Ale, żeby nie przynudzać, mała próbka tekstu, nad którym siedziałem parę miesięcy temu. Z tego samego powodu, co moja absencja na tej stronie - wciąż nieukończonego. Mam ledwie parę rozdziałów - jakieś nędzne 30 stron w wordzie - jeśli się spodoba wprowadzenie, chętnie dorzucę kolejne części. Kto wie, być może zainspirujecie mnie do skończenia owej - wcale nie inspirowanej Pratchettem i Adamsem
Pożywiom, uwidim. Na razie rzućcie okiem na to. Miłej lektury
Trzaski
JEDEN
- Dlaczego zabił pan tę fokę?
No tak...
Życie, jeśliby dobrze się przyjrzeć, składa się głównie z pytań i odpowiedzi. I nie jest to tylko i wyłącznie kwestia gadatliwości i pełnego komplikacji życia społecznego Homo sapiens. Rodzimy się z niewielką ilością pytań, które w ciągu zaledwie kilku lat przyjmują postać imago – nieskończonego potopu zagadek, które bliscy, przy odpowiedniej cierpliwości, pomagają nam rozwiązać.
Na wiele z tych pytań odpowiedzi nie poznamy nigdy. Możemy się wprawdzie dowiedzieć, dlaczego drzewa tracą liście, koty czynią niemiłosierne hałasy w porach wiosennych lub dlaczego nie powinno się wkładać paluszków w gniazdo elektryczne. Na pytania dotyczące Boga, sensu życia czy nieskończonych pokładów ludzkiej głupoty odpowiedzi pozostaną nieliczne i na sto procent nie zadowolą wszystkich.
Są Ważne Pytania w stylu „czy wyjdziesz za mnie?” lub „panie prezydencie, odpalamy?”. To pytania i odpowiedzi, które potrafią zaważyć na ludzkim losie. To pytania, które mają moc, nierzadko posiadające zdolność kształtowania tego, co nazywamy w swym zadufaniu rzeczywistością.
Pozostaną jeszcze Ekstremalnie Głupie Pytania. Takie, których nie przyjąłby nawet naćpany i obdarzony poczuciem humoru walca drogowego scenarzysta nędznego sitcomu. To zagadnienia typu „dlaczego masz nocnik na głowie?”, „dlaczego zjadłeś mielonkę bez otwarcia puszki?” i tym podobne. Tego typu pytania na szczęście zadawane są rzadko (choć w pewnym wieku ich częstotliwość narasta), a co najważniejsze, rzadko prowadzą do czegoś konkretnego. To pytania, bez których życie spokojnie mogłoby się obejść. Może poza życiem twórców pewnych odmian absurdalnego humoru.
Pytanie o fokę na pierwszy rzut ucha sprawiało wrażenie pytania Ekstremalnie Głupiego. To nie było pytanie, które chciałoby się usłyszeć bez względu na wiek. Było zwyczajnie zbyt głupie.
Czasem jednak okazuje się, że nasze życie może zależeć od największych nawet absurdów.
***
Pytanie zadawał gruby, wąsaty sierżant. Krzaczaste brwi zrosły się we włochatą parodię wałów nadoczodołowych, kiedy zmarszczył je w gniewie. Pot ściekał gęsto po ogorzałej twarzy policjanta i mieszał się z brudem i kawałkami jedzenia, kiedy sierżant ocierał rękawem mokre czoło. Wolną ręką przytrzymywał hamburgera, który poza wydawaniem mlaszczących odgłosów, wydzielał także nieprzyjemną woń cebuli. Odór warzywa komponował się niesamowicie z zapachem samego sierżanta, wzmacniany lekką mgiełką taniej wody kolońskiej.
Siedzący naprzeciw niego Marcin Trzaski, szef jednego z największych koncernów medialnych w Polsce spojrzał prosto w cuchnącą paszczę policjanta i zamrugał. Łzy stanęły mu w oczach, choć tylko częściowo dzięki odorowi niemytych zębów. Rozluźnił krawat i potrząsnął głową.
- Nie wierzę... – wyszeptał, a jego mięsiste wargi zadrżały, nie mogąc się do końca zdecydować pomiędzy rozpaczą a dzikim, panicznym śmiechem. Policjant, któremu temperatura zaczęła dawać się aż za bardzo we znaki, rozpiął mundur, odsłaniając pożółkłą od potu koszulę i uwalniając kolejne fale smrodu.
- W co pan nie wierzy? – burknął policjant, gdy tymczasem nozdrza Marcina Trzaskiego odbywały swoje prywatne Waterloo z kawalkadą trzymanych pod sierżanckimi pachami bakterii.
- Jest pan... jest pan... – Trzaski zaczął chichotać, czym jeszcze bardziej rozeźlił otyłego policjanta – Niech zgadnę, Kosarkis pana nasłał? Jest pan... – przerwał wypowiedź salwą śmiechu godnego seryjnego zabójcy – Jest pan zbyt stereotypowy... nie, nie wierzę! Hahahahaha!!!
Sierżant nie był głupcem. Wiedział, że ten pokręcony, otyły facet, który przed nim siedzi, zgięty wpół ze śmiechu, to jeden z najbogatszych ludzi w kraju. Krążyły plotki, że sam prokurator generalny tak się napruł na przyjęciu u Trzaskiego, że zdołał obrzygać pięciu innych, szacownych gości, zanim prywatna ochrona grzecznie nie położyła go do łóżka. Ponoć stary Wierzbowski osobiście, ze szczerymi przeprosinami, niósł nową pościel dyrektorowi.
Z tego co sierżant wiedział, Trzaski był lubiany, nie tylko w środowisku grubych ryb. Jego pracownicy zgodnie oceniali, że nigdy nie mieli bardziej wyrozumiałego i łagodnego szefa, poza tym był uosobieniem zjawiska, które zwykło się określać amerykańskim snem. Ponoć na początku swojej kariery był zwykłym, szarym prywatnym detektywem żyjącym gdzieś na obrzeżach Polski. Potem zniknął na jakiś czas a kiedy wrócił, zajął się mediami i grą na giełdzie. Był w tym tak dobry, że po zaledwie pięciu latach znalazł się na pięćdziesiątym miejscu wśród najbogatszych Polaków, a jego sztandarowy program „Gdzie masz mózg?” stał się najchętniej oglądanym programem wśród młodzieży.
Owszem, wielu miało mu za złe prowadzenie stacji MTTV, gdzie poziom absurdu i niewyrafinowanego humoru przekraczał wszelkie standardy. Sam Trzaski wielokrotnie podkreślał swoje liche wykształcenie i zapewniał, że nie osiągnąłby w życiu niczego, gdyby kierował się „zdrowym rozsądkiem i tym... no... kurczę... no wiecie czym... nie kierujecie się tym, nie?”. Kilkakrotnie próbowano mu udowodnić zły wpływ na młodzież, jednak jak twierdził sam dyrektor „nikogo, kurwa, pod pistoletem nie trzymam, nie?”.
A teraz sprawa z foką.
***
Zaczęło się od zwykłej akcji dobroczynnej. Chodziły słuchy, że Trzaski choć jako jedyny otwarcie przyznawał się do niechęci uczestniczenia w tego typu wydarzeniach, został do tego namówiony przez żonę, której popularność ostatnio spadała. Była gwiazdka filmowa, której kręgosłup zaczynał już doskwierać od napompowanych silikonem piersi. Nie potrafiła się zdecydować wprawdzie, komu chce pomagać, ale po konsultacjach ze specami od wizerunku postanowiła zainwestować pieniądze męża w „te biedne małe zwierzaczki”.
No i mąż zainwestował. Wybudował cały kompleks w ogrodzie zoologicznym, tylko by sprawić żonie przyjemność. Jak zakładał sierżant, zrobił to tylko dlatego, żeby boska Marina Deloix (nawet on uważał, że to fatalny pseudonim, choć jeśli ktoś nazywa się Bogumiła Szprot... cóż... mogło być gorzej...) mogła sprawić przyjemność jemu swoimi jędrnymi, karminowymi ustami. Bez względu jednak na intencje Trzaskiego, prawdziwy problem wystąpił, kiedy małżeństwo przybyło na uroczyste otwarcie nowej części ogrodu. Wszystko szło jak z płatka, Deloix niemiłosiernie szczerzyła śnieżnobiałe zęby, opierając biuściaste ciało na otyłej sylwetce męża, flesze błyskały, dyrektorzy ogrodu rozpływali się w komplementach...
... a potem Trzaski wyciągnął pistolet i zastrzelił na oczach kamer to biedne stworzenie.
Nastąpiło straszne zamieszanie, Deloix zemdlała, ochroniarze grzecznie, acz stanowczo wytłumaczyli reporterom gdzie umieszczą ich kamery, jeśli sprawa przecieknie do opinii publicznej, zaś wrzeszczącego niezrozumiale dyrektora MTTV wsadzono delikatnie do policyjnej furgonetki i oddano pod opiekę oficera dyżurnego.
A teraz Marcin Trzaski siedział na krześle i zaśmiewał się do łez.
***
Salwy śmiechu przerwał na szczęście prywatny adwokat dyrektora, który wraz z komendantem wojewódzkim wtargnęli nagle do pokoju przesłuchań. Sierżant skulił się pod gromowym spojrzeniem przełożonego i odruchem przyłapanego na paleniu papierosów dziecka, schował tłustą kanapkę za plecy.
- Jeśli się dowiem, Szałatin, że potraktowaliście pana Trzaskiego nieuprzejmie albo brutalnie, to ostrzegam! – huknął potężny mężczyzna – Wasz ryj posłuży mi za papier do wycierania dupska, a to i tak po tym jak, kurwa, dla własnej wygody wybiję wam wszystkie zęby, żeby nie podrażniły mojej delikatnej dziurki!
Stojący za komendantem adwokat, niski i szczupły człowieczek z bardzo starannie kamuflowaną kilkoma pasmami włosów łysiną uśmiechnął się blado pod drobnym wąsem.
- Jestem pewien, że pan sierżant potrafił zadbać o komfort naszego biednego gościa – położył maleńką dłoń uspokajającym gestem na szerokich barach rozwścieczonego komendanta.
- Oby. – mruknął szef wojewódzkiej policji, po czym zmarszczył nos – Kurwa, Szałatin, jak ty jebiesz! – wrzasnął - Wypierdalaj mi pod prysznic, ale już!!!
Sierżant Szałatin uciekł, gnąc się w ukłonach. Prawnik spojrzał z politowaniem na wciąż chichoczącego Marcina Trzaskiego.
- Jestem pewien, że uda nam się jakoś, komendancie Beller... – zaczął, ale jego rozmówca machnął tylko niedźwiedziowatą ręką.
- W porządku, pan Trzaski nie ma się czego obawiać. – wyciągnął pomiętą paczkę papierosów – Nawet „SuperPlotki” odstąpiły od puszczenia materiału, choć obawiam się, że pewien zarozumiały dziennikarzyna potraktował ostrzeżenie waszej ochrony jako merato... mety... me...
- Metaforyczne? – podsunął uprzejmie adwokat, nie zwracając uwagi na narastający śmiech Trzaskiego.
- Właśnie. Ale już ją z niego wyciągają. – Beller uśmiechnął się złowieszczo – A teraz proszę mi powiedzieć, co tu się, do kurwy nędzy, stało?
- Nasz lekarz scharakteryzował to jako „phocophobia”... rzadki przypadek, przyznaję, ale...
- Lęk przed fokami? – policjant parsknął śmiechem.
- Ludzie boją się różnych rzeczy, komendancie. – powiedział prawnik chłodnym tonem – Myślę, że panu Trzaskiemu przydałby się krótki...
Przerwał, gdyż ofiara phocophobii podskoczyła do niego z niebywałą jak na swoją masę szybkością i chwyciła go za klapy od garnituru, spryskując obficie kropelkami śliny.
- Kurwa, Fortyniuk, ty też jesteś jak z taniego filmu! – wycharczał Trzaski, wpijając w niego przekrwione, piwne oczy – I ten chuj też! – wskazał palcem Bellera – Wszyscy jesteście jak z pieprzonej bajki... To Kosarkis, prawda? Hahahahaha!!!
Komendant z trudem posadził Trzaskiego z powrotem na krześle, po czym spojrzał na wstrząśniętego adwokata ponuro.
- Myślę, że przyda mu się bardzo długi urlop, mecenasie. – mruknął – Bardzo długi. Proszę go zabrać, ale niech wasi ludzie go pilnują, bo w państwie prawa – kącik ust zadrżał, gdy wypowiadał oczywiste kłamstwo – nawet tacy jak pan Trzaski nie są nietykalni. Przemęczenie, co?
Prawnik kiwnął głową i wyciągnął telefon. Wykręcił numer i wydał parę instrukcji, po czym z wdzięcznością przyjął papierosa od Bellera.
- Kto to jest Kosarkis? – zapytał policjant znad chmury niebieskiego dymu.
- Cień z przeszłości, panie komendancie.
Beller zadawał pytania, Fortyniuk odpowiadał tak zwięźle jak tylko mógł. Komendant wkrótce poddał się, wiedząc że nie wydusi wiele z poplecznika szalonego biznesmena. Gdyby wiedział, jak brzmią odpowiedzi, z chęcią osunąłby się w błogie łoże nieświadomości.
Życie jednak zachęca do stawiania pytań. W przypadku Marcina Trzaskiego pytanie o biedną fokę należało do kluczowych pytań w rozwikłaniu niepewnej, dziwacznej, niesamowitej przeszłości jednego z najbardziej wpływowych osób w kraju.
Przeszłość owa musiała być niesamowita. Kto obdarzony zwykłym, szarym bagażem doświadczeń ładuje nagle serię kul w ciałko niewinnego, uroczego przedstawiciela Phocidae?
