Wieża sztuk

Czekolada Nobbiego

Twórczość własna naszych forumowiczów

Czekolada Nobbiego

Postprzez Nobby Nobs » 1 kwi 2011, o 18:30

Za przykładem Meryiel, postanowiłam także wrzucić swoje bazgroły*.
*owszem, brzmi dziwnie, ale Nobby Nobs naprawdę umie pisać

CZEKOLADA

Mała, chuda myszka, niby zmokły worek mieszaniny strachu z sierścią, ostrożnie badała miejsce, w który się znajdowała. Gonił ją kot, oszalały kłębek pazurów i blizn. Oszołomiona, w desperackiej próbie ratunku, nie zwróciła najmniejszej uwagi, gdzie biegnie. Było tu ciemno, lecz w przeciwieństwie do piwnic, w których zwykła bywać, nie wilgotno. Nie zauważyła także pleśni, choć kurz utworzył pod jej stopami gruby dywan. Zdawała sobie sprawę, że znajduje się w przestrzeni obejmującej drewnianą ścianę o ogromnej dziurze, a także miejsce pomiędzy wspomnianą ścianą a jakimś dziwnym szarym czymś, tworzący coś w stylu wypukłej ściany. Coś było gorące. Mysz dała się opatulić przyjemnym ciepłem, do jakiego nie była przyzwyczajona mieszkając w zatęchłych piwnicach, ściekach i śmietnikach. W powietrzu unosił się słodki, przyjemnie kuszący zapach… Brzuch jak na alarm włączył swoje protestujące burczenie, domagające się małego, a najlepiej dużego czegoś do schrupania. Mysz poruszyła wąsikami i zmarszczyła nosek. Nigdy jeszcze nie czuła tego zapachu… Należał do płynnej substancji cieknącej z niewielkiej dziurki w szarej ścianie. Próbowanie czegokolwiek niezidentyfikowanego, było jak samobójstwo w ciężkim mysim życiu. Jednakże cudowna woń pociągała niemiłosiernie, zdawała się zawierać sugestię, że jeżeli choćby była przyczyną śmierci, byłaby to najwspanialsza agonia rozkoszy, dla której warto było porzucić wszystko.
I tutaj opowieść mogłaby się skończyć. Mysz nie spróbowała nieznanej substancji i zapomniała o dziwnym miejscu, do końca swych dni żyjąc na śmietniku. Aż nadszedł dzień, w którym stała się śniadaniem pewnego kota.
Załóżmy jednak, że spróbowała brązowego jedzenia, które ogarnęło ją smakiem tak wybornej doskonałości, że rozpaliło olbrzymie ognie miłości w duszy małej myszki. Już nic nie miało być takie, jak wcześniej. Dla tego smaku warto żyć… i umierać. Czekolada.
I mysz została tu na zawsze. Co jakiś czas do czekoladowego raju trafiały koleje gryzonie… kolejne i kolejne…. Aż utworzyło się małe stado, rodzina.

W zupełnie innym czasie, w zupełnie innym miejscu, w zupełnie innej przestrzeni… stała sobie mysz, na krawędzi. Była o wiele mniejsza od innych gryzoni, a także przesycona niejakim żalem niewinnego tobołka nieszczęść, który naprawdę się starał, ale jakoś mu z życiem nie wyszło. Żałosny kłębek czarnej sierści. Nie czarnej jak węgiel, ale czerni przetartej jak używane ubranie. Do tego ubarwionej czymś lepkim, co niemiłosiernie poskręcało włosy w dżunglę kołtunów, których prawdopodobnie już nigdy nie będzie się dało rozczesać. I niewielkie oczka jak groszki, przesycone bezradnością i bezdenną rozpaczą. Błyszczą jakby błagały świat o miejsce dla małej istotki, która wciąż ucieka i wciąż się boi.
Już nie chce się bać. Już nie chce uciekać. Już nie chce żyć.
Stoi na krawędzi. A przed nią pustka.
Miło byłoby gdyby ktoś wbiegł teraz i krzyknął, by tego nie robiła. Ale ona nie miała nikogo. W małym świecie gryzoni, w świecie bezkresnej walki o ser, nie miała nikogo i była nikim.
Wystarczy tylko skoczyć… Jeden jedyny skok i… ten ostatni.
Oto mysz. Oto krawędź. Oto wybór.
I oto koniec, myśli mysz. Poczym, z całą determinacją na jaką było ją stać, zrobiła krok… w pustkę.

Leci. Spada we mgle. Niepowstrzymanie zbliżając się do końca… A czas jakby zwolnił, jakby nagle cały świat chciał choć o tą jedną chwilę przedłużyć żywot małej myszy. To jej chwila. Ta ostatnia, musi być jej.
I prawdopodobnie dla stojącego obok obserwatora byłyby to ułamki sekundy, lecz najbardziej pobudzonym jest się właśnie wtedy, kiedy się umiera. Ułamki sekundy były dla małej myszy całą wiecznością.
Czuła przyjemny dotyk mgły tak gęstej, że była niby miękki materac, w którym można utonąć.
I słyszała szepty. Słowa, których nikt nigdy nie powiedział, ale które zdawałby się być obecne, niby perspektywa zadań, których nikt nigdy nie wypowiedział, ale mógłby. Szeptały jej piękne rzeczy… Mówiły o miłości, przyjaźni, zaufaniu, dobroci, nadziei i o szansie na lepsze życie, którą każdy posiada, a tak niewielu dostrzega. I powiedziały jej, że dadzą jej coś wielkiego. Ona dostanie szansę skosztowania radości życia, a one nadzieję wypowiedzenia. To jej wybór.
Mysz podjęła decyzję i przez mgłę tak gęstą, że będącą niby miękki materac, w którym można utonąć, przeniosła się do zupełnie innej przestrzeni, zupełnie innego miejsca i zupełnie innego czasu.

Jola szła pewnym krokiem po skrzypiącej podłodze. Lubiła wiedzieć, że wszystko ma pod kontrolą. Dlatego codziennie znajdywała chwilę czasu, by przejść się do Wrót, które oddzielały Ich Świat od Całej Reszty. Zawsze istnieje szansa, że przybędzie ktoś nowy.

Łup! Czarna mysz wylądowała na czymś miękkim i… ciepłym. Ze zdziwieniem stwierdziła, że pachniało ładnie… O niewielu rzeczach w jej życiu można było to powiedzieć. „Ładny zapach” w śmierdzących ściekach, rynsztokach i śmietnikach jakoś nie był popularnym zjawiskiem.

Jola otrząsnęła się zaszokowana. Kto by się spodziewał!? Co za absurd! Szła sobie spokojnie, jak to porządna mysz, a tu nagle to cuchnące wychodkiem, czarne coś spadło prosto na nią! Czy kiedykolwiek zmyję z siebie ten zapach? – myślała.
Wstała powoli strzepując z siebie intruza, który o dziwo okazał się istotą żywą. Prawdopodobnie nakrzyczałaby porządnie na niego i dała długie kazanie o tym, jak to nie powinno się spadać na cudze ciało, lecz stworzenie wyglądało tak żałośnie, jakby właśnie stoczyło zacięty bój z wychodkiem, który na dodatek wygrał, że nie miała serca być na niego wściekła.
Mała istotka poruszyła wąsikami, zdecydowanie za długimi, jak na tak niewielkiego gryzonia, a że było gryzoniem Jola stwierdziła po uważniejszej obserwacji i stwierdziła, że skoro ma ogon, wąsy i uszy (te co prawda poszarpane i ponadgryzane, ale jednak uszy) jest zapewne jakimś rodzajem gryzonia.
- Witaj – powiedziała i dodała, jako że nic innego nie przyszło jej do głowy – Czy zawsze spadasz tak na niczego niespodziewające się myszy?
Gryzoń popatrzył na nią, jakby oszołomiony.
- Ty pachniesz – wyksztusił, zdziwiony samym faktem, że mysz może pachnąć. Nikt, kogo większość życia polega na niedaniu się pożreć i kradnięciu jedzenia, nie powinien tak pachnieć. Już dawno nauczył się, że ten kto bardziej śmierdział gnojem, miał większe szanse do przeżycia w świecie pełnym kotów i psów o doskonałym węchu. Miała też nieodpowiednie kształty… Była jedną wielką pulchną, futrzastą piłeczką – idealną zabawką dla kota. Jak ona w ogóle ucieka? Jego życie w osiemdziesięciu dziewięciu procentach polegało na ciągłych ucieczkach. Ona musiałaby się turlać, aby osiągnąć przyzwoitą prędkość.
Jola była zaskoczona. Nie wiedziała nawet czy był to komplement, w jego ustach brzmiał jak dezaprobata z nutką fascynacji, jaką obdarza się istotę, która z nie tyle klasą ile z przytupem, łamie wszelkie zasady normalności.
- Owszem – odarła po chwili, jako że była osobą, która łatwo nie dawała się wyprowadzić z równowagi . – A ty śmierdzisz.
Gryzoń zamrugał zdezorientowany w świecie, gdzie mysz może pachnieć.
- Oj, gdzie ja jestem?
Jola popatrzyła uważnie na kupkę nieszczęścia stojącą przed nią. Westchnęła. Nawet chodzące wychodki powinny mieć jakąś szansę na coś więcej niż tylko brud i syf.
- Chodź – powiedziała. – Pokaże ci coś, dla czego warto żyć…
…i umierać, pomyślała.

Szli, a im bliżej byli, tym zapach stawał się mocniejszy. Emanował jakby własnym życiem, kosząco szepcząc nozdrzom „no… chodź” . Był rozkoszą w stanie gazowym.
Doszli. Mysz pokazała mu otwór, przez który wypadało światło i zachęciła gestem, aby wszedł. Przekroczył próg i utoną w zapachu, który wydawał się być materialny. Zawirował nim karmiąc rozkoszą tak wyborną, że przesłoniła mu cały świat.
Odpłyną gdzieś daleko, unosząc się na brunatnej mgle doskonałości.
I oto przed nim stał mały brązowy przedmiot. Skąd się tu wziął? Gdzie ja jestem? To nieważne. Liczył się tylko zapach… Zapach tego małego sześcianu. Więc chwyciwszy go zanurzył swe zęby w jednym wielkim koncercie ekstazy, tak ogromnej, że powinno istnieć nowe słowo, które byłoby jej godne. Słodycz jakiej nigdy nie doznał przelewała się w nim, zmieniając zmysły w głośny dźwięk podziwu. Owładnęła nim królowa smaków i mocno owiniętemu w jej długim płaszczu szeptała do ucha symfonie rozkoszy. Czekolada.

i podoba się na razie? :)
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Reklama

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez szpaq » 1 kwi 2011, o 20:38

jak dla mnie bomba ;)
Nic tak nie denerwuje, jak ludzie którzy nie przestają mówić, kiedy ty się wtrącasz.

M. Twain
Avatar użytkownika
szpaq męska
M.A.S.H.
 
Posty: 2427
Lokalizacja: Festung Breslau
Reputacja: 1701

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez Nobby Nobs » 2 kwi 2011, o 11:37

To jedźem dalej.

Jola zachwycona obserwowała proces przemiany twarzy gryzonia w jeden wielki błogi uśmiech, który zupełnie nie pasował do rozpaczliwego, zalęknionego i zagubionego chodzącego wychodka.
Gryzoń siedział rozpromieniony na środku sporej przestrzeni obejmującej drewnianą ścianę o ogromnej dziurze, a także miejsce pomiędzy wspomnianą ścianą a bokiem wypukłego, szarego przedmiotu, tak wielkiego, że sięgał od podłogi, aż po sufit albo jeszcze wyżej i jeszcze niżej. Było tu przyjemnie ciepło. Wszędzie wokół stały okrągłe budowle z tej cudownej, brązowej substancji, którą nazywano czekoladą. Zauważył też płynną czekoladę tworzącą strumienie i smakowicie pluskająca w stworzonej przez myszy konstrukcji, przypominającej układ fontann złączonych ze sobą i rozpościerających się po całym mysim miasteczku. Wszystko pokrywała miejscami delikatna, gdzieniegdzie gęstsza lekko brązowa mgła, będąca wonią gorących źródeł czekolady.
Patrząc z góry domki myszy przypominały grzyby pływające we mgle i obmywane przez tysiące fontann. Sporo okrągłych budowli rosły jedna na drugiej, nadając miastu wygląd tacy z lodami. Do mieszkań wyżej prowadziły rzeźbione z gorzkiej czekolady, w deseń liści i pnączy winogrona gustowne drabinki. Oto miasto, które można zjeść.

Gryzoń, którego zbyt długo nazywano „paskudztwo”, „wychodek” czy „cholera”, z nagłego przypływu inspiracji postanowił zostać Johnem. Nigdy nie miał prawdziwego imienia. Nie było mu potrzebne. W świecie ciągłej walki o pożywienie, jakoś nikt nie zważał na rzeczy tak nieważne jak imiona. Były jedynie przydomki, typu Ten Który Wczoraj Zjadł Mój Ser, gdyż tylko ta informacji była istotna względem owego gryzonia.
Teraz jednak John zrozumiał, że zaczyna nowe życie w zupełnie innym świecie. Tutaj myszy miały imiona. Takie jak Jola, Kutsu, Horacy, Takai… Teraz właściciele owych imion, a także paru innych, którzy nie zostali mu jeszcze przestawieni, siedzieli w sąsiednim pomieszczeniu debatując o jego przyszłości.
Z tego co John zdążył się zorientować przywódcą tego czekoladowego stada był Kutsu. Nie był to taki przywódca, jakich znał. Należał kiedyś do stada, a dowodził tam ten kto był najsilniejszy lub niebywale zwinnie potrafił z godną pozazdroszczenia szybkością wbić zęby w kark przeciwnika. Nikt nigdy nie zważał na nikogo. To było stado jednostek, w którym z każdej strony otaczał cię nieprzyjaciel. Stado, które dawno by się rozsypało, gdyby nie fakt, że jeden zdeterminowany gryzoń ma mniej szans przeżycia, niż grupa zdeterminowanych gryzoni o ostrych siekaczach. To była grupa myszy, których łączył jedynie strach.
Kutsu był inny. Nie był potężnie zbudowany. Nie był straszny. Nie miał nawet blizn, które zawsze charakteryzowały pozycję przywódcy. To był niewielki gryzoń o puszystej, szarej sierści. Garbił się pod ciężarem lat, które przeżył. Spoglądał na świat czarnymi jak węgiel oczami, kryjącymi w sobie bezdenny smutek, ale też ogromną mądrość. Przepełniona nim gorycz dodawała mu wielu, czyniąc go chodzącym trupem.
Do świata czekoladowej radości Kutsu pasował jak błoto do gmachu czystości. Jego osoba – chuda, smutna i stara – kontrastowała z mieszkańcami mysiego miasteczka. Wszyscy byli tu bardzo pulchni, weseli i młodzi. To dziwne, ale jedynym starym gryzoniem był tu tylko Kutsu.

Grupa myszy siedziała w okręgu. Panowała ciężka atmosfera skupionego milczenia. Czas kłótni już minął, teraz wszyscy czekali na te decydujące słowa. Patrzyli na Kutsu. Nie był on przywódcą, nie jako takim. Po prostu miał szacunek, który sprawiał, że każdy go słuchał. Nikt nigdy nie powiedział, że to on decyduje, ale też nikt nigdy nie odważyłby się podważać jego słów.
- Ym… co zdecydujemy? - przerwała milczenie Takai.
Kutsu otrząsnął się powracając z odległych dolin swego umysłu, poczym rzekł:
- Czy nasz młody gość wie o konsekwencjach pozostania tutaj?
Spojrzenia podążyły w stronę Joli.
- Obawiam się, że nie… - uśmiechnęła się niepewnie – poco go martwić? To co możemy mu dać to czysta rozkosz, a nie wygląda na takiego, który miałby okazję jej zaznać, nawet w niewielkim stopniu.
- Dla niektórych cena jest zbyt wysoka – przypomniał Kutsu.
Zapadło milczenie.
- Nie ma takich wśród nas – odparła spokojnie Takai. – Może oprócz ciebie, Kutsu.
- Dobrze wiesz, że moje powody są inne – oznajmił równie spokojnie Kutsu.
- On nie jest tobą.
- Ahaś, spostrzegawczy jesteś – odchrząknął poczym ciągnął dalej. - Nie mówcie mu, proszę bardzo. To nie ja tu decyduje.
Popatrzyli bezradnie na swoje stopy, kolana, podłogę czy cokolwiek innego będącego lepszą alternatywą niż oczy kolegów, a przede wszystkim niż niebieskie oczy Kutsu, który doskonale wiedział, że oni wiedzą, iż to on jest przywódcą, którego nie mają i który, gdyby był, decydowałby o wszystkim.
Teraz pozostawała tylko kwestia, kto to zrobi…
- A więc powiem mu jeszcze dzisiaj – oznajmiła Jola.
Wszyscy odetchnęli. Decyzja podjęta. Teraz znów mogą wrócić do radosnego życia grubasków, w świecie pełnym czekolady.

Jola podeszła do Johnego pewnym krokiem człowieka, w tym przypadku myszy, gotowej na wyszyto to, co ma się zdarzyć.
- Chodź – powiedziała stanowczo i ruszyła szybkim przed siebie.
Zaskoczony John poczłapał za nią niepewnie.
Szli czekoladowymi schodami wysoko w górę, otoczeni nieprzeniknioną mgłą o lekko brązowym kolorze. Jola nie odezwała się ani słowem, a John nawet nie próbował, gdyż umiejętność prowadzenia miłej rozmowy nie była tym czym przejmują się gryzonie biegające w rynsztoku.
Po pewnym czasie dotarli na szczyt czekoladowej góry, która jak się okazało miała kształt myszy. John wywnioskował to, po sporej przestrzeni, na której się znaleźli, będącej bez wątpienia pyszczkiem gryzonia. Zdradzały ją wąsy. Uszy też były pomocne i nos… Bez wątpienia mysi.
- Nazywamy ją Stary Squeaky, jest właściwie pomnikiem na pamiątkę legendarnego odkrywcy CzMMMMRu…
- Czymymymymyru? – przerwał jej John.
- Czekoladowego Mysiego Miasta Mało Małej Rozkoszy –wytłumaczyła Jola.
- Mało Małej?
- Nooo, czyli dużej… Rozumiesz, jakby dwa razy użyte zaprzecza. Niemałej, ot co. Skoro mało małej, to musi być więcej tej dużej – John patrzył na nią z wyrazem uprzejmego niezrozumienia. – Wyobraź sobie wykres kołowy. Jest mało zamalowanej części określonej „mało”, więc logicznej jest że tej „dużo” będzie więcej… - popatrzyła na niego niepewnie – logiczne?
John zamrugał niepewnie, nie miał zbyt dużej styczności z logiką, a wykres kołowy jakoś nigdy nie przebywał w jego towarzystwie na tyle długo, by mógł go lepiej poznać. No, powiedzmy, że w ogóle mu się nawet nie przedstawił.
- Tak, tak – zaryzykował.
- Wróćmy do Squeakyego – ciągnęła Jola. – Podobno wiele lat temu przez przypadek odkrył to miejsce i wypływające z Wielkiego Kotła źródło czekolady. Wielki Kocioł to… pamiętasz tą dużą, szara ściana po lewej stronie miasta? – John przytaknął. – To jedna ze ścian Kotła, będącego ogromnym pojemnikiem gorącej czekolady. Dzięki niemu jest tu tak ciepło i z niego bierzemy całą czekoladę. Nie wiemy skąd się wziął i co jest po drugiej stronie… Nikogo za bardzo to nie interesuje. My żyjemy tu czekoladą – uśmiechnęła się do niego promiennie i po chwili podjęła temat. – Kiedyś ktoś, kogo imię jakaś nie odcisnęło swego piętna na historii, postanowił dostać się na szczyt Wielkiego Kotła, z myślą o łatwiejszym, a przede wszystkim w większych ilościach, wydobywaniu czekolady…
Jola popatrzyła na Johna. Wyglądał jak kupka nieszczęść nawet po kąpieli w małym baseniku (był to wyjątkowy basenik, ponieważ jako jeden z nielicznych wypełniony był wodą, a nie czekoladą). Zrobiło się jej go żal. Wyglądał na takiego, który przeżył wiele złego i jakże mało dobrego. To niesprawiedliwe, pomyślała gniewnie, nie powinno tak być… Czym sobie na to zasłużył?
Ledwie tu przybył. Widziała jak podziwiał beztroskość i radość tego miejsca. Dopiero co wyrwał się z kajdan nieszczęścia, jakże niesprawiedliwe zarzuconych mu na ramiona. I teraz ona ma mu powiedzieć, że jest jakieś „ale”? Że nawet w beztroskim na pozór świecie istnieją, ukryte pod maską milczenia, kłopoty? Oznajmić mu, że przyprowadziła go tu nie dlatego, żeby popodziwiał sobie widoki (a dokładnie lekko brązową mgłę przykrywającej wszystko, co warte jest oglądania), ale po to, aby rzec mu to, czego w miasteczku nikt nie ważył się wymawiać? Czuła się, jakby miała przywalić mu cegłą w twarz.
Ale nie zrobi tego… Nawet gdyby potrafiła, nie zrobiłaby. Wszczęła osobisty bunt przeciw niesprawiedliwości świata. Przecież niewiedza bywa błogosławieństwem. Na pewno podziękowałby jej, gdyby wiedział przed czym go chroni. Tak, tak będzie odpowiednio. Uśmiechnęła się, czując coraz bardziej, że jej decyzja jest słuszna.
- …i ten ktoś wyruszywszy już nigdy nie wrócił, pozostawiając istnienie ograniczonej wysokości Wielkiego Kotła w niepewności – skłamała.

Jola odprowadziła go do niewielkiego okrągłego mieszkanka zbudowanego z czekolady i powiedziała, że od dzisiaj będzie to jego dom, a także iż specjalnie dla niego szykują powitalne przyjęcie, a kiedy już wszystko będzie gotowe, przyjdzie po niego. Potem wyszła i zostawiła go samego.
John spojrzał na swój nowy dom. Odczuwał ogromną radość i wzruszenie. Nigdy jeszcze nie miał domu. Spadł gdzie się dało i żył w wiecznie przemieszczając się z jednej dziury do drugiej. A teraz patrzył na niewielkie pomieszczenie, którego większą część zajmował nieduży basen pełen czekolady z wytryskającymi z podłoża, a także ze ścian czekoladowymi źródłami, ze sporym, jak na mysz, miękkim łóżkiem, wykonanym z galaretowatego rodzaju czekolady, o kolorze tak bladym, że niemalże białym. Spoglądał na dziwną latarnie w kształcie myszy trzymającej kielich, który wypełniony był złotym płynem oświetlającym pomieszczenie. Tego typu latarnie widział już wcześniej, chodząc po miasteczku z Jolą i jak się od niej dowiedział, ów płyn był odmianą czekolady uzyskiwaną przez myszy, dzięki tajemnemu przepisowi sprawiającemu, że czekolada nabierała złocistej barwy i świeciła. John uśmiechnął się. Miał dom.
Niebawem przyszła do niego Jola i zabrał go na duży plac, znajdujący się nieopodal jego mieszkania. Było tu sporo drinków* i przekąsek** , obok których rozmawiały myszy, wszystkie pulchne i wesołe. John przeżył niejaki szok, gdy zauważył, że wszyscy uśmiechają się do niego. To nie było naturalne… Nie w jego świecie. Jeśli coś się do ciebie uśmiecha, to najprawdopodobniej nie wiesz jeszcze wszystkiego. Nie powinno ufać się uśmiechowi. Bywa zdradliwy.
Z jeszcze większym zdziwieniem doszedł do wniosku, że niezbyt go to nie martwi. To inny świat. Świat pachnących myszy i prawdopodobnie życzliwych uśmiechów… A oni wszyscy wydawali się sympatyczni. Rozluźnił się trochę i nerwowo uśmiechną do wyjątkowo grubej myszy, która właśnie szła w jego stronę. Stanęła obok niego i podała mu czekoladowego drinka, poczym delikatnie zadzwoniła łyżeczką o swój kieliszek.
- Jak wiecie – powiedziała, gdy wszyscy umilkli i z entuzjazmem oczekiwali jej słów– dziś dołączyła do nas nowa osoba. Myślę, że wszyscy przywitamy ją ciepło i tak, jak ja, każdy cieszy się z jej wkroczenia do Mysiego Miasta Mało Małej Rozkoszy, miejsca Czekoladowej Ekstazy. Witaj nam…
-…John – podpowiedział John.
- A więc wznieśmy toast za Johna! – powiedziała, a kiedy wszyscy wrócili już do rozmów, zwróciła się do niego – Jeszcze raz witam, jestem Takai. Należę do rady CzMMMMR.
- Witam – odparł John.
- Chcesz ciasteczko?
- Jakie?
Popatrzyła na niego zdziwiona.
- Czekoladowe, oczywiście.
- A, no tak. Czekoladowe. Poproszę.
Podała mu smakowicie wyglądające ciasteczko po czym zniknęła w tłumie, gdy kolejne osoby podeszły, aby poznać nowo przybyłego.
- Witaj – powiedziała wyjątkowo korpulentna, ale za to bardzo niska, mysz z gigantycznym czekoladowym kapeluszem na głowie. – Jestem Margaritta! To ja piekłam to ciasteczko, które właśnie schrupałeś! Nie każdy takie potrafi. Nie myśl, że się przechwalam, ja po prostu mam świadomość, że moje ciasteczka są idealne! Poświęcam im tyle czasu… Ach, ale przecież warto, prawda?
- Ym. Bardzo dobre…
- Wiem, złotko. Jedz, nie przeszkadzaj sobie – rzekła rozpromieniona. – O, patrz kto przyszedł! – jegomość o potężnej budowie ciała zbliżył się do nich powolnym krokiem. – To Duży Bary. No, wiadomo czemu duży… Ale słodziuchny jest, zobaczysz. Kocham mu wypiekać różne różności! Istny kustosz, przekonasz się. Zawsze potrafi mi doradzić, o ile oczyliście potrzebuję rady, co jeszcze brakuje moim ciasteczką do doskonałości. Ohohoho.
- Cześć, John – przywitał się uśmiechnięty Duży Bary.
- Witaj…
John poznał jeszcze dwie sympatyczne siostry – Yoi i Yai, które śpiewały na scenie przeróżne piosenki o czekoladzie (oczywiście). Na dziwie wyglądającym sprzęcie (John nie miał pojęcia co to jest, a kiedy wysłuchał wyjaśnień i tak dalej ani nie rozumiał, ani nie zapamiętał nazwy) przygrywał im Soor. Królem parkietu był Wesoły Worek – szalony, aksamitnie czarny i wyjątkowo, jak na tutejszych, chudy gryzoń. John właśnie z zainteresowanie przyglądał się jego wygibasom, gdy podeszła do niego nieśmiało mała mysz.
- Pan John?… - pisnęła.
- Tak.
Stała przed nim przerażona, w beznadziejnej próbie wyksztuszenia choćby jednego słowa.
- Co chciałaś, panienko? – spróbował delikatnie John.
- …ciastko! – pisnęła głośno i wepchnąwszy do rąk zdziwionego Johnego niewielkie ciastko, odbiegła jak poparzona.
Zaskoczony popatrzył na prezent. Na ciastku, ktoś bardzo starannie napisał WITAJ JOHN i prawdopodobnie John byłby zaszczycony tym napisem, gdyby tylko umiał czytać. Pomimo to i tak czuł się zaszczycony, jako że nigdy jeszcze nic nie dostał od nikogo.
- O, a ty znów wcinasz ciasteczka? – nagle obok niego stanęła Margaritta. – Bardzo dobrze. Bardzo dobrze… Przyda ci się. Jesteś chudy jak patyk! Widzę, że to jedno z tych dorocich. Tak, tak. Mała Dorotka zaczyna piec! Nie dorównuje mi, oczywiście, ale słodziuchna jest w tym jej różowym fartuszku, aż schrupać ją można! Ohohoho. Kochane dziecko niedawno przyszło do mnie i powiedziało, że chce zostać mistrzynią kuchni. No więc, myślę sobie, co tam, dałam jej rękawice, fartuch i nauczyłam paru przepisów.
Klepnęła go mocno w plecy i rzekła:
- No, czas na mnie. Mam podać moją dzisiejszą specjalność!
John patrzył jak znika w tłumie, a potem jeszcze raz spojrzał na ofiarowane ciasteczko, uśmiechnął się i zjadł je. Było wybitnie niesmaczne.
- Cześć, Joe! – powiedziała uśmiechnięta, pyzata twarz przypominająca bardzo dużą rozgotowaną kluchę, która pojawiła się nagle przed nim.
- John.
- A, tak, właśnie – nieznajomy pochyli się konspiracyjnie i szepnął. – Widzisz, moja siostra, Horta, jest strasznie sztywna… I chciałbym ją rozruszać, nie. Pomógłbyś?
- Czemu nie…
- Wiedziałem, że z ciebie porządny gość! – przybysz rozpromienił się i wskazał bardzo pulchną mysz, która przypominała napompowany balonik. – To moja siostra. Idź do niej i spraw, że będzie śmigać po parkiecie! Dajesz, Joe!
- John – bąknął John, ale gryzoń popchnął go już w stronę Horty.
Popatrzyła na niego wzrokiem świadczącym, że jest dla niej nic nieznaczącym, małym chodzącym wychodkiem, który już na starcie został przekreślony z listy jakichkolwiek łask.
- Dzień dobry – spróbował mimo to John. – Jestem John.
Horta prychnęła drwiąco, dając do zrozumienia, że akurat to, kim jest John, nic jej nie obchodzi.
- Zatańczyłaby pani ze mną? – John wiercił się niespokojnie pod jej spojrzeniem.
- Chyba śnisz – prychnęła i odeszła z dumnie uniesioną głową.
Nieznajomy, z zrezygnowaną miną, podszedł do niego i westchnąwszy powiedział:
- No, cóż… Dziękuje, że próbowałeś. Jednak sztywna ta moja siostra, jak nie wiem co! Co to gadać… - nieznajomy umilkł na chwilę, lecz zaraz klepną się porządnie w czoło i wykrzyknął – Ale, co też ja! Nie przestawiłem się, wybacz! Jestem Anrrdiptheght.
- Miło mi – odparł John.

*Czekoladowych, oczywiście.
**Poczynając do zwykłej czekolady poprzez czekoladowej specjały, czekoladowe rozkosze, czekoladowe babeczki z nadzieniem czekoladowym, czekoladowe ciasto z polewą czekoladową, delicje czekoladowe, czekoladowe drzewka dekoracyjne, które też można było jeść i masę innych niezidentyfikowanych, lecz smakowicie wykładających czekoladowych przekąsek i dań.


Ciąg dalszy tworzy się... powoli.
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez Nobby Nobs » 2 kwi 2011, o 19:45

Nikomu się nie chce czytać? :(
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez Olala » 2 kwi 2011, o 20:19

Ja czytam! I jest świetne, uwielbiam! Nawet jeśli styl trochę manieryczny i czasem przesadzony, jest też kilka literówek i kilka słów niezręcznych ("wyszyto" zamiast "wszystko", czy też "miał szacunek" zamiast "cieszył się szacunkiem" czy czegokolwiek bardziej poprawnego). To były minusy, plusów jest tysiąc. Niektóre teksty wybitnie a la nasz Mistrz, uśmiałam się (wykres kołowy), historia świetna, fajna narracja, pomysł na + (czekolada!), i naprawdę już się wciągnęłam w zagadkę czekoladowej krainy.

Pisz dalej, powodzenia, czekam na ciąg dalszy :)
Olala żeńska
Mag II stopnia
 
Posty: 231
Lokalizacja: Warszawa
Reputacja: 374

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez Nobby Nobs » 3 kwi 2011, o 10:26

Dzęki, Olala :)
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez Dicey Reilly » 6 kwi 2011, o 19:16

Łoł, podoba mi się:D
Primo: zagadkowo, super :thumbup:
Secundo: to opowiadanie to zło! W pozytywnym znaczeniu of course: od razu zachciało mi się czekolady! chyba idę do sklepu...
Nigdy nie byłam koniem z polskiego, tak że ocenianie stylu pozostawiam innym. Jedna mała uwaga: zjadasz literki ;)
Czekam na więcej!

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez Dżon » 6 kwi 2011, o 20:15

Świetnie napisane :) Jeszcze nie przeczytałem całości, ale nadrobię jeszcze dzisiaj :D Przepraszam, że dopiero teraz się za to zabrałem, ale zawsze coś mi uwagę odwracało. :)
W taki dzień jak ten, Fryderyk Barbarossa utonął w rzece.
Jakie są Twoje plany na dziś?
Avatar użytkownika
Dżon męska
aka Nie znacie tego?
 
Posty: 4070
Lokalizacja: Pojawiam się, jak otworzysz flaszkę.
Reputacja: 3931

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez Elencza » 13 kwi 2011, o 15:32

Zaczęłam czytać, drugi fragment dopiero przede mną, ale też się wciagnęła i chcę znać rozwiązanie zagadki :D
A wiecie, że wczoraj był Dzień Czekolady?
"Po prawej z głośnym wrzaskiem zawodu pękła cienka bariera pomiędzy namiętnym kochankiem, a kandydatem na świeżo upieczonego (za jakieś 9 miesięcy) ojca." M.Sobczak
Avatar użytkownika
Elencza żeńska
Mag IV stopnia
 
Posty: 779
Lokalizacja: Kielce
Reputacja: 636

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez nanny_ogg » 15 kwi 2011, o 13:39

Puk, puk Nobby :P
Everything in life I share, except of course my teddy bear.
Avatar użytkownika
nanny_ogg żeńska
Plantopecha
 
Posty: 2903
Lokalizacja: Albion...
Reputacja: 3912

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez Nobby Nobs » 16 kwi 2011, o 12:22

Nanny, jakoś zawsze coś mnie odciąga od pisania dalej tejże opowieść... Ale jak tylko się wezmę to wrzucę kolejne części :roll:
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez nanny_ogg » 17 kwi 2011, o 21:04

Cóż, może po prostu zrealizujesz plan napisania odcinku Rewii i będzie dwa w jednym :D
Everything in life I share, except of course my teddy bear.
Avatar użytkownika
nanny_ogg żeńska
Plantopecha
 
Posty: 2903
Lokalizacja: Albion...
Reputacja: 3912

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez Ras Forumowicz » 20 kwi 2011, o 20:56

Ogólnie i w każdym szczególe świetne. Jedyne co mi wadziło (fajne, ale trochę za dużo razy użyłaś) to porównania typu "niby" itd. Ale to było tylko na początku. :clap: Gratulacje i :clap: :clap: :clap:
Za kilka dni ORF. Wcześniej jadę jeszcze na żagle, więc jak się przed festivalem utopię to będę na prawdę zły!
Avatar użytkownika
Ras Forumowicz męska
Student Magii
 
Posty: 46
Lokalizacja: Kielce
Reputacja: 25

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez VimesVetinari » 20 kwi 2011, o 23:15

Świetny pomysł! :) Powiedziałabym, że chętnie zamieszkałabym w takim miasteczku, ale boję się o to ale... Tyle czekolady... mhm :D
a najbardziej podobała mi się Dorotka i dorocie cisteczka :D cóż za piękne imię :D na pewno odegra ważną rolę w dalszej części :P
z niecierpliwością czekam na resztę ;)
"Gdzie jest moja krówka?"
Avatar użytkownika
VimesVetinari żeńska
Mag I stopnia
 
Posty: 136
Lokalizacja: Kraków/Kielce
Reputacja: 75

Re: Czekolada Nobbiego

Postprzez Nobby Nobs » 21 kwi 2011, o 11:03

VimesVetinari napisał(a):Powiedziałabym, że chętnie zamieszkałabym w takim miasteczku

No nie wiem... Zresztą zobaczysz sama w kolejnych częściach (o ile kiedyś wezmę się za pisanie tego dalej). To nie jest taka zwykła czekolada, jaką my znamy. To Czekolada. Taka przez duże C.
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Następna strona

Powrót do Wieża sztuk

- Nie ma co się wstydzić, że człowiek łysieje - stwierdził spokojnie Ridcully. - Zresztą wiecie przecież, co mówią o łysych mężczyznach.
- Tak. Mówią: "Patrzcie, on nie ma włosów" - powiedział wykładowca run współczesnych.

Wiedźmikołaj, dodał(a) grace

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników