Jestem zmęczony, szefie. Zmęczony wędrówką, samotnie jak jaskółka w deszczu. Zmęczony tym, że nigdy nie miałem przyjaciela, żeby powiedział mi skąd, gdzie i dlaczego idziemy. Głównie zmęczony tym, jacy ludzie są dla siebie. Zmęczony jestem bólem na świecie, który czuję i słyszę... Codziennie... Za dużo tego. To tak, jakbym miał w głowie kawałki szkła. Przez cały czas.


















Nagle domyśliłem się, gdzie są. Wymknąłem się na korytarz. Kiedy nikt nie widział, zszedłem po schodach, a potem w półmroku dotarłem do gabinetu doktora Dusseldorfa. Bingo! Byli tam. Zza drzwi dobiegały mnie głosy. Ponieważ zmęczyłem się schodzeniem, postanowiłem, zanim otworzę drzwi, odczekać kilka sekund, aż serce przestanie mi walić. I wtedy się wszystko wydało. Usłyszałem to , czego nie powinienem był usłyszeć.











Dzisiaj przeżyłem wiek młodzieńczy i nie obeszło się bez kłopotów. Co za historia! Miałem przejścia z kumplami, rodzicami, a wszystko z powodu dziewczyn. Dziś wieczorem cieszę się, ze mam dwadzieścia lat, bo myślę sobie,że uff, najgorsze mam już za sobą.



























- Estce que vous etes peintre, monsieur, artiste peintre [- Czy jest pan malarzem, artystą malarzem?]? A co ona sobie, do diabła, wyobraża? Że jestem geometrą, który dokonuje pomiarów SaintGermaindesPres, abyśmy mogli postawić jego kopię na pustyni dla jakiegoś arabskiego księcia, który przerobi go później na meczet? Może znalazłoby się tam miejsce dla mojego chevalet, konia zmienionego w wielbłąda. Francuzi nie wiedzieć czemu, nazywają sztalugi chevalet, co dla mojego niedokształconego francusko-amerykańskiego ucha brzmi podobnie do słowa cheval, koń. Pochylam się i próbuję postawić sztalugi, wyciągam tylną nóżkę, potem powoli przekręcam tę, która wygięła się w bok. Wygląda na to, że nic nie jest połamane, dzięki Bogu. Mogłoby to zdusić w zarodku moją znakomicie się zapowiadającą karierę artystyczną. Choć słowo "szczep" lepiej chyba pasuje w tym kontekście niż "zarodek".
- Oui, madame, je suis peintre, artiste peintre. [- Tak, proszę pani, jestem artystą malarzem.] - Ach, zatem jest pan również Amerykaninem. To bardzo ciekawe.



























Zaraz potem zjawiła się Dolly. Wiedziała,że tego dnia miało się odbyć konsylium, i chociaż niedawno wstała była po połogu (w końcu zimy powiła córeczkę0, chociaż miała wiele własnych zmartwień i kłopotów, zostawiła bowiem w domu niemowlę oraz starszą córeczkę, która świeżo zachorowała- przyjechała jednak dowiedzieć się o losy Kitty, mające się tego dnia właśnie rozstrzygnąć.


















Zdaniem matki, nie mogło być żadnego porównania pomiędzy Wrońskim a Lewinem. Matce nie podobały się dziwne i rażące wypowiedzi Lewina, nieobycie towarzyskie, które przypisywała zarozumiałości, wreszcie to jakieś w jej pojęciu dziwaczne życie na wsi i to zajmowanie się bydłem i chłopami. Brała mu również za złe, że choć kochając się w Kitty, bywał u nich przez półtora miesiąca, ciągle niby na coś czekał, podpatrywał, jakby się obawiał, czy nie zrobi im zbyt wiele zaszczytu oświadczając się o rękę ich córki- a nie rozumiał, że jeśli się bywa w domu, gdzie jest panna na wydaniu, to należy się w jakiś sposób zdeklarować.









Panowie i Damy, dodał(a) Kinga
Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników