przez Marek_Sobczak » 20 maja 2011, o 09:21
- Jesze jedom krrwa...wawą Merry... - wybełkotałem nie będąc pewnym czy barmanka pod drugiej stronie w ogóle zrozumiała to co do niej mówię. Może mówiła innym językiem? Zresztą w moim stanie każdy język byłby trudno dla niej i innych zrozumiały. Spojrzałem więc na panią barman przymilającym się wzrokiem. Skupiłem się niestety na biodrach... na biodrach... i nie mógł przejść dalej. Wysiliłem w końcu zmęczone czoło, podniosłem wyżej, z żalem opuszczając wzrokiem teren bardzo mojemu (jeszcze bardziej zmęczonemu) umysłowi odpowiadający. Niestety akcja ta zakończyła się spektakularną eskapadą z wysokości stołka do wysokości miejsca pracy pucybuta. Kiedy z trudem podniosłem się, przy okazji ściągając prawie spodnie sąsiadowi obok,skoncentrowałem się na tyle, by zobaczyć, że stoi przede mną ukochana krwawa pani. Dwunasta dziś. Dobrze, że nie piję do lustra, bo bym sobie niezłej biedy napytał... Grunt to kultura picia. Uchwyciłem w rękę przyjemny chłód kieliszka. Och jak dobrze. Tego mi było trzeba. Mięśnie skurczyły się gdy przeszedł je dreszcz podniecenia i wyczekiwania, na tę hamletowska chwilę między ustami a brzegiem pucharu. Upiłem pierwszy łyk. Mina diametralnie mi się zmieniła z rozanielonej na zawiedzoną. Jeden łyk otrzeźwił mnie diametralnie.
-Pani barman kochana. Co jest w moim drinku- zapytałem wysilając się na szczyty poprawności gramatycznej.
-2 kostki lodu, setka soku pomidorowego, trochę cytryny i 15-ka sosu Worcester. To co zwykle w krwawej Merry.
Przyjąłem tę wiadomość do nieprzytomnej świadomości, coś jednak nie dawało mi spokoju. Zapytałem więc drążąco:
-A wódka?
-A wódki nie zamawiałeś odparła pani barman i wrociła do codziennych czynności.
-I w poprzednich jedenastu alkoholu też nie było?
-Ani grama.
-W takim razie – i tu przypomniałem sobie, że wcale nie jestem pijany – musiała mnie pani upić swoim wdziękiem i urodą. Bardzo Ci za to dziękuje Sushi. Poproszę rachunek.
Zapłaciłem grzecznie a na koniec dodałem.
-Sushi. Jeszcze jednak sprawa. Proszę – powiedziałem wręczając jej banknot – za miłą obsługę w takim wyjątkowym dniu. Na razie.
Sushi swoim zwyczajem napiwek miała już schować za dekolt (tak to może zamroczyć świadomość, nawet w bezalkoholowej libacji) kiedy zauważyła, że coś jest na banknocie nabazgrane. Rozłożyła go i przeczytała:
Wszystkiego co najlepsze w dniu urodzin Sushi. Sił do spełniania marzeń, uśmiechu i miłości. Mnóstwa zaskoczenia kolejnym dniem, ciągłego zachwytu nad cudem życia. Długich nocy, nie koniecznie w pracy. Wielu książek do przeczytania, zwariowanych pomysłów i chęci ich realizowania. Przebojowości i siły przebicia co najmniej tyle, co do tej pory. I jak najwięcej zapalniczek do skradnięcia. Stu lat. Albo tylu, byś mogła powiedzieć, że już wszystko zobaczyłaś i nic cię już nie zaskoczy.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!