emerencja napisał(a):" ^KAŻDA!* reguła ma wyjątki - i kij im w bary, jeśli ją, idyjoci a skukinkoty, potwierdzają!
Najwyżej zostanę okrzyknięty idyjotą a skukinkotem, ale tego stanowiska obronić muszę:
Nie istnieje reguła od której istniałyby wyjątki. Jeżeli od czegoś istnieje wyjątek, to wręcz z definicji to coś nie może być regułą.
emerencja napisał(a):*** jeśli cokolwiek zapamiętałam z lekcji (30 lat temu) logiki, to i tak wygrałam
Ja to miałem nie na logice, a na analizie. Wykładowca całkami i innymi funktorami wbijał nam do łbów, co następuje: kobieta ZAWSZE ma rację. A jeżeli nie ma i z własnej nieprzymuszonej woli przyznaje się do błędu, ZAWSZE (bez względu na okoliczności) należy spuścić głowę i pokornie przeprosić.
emerencja napisał(a):Pomijając, że choć melodia gładka, to jednak .. prawdziwym owo powyższe zdanie nie jest. Osobiście znam kilku takich, co nie kochali nikogo, nigdy. JĘZOR

Ponieważ przytoczona tutaj odpowiedź jest odpowiedzią poprzez odwołanie się do autorytetu amerykańskiego muzyka. Właśnie podważyłaś słuszność tej tezy, tym samym narażając się na gniew fanatyków pana Martina.
Ja bym raczej sugerował się tymi dwoma kwantyfikatorami 'istnieje':
Weźmy dowolne x i dowolne y. Jeżeli y kocha x, to istnieje czas z taki, że 'y kocha x przez czas z', co kończy dowód w tym przypadku. Jeżeli y nie kocha x, to znaczy, że 'y kocha x przez czas 0', zatem istnieje z=0 takie, że 'y kocha x przez czas z', co kończy dowód w tym przypadku. Ponieważ przypadki te się uzupełniają, dowiedliśmy prawdziwości zdania
"Dla każdego y istnieje taki x i takie z, że:
x is loved by y during the time z"No i oczywiście FANFARY wielgie i brzmiące dla waćpanny emerencji, która to, nie zważając na godzinę późną, temat uratowuje wyciągnąwszy z czeluści zapomnienia ku uciesze forumowej społecznościji!
Jako, że moja kolej, nie przedłużam bardziej:
W leniwym nurcie Ankh znaleziono ciało. Martwe ciało. Oczywiście nie jest to niczym zaskakującym w tym mieście, jednak odkąd pieczę nad strażą objął Sam Vimes, nie może zaistnieć taka sytuacja, żeby zbrodnia była niewyjaśniona. Tym bardziej, że przy ciele nie znaleziono wizytówki gildii skrytobójców.
Pierwszą poszlaką, na jaką natknęła się straż był sztylet w plecach głównego zamieszanego. Bardzo ładny sztylet. Tak ładny, że najprawdopodobniej pełnił funkcję prezentu, chociaż przy tym ostatnim wniosku większą siłę przekonywania miał fakt, że na ostrzu wygrawerowano 'Dla Marca Hugginsa od kochającej mamy. Pamiętaj, żeby zawsze myć rączki przed jedzeniem.'
Marc Huggins niejednokrotnie bywał obiektem zainteresowania straży, toteż Vimes natychmiast wysłał Marchewę, aby przyprowadził podejrzanego.
***
-Dzień dobry panie Huggins.
Marc Huggins był niewysokim człowiekiem około czterdziestki. Normalnie, słysząc swoje nazwisko, nonszalancko odwróciłby się w kierunku przeciwnym do źródła dźwięku i przyspieszył kroku. Znał jednak ten głos. Był to głos osobnika, który i tak cię znajdzie...
-O... Pan Marchewa... Jak to miło... yyy... spotkać pana...
-Również się cieszę z naszego spotkania. Co tam u mamy? Wyzdrowiała już?
-Y... No... Tak....
-Cieszy mnie to bardzo. Pójdzie pan ze mną.
Więc już wiedzą... tak... No ale to Marchewa - przed nim nie da się uciec...
-No dobrze... Mogę jeszcze wstąpić do domu po szczoteczkę do zębów? Mama się denerwuje, jak nie myję zębów po każdym posiłku...
-Pójdziemy tam razem.
***
Wnętrze mieszkania Marca Hugginsa było bardzo... przytulne. Zdecydowanie przytulne. Nie może nie być przytulnym mieszkanie tak małe, że jego ściany wyglądają tak, jakby lada moment miały się do ciebie przytulić. Na podłodze leżało parę opróżnionych butelek po tanim piwie i kilka kartonowych opakowań po jedzeniu z agatejskiej knajpy. Obok czegoś, co z braku lepszego określenia można nazwać kanapą, na stoliku stał czerwony 'odmierzacz czasu ze wskazówkami, który uruchomi mechanizm alarmowy o ustalonej godzinie' - słynny wynalezek Leonarda z Quirmu. W zlewie leżał stos talerzy i brudnych sztućców.
-Mam... Możemy iść.
Ostatnim razem, kiedy Huggins próbował sztuczek typu 'zaprowadzę go do domu, a jak się odwróci tyłem pchnę go nożem i po sprawie' na Marchewie, nauczył się, że tego typu sztuczki nie działają na nową straż, a zwłaszcza na Marchewę.
***
-Posłusznie melduję panie komendancie, że zaprowadziłem podejrzanego do sali przesłuchań. Sierżant Detrytus pilnuje, żeby nie robił niemądrych rzeczy.
-Doskonale. Zaraz pójdziesz go przesłuchać.
Ktoś zapukał w framugę otwartych drzwi.
-Proszę, wejdź Igorze.
-Zakończyłem sekcję zwłok, sir. Wszystko wskazuje na to, że przyczyną śmierci było wykrwawienie. Ewidentnie z powodu rany w plecach. Czas zgonu - mniej więcej północ. Narządy wewnętrzne w całkiem niezłym stanie...
-To ja już sobie pójdę. Resztę przeczytam w raporcie...
-Tfshszymaj. Tylko nie zrażaj się tą plamą - to nie to, na co wygląda.
Marchewa odebrał od Igora teczkę z plamą, która na pewno nie była plamą krwi - wszak Igor sam przed chwilą powiedział, że to nie to, na co wygląda - po czym udał się do sali przesłuchań.
***
Sala przesłuchań komendy straży miejskiej AM była urządzona tak, jak miliony sal przesłuchań w całym wszechświecie - prosty szeroki stół, krzesła po obu stronach - po jednym dla zadającego pytania i przesłuchiwanego - oraz trochę przestrzeni dla dużego, silnego i brutalnego gliny, który pozostanie po prostu duży, jeżeli tylko przesłuchiwany będzie grzecznie współpracował.
-Czy to pański sztylet? - Marchewa położył na stole dowód rzeczowy numer dwa (numerem jeden były zwłoki poszkodowanego).
-Nie kojarzę...
Detrytus chrupnął krzemiennymi stawami w palcach.
-Radzę się zastanowić nad odpowiedzią. Myślę, że tekst na ostrzu będzie dla pana wystarczającą wskazówką.
Huggins skrzywił się, gdy zobaczył grawerunek.
-No dobra. To faktycznie mój sztylet. Dostałem go od mamy rok temu na urodziny...
-Kiedy ostatnio widział pan ten sztylet?
-Nie wiem... Może miesiąc temu... - zastanowił się, po czym dodał - Ktoś mi go ukradł. Tak. Zdecydowanie ukradł. Podam nawet nazwisko i adres.
-Dziękuję. Z pewnością skorzystamy z pańskiej wiedzy. Co pan robił ostatniej nocy mniej więcej o północy?
-Spałem. Wie pan... pracowity dzień. Położyłem się koło dwudziestej i od tamtej pory spałem jak zabity aż do dziesiątej rano. Pospałbym dłużej, ale budzik rozdzwonił się jak sto diabłów...
-Kłamie pan. - to stwierdzenie wywołało grymas przerażenia na twarzy Hugginsa - Kłamie pan, a sierżant Detrytus, który dziś mi asystuje, zna bardzo dużo sposobów na wyciąganie prawdy. - jakby na potwierdzenie tych słów troll ponownie chrupnął palcami - Tak długo, jak będzie pan mówił prawdę, przesłuchanie będę prowadził ja. Zacznijmy więc od początku: Czy to pański sztylet?...
***
Huggins do końca przesłuchania nie odważył się skłamać - skąd Marchewa wiedział, że jego alibi jest lipne? Przecież pilnował, żeby nikt go nie widział, a zanim wyszedł z domu zostawił poduszki tak ułożone, żeby po zerknięciu przez okno było widać, że ktoś leży w łóżku... Skąd wiedział? No skąd?