przez Mosey » 1 maja 2011, o 18:18
Wczoraj skończyłem urodzinowych Wolnych Ciut Ludzi - oczywiście w przekładzie pana Cholewy, więc, tak jak to już było w Carpe Jugulum, mogłem się zetknąć z tą gwarą, która podpięta została Feeglom. I przypadła mi bardzo do gustu - trzeba przyznać, że ma swój specyficzny i niepowtarzalny styl, przynajmniej w moim odczuciu. Próbowałem czytać teraz wersję, gdzie zostało to napisane inaczej, jednak to już nie było to samo i postanowiłem odłożyć książkę na bok (akurat tak się złożyło, że niedawno ją wypożyczyłem z biblioteki - pewnie jeszcze przeczytam jak znajdę chwilkę).
Teraz natomiast sięgnąłem po Podróże z Herodotem Kapuścińskiego. Książka ta, pomimo tego, iż leży praktycznie nieużywana na półce już dobre 3 i pół roku, dorobiła się swojej historii.
Otóż, dostałem ją w ramach wzajemnego obdarowywania się prezentami, który to zwyczaj ma miejsce niekiedy w szkołach (w tym przypadku moje uwielbiane i z perspektywy czasu gloryfikowane IV LO). Niestety, znajoma, kupując tę książkę, nie trafiła w najlepszy moment - zima 2007 to czas, kiedy całkowicie wsiąkłem w świat, po którym hasa sobie pewien białowłosy zabijaka. I książki te miały dla mnie (ba, wciąż mają!) tak olbrzymią siłę przyciągania, że Kapuściński, po próbie lektury (może przez 60 stron udało mi się przebrnąć), wylądował na półce czekając aż Biały Wilk w końcu da mi spokój. I tak się odkładało.
Czy był to błąd? Nie wiem, może właśnie potrzebny był mi czas, aby móc dojrzeć, zyskać spojrzenie na świat z troszkę innej perspektywy, żeby móc w pełni docenić tą książkę. Bo tak jest - sięgnąłem po nią dzisiaj po południu i już jestem mniej więcej w miejscu, w którym wtedy ("Boże, jak to dawno było" - odezwała się nostalgiczna część duszy) moja lektura się urwała. I jestem szczerze oczarowany, a przecież "jedyne" o czym była mowa to szok, jaki autor przeżył podczas pierwszych kontaktów z kulturą hinduską i chińską lat 50 ubiegłego wieku. W zasadzie nie wiem co takiego przykuwa moją uwagę - jest w tym jakaś magia, której nie do końca rozumiem, może dopiero po skończeniu wyklaruje mi się jakiś obraz.
Chyba zacznę się bardziej interesować literaturą Kapuścińskiego - a nuż uda mi się przełamać syndrom lektury, tak jak to się stało ponad rok temu w przypadku Sienkiewicza, którego moje uwielbienie tak wielu zaskoczyło.