieć że mogą być pokryte trucizną? Wstyd… Nagle coś się zmieniło. Zaklęła w duchu widząc niewielki jasny punkt. Świetnie, umarłam. Zaraz… Umarłam? Z lekką paniką patrzyła jak biały punkt zwiększa się w szybkim tempie przeradzając się w jaśniejącą plamę. Bez przesady, nie teraz!
Szybko jednak uświadomiła sobie że ma otwarte oczy a tuż nad sobą dwie znajome twarze. Zobaczyła jak Bury wypuszcza z ulgą powietrze i znika z jej pola widzenia. Pozostał tylko uśmiechnięty Frugo.
- Wygodnie? Miałaś szczęście, to było jedno z ostatnich wolnych łóżek w oberży. Bez niego nie dalibyśmy rady.
Rzeczywiście, leżała na względnie wygodnym posłaniu, przykryta grubym kocem. Czuła się jakby jej w jej żołądek wbito setki igieł. Mimo bólu odetchnęła lekko, poprawiając ułożenie głowy.
- Słońce nam zesłało tamtego mężczyznę. – odezwał się Bury, kłaniając się w stronę czerwonej łuny za oknem. Frugo widząc jej pytające spojrzenie usiadł obok niej.
- Spotkaliśmy Reitha. – przytrzymał ją gdy z nagłym poruszeniem na twarzy próbowała się podnieść.
*
- To powinno pomóc.
Kleryk nadal z lekkim niedowierzaniem spoglądając na poprawiającego szary płaszcz czarnowłosego mężczyznę. Zwalczył chęć gapienia się na skórzaną przepaskę na oko i wyłaniającą się z niej prostą bliznę, ciągnącą się dalej w dół policzka. Spojrzał na nadal nieprzytomną Daikę.
- Pozdrówcie ją ode mnie gdy się obudzi. Pójdę już.
- Zaczekaj…
Zanim zdążył spojrzeć z powrotem na nieznajomego, ten zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu.
- Cały on. Nigdy nie cierpiał pożegnań… - mruknął Frugo biorąc rudowłosą w ramiona. Podniósł się powoli.
- Kto to był?
- Stary znajomy. I po części stary nauczyciel.
*
Obudził się w odpowiedzi na podmuch zimna. Burcząc pod nosem wstał szybko i zamknął okno. Spojrzał na beznamiętną twarz śpiącego współlokatora.
- Nie po to płacimy w oberży żeby było mi zimno… - zarzucił na siebie koszulę i wyszedł z izby. W kominku na dole powinno się jeszcze palić, pomyślał. - Jak chce chłodu to niech śpi na dworze… Bracia i ich dyscyplina… Szlag by trafił…
Zatrzymał się w progu, zauważając że nie tylko on wpadł na podobny pomysł. Na rozłożonym przed kominkiem futrze siedziała kobieta. Opierała brodę na kolanach podkulonych nóg a jej ciemnobrązowe oczy skupione były na syczących płomieniach. Frugo podszedł i usiadł obok niej.
- Koszmary?
- Czy ja wiem… Śniło mi się że założyłeś rozlewnię soków i nazwałeś ją własnym imieniem.
- Hm, ciekawy pomysł. – mężczyzna zaśmiał się opierając dłonie za sobą. Spojrzał na nią. – Skąd ta ponura mina? Chodzi o Kagę?
Daika pokręciła głową.
- Bardziej intryguje mnie ta mandarynka. Bury… To znaczy ten znacznie starszy kiedyś pokazywał mi jak rzuca inkantacje trzymając gałąź pomarańczy. – przybliżyła bose stopy bliżej paleniska. – To, co widziałam kilka lat temu różni się od wczorajszych wyczynów. Nasz Bury nie może być tak silny jak tamten a mając młodziutką sadzonkę rzucał czary na naprawdę wysokim poziomie.
- Wychodzi na to że czwarty cytrus jest znacznie silniejszy od pozostałych.
- Jeśli kiedyś powstanie Bractwo Mandarynki, to może za łatwością zaszkodzić równowadze… Co tak patrzysz?
- Dawno tak się nie przejmowałaś polityką sięgającą dalej niż praca w „Jaszczurce”
- Bo nie eskortowaliśmy wtedy niedoświadczonego mnicha z sadzonką.
*
Zakręciło jej się w głowie i usiadła powoli na łóżku jednocześnie patrząc z zadowoleniem na efekt swojej pracy. Bury nie podzielał jej entuzjazmu. Po kilku latach zdążył przyzwyczaić się do szorstkich spodni i koszuli przykrytych bawełnianą mniszą szatą. Teraz nawet spoglądając na porządne buty z cholewami i skórzaną kurtkę czuł się nagi.
- No, i szanse konfrontacji znacznie zmalały. – Frugo podał rudowłosej czarkę z wodą. Nie mógł ukryć rozbawienia na widok miny Burego, który z wielkim zdumieniem spojrzał w lustro. Zbliżył dłoń do części policzka przy uchu.
- Nie dotykaj! – ofuknęła go Daika. – Rozmażesz warstwę.
- Nie spodziewałem się że zobaczę mężczyznę w makijażu poza teatrem. – Frugo najwidoczniej miał niezły ubaw.
- A ja że jeszcze zobaczę tę twarz bez tatuażu… - Bury nie mógł oderwać wzroku od własnego odbicia. Wyprostował się i spojrzał na dwójkę. Uśmiechnął się lekko. Jakby wrócił do czasów przed wstąpieniem do Bractwa.
- Za godzinę jedziemy dalej.

