Wieża sztuk

Trzaski - parodia kryminału

Twórczość własna naszych forumowiczów

Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Aeshtir » 30 kwi 2011, o 11:24

Herzlich willkommen, moi drodzy. Nie było mnie przez całe eony (bo i czasu na rozrywkę u mnie jak na lekarstwo), nie obiecuję też, że w przyszłości będę miał moment, by siąść do klawiatury dla mojego ulubionego forum :D .

Ale, żeby nie przynudzać, mała próbka tekstu, nad którym siedziałem parę miesięcy temu. Z tego samego powodu, co moja absencja na tej stronie - wciąż nieukończonego. Mam ledwie parę rozdziałów - jakieś nędzne 30 stron w wordzie - jeśli się spodoba wprowadzenie, chętnie dorzucę kolejne części. Kto wie, być może zainspirujecie mnie do skończenia owej - wcale nie inspirowanej Pratchettem i Adamsem ;) - opowiastki.

Pożywiom, uwidim. Na razie rzućcie okiem na to. Miłej lektury :D .


Trzaski


JEDEN


- Dlaczego zabił pan tę fokę?

No tak...

Życie, jeśliby dobrze się przyjrzeć, składa się głównie z pytań i odpowiedzi. I nie jest to tylko i wyłącznie kwestia gadatliwości i pełnego komplikacji życia społecznego Homo sapiens. Rodzimy się z niewielką ilością pytań, które w ciągu zaledwie kilku lat przyjmują postać imago – nieskończonego potopu zagadek, które bliscy, przy odpowiedniej cierpliwości, pomagają nam rozwiązać.

Na wiele z tych pytań odpowiedzi nie poznamy nigdy. Możemy się wprawdzie dowiedzieć, dlaczego drzewa tracą liście, koty czynią niemiłosierne hałasy w porach wiosennych lub dlaczego nie powinno się wkładać paluszków w gniazdo elektryczne. Na pytania dotyczące Boga, sensu życia czy nieskończonych pokładów ludzkiej głupoty odpowiedzi pozostaną nieliczne i na sto procent nie zadowolą wszystkich.

Są Ważne Pytania w stylu „czy wyjdziesz za mnie?” lub „panie prezydencie, odpalamy?”. To pytania i odpowiedzi, które potrafią zaważyć na ludzkim losie. To pytania, które mają moc, nierzadko posiadające zdolność kształtowania tego, co nazywamy w swym zadufaniu rzeczywistością.

Pozostaną jeszcze Ekstremalnie Głupie Pytania. Takie, których nie przyjąłby nawet naćpany i obdarzony poczuciem humoru walca drogowego scenarzysta nędznego sitcomu. To zagadnienia typu „dlaczego masz nocnik na głowie?”, „dlaczego zjadłeś mielonkę bez otwarcia puszki?” i tym podobne. Tego typu pytania na szczęście zadawane są rzadko (choć w pewnym wieku ich częstotliwość narasta), a co najważniejsze, rzadko prowadzą do czegoś konkretnego. To pytania, bez których życie spokojnie mogłoby się obejść. Może poza życiem twórców pewnych odmian absurdalnego humoru.

Pytanie o fokę na pierwszy rzut ucha sprawiało wrażenie pytania Ekstremalnie Głupiego. To nie było pytanie, które chciałoby się usłyszeć bez względu na wiek. Było zwyczajnie zbyt głupie.

Czasem jednak okazuje się, że nasze życie może zależeć od największych nawet absurdów.

***

Pytanie zadawał gruby, wąsaty sierżant. Krzaczaste brwi zrosły się we włochatą parodię wałów nadoczodołowych, kiedy zmarszczył je w gniewie. Pot ściekał gęsto po ogorzałej twarzy policjanta i mieszał się z brudem i kawałkami jedzenia, kiedy sierżant ocierał rękawem mokre czoło. Wolną ręką przytrzymywał hamburgera, który poza wydawaniem mlaszczących odgłosów, wydzielał także nieprzyjemną woń cebuli. Odór warzywa komponował się niesamowicie z zapachem samego sierżanta, wzmacniany lekką mgiełką taniej wody kolońskiej.

Siedzący naprzeciw niego Marcin Trzaski, szef jednego z największych koncernów medialnych w Polsce spojrzał prosto w cuchnącą paszczę policjanta i zamrugał. Łzy stanęły mu w oczach, choć tylko częściowo dzięki odorowi niemytych zębów. Rozluźnił krawat i potrząsnął głową.

- Nie wierzę... – wyszeptał, a jego mięsiste wargi zadrżały, nie mogąc się do końca zdecydować pomiędzy rozpaczą a dzikim, panicznym śmiechem. Policjant, któremu temperatura zaczęła dawać się aż za bardzo we znaki, rozpiął mundur, odsłaniając pożółkłą od potu koszulę i uwalniając kolejne fale smrodu.

- W co pan nie wierzy? – burknął policjant, gdy tymczasem nozdrza Marcina Trzaskiego odbywały swoje prywatne Waterloo z kawalkadą trzymanych pod sierżanckimi pachami bakterii.

- Jest pan... jest pan... – Trzaski zaczął chichotać, czym jeszcze bardziej rozeźlił otyłego policjanta – Niech zgadnę, Kosarkis pana nasłał? Jest pan... – przerwał wypowiedź salwą śmiechu godnego seryjnego zabójcy – Jest pan zbyt stereotypowy... nie, nie wierzę! Hahahahaha!!!

Sierżant nie był głupcem. Wiedział, że ten pokręcony, otyły facet, który przed nim siedzi, zgięty wpół ze śmiechu, to jeden z najbogatszych ludzi w kraju. Krążyły plotki, że sam prokurator generalny tak się napruł na przyjęciu u Trzaskiego, że zdołał obrzygać pięciu innych, szacownych gości, zanim prywatna ochrona grzecznie nie położyła go do łóżka. Ponoć stary Wierzbowski osobiście, ze szczerymi przeprosinami, niósł nową pościel dyrektorowi.

Z tego co sierżant wiedział, Trzaski był lubiany, nie tylko w środowisku grubych ryb. Jego pracownicy zgodnie oceniali, że nigdy nie mieli bardziej wyrozumiałego i łagodnego szefa, poza tym był uosobieniem zjawiska, które zwykło się określać amerykańskim snem. Ponoć na początku swojej kariery był zwykłym, szarym prywatnym detektywem żyjącym gdzieś na obrzeżach Polski. Potem zniknął na jakiś czas a kiedy wrócił, zajął się mediami i grą na giełdzie. Był w tym tak dobry, że po zaledwie pięciu latach znalazł się na pięćdziesiątym miejscu wśród najbogatszych Polaków, a jego sztandarowy program „Gdzie masz mózg?” stał się najchętniej oglądanym programem wśród młodzieży.

Owszem, wielu miało mu za złe prowadzenie stacji MTTV, gdzie poziom absurdu i niewyrafinowanego humoru przekraczał wszelkie standardy. Sam Trzaski wielokrotnie podkreślał swoje liche wykształcenie i zapewniał, że nie osiągnąłby w życiu niczego, gdyby kierował się „zdrowym rozsądkiem i tym... no... kurczę... no wiecie czym... nie kierujecie się tym, nie?”. Kilkakrotnie próbowano mu udowodnić zły wpływ na młodzież, jednak jak twierdził sam dyrektor „nikogo, kurwa, pod pistoletem nie trzymam, nie?”.

A teraz sprawa z foką.

***

Zaczęło się od zwykłej akcji dobroczynnej. Chodziły słuchy, że Trzaski choć jako jedyny otwarcie przyznawał się do niechęci uczestniczenia w tego typu wydarzeniach, został do tego namówiony przez żonę, której popularność ostatnio spadała. Była gwiazdka filmowa, której kręgosłup zaczynał już doskwierać od napompowanych silikonem piersi. Nie potrafiła się zdecydować wprawdzie, komu chce pomagać, ale po konsultacjach ze specami od wizerunku postanowiła zainwestować pieniądze męża w „te biedne małe zwierzaczki”.

No i mąż zainwestował. Wybudował cały kompleks w ogrodzie zoologicznym, tylko by sprawić żonie przyjemność. Jak zakładał sierżant, zrobił to tylko dlatego, żeby boska Marina Deloix (nawet on uważał, że to fatalny pseudonim, choć jeśli ktoś nazywa się Bogumiła Szprot... cóż... mogło być gorzej...) mogła sprawić przyjemność jemu swoimi jędrnymi, karminowymi ustami. Bez względu jednak na intencje Trzaskiego, prawdziwy problem wystąpił, kiedy małżeństwo przybyło na uroczyste otwarcie nowej części ogrodu. Wszystko szło jak z płatka, Deloix niemiłosiernie szczerzyła śnieżnobiałe zęby, opierając biuściaste ciało na otyłej sylwetce męża, flesze błyskały, dyrektorzy ogrodu rozpływali się w komplementach...

... a potem Trzaski wyciągnął pistolet i zastrzelił na oczach kamer to biedne stworzenie.

Nastąpiło straszne zamieszanie, Deloix zemdlała, ochroniarze grzecznie, acz stanowczo wytłumaczyli reporterom gdzie umieszczą ich kamery, jeśli sprawa przecieknie do opinii publicznej, zaś wrzeszczącego niezrozumiale dyrektora MTTV wsadzono delikatnie do policyjnej furgonetki i oddano pod opiekę oficera dyżurnego.

A teraz Marcin Trzaski siedział na krześle i zaśmiewał się do łez.

***

Salwy śmiechu przerwał na szczęście prywatny adwokat dyrektora, który wraz z komendantem wojewódzkim wtargnęli nagle do pokoju przesłuchań. Sierżant skulił się pod gromowym spojrzeniem przełożonego i odruchem przyłapanego na paleniu papierosów dziecka, schował tłustą kanapkę za plecy.

- Jeśli się dowiem, Szałatin, że potraktowaliście pana Trzaskiego nieuprzejmie albo brutalnie, to ostrzegam! – huknął potężny mężczyzna – Wasz ryj posłuży mi za papier do wycierania dupska, a to i tak po tym jak, kurwa, dla własnej wygody wybiję wam wszystkie zęby, żeby nie podrażniły mojej delikatnej dziurki!

Stojący za komendantem adwokat, niski i szczupły człowieczek z bardzo starannie kamuflowaną kilkoma pasmami włosów łysiną uśmiechnął się blado pod drobnym wąsem.

- Jestem pewien, że pan sierżant potrafił zadbać o komfort naszego biednego gościa – położył maleńką dłoń uspokajającym gestem na szerokich barach rozwścieczonego komendanta.

- Oby. – mruknął szef wojewódzkiej policji, po czym zmarszczył nos – Kurwa, Szałatin, jak ty jebiesz! – wrzasnął - Wypierdalaj mi pod prysznic, ale już!!!

Sierżant Szałatin uciekł, gnąc się w ukłonach. Prawnik spojrzał z politowaniem na wciąż chichoczącego Marcina Trzaskiego.

- Jestem pewien, że uda nam się jakoś, komendancie Beller... – zaczął, ale jego rozmówca machnął tylko niedźwiedziowatą ręką.

- W porządku, pan Trzaski nie ma się czego obawiać. – wyciągnął pomiętą paczkę papierosów – Nawet „SuperPlotki” odstąpiły od puszczenia materiału, choć obawiam się, że pewien zarozumiały dziennikarzyna potraktował ostrzeżenie waszej ochrony jako merato... mety... me...

- Metaforyczne? – podsunął uprzejmie adwokat, nie zwracając uwagi na narastający śmiech Trzaskiego.

- Właśnie. Ale już ją z niego wyciągają. – Beller uśmiechnął się złowieszczo – A teraz proszę mi powiedzieć, co tu się, do kurwy nędzy, stało?

- Nasz lekarz scharakteryzował to jako „phocophobia”... rzadki przypadek, przyznaję, ale...

- Lęk przed fokami? – policjant parsknął śmiechem.

- Ludzie boją się różnych rzeczy, komendancie. – powiedział prawnik chłodnym tonem – Myślę, że panu Trzaskiemu przydałby się krótki...

Przerwał, gdyż ofiara phocophobii podskoczyła do niego z niebywałą jak na swoją masę szybkością i chwyciła go za klapy od garnituru, spryskując obficie kropelkami śliny.

- Kurwa, Fortyniuk, ty też jesteś jak z taniego filmu! – wycharczał Trzaski, wpijając w niego przekrwione, piwne oczy – I ten chuj też! – wskazał palcem Bellera – Wszyscy jesteście jak z pieprzonej bajki... To Kosarkis, prawda? Hahahahaha!!!

Komendant z trudem posadził Trzaskiego z powrotem na krześle, po czym spojrzał na wstrząśniętego adwokata ponuro.

- Myślę, że przyda mu się bardzo długi urlop, mecenasie. – mruknął – Bardzo długi. Proszę go zabrać, ale niech wasi ludzie go pilnują, bo w państwie prawa – kącik ust zadrżał, gdy wypowiadał oczywiste kłamstwo – nawet tacy jak pan Trzaski nie są nietykalni. Przemęczenie, co?

Prawnik kiwnął głową i wyciągnął telefon. Wykręcił numer i wydał parę instrukcji, po czym z wdzięcznością przyjął papierosa od Bellera.

- Kto to jest Kosarkis? – zapytał policjant znad chmury niebieskiego dymu.

- Cień z przeszłości, panie komendancie.

Beller zadawał pytania, Fortyniuk odpowiadał tak zwięźle jak tylko mógł. Komendant wkrótce poddał się, wiedząc że nie wydusi wiele z poplecznika szalonego biznesmena. Gdyby wiedział, jak brzmią odpowiedzi, z chęcią osunąłby się w błogie łoże nieświadomości.

Życie jednak zachęca do stawiania pytań. W przypadku Marcina Trzaskiego pytanie o biedną fokę należało do kluczowych pytań w rozwikłaniu niepewnej, dziwacznej, niesamowitej przeszłości jednego z najbardziej wpływowych osób w kraju.

Przeszłość owa musiała być niesamowita. Kto obdarzony zwykłym, szarym bagażem doświadczeń ładuje nagle serię kul w ciałko niewinnego, uroczego przedstawiciela Phocidae?
Mater tua criceta fuit, et pater tuo redoluit bacarum sambucus!
Avatar użytkownika
Aeshtir męska
Mag II stopnia
 
Posty: 235
Lokalizacja: Szczecin
Reputacja: 232

Reklama

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Nobby Nobs » 11 maja 2011, o 20:23

Wprowadzenie świetne. Oryginalne, zabawne i ciekawe. :)
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Aeshtir » 15 maja 2011, o 12:01

Nie miałem ja kiedy zamieścić dalszej części (nie z powodu braku odzewu, choć musiałem trochę pochlipać w poduszkę, kiedy niemal nikt nań nie spojrzał ;) ... Ach, dziękuję, Nobby, za ciepłe słowa :D ). Żeby nie przedłużać, wrzucam kolejny rozdział.
Aha, uwierzycie mi, kiedy powiem, że z cyklem Adamsa o jego holistycznym detektywie zapoznałem się po napisaniu osiemdziesięciu stron tekstu o Trzaskim? Pewnie nie... ;)


DWA. FEMME FATALE 40+.


Marcin Trzaski był przekonany, że całe jego życie jest czymś w rodzaju kiepskiego filmu, takiego o niskim budżecie (z wyjątkiem scen końcowych, gdzie specjaliści od efektów specjalnych musieli się trochę nastarać), beznadziejnym scenariuszu pijanego, młodocianego artysty z bożej łaski oraz wyjątkowo parszywym poczuciu humoru, przy którym najgorsze slapstickowe komedie były niczym woń różana przy starej, drewnianej wygódce, mieszczącej się za remizą w jakiejś zapyziałej wiosce.

Większość filmów, lepszych lub gorszych, zachowuje sobie prawo do swobodnej retrospekcji życia głównego bohatera, chociażby po to, by móc przekonać się, z jakiego powodu biznesmen Marcin Trzaski strzelił do foki. Oraz dlaczego, do diabła, uważał, że biedny sierżant Szałatin był jedynie wytworem jego wyobraźni.

Są historie mniej i bardziej prawdopodobne. Zapytany o to, Trzaski zapewne odpowiedziałby, że jego życiorys zapełniły wydarzenia, które plasują się w kategorii „absolutnie niemożliwe”. Większość bohaterów jakichkolwiek dzieł na jakimkolwiek poziomie to postacie, którym przytrafiło się coś dziwnego, nietypowego czy wstrząsającego. Wielu czytelników czy widzów mówi sobie, śledząc ich losy „nie, takie rzeczy się nie zdarzają...”.

Otóż nie.

Zacznijmy od tego, że pojawienie się któregokolwiek bohatera, któregokolwiek widza i któregokolwiek scenarzysty czy pisarza już samo w sobie jest zjawiskiem niespotykanie mało prawdopodobnym.

Spójrzmy.

A gdyby ojciec Marcina Trzaskiego, dziewiętnastego kwietnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku nie zwrócił uwagi pewnej zarozumiałej studentce prawa, że nie powinno się kłaść zabłoconych buciorów na oparciu pociągowego krzesła? Co, gdyby siedząca obok świeżo upieczona absolwentka technikum gastronomicznego nie usłyszała głębokiego głosu przystojnego, choć może nieco korpulentnego mężczyzny i nie zaproponowała mu kawy zaraz po przyjeździe do jej rodzimego Szczecina? Co wreszcie, gdyby jej najlepsza koleżanka, Paulina Malinowska, nie odbiła jej przystojnego inżyniera Trzaskiego na suto zakrapianej prywatce? Nie wspominając już o tym, co by było gdyby Sławomir Trzaski tej nocy wypił jednego drinka więcej i nie zapłodnił młodej Pauliny w chwili uniesienia?

I tak dalej. Młody Trzaski nie będąc świadomym, jak wielkim przypadkiem było jego pojawienie się na świecie, przyjmując to za rzecz najzupełniej w świecie normalną, był za to głęboko przekonany, że jego życie to kiepski film. Historia, która mu się przydarzyła tak naprawdę nie była niczym zaskakującym. Na Ziemi żyje kilka miliardów ludzi, każdego z nich spotykają rzeczy, które przeciętny śmiertelnik określiłby jako „nieprawdopodobne”. Traf chciał, że historia ta przydarzyła się jemu.

Zresztą, gdyby Marcinowi Trzaskiemu zdarzyło się przeżyć swój czas w najzwyklejszy, szary i nudny sposób, historia ta prawdopodobnie dotknęłaby kogoś innego na świecie i to o nim właśnie teraz kreślone by były te słowa. Ludzie pożądają opowieści, lepszych lub gorszych, ale takich, które odstają od codzienności. W tym właśnie miejscu wypadałoby złożyć honory panu Heinrichowi Schmittowi z Mannheim, o którym żadnej historii nigdy nie usłyszymy, jego żywot składał się bowiem z pracy na poczcie, spłodzenia dwójki dzieci (które, co wstyd wspominać były absolutnie pozbawione jakiejkolwiek narracyjnej atrakcyjności) oraz hodowli kaczek w chwilach wolnych. Takich ludzi jest całe mrowie i szkoda aż pomyśleć, że nie da się stworzyć dobrej historii na kanwie ich życia. Ale, oddajmy sprawiedliwość, gdyby to pana Schmitta odwiedziła Dagmara Bielska, o Marcinie Trzaskim nie usłyszelibyśmy ani słowa.

Wróćmy tymczasem do naszego bohatera.

***

Powiada się, że większość ludzi, a dzieci w szczególności to dualiści. Ludzie, którzy nie potrafią oddzielić świata rzeczywistego od świata wyobraźni. To osoby, które potrafią dostrzegać wzorce i aspekty działań sił nadnaturalnych tam, gdzie nie ma takiej potrzeby. Dla dualisty świszczący podmuch wiatru, dmący przez nieszczelną okiennicę lub napalony kocur marcową porą będzie okazaną czarno na białym wizytówką gości z zaświatów. Kłębiące się masy chmur utworzą twarz, a stara dziupla stanie się wizerunkiem Matki Boskiej z Guadalupe, pani spojrzy, jak doskonale stary sęk uchwycił rysy Przenajświętszej Panienki.

Małe dzieci dysponują pokładami wyobraźni, którą tracą w momencie wchodzenia w dorosłość w mniejszym lub większym stopniu. To dlatego młodzi chłopcy godzinami potrafią biegać po podwórzu, wymachując kijkami, które w ich przeświadczeniu istnieją jako miecze świetlne, magiczne różdżki czy najnowszy model M-16. Dlatego też część dziewczynek wykazuje się swoistą odmianą herpetofilii, obcałowując wszystkie okoliczne żaby z nadzieją na transformację poczciwego płaza w przystojnego księcia z bajki. Nawiasem mówiąc, zdarza się to i chłopcom (którzy szukają księżniczek, rzecz jasna), dobrze więc się chyba dzieje, że do tej pory żadne stworzonko nie przejawiło najmniejszych chęci do transmogryfikacji. Strach pomyśleć jaką traumę w umyśle chłopaka spowodowałby obleśny księciunio wpijający się w dziecięce usta z rozmarzeniem.

Marcin Trzaski jako dziecko wycałował każdego możliwego płaza. Jego miecze świetlne i magiczne różdżki były oddane w jego umyśle z największym pietyzmem. W obłokach potrafiłby dostrzec panoramę Paryża, gdyby wiedział jak wygląda Paryż. Gdyby urodził się w Stanach Zjednoczonych, wynajdowałby co tydzień twarz Chrystusa w kolejnym hamburgerze.

Marcin Trzaski przekroczył granicę wiary w rzeczy nadprzyrodzone. O ile większość ludzi, dorastając, zachowuje ten cudownie niewinny stan umysłu dziecka chociażby unikając czarnych kotów, bądź zaczytując się w horoskopach, Trzaski był w stu procentach pewien, że jego życie to atrakcyjna narracyjnie księga. Nie była to religijność, gdyż nie wychował się w religijnej rodzinie. Już jako młody chłopak nie dziwił się temu, że na corocznych obchodach dowolnego święta psuje się pogoda; że śnieg spada wtedy, kiedy się go najmniej spodziewają drogowcy; że kanapka nie tyle spada posmarowana masłem w dół, ile spada masłem w dół prosto na dywan, po czym zostaje rozsmarowana po nim przez znajdującego się przypadkiem w pokoju kota.

Murphy’emu czy O’Toole’owi stanęłyby łzy szczęścia w oczach, gdyby mogli dowiedzieć się o Marcinie Trzaskim.

Warto zaznaczyć, że chłopak nie był ani fatalistą, ani pesymistą, liczącym na czyhającego na kanapkę kota. On dostrzegał te wzorce jako naturalny porządek świata i pozostawał na niego tak obojętny, jak większość ludzi pozostaje obojętna na fakt, że codziennie wschodzi słońce. Dla nie znających go osób zdawał się wręcz otępiały i flegmatyczny, gdy przejeżdżający w deszczu samochód ochlapywał zimnym strumieniem brudnej wody jego jedynego wśród oczekujących na zielone światło ludzi, nie wywołując na jego pucułowatej twarzy najmniejszej reakcji.

Trzaski nie znał praw wspomnianego Murphy’ego. Nazywał je Gnomem, był bowiem święcie przekonany, że złośliwości losu personifikują się w postaci małego, paskudnie uśmiechniętego chochlika. A w jego przypadku nie była to tylko kiepska metafora.

Kiedy Marcin Trzaski ukończył siedemnaście lat, matka kupiła mu magnetowid, wynalazek jak na tamte czasy będący przepustką do wielkiego świata kapitalistycznego, a dla dzieci w wieku szkolnym stanowiący gwałtowne podwyższenie klasowego statutu. A kiedy w nowej Polsce na dobre rozgościły się wypożyczalnie kaset wideo, młodego Trzaskiego porwał nurt amerykańskiej kinematografii. Nawiasem mówiąc, ojczym chłopaka trzymał w szafie całkiem spory zapas niemieckiej kinematografii, dzięki czemu Marcin zyskał pokaźną, acz nieżyciową wiedzę na temat niewysublimowanej erotyki spod sztandaru NRD.

Wiele lat później, Paulina Trzaska - Meier twierdziła, że to właśnie amerykańskie filmy skłoniły chłopaka do założenia firmy detektywistycznej. Zafascynowany kolejnymi obrazami zapijaczonych, ponurych łowców przestępstw, wiecznie broczących w strugach deszczu z nieprzemakalnym papierosem w ustach, Trzaski odnalazł swoją życiową niszę. Co ciekawe, nigdy nie pasjonowało go poczucie sprawiedliwości, przekonanie o zwycięstwie zła nad dobrem. Pragnął jedynie widzieć samego siebie w obskurnym gabinecie, prowadzącego rozmowy z kolejnymi, napalonymi (tu wkraczała nadmuchana niemieckimi aktorkami wyobraźnia) femme fatale.

Tego typu dziecięce marzenia ma większość dorastających chłopców, Trzaski jednak stworzył sobie ów świat swoją niezwykłą wyobraźnią. Rychło jednak okazało się, że Brudny Harry nie jest postacią łatwą do stworzenia w rzeczywistości, zwłaszcza w tak mało atrakcyjnym narracyjnie mieście jak Szczecin lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku.

Praca w policji dla dzieciaka, który od zawsze miał sporą nadwagę okazała się nierealna. Godziny, które Brudny Trzaski spędzał na siłowni okazywały się być wyczynem podobnym do zapalenia papierosa przy pomocy spleśniałego sera. Zwłaszcza, że matka dbałą o to, by kochany synek miał zawsze dwie pełne michy solidnego jedzenia po powrocie ze szkoły, a tej przyjemności Marcin nie potrafił sobie odmówić.

Był to jednak czas raju dla prywaciarzy, nowy i świeży rynek, który nadstawiał wręcz różowe i jędrne pośladki, by mogły się w niego wgryźć rekiny finansjery. Kiedy Trzaski ukończył technikum gastronomiczne, udało mu się wynająć niewielki gabinet w centrum miasta. Niewykluczone, że udałoby mu się to nawet i bez pomocy zamożnego ojczyma.

Realia, którymi Trzaski oczywiście się nie zrażał, wpędziły go w działkę spraw rozwodowych. Przychodzili do niego zdesperowani małżonkowie, żądający na kliszy fotograficznej dowodu zdrady partnera, a Marcin im to załatwiał. I trzeba przyznać, że był w tym dobry. Być może na jego renomie zaważyło narracyjne zaangażowanie, a być może klienci zgłaszali się do niego, gdyż ze wszystkich prywatnych detektywów miał najlepiej zaprojektowany gabinet i najbardziej pomięty prochowiec.

Robota nie była ciężka i nie wymagała najczęściej niczego poza cierpliwością, sprawnym aparatem i brakiem moralnego kręgosłupa. Zdarzały się najrozmaitsze przypadki, od dość tragicznych jak w przypadku pewnej kobiety, która zdradzała męża tylko po to, by zarobić na utrzymanie dla obojga. Była też dość paskudna afera z przemyconym nielegalnie orangutanem, Trzaski rzadko podejmował ten temat. Był też dość zabawny przypadek pewnego maniakalnego księgowego, który naprawdę zostawał po pracy w biurze, żeby podliczać kolejne kolumny cyfr. Jego żona długo nie chciała w to uwierzyć.

Trzaski wynajął starą, poniemiecką kamienicę w centrum, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę, jakie wrażenie robią pożółkłe rzeźby okalające bramę, zatęchłe klatki zlane strugami moczu zmieszanego z tanim winem, zadbał nawet o to, by zwisająca smętnie z sufitu naga żarówka od czasu do czasu smętnie mrugała. Nie czynił tego, rzecz jasna, z cynizmu. Tego wymagała narracja, a on był jej wiernym prorokiem.

Kiedy Marcin Trzaski zapalił swojego pierwszego papierosa, był święcie przekonany, że po jego gardle przejechał ktoś papierem ściernym. Mimo to, obiecał sobie, że będzie palił przynajmniej paczkę dziennie. W postanowieniu wytrwał, choć jego marzenie uzyskania idealnie szarej i zniszczonej cery spełzały na niczym. Równie dobrze można by było próbować wyhodować rzeżuchę na owcy. Jego twarz zachowywała obrzydliwą, różową gładkość pupy dość sporego niemowlęcia, zęby lśniły bielą mimo godzin starań, a co najgorsze, nawet po całonocnych libacjach jego małe oczka nie miały zamiaru być ani trochę przekrwione. Niektórzy zwyczajnie mają pecha.

Mimo to, co ranek stawał przed lustrem w swojej kawalerce, wpatrywał się w nie niczym w pradawny ołtarz i robił na tyle niewyraźną minę, na ile go było stać. Pamiętał też, aby połykać codziennie kilka tabletek, wydając przy tym smętne westchnienia. Każdy detektyw musi połykać jakieś pastylki z miną cierpiętnika, więc Marcin to robił, nawet jeśli to była tylko witamina C.

Ojczym chciał kupić mu sportowy samochód, ale Trzaski upierał się przy rozklekotanym, brązowym volvo. Zawsze przy takich okazjach matka kładła mu smukłą dłoń na ramieniu i kręciła głową, nie przekazując w ten sposób niczego konkretnego. I tak zniosła z trudem sam fakt, że jej kochany synek postanowił opuścić domowe pielesze, dbała więc przynajmniej o to, by codziennie zachodził do mamusi na ciepły posiłek.

Co ważne, ukończywszy wiek dwudziestu pięciu lat, Marcin Trzaski ani razu nie ujrzał na żywo żadnej foki.


***


Historia, w której wziął udział nasz bohater zaczęła się na długo, długo przed tym zanim Sławomir Trzaski wsiadł do obskurnego składu PKP, zdążającego do Szczecina. Ale dla niego samego zaczęła się pewnego deszczowego, październikowego dnia, kiedy do jego gabinetu zawitała niejaka Dagmara Bielska. Posłuchajmy.

Kiedy Marcin Trzaski, zgarbiony jak należy, wszedł do swojego małego gabinetu w zatęchłej poniemieckiej kamienicy, za oknem lało jak z cebra. Detektyw podszedł powoli do brudnego okna, spod którego wydobywały się lodowate strugi jesiennego powietrza i uśmiechnął się. To była dobra pogoda. Prawdziwy detektyw rzadko powinien przyjmować zlecenia w słoneczny dzień, kiedy na zazielenionych drzewach roi się od wesoło ćwierkających ptaszków. Niestety, ponieważ mało któremu klientowi chciało się wychodzić w taką ulewę z domu, był to kiepski sezon na przyjmowanie zleceń. Ale nie zaszkodziło pomarzyć.

Stare krzesło zawaliło się pod Trzaskim, kiedy próbował na nim usiąść. Z jednej strony było to wynikiem dość leciwej konstrukcji drewnianego mebla, z drugiej spowodowała to solidna konstrukcja siadającego. Otyły mężczyzna wzruszył tylko ramionami, próbując na klęczkach zreperować rozsypujący się szrot.

- No jasne... Wesoło wam? – mruknął do wytworu swojej imaginacji. W głębi swojego narracyjnie nastawionego umysłu widział chichoczącego i turlającego się ze śmiechu wespół z kolegami Gnoma. To był klasyczny tani żart ze strony narracji: pękające krzesło. Farsa na najniższym poziomie, więc Trzaski był zażenowany, że komuś jeszcze chce się bawić w takie bzdury.

Naprawiwszy mebel i podjąwszy próbę możliwie jak najdelikatniejszego posadzenia się na nim, mężczyzna westchnął przeciągle i sięgnął po papierosy. Uprzednio dokonał fachowego wyczyszczenia przepełniającej się popielniczki, wysypując niedopałki do kosza na śmieci, dzięki któremu w małym pokoju cuchnęło wilgotnymi kiepami. Westchnął raz jeszcze, zwracając oczy ku powiększającej się plamie grzyba na suficie i wyłożył Urządzenie na obdrapany blat biurka. Spojrzał na nie z żałością w oczach.

To wina matki. Nalegała, żeby wyposażyć Marcina w telefon komórkowy, wielki przełom na rynku komunikacji. Był to okres, kiedy mnóstwo młodych wilków oprócz szpanowania czarnymi bmw podkreślało swój status społeczny nosząc przytroczone do pasa wielkie, czarne aparaty. Ponieważ okres szpanowania zakończył się dla Trzaskiego w drugiej klasie technikum, obsługa tego dziwacznego urządzenia stanowiła dla niego prawdziwe limbo technologicznego piekła. Na domiar złego ojczym sprowadził te przeklęte aparaty z Niemiec, w związku z czym czekały go jeszcze kaźnie odkopywania dawno zapomnianych zdolności lingwistycznych.

Trzaski wiedział, że na jego ramieniu siedzi Gnom i parska radośnie pod nosem.

- Na pewno jesteś z siebie zadowolony... – mruknął pod nosem, wpatrując się w niewielki zielony ekranik, na którym wyświetlane były dziwaczne frazy w mowie Goethego. Mamrotał tak przez całe piętnaście minut, decydując ostatecznie, że będzie używał telefonu jako podręcznej tonfy, gdy nagle jakieś poruszenie powietrza zdradziło mu, że nie jest sam.

Podniósł wzrok. W drzwiach stała kobieta.

Specjaliści powiadają, że wbrew stale zmieniającym się kanonom kobiecego piękna, pewne cechy podobają się mężczyznom niezależnie od uwarunkowań kulturowych. Ewolucjoniści wspominają o stosunku obwodu bioder do talii, zdrowej cerze, jędrności tego czy tamtego: jednym słowem o tych wszystkich cechach, które przez miliony lat decydowały, że nasi uzbrojeni w prymitywne maczugi przodkowie zaczynali nagle głośno sapać i pomrukiwać.

Te wszystkie cechy stojąca w drzwiach kobieta z pewnością posiadała dwadzieścia lat temu i z pewnością mogłaby uchodzić za atrakcyjną, mimo braku korzyści reprodukcyjnych. Niestety, ktoś kompletnie pozbawiony wyczucia estetycznego powiedział jej, że kobiecie w kwiecie wieku przystoi zakładanie obcisłych dżinsów, błyszczących niczym lateks kozaków oraz krótkiego futra w lamparcie cętki. Ów nieprzyjaźnie do niej nastawiony ktoś dodał też, że nie warto oszczędzać na kosmetykach, przynajmniej jeśli chodzi o ilość. Otaczała ją także woń perfum, w której można by topić muchy. Całość uzupełniała trwała ondulacja, przywodząca na myśl watę cukrową.

Innymi słowy – klasyczna femme fatale (plus dwadzieścia dodatkowych lat). Trzaski był oszołomiony.

Kobieta wydęła brzydko wargi, upodobniając się na moment do rozochoconego morsa. Do piersi przyciskała malutką torebkę, niczym kamizelkę kuloodporną, kiedy ostrożnie przestąpiła zalegające na klejącej się podłodze hałdy śmieci.

- Czy pan tu kiedyś sprząta? - zapytała z wyrzutem. Miała głęboki, ciepły głos, dzięki któremu dawno zapomniane pokłady genów reprodukcyjnych ocknęły się z uśpienia i pobiegły w kierunku otworów w głowie, odsuwając na bok niepotrzebny mózg.

Trzaski podrapał się po głowie, rozsypując na szerokich ramionach kolejne porcje łupieżu. Idea ponurego, prywatnego detektywa przyjmującego gości w nieskazitelnie czystym, sterylnym wręcz pomieszczeniu unikała dłuższego pobytu w jego mózgu.

- Maryjo przenajświętsza, dlaczego przyszłam w tak obskurne miejsce? – mruczała do siebie kobieta, patrząc nieufnie na przeznaczone dla interesantów krzesło – Czy jest szansa, że będę mogła usiąść na tym... czymś... i nie złapać jakiejś choroby?

Trzaski kiwnął głową. Kobieta ceremonialnie wyjęła z torebki chusteczkę i przetarła siedzenie mebla zanim zdecydowała się usiąść. Krzesło dyskretnie zaskrzypiało, sugerując lekką nadwagę klientki.

- Poleciła mi pana znajoma – zaczęła kobieta – ale myślałam, że osoby obracające się w takim towarzystwie jak moje – wymówiła to z wyraźnym zaznaczeniem, że towarzystwo Trzaskiego nie nadawałoby się nawet do zlizywania błota z butów jej przyjaciół – cóż... myślałam, że nie będę zmuszona oddychać przez usta, by izolować się od tego... mpf... zapachu.

Trzaski kiwnął głową raz jeszcze. Jego status materialny był na całkiem niezłym poziomie i gdyby tylko skorzystał z wsparcia ojczyma, mógłby urządzić sobie gabinet w stylu, którego pozazdrościłby Ludwik XIV. Tylko gdzie tu miejsce na narrację?

- Słucham uważnie... – mruknął niepewnie.

- Podobno zajmuje się pan... cóż... odnajdywaniem dowodu... zdrady, nieprawdaż? – kobieta wymówiła ostatnie słowa bardzo ostrożnie, jakby obawiając się ukrytych w szafie fotoreporterów wszystkich polskich brukowców.

- Tak, tym też się zajmuję. – przyznał niechętnie Trzaski. Prawda była niestety taka, że sprawy rozwodowe stanowiły równe sto procent jego zleceń.

Niektórzy zwyczajnie mają pecha. Trzaski oczywiście nie wierzył w takie banalne sprawy jak pech, musiałby wtedy uznać prawo przypadkowości, a te nie mieściło się w jego sferze percepcji. Kłopot Trzaskiego polegał na podobnych udrękach, jakie dotykają transseksualistów, z tym że jego dylemat należałoby nazwać transsomatyzmem. Ktoś, Trzaski domyślał się, że Gnom, umieścił naładowany do granic możliwości narracją mózg w otyłym ciele o spojrzeniu labradora. Prywatny detektyw, który niczym homunkulus siedział w głowie Trzaskiego, kontrastował z powłoką, której nie zatrudniłby nawet ślepy, niepełnosprawny i skacowany reżyser najgorszych filmów kryminalnych. Ponieważ otyłe, sprawiające wrażenie przygłupiego, ciało nie nadawało się do ekwilibrystycznych wyczynów, wymaganych podczas ścigania przestępców, Trzaski został włożony przemocą w szufladkę spraw rozwodowych.

To zabawne, ale Trzaski się nie poddawał. Wciąż liczył na to, że ukryta gdzieś w trzewiach obdarzonego fatalnym poczuciem humoru świata narracja, kiedyś wyda swój plon.

- Nazywam się Dagmara Bielska. – kobieta zaakcentowała swoje nazwisko, obserwując czujnie nieruchomą twarz detektywa. Po kilku chwilach całkowitego braku reakcji dodała z niechęcią – Nic to panu nie mówi?

Trzaski pokręcił głową. Kobieta westchnęła z nowobogackim rozczarowaniem.

- Moim mężem jest Jarosław Bielski. Bielski Jarosław. – powtórzyła, a nie uzyskawszy należytego entuzjazmu wyjaśniła – mój mąż jest jednym z najpotężniejszych ludzi w rejonie. Był sekretarzem regionalnym partii, rozumie pan?

- Aha. – Trzaski zapalił papierosa w nerwowej konsternacji. Zapadła cisza, przerywana jedynie panicznym brzęczeniem odurzonych perfumami much.

- Czy pan w ogóle czyta gazety? – zapytała Bielska, odganiając upierścienioną dłonią kłęby dymu. – Cóż, rozumiem – westchnęła – że tacy ludzie jak pan niekoniecznie muszą orientować się w sytuacji na salonach. No cóż, nikt nie jest doskonały... – prychnęła, sugerując istnienie wyjątków od tej reguły w jej osobie.

W tej akurat sprawie Dagmara Bielska myliła się całkowicie.

Mezalians, jaki powstał wkrótce po spłodzeniu Marcina Trzaskiego przez nie do końca trzeźwego Sławomira, wynikał z faktu, że ciężarna dziewczyna była córką wysoko postawionego partyjnego. Być może skończyłoby się to dla przyszłego ojca nieszczęśliwie, gdyby jego z kolei rodzic nie piastował równie prestiżowego urzędu. Dla uniknięcia nieprzyjemności obaj szanowani ojcowie doprowadzili do mariażu młodych, zakończonego zresztą po kilku latach cichym rozwodem. Samotna Paulina znalazła wkrótce oparcie w Józefie Meyerze, nie mniej wpływowym działaczu niż obaj dziadkowie Marcina Trzaskiego razem wzięci. Gdyby Bielska zdawała sobie sprawę ze znaczenia antenatów oraz ojczyma młodego detektywa, zmieniłaby czym prędzej ton na Partyjną Wazelinę Model Pięć.

Tymczasem jednak w błogiej nieświadomości obserwowała otyłego mężczyznę, dłubiącego nieświadomie w uchu z zakłopotaniem.

- No dobrze, przejdźmy do rzeczy – dodała smętnie, gmerając w wysadzanej cekinami torebce. – To zdjęcie mojego męża. Jak się pan może domyślić, podejrzewam go o zdradę i chciałbym, żeby znalazł pan na to dowody.

Trzaski obejrzał fotografię statecznego, poważnego mężczyzny o skroniach przyprószonych siwizną. Położył je na blacie i w zamyśleniu potarł gładkie, różowe policzki.

- Stawka wynosi pięćdziesiąt milionów złotych plus pięć zaliczki, płatne z góry – stwierdził po chwili.

Bielska prychnęła z godnością, poszperała w torebce, po czym wyjęła plastikowy prostokąt.

- Pan rozumie, że taka osoba jak ja, nie nosi ze sobą gotówki? – uniosła władczo podbródki. – Wie pan, gdzie można dokonać wypłaty w tej okropnej dzielnicy?

Trzaski podrapał się po głowie, obserwując kawałek plastiku.

- Och, wiem, że to najnowszy krzyk mody, ale chyba zdaje pan sobie sprawę, co to jest?

Drapanie nie ustawało.

- Cóż, wiem że pana akurat na to nie stać, ale...

Kolejne fale łupieżu zaatakowały sweter Trzaskiego.

Bielska zwiesiła głowę i mrucząc coś pod nosem wyciągnęła pięć banknotów z portfela, całkiem udanie imitującego skórę. Położyła je ostrożnie na klejącym się blacie biurka i przyjęła z powrotem pozycję obronną. Prostokąt schowała do torebki, kręcąc głową z ubolewaniem nad prymitywizmem klas średnich. Kiedy zamknęła torebkę, spojrzała groźnie na detektywa.

- Pan rozumie, że oczekuję wyników jak najszybciej? Tu ważą się losy mojego rozwodu, a jak się pan może domyślać, chodzi o coś więcej niż o marne dwa samochody – zaakcentowała z lubością liczbę posiadanych aut, ale nie odczekawszy się należytego entuzjazmu ze strony Trzaskiego, podniosła się z godnością z niewygodnego krzesła, zostawiając uprzednio wizytówkę. Detektyw wstał również, kompletnie nie okazując podziwu dla kolejnego prostokąta, również krzyku mody.

- Gdzie mogę znaleźć pani męża? – zagadnął, odprowadzając ją do drzwi. Bielska starała się zachować maksymalny dystans, traktując nieobytego w świecie wieśniaka niczym nosiciela dżumy, trądu i trypra jednocześnie.

- Jak to gdzie?! – wykrzyknęła Bielska z niesmakiem, po czym dodała kąśliwie – No tak... Zapomniałam, że pan nie wie, kim jest mój mąż... Boże mój, niech no tylko opowiem o tym koleżankom od callaneticsu... – Tym razem brak reakcji na kolejny krzyk mody spowodował mars na czole kobiety – Cóż, jest pan detektywem – ofuknęła go – niech pan wytęży swój umysł. Żegnam i oczekuję na dowody nie później niż w przyszłym tygodniu.

Wyszła, próbując pogodzić dość obfite biodra z cienkimi obcasami, wskutek czego przywodziła na myśl kulawą kaczkę. Trzaski podrapał się po głowie raz jeszcze, zapalił kolejnego papierosa, po czym sięgnął po telefon, schowany w szufladzie biurka.

- Gdzie tu jest jakieś szprechen... – mruczał pod nosem, próbując rozszyfrować demoniczne urządzenie – A, do diabła z tym.

Zostawił telefon na biurku, po czym wyszedł w deszczowe popołudnie.
Mater tua criceta fuit, et pater tuo redoluit bacarum sambucus!
Avatar użytkownika
Aeshtir męska
Mag II stopnia
 
Posty: 235
Lokalizacja: Szczecin
Reputacja: 232

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Elencza » 7 lip 2011, o 13:48

Hej, hej! Będzie cdn? Bo ja bym się chętnie dowiedziała co z tą foką. Zresztą lubię styl pisania Aeshitr'a
"Po prawej z głośnym wrzaskiem zawodu pękła cienka bariera pomiędzy namiętnym kochankiem, a kandydatem na świeżo upieczonego (za jakieś 9 miesięcy) ojca." M.Sobczak
Avatar użytkownika
Elencza żeńska
Mag IV stopnia
 
Posty: 779
Lokalizacja: Kielce
Reputacja: 636

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Aeshtir » 7 lip 2011, o 17:24

Ojoj... To ktoś to czyta?

Trochę mi zajmie czasu formatowanie tekstu, by był miłym dla Waszych oczu. Pewnie dopiero poniedziałek przyniesie kolejną część. Bezfoczną, spieszę dodać :twisted: .
Mater tua criceta fuit, et pater tuo redoluit bacarum sambucus!
Avatar użytkownika
Aeshtir męska
Mag II stopnia
 
Posty: 235
Lokalizacja: Szczecin
Reputacja: 232

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Motopompa » 7 lip 2011, o 20:19

Czyta, czyta, tylko zapomniał, że przerwał w połowie w maju i miał nadrobić w czerwcu...
Nie jest tak, że my, używając naszych mózgów, snujemy nasze opowieści, ale to nasze mózgi, używając opowieści, snują nas.
~ Daniel Dennett
♪♫♪♪♫•☼ ☾*♪♫.☮♡♪ (✿◠‿◠)♫❀♡♪♫•ღ♪♫•♪☾♫♪♪♫♡♡
Avatar użytkownika
Motopompa męska
Corvvin jest mądra i śliczna!!
 
Posty: 5675
Lokalizacja: Castelldefels
Reputacja: 5786

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez nanny_ogg » 8 lip 2011, o 10:00

Ojoj... To ktoś to czyta?
- Ojoj Aeshtir, najpierw wstawiasz tekst, a potem dziwisz się,że ktoś czyta... ;) Nikt się nie upominał o resztę bo cię czas jakiś nie było... :D
Everything in life I share, except of course my teddy bear.
Avatar użytkownika
nanny_ogg żeńska
Plantopecha
 
Posty: 2903
Lokalizacja: Albion...
Reputacja: 3912

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Aeshtir » 8 lip 2011, o 12:48

nanny_ogg napisał(a):- Ojoj Aeshtir, najpierw wstawiasz tekst, a potem dziwisz się,że ktoś czyta... Nikt się nie upominał o resztę bo cię czas jakiś nie było...

A to przez skromność wrodzoną ;) . Tak czy inaczej, paniał, się wstawi w wolnej chwili :D .
Mater tua criceta fuit, et pater tuo redoluit bacarum sambucus!
Avatar użytkownika
Aeshtir męska
Mag II stopnia
 
Posty: 235
Lokalizacja: Szczecin
Reputacja: 232

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Aeshtir » 11 lip 2011, o 16:28

To proszę :D .


TRZY. NORMALNIE ŚLEDZTWO.


Istnieje kilka sposobów na zdrowy sen w trakcie pracy. Specjaliści w tej dziedzinie sportów ekstremalnych opracowali nawet profesjonalne nazewnictwo, dotyczące poszczególnych pozycji, w jakich można się układać do snu, tak aby nikt tego nie zauważył.

Robert Nienacki byłby niekwestionowanym mistrzem w oddawaniu się w morfeuszowe objęcia przyjmując pozycję „na filozofa”, gdyby kiedykolwiek ktoś urządził zawody w tej dyscyplinie, a choć cieszyłyby one niewątpliwie zerowym zainteresowaniem, on w mistrzowski sposób zasnąłby nawet na podium, przy odbiorze nagrody. Pozycja filozoficzna polegała w znacznej mierze na umiejętnym ułożeniu głowy w taki sposób by, opierając się na kłykciach, udawać głębokie zamyślenie nad Niezwykle Ważnym Zadaniem. Nienackiemu udało się nawet opanować niekontrolowany ruch nadgarstkiem wolnej ręki, by sprawiać wrażenie nerwowego stacatto, wybijanego przez palce.

Nienacki, podobnie jak Marcin Trzaski, kolega ze szkolnej ławki, chciał wstąpić do nowoutworzonej policji, podobnie jak wielu jego rówieśników, darząc wielką estymą filmowych stróżów prawa i porządku. W przeciwieństwie do Trzaskiego jednak udało mu się to, chociaż motto Protego et Servio sprowadziło go na ważną, acz nieporównywalnie nudniejszą pracę w policyjnej administracji. Rozczarowawszy się papierkową robotą, młodszy aspirant Robert Nienacki wywiązywał się z zadań w sposób godny każdego urzędnika – z nienawiścią i blamażem.

Marcin Trzaski darzył przyjaciela skrytą niechęcią, od kiedy ten zdobył niedostępne dla otyłego detektywa pagony na mundurze policjanta, jednakże stale podtrzymywana znajomość okazała się przydatna w gromadzeniu danych na temat co ważniejszych osobistości, będących obiektem jego służbowych zainteresowań. Ponieważ początek lat dziewięćdziesiątych obejmował tyleż nagłych wzbogaceń co podejrzeń o wszelakie machlojki, spora część szczecińskich biznesmenów miała założone swoje tajne kartoteki.

***

Trzaski wszedł powoli do zaniedbanego w swym majestacie budynku komendy wojewódzkiej, przez chwilę podziwiając piękne sklepienie głównego wejścia. Szybko odnalazł kilka interesujących wzorów w pęknięciach brudnego tynku i, pozdrawiając znajomych policjantów, wszedł do środka. Przepłynął przez zatłoczone korytarze niczym samotna i nieco zagubiona ryba idąca pod prąd w ruchliwej, błękitnej ławicy.

Trzaski sprawiał wrażenie niegroźnego osobnika, chyba że dla propagatorów zdrowego żywienia. Jego błyszcząca, okrągła twarz skrupulatnie wyrażała coś na kształt permanentnej głupoty, co podkreślały wiecznie otwarte usta oraz nieobecny wzrok. Całości facjaty dopełniały zmierzwione, krótkie włosy absolutnie nieokreślonego koloru. Idąc, kołysał się jak pingwin, co jeszcze bardziej uwydatniał przyciskając masywne ręce do korpusu. Policjanci, którzy znali z widzenia otyłego detektywa od spraw rozwodowych machali mu ręką ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy, sugerującym „dzięki Bogu, że nie jestem nim”.

Tymczasem neurony Marcina Trzaskiego aż wrzały pod nieruchomą kopułą czaszki. Jego narracyjnie ukierunkowany mózg składał pośpiesznie i gorączkowo wzory opowieści, którą przyniosła ze sobą Dagmara Bielska. Coś wewnątrz niego krzyczało, że tym razem trafił na właściwą szufladkę w opasłej szafie narracji. Bielska reprezentowała niemal typowy (choć „niemal” było słowem kluczowym) archetyp kobiety fatalnej, tajemniczy mąż klientki był najwidoczniej grubą rybą w mieście... no i pogoda, ona też pasowała do wymarzonego kryminalnego snu Trzaskiego.

Wszedłszy do gabinetu Nienackiego, detektyw uśmiechnął się do siebie. Przyjaciel informator również pasował dla klarownej roboty detektywistycznej. Naturalnie, zauważał to już wcześniej, brał też pod uwagę kierowane w stronę rzekomego przyjaciela złośliwe epitety, ochoczo serwowane przez zranione ego. Dla dobra sprawy mógł jednak założyć, że Nienacki może tymczasowo pełnić wspomnianą rolę.

Rozsiadł się wygodnie na fotelu naprzeciwko usmarowanego klejącymi się substancjami biurka kolegi, wpatrując się w jego nieruchomą sylwetkę. Twarz Roberta, ukryta za grzbietem dłoni, delikatnie i rytmicznie podrygiwała, co sugerowało mocniejszy niż zwykle sen. Trzaski zapalił papierosa i dopiero po spaleniu go do połowy zaryzykował znaczące chrząknięcie.

- Nie śpię! – głosem pochodzącym z innej strefy świadomości mruknął Nienacki, zrywając się gwałtownie z krzesła. Przetarł zaczerwienione oczy, próbując nadać siedzącej przed nim postaci sensowny kształt. – Marcin? Co ty... – jego głos przybrał momentalnie zaspaną barwę, wiedząc że nie musi się specjalnie wysilać przed kolegą – Kurwa, kto ci pozwolił tu palić?!

Trzaski uśmiechnął się lekko, wzruszając ramionami. Ceremonialnie rozejrzał się za popielniczką, czekając aż Nienacki podsunie mu stojącą na parapecie doniczkę z kaktusem.

- Zapytałem się, wchodząc, czy mogę zapalić, a ty kiwnąłeś głową, Robercie. – wyjaśnił niewinnym tonem, wkręcając niedopałek w suchą ziemię.

- Jasne. – mruknął z przekąsem policjant – To czego ode mnie chcesz? Bo zakładam, że nie przyszedłeś tu tylko po to, by sprowadzić na mnie raka płuc?

Nienacki był ofiarą ostatniej mody na niepalenie. Kiedy tylko usłyszał o raku, który może wywołać nikotyna, rzucił palenie i od tej pory skrupulatnie przestrzegał, by nikt w otoczeniu nie zatruwał jego wrażliwego organizmu cuchnącymi oparami. Był szczupłym i raczej niskim mężczyzną, wyobrażał więc sobie, że ilość toksyn ma na niego większy wpływ niż na takiego spaślaka jak Trzaski.

- Wiesz kim jest... czekaj, gdzieś to tu mam... – detektyw zaczął grzebać w swoim pomiętym notesie – ...o, jest... Jarosław Bielski?

Nienacki otworzył szeroko oczy. Przetarł je, po czym ozdobił swoją twarz okularami w grubej, rogowej oprawie.

- Kurwa, Marcin, nie wiesz kim jest Bielski? – prychnął.

Trzaski wzruszył ramionami.

- Czy ty kiedykolwiek oglądasz coś w telewizji poza tymi pieprzonymi strzelaninami?

Kolejne wzruszenie.

- Ja pierdolę, Marcin, mówisz o jednym z najbogatszych facetów w szczecińskiem, człowieku! – Nienacki pokręcił głową z niedowierzaniem – Sama góra, były partyjniak, obecnie biznesmen.

Wzruszenie.

- Bielski – Nienacki ściszył głos i sprawdził, czy w jego gabinecie są zamknięte drzwi – to, między nami mówiąc, kawał skurwysyna. Przyjaźni się z moim szefem, razem chodzą na kurwy, wiesz o co chodzi... a może i nie, nieważne... Poznałem go kiedyś. Stary, tłusty chuj, taki co to jeździ czarnym bmw, a jak z niego wysiada, to widać słomę wystającą z gumofilców. Dorobił się na szmuglu używanymi furkami z byłego NRD i teraz zgrywa cwaniaka. Najgorszy typ młodego wilka... tylko że nie już takiego młodego, rozumiesz... sukinsyn łączy najgorsze cechy partyjnego aparatczyka i bufońskiego nuworysza.

Trzaski skinięciem głowy zachęcił go do dalszego wywodu.

- Po transformacji, Bielski zajął się branżą rozrywkową. Najpierw wykupił parę burdeli nad morzem, potem dyskotek, co w sumie na jedno wychodzi, w końcu wziął się za dancingi w Szczecinie. Kojarzysz „Neon Noe”?

- Taka duża łódka... – zaczął niepewnie detektyw, którego znajomość świata składała się głównie z długich pasm celuloidu.

- Nie, kurwa! – Nienacki pacnął się w czoło w rozpaczliwej próbie okazania pogardy dla impertynencji przyjaciela – „Neon Noe” to największa sieć dyskotek na Pomorzu. Podobno postawił też jedną w stolicy. Rozumiesz, błyskające światełka, amerykańskie hity, te z Murzynami, podskakujące młodociane kurwy... Nic ci to nie mówi?

- Raz byłem na szkolnym dancingu... I to było paskudne. – Trzaski sięgnął trzęsącą się dłonią w mroczne zakamarki swojej duszy.

Nawet Nienacki zamyślił się przez chwilę. Po paru minutach skinął poważnie głową.

- Paskudne, prawda. No. To ta jego imprezownia jest tysiąc razy gorsza niż szkolne bale pod przewodnictwem pani Kołynieckiej, jeżeli pamiętasz...

Trzaski zatrząsł się w fotelu ze zgrozy, co wywołało zabawne wrażenie wykładanej na półmisek galaretki. Przez chwilę obaj wspominali koszmary związane ze szkołą podstawową.

Pierwszy przerwał milczenie Nienacki.

- No to co ty masz wspólnego z... – zamrugał oczami gwałtownie – O ja pierdolę, zgłosiła się do ciebie jego żona?!

Trzaski kiwnął głową.

- Wiesz, że jeżeli Bielski cię złapie na robieniu mu fotek, jeżeli będziesz miał ku temu okazję, to wyrwie ci serce przez dupę?

- Aż taki jest groźny? – ożywił się nagle detektyw.

Nienacki chciał kiwnąć głową, jednak zbyt późno zreflektował się w reakcji kolegi. Oto nadeszła wielka chwila Marcina Trzaskiego. Dotąd wszystkie jego zlecenia aż ociekały nudą, składającą się z fotografowania obściskujących się księgowych, sekretarek i nauczycieli. Śmietanka szczecińskiego półświatka... to było coś. Dodajmy do tego żonę w stylu, którego nie powstydziliby się scenarzyści najlepszych filmów klasy noir... No i ta pogoda... Narracja zaczęła układać wielkie warstwy tortu dla spragnionego wrażeń detektywa.

- Gdzie go mogę znaleźć? – mruknął Trzaski, ukrywając podniecenie z gracją czteroletniego dziecka.

- Nie, Marcin, daruj go sobie... – Nienacki spojrzał na sufit, jakby domagając się odeń odpowiedzi na odwieczne pytania o sens istnienia. W końcu machnął ręką. – Najnowszą knajpę otworzył koło placu Lenina, czy jak on się tam teraz nazywa. Tam, gdzie mieli stawiać uniwersytet, czy coś. Być może go tam znajdziesz.

- Dzięki. – Trzaski wstał i skierował się ku drzwiom.

- Ptak cię osrał z tyłu – zauważył Nienacki, szczęśliwie zapominając o tym, że większą część białej mazi detektyw rozsmarował mu na oparciu fotela.

- Wiem – odparł tamten. Ptaki ciągle oddawały na niego swoje nieczystości. Taka była konwencja istnienia ptaków w mieście, a był święcie przekonany, że całe falangi miejskich gołębi urodziły się po to, by jego obrać za cel. Ktoś uznał widocznie, że będzie to śmieszne.

- No tak. No tak. – skonstatował policjant.

***

Około godziny piętnastej piękna, deszczowa pogoda, całkowicie zalewająca szare, szczecińskie kamienice żółtawą breją, została zastąpiona przez kanikułę kompletnie pozbawioną charakteru. Przez ciężkie granatowe połacie chmur wyglądało nieśmiało jesienne słońce, gdzieniegdzie przebijające się przez pryzmaty kropel światło rzucało powidoki tęczy. Błyszczący starą, zieloną miedzią dach kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa straszył w tym nieciekawym oświetleniu jeszcze bardziej.

Rozsądni ludzie powiedzieliby, że nie było nic nadzwyczajnego w tym, że akurat największe przejaśnienie pojawiło się właśnie w rejonie świątyni. Gdzieś wszakże musiało się ono pojawić, więc pojawiło się w okolicach centrum, nic dziwnego. Jutro pojawi się gdzieś... Jezu Chryste, czemu pytacie mnie o takie bzdury? Inni, bardziej bogobojni, mogliby stwierdzić, że oto rozstępują się niebiosa, przebite świętą kopułą Kościoła, a zalane mrokiem miasto oswobadza światłość wiekuista na wieki wieków, podajemy numer konta.

Marcin Trzaski miał inną teorię. Tak się akurat złożyło, że przysiadł sobie na skwerku obok kościoła, aby zjeść kanapkę, dzięki czemu cały jego krajobraz przysłaniał wielki, betonowy kloc w najpaskudniejszym oświetleniu. Przysiągłby ponadto, że zanim objął tę akurat parkową ławkę w swoje posiadanie, wokół było na tyle ciemno, że jego doznań estetycznych nie zakłócało żadne szkaradzieństwo. Westchnął ciężko, dokończył kanapkę i zaczął wypatrywać swojego siostrzeńca. Jak zwykle nie zareagował, gdy ten podkradł się do niego po cichu i pstryknął go w ucho.

- Ja pierdolę, kurwa, wujas, ty normalnie jesteś, kurwa, jakiś nie ten... – zagaił wesoło młodzieniec, poprawiając drobiazgowo czapkę bejsbolówkę tak, by uzyskać możliwe jak najbardziej luzacki i niedbały wygląd, wskutek czego przypominał kurczaka.

- Cześć, Jasiek – mruknął Trzaski, wyciągając papierosa. Paczka była oczywiście przemoczona.

Młody człowiek wypiął wyzywająco podbródek, odsłaniając ukryte pokłady niekończących się pryszczy.

- Nie Jasiek, kurwa, tylko Dżony, jarzysz wujas, ju madafaka? – nastolatek zamachał rękami. Podobieństwo do kurczaka stawało się coraz bardziej uderzające. – Jasiek jest dobre dla lamusów, albo innych, kurwa, cwelów – mruknął, obryzgując szary prochowiec detektywa śliną.

- Jasne, jasne... – Trzaski w końcu uporał się z zapaleniem oklapniętego papierosa – Dobra, chłopie, nie gadajmy o cwelach, tylko ty mnie powiedz... Wiesz coś o knajpie... cholera zapomniałem... coś z łódką... tam, koło placu Lenina? Duża taka?

- „Noe”? Kurwa, dziadek, chyba nie chcesz się tam wybrać? – Samozwańczy Dżony wyszczerzył zęby w paskudnej parodii uśmiechu, po czym zręcznie wybrał z leżącej w kieszeni Trzaskiego paczki zmiętego papierosa.

- Matka wie, że palisz? – zapytał ponuro detektyw.

- Nie pierdol, ziomuś – chłopak zaciągnął się papierosem – Starą zresztą gówno to jebie i chuj – dmuchnął mu w twarz sinym dymem.

- Uważaj co mówisz o mojej siostrze a twojej matce – mruknął Trzaski – I sam nie pierdol, tylko mów, co to za knajpa – westchnął ciężko – a dostaniesz... ile to na nowe pięćdziesiąt tysięcy?

- W dupę se wsadź te swoje stare. Swojej starej – zarechotał z młodzieńczego dowcipu Dżony.

- Słuchaj no, obrażający własną babcię gówniarzu... – zaczął Trzaski, ale słysząc chichoczącego zeń Gnoma zrezygnował, wyciągnął stare sto tysięcy i wręczył dzieciakowi.

- „Noe” to najbardziej zajebista knajpa w tym chujowym mieście – nastolatkowi zabłysły oczy – Mówię, ci, wujas, same wyjebane dupy tam przychodzą, wypas muza, kurwa, normalnie... Cała gangsta ze Szczecina się tam bawi... A jakie strobo, kurwa, wujas...

- Kiedy mają otwarte?

Dzieciak zarechotał z blokerskim akcentem.

- Ja pierdolę, wujas, ty to jesteś normalnie... No w weekendy, kurwa, przecież kasę się tam trzepie. Many, many, many, jarzysz?

- Drogo?

- Nie, kurwa, za dwa koła cię tam wpuszczą... – nastolatek teatralnym gestem przejechał sobie dłonią po twarzy.

- To nie tak drogo, wręcz tanio, powiedziałbym... – Trzaskiemu błysnęły oczy.

- Ja pierdolę, nie łapiesz bazy, wujas, żartowałem, kurwa... siana musisz mieć przy sobie od zajebania, ale jakie dupy, kurwa... Ruchanie samo ci wchodzi na kutasa, normalnie...

Marcin Trzaski nie był wybitnym pedagogiem, ale miał nienajgorszą pamięć i mógł się spodziewać, że wspomniane przez siostrzeńca „ruchanie” oznaczało najczęściej własną dłoń pod kołdrą z jakimś tanim pisemkiem, ale zignorował wypowiedzenie tej refleksji na głos.

- Znasz szefa tej knajpy? Bielskiego? – zagadnął w zamian.

- Znasz „Białego”, wujas? – nastolatek spojrzał na niego z nowym szacunkiem.

- Nie – szacunek oklapł niczym dziurawa dętka – ale jeśli znajdziesz mi kogoś, kto będzie mógł mi go pokazać, to zabiorę tę osobę i ciebie w sobotę do tej knajpy. Umowa stoi?

Szacunek wzrósł o dobre dwa rzędy wartości.

Pożegnawszy się z siostrzeńcem, Trzaski z zadowoleniem stwierdził, że znowu zaczyna padać. Ponieważ matka kazała mu nosić parasol, nie mógł sobie pozwolić na brodzenie z twarzą w strugach deszczy, ale na bezrybiu...

Otwierając piekielne urządzenie, Trzaski wbił sobie drut w policzek, po czym mało nie wyłupił sobie oka. Dokonawszy słusznej zemsty na rodzaju ludzkim, parasol postanowił permanentnie się zepsuć.

Niczego innego Marcin Trzaski od niego nie oczekiwał. Westchnął i ruszył smętnie do domu.

***

Trzaski potrzebował siostrzeńca nie tylko po to, oczywiście, żeby zidentyfikować Bielskiego czy też wskazać mu drogę do „Neon Noe”. Do tego wystarczyło mu zdjęcie oraz rudymentarna znajomość topografii miasta. Jako szanujący się detektyw musiał jednak działać w przebraniu.

- Marcin, chory jesteś? – zapytała w miarę spokojnym tonem Justyna Korlicka, siostra bliźniaczka naszego bohatera.

Trzaski słyszał kiedyś od katechety, kiedy z czystej ciekawości zajrzał na lekcję religii w szkole podstawowej, iż człowiek w chwili poczęcia ma już w pełni ukształtowaną duszę i osobowość. Już w brzuchu mamusi, tłumaczył chuderlawy okularnik, jesteście pełnoprawnym dzieckiem Boga. Mały Marcin, który o Bogu słyszał do tej pory niewiele, zapytał o to, czy jako bliźniak posiada tę duszę w systemie jednostkowym, czy ma jej może też pół, jako że mama tłumaczyła mu, że w chwili narodzin jedno dziecko cudownie podzieliło się na dwie kochane osoby. Nie mogąc odnaleźć odpowiedzi katecheta zrobił to, czego go uczono – kazał bachorowi się zamknąć.

Trzaski podejrzewał, że o ile sprawa z duszą śmierdzi na kilometr, o tyle w kwestii podziału talentów ktoś okazał się niesprawiedliwy. Justyna miała oczywiście podobne rysy twarzy, choć szczuplejszą budowę ciała, jednakże w sprawach intelektu i zdrowego rozsądku przerastała Marcina o głowę. Podobnie było z zapleczem emocjonalnym.

- Chcesz zabrać moje jedyne dziecko do tej okropnej speluny? – Justyna zaczęła gestykulować, co oznaczało powolny, acz kontrolowany wybuch złości – Przecież on nawet nie ma piętnastu lat!

- Niewinny jak kwiatuszek... - mruknął Trzaski pod nosem, obserwując siostrzeńca robiącego głupie miny za plecami matki.

Siostra nachmurzyła się. Poniewczasie nasz bohater zreflektował się, że mogła to wziąć do serca. Sama zaszła w ciążę w wieku trzynastu lat podczas niefortunnej przygody na szkolnej dyskotece i nie miała ochoty najwidoczniej, by jej syn powtarzał błędy rodzica.

- Justynko - wzniósł dłoń w pokojowym geście – nie sądzę, abyś mogła powstrzymać te młode pokolenie przed łażeniem na dyskoteki, to po pierwsze. Masz przynajmniej pewność, że będzie miał przyzwoitkę... Poza tym – uśmiechnął się tępo do zblazowanego siostrzeńca – będziemy w domu najpóźniej o dziesiątej. Dopilnuję tego.

Justyna westchnęła ciężko.

- Janek, zobacz co tam w telewizji grają... – machnęła ręką w stronę syna.

Kiedy naburmuszony wizją wczesnego powrotu do domu nastolatek smętnie poczłapał do innego pokoju, kobieta oparła ciężko łokcie na blacie okrytego tanią ceratą stołu i przez długi czas lustrowała promieniejącą niewinnością nalaną twarz brata.

- Marcin... – zaczęła z wyraźnym znużeniem w głosie – Umówmy się, nie jestem ostatnią kretynką...

Trzaski otworzył usta, ale siostra zdecydowanym ruchem dłoni uciszyła go. Siedział tak przez parę sekund z rozdziawionymi ustami, dzięki czemu przypominał wygłodniałego skalara. W końcu zreflektował się, że wygląda idiotycznie i zatkał sobie otwór gębowy papierosem. Justyna westchnęła i podsunęła mu popielniczkę.

- Wróćmy do tematu, braciszku – zmrużyła oczy. – Wiem dobrze, że ostatnim twoim marzeniem jest zabieranie gdzieś tego rozwydrzonego bachora. A zwłaszcza na jakąś dyskotekę... Jezu, Marcin, przecież ty nie cierpisz muzyki!

To akurat była prawda. O niektórych ludziach mawia się, że słoń im na ucho nadepnął. W przypadku Marcina Trzaskiego byłoby to stwierdzenie równie delikatne, jak określenie kaszalota filigranowym. Ucho w przypadku naszego bohatera nie tylko zostało nadepnięte przez słonia, ale także dokładnie wymoszczone przez słoniowy zad, przeżute i wyplute w stertę słoniowatego łajna. Od całkowitej amuzji dzieliła go tylko zdolność odróżnienia Piątej Symfonii Beethovena od death metalu przy pomocy wskazywania palcem.

- To praca, tak? – Justyna sięgnęła po papierosa z paczki detektywa. Paliła rzadko, więc ów gest był znaczący. – Przysięgam, jeżeli coś się stanie Jaśkowi...

- Po prostu, jak zauważyłaś, nie znam się na tych młodzieżowych sprawach... Muszę zrobić parę zdjęć, to grubsza sprawa, a nie mogę pójść tam sam...

Korlicka otaksowała brata krytycznym spojrzeniem.

- Chcesz się nie rzucać w oczy? – ironia spłynęła z jej ust niby lepki lukier.

- Wiem, że powinienem zrzucić parę kilo... – zaczął się tłumaczyć, ale siostra wybuchnęła perlistym śmiechem.

- Jezus Maria, Marcin, przede wszystkim zrzuć ten prochowiec, marynarkę, całe to przebranie Sherlocka Holmesa, w którym to niby tak ci do twarzy! Młodo wyglądasz przez ten twój tłuszcz, więc po tym względem twoja nadwaga raczej ci służy, ale...

- Co „ale”? – burknął Trzaski, którego zdanie w kwestii służącej mu nadwagi plasowało się na przeciwległym końcu.

- Marcin, wyobrażasz sobie, żeby Robert poszedł na tajny patrol w mundurze? – Justyna zaczęła chichotać, całkowicie zmywając z siebie podły nastrój.

- Jeżeli Eastwood mógł, to dlaczego... – zaczął Trzaski, ale siostra przerwała mu salwą śmiechu.

- Boże, braciszku – ocierała łzy, lejące się teraz strugami po rozbawionej twarzy – nie żyjesz w filmie czy w książce... chociaż czasem mam wrażenie, że tak... O Jezu... nie wytrzymam... Janek!!!

Pryszczata twarz wychynęła zza drzwi.

- Potrzebujemy przebrania dla twojego kochanego wujka... – urwała, gdyż w tej chwili złośliwe dłonie wyobraźni odszukały w odpowiednich przegródkach obraz Trzaskiego przebranego w ciuchy jej chuderlawego syna. Wyświetlony na wewnętrznej części gałek ocznych obraz wywołał kolejne salwy chichotu.

- Bardzo śmieszne – mruknął Trzaski. – Jasiek, masz jakiegoś kolegę... emmm... mojej postury? Szkoda mi pieniędzy na zakupy, a poza tym nie wiedziałbym w co się ubrać...

W oczach siostrzeńca błysnęły złośliwe ogniki.

- Normalnie, wujo, się coś wyczai... – zarechotał. To chyba rodzinne, pomyślał detektyw.

Justyna spoważniała na moment. Chwyciła Trzaskiego za przegub ręki.

- Macie czas do dziesiątej – syknęła złowieszczo. – Jeżeli mojemu synowi coś się stanie, to przysięgam ci, Marcin, jesteśmy rodziną... ale dopilnuję, byś do końca życia musiał jeść przez słomkę...

Trzaski pogłaskał ją wolną ręką po zewnętrznej stronie dłoni.

- Masz moje słowo. Jesteśmy umówieni, mały? – mrugnął do siostrzeńca.

- Twój stary to mały... – mruknął Dżony Samozwaniec, ale tak by matka nie słyszała.

W jego oczach orkiestra imienia Księcia Siedmiu Kręgów Piekieł grała złowróżbne tony.
Mater tua criceta fuit, et pater tuo redoluit bacarum sambucus!
Avatar użytkownika
Aeshtir męska
Mag II stopnia
 
Posty: 235
Lokalizacja: Szczecin
Reputacja: 232

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Kinga » 12 lip 2011, o 08:28

Dobre, minimalnie za wulgarne jak na forum, ale dobre, fajnie się czyta :)
Regulamin jest fajny. Ścieżka kasztana nie. FAQ ma sporo odpowiedzi, jak nie ma tam Twojego pytania, pisz PW.
Avatar użytkownika
Kinga żeńska
ciotka cierpienia
 
Posty: 3001
Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza / Wrocław
Reputacja: 3854

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Aeshtir » 12 lip 2011, o 17:42

Kinga napisał(a):minimalnie za wulgarne jak na forum

Cóż, takie prawa litentia poetica, jesli się chce w jakiś sposób oddać pewien styl mówienia. Osobiście nie toleruję wulgaryzmów w narracji, ale czasami dialogi tego wymagają. Tyle objaśnieniem, gdyby kto chciał mnie kamienować za używanie słów, których nikt tu pewnie nie zna ;) .
A za pochwały i krytykę - jak zawsze - serdecznie dziękuję
Mater tua criceta fuit, et pater tuo redoluit bacarum sambucus!
Avatar użytkownika
Aeshtir męska
Mag II stopnia
 
Posty: 235
Lokalizacja: Szczecin
Reputacja: 232

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez l1l1th » 12 lip 2011, o 19:26

Jeśli ktoś umie wulgaryzmy wpleść sensownie w całość to nadaje charakteru. Sapkowski świetnie się nimi posługuje wplatając je w charakter postaci, Ziemiański np. klnie bezsensownie, aż mnie (starego oklętusa) razi po gałach.
Avatar użytkownika
l1l1th żeńska
Student Magii
 
Posty: 75
Lokalizacja: oświęcim
Reputacja: 40

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Aeshtir » 12 lip 2011, o 21:23

l1l1th napisał(a):Jeśli ktoś umie wulgaryzmy wpleść sensownie w całość to nadaje charakteru.

Staram się jak mogę. Sapkowskim to ja nie zostanę, nie te progi... Mogę jedynie zapewnić, że tam gdzie mogłem ich uniknąć - podobnie jak kolokwializmów, które rażą mnie bardziej niż poczciwa "kurwa" - unikałem. Ale, jeśliby to kogoś raziło... pamiętacie trend z lat dziewięćdziesiątych+, kiedy to lektorzy oryginalne "fuck" zastępowali czymś w rodzaju "a niech to dunder świśnie"? :lol:
Mater tua criceta fuit, et pater tuo redoluit bacarum sambucus!
Avatar użytkownika
Aeshtir męska
Mag II stopnia
 
Posty: 235
Lokalizacja: Szczecin
Reputacja: 232

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez l1l1th » 12 lip 2011, o 21:36

heh no daj spokój, bo czasem jak lecą filmy które ociekają wulgaryzmami a ich tlumaczenie brzmi, "kurczę, cholera, a niech to" to wprowadza uśmiech tam gdzie być go nie powinno. A poczciwa stara "kurwa mać" ma swój klimat, wyraz i tworzy niepowtarzalną atmosferę. Bo ja sobie nie wyobrażam krasnoluda mówiącego " kurka wodna jakie to niedobre!" kiedy wypija jakiś paskudny shit, który ktoś nazwał piwem :) No przecież to by zniszczyło cały wizerunek. Poza tym, wulgaryzmy są częścią życia, języka i każdy ich używa - tylko nie każdy się chce przyznać, bo nie daj Boże ktoś powie "fuj jak ty nieładnie mówisz!" i to takie niepoprawne politycznie teraz jest :D
Avatar użytkownika
l1l1th żeńska
Student Magii
 
Posty: 75
Lokalizacja: oświęcim
Reputacja: 40

Re: Trzaski - parodia kryminału

Postprzez Kinga » 13 lip 2011, o 16:57

Oj, nie maiałam na myśli, że jak to zostało ujęte "fuj jak ty nieładnie mówisz!", ale, że na forum nie powinno się specjalnie kląć, mimo wszystko nie wszyscy są pełnoletni, i trzeba o nich dbać. Sama klnę jak szewc, ale nie na forach. I mam nadzieję, że wulgaryzmy od tej pory będą się pojawiać w tym temacie tylko w odcinkach, a nie innych postach, a i tak w niespecjalnie dużych ilościach. Poza opowiadaniami/powieściami będę je wycinała i piętnowała. (nie tylko w tym temacie)
Regulamin jest fajny. Ścieżka kasztana nie. FAQ ma sporo odpowiedzi, jak nie ma tam Twojego pytania, pisz PW.
Avatar użytkownika
Kinga żeńska
ciotka cierpienia
 
Posty: 3001
Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza / Wrocław
Reputacja: 3854

Następna strona

Powrót do Wieża sztuk

- To bardzo wysokie góry... - w jego głosie znów zabrzmiało zwątpienie.
- Zbocze idzie w górę, zbocze opada w dół - stwierdził gnomicznie M'Bu.
- to fakt - zgodził się Azgural. - Czyli przeciętnie, jest płasko na całej trasie.

Ruchome obrazki, dodał(a) grace

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników

cron