*owszem, brzmi dziwnie, ale Nobby Nobs naprawdę umie pisać
CZEKOLADA
Mała, chuda myszka, niby zmokły worek mieszaniny strachu z sierścią, ostrożnie badała miejsce, w który się znajdowała. Gonił ją kot, oszalały kłębek pazurów i blizn. Oszołomiona, w desperackiej próbie ratunku, nie zwróciła najmniejszej uwagi, gdzie biegnie. Było tu ciemno, lecz w przeciwieństwie do piwnic, w których zwykła bywać, nie wilgotno. Nie zauważyła także pleśni, choć kurz utworzył pod jej stopami gruby dywan. Zdawała sobie sprawę, że znajduje się w przestrzeni obejmującej drewnianą ścianę o ogromnej dziurze, a także miejsce pomiędzy wspomnianą ścianą a jakimś dziwnym szarym czymś, tworzący coś w stylu wypukłej ściany. Coś było gorące. Mysz dała się opatulić przyjemnym ciepłem, do jakiego nie była przyzwyczajona mieszkając w zatęchłych piwnicach, ściekach i śmietnikach. W powietrzu unosił się słodki, przyjemnie kuszący zapach… Brzuch jak na alarm włączył swoje protestujące burczenie, domagające się małego, a najlepiej dużego czegoś do schrupania. Mysz poruszyła wąsikami i zmarszczyła nosek. Nigdy jeszcze nie czuła tego zapachu… Należał do płynnej substancji cieknącej z niewielkiej dziurki w szarej ścianie. Próbowanie czegokolwiek niezidentyfikowanego, było jak samobójstwo w ciężkim mysim życiu. Jednakże cudowna woń pociągała niemiłosiernie, zdawała się zawierać sugestię, że jeżeli choćby była przyczyną śmierci, byłaby to najwspanialsza agonia rozkoszy, dla której warto było porzucić wszystko.
I tutaj opowieść mogłaby się skończyć. Mysz nie spróbowała nieznanej substancji i zapomniała o dziwnym miejscu, do końca swych dni żyjąc na śmietniku. Aż nadszedł dzień, w którym stała się śniadaniem pewnego kota.
Załóżmy jednak, że spróbowała brązowego jedzenia, które ogarnęło ją smakiem tak wybornej doskonałości, że rozpaliło olbrzymie ognie miłości w duszy małej myszki. Już nic nie miało być takie, jak wcześniej. Dla tego smaku warto żyć… i umierać. Czekolada.
I mysz została tu na zawsze. Co jakiś czas do czekoladowego raju trafiały koleje gryzonie… kolejne i kolejne…. Aż utworzyło się małe stado, rodzina.
W zupełnie innym czasie, w zupełnie innym miejscu, w zupełnie innej przestrzeni… stała sobie mysz, na krawędzi. Była o wiele mniejsza od innych gryzoni, a także przesycona niejakim żalem niewinnego tobołka nieszczęść, który naprawdę się starał, ale jakoś mu z życiem nie wyszło. Żałosny kłębek czarnej sierści. Nie czarnej jak węgiel, ale czerni przetartej jak używane ubranie. Do tego ubarwionej czymś lepkim, co niemiłosiernie poskręcało włosy w dżunglę kołtunów, których prawdopodobnie już nigdy nie będzie się dało rozczesać. I niewielkie oczka jak groszki, przesycone bezradnością i bezdenną rozpaczą. Błyszczą jakby błagały świat o miejsce dla małej istotki, która wciąż ucieka i wciąż się boi.
Już nie chce się bać. Już nie chce uciekać. Już nie chce żyć.
Stoi na krawędzi. A przed nią pustka.
Miło byłoby gdyby ktoś wbiegł teraz i krzyknął, by tego nie robiła. Ale ona nie miała nikogo. W małym świecie gryzoni, w świecie bezkresnej walki o ser, nie miała nikogo i była nikim.
Wystarczy tylko skoczyć… Jeden jedyny skok i… ten ostatni.
Oto mysz. Oto krawędź. Oto wybór.
I oto koniec, myśli mysz. Poczym, z całą determinacją na jaką było ją stać, zrobiła krok… w pustkę.
Leci. Spada we mgle. Niepowstrzymanie zbliżając się do końca… A czas jakby zwolnił, jakby nagle cały świat chciał choć o tą jedną chwilę przedłużyć żywot małej myszy. To jej chwila. Ta ostatnia, musi być jej.
I prawdopodobnie dla stojącego obok obserwatora byłyby to ułamki sekundy, lecz najbardziej pobudzonym jest się właśnie wtedy, kiedy się umiera. Ułamki sekundy były dla małej myszy całą wiecznością.
Czuła przyjemny dotyk mgły tak gęstej, że była niby miękki materac, w którym można utonąć.
I słyszała szepty. Słowa, których nikt nigdy nie powiedział, ale które zdawałby się być obecne, niby perspektywa zadań, których nikt nigdy nie wypowiedział, ale mógłby. Szeptały jej piękne rzeczy… Mówiły o miłości, przyjaźni, zaufaniu, dobroci, nadziei i o szansie na lepsze życie, którą każdy posiada, a tak niewielu dostrzega. I powiedziały jej, że dadzą jej coś wielkiego. Ona dostanie szansę skosztowania radości życia, a one nadzieję wypowiedzenia. To jej wybór.
Mysz podjęła decyzję i przez mgłę tak gęstą, że będącą niby miękki materac, w którym można utonąć, przeniosła się do zupełnie innej przestrzeni, zupełnie innego miejsca i zupełnie innego czasu.
Jola szła pewnym krokiem po skrzypiącej podłodze. Lubiła wiedzieć, że wszystko ma pod kontrolą. Dlatego codziennie znajdywała chwilę czasu, by przejść się do Wrót, które oddzielały Ich Świat od Całej Reszty. Zawsze istnieje szansa, że przybędzie ktoś nowy.
Łup! Czarna mysz wylądowała na czymś miękkim i… ciepłym. Ze zdziwieniem stwierdziła, że pachniało ładnie… O niewielu rzeczach w jej życiu można było to powiedzieć. „Ładny zapach” w śmierdzących ściekach, rynsztokach i śmietnikach jakoś nie był popularnym zjawiskiem.
Jola otrząsnęła się zaszokowana. Kto by się spodziewał!? Co za absurd! Szła sobie spokojnie, jak to porządna mysz, a tu nagle to cuchnące wychodkiem, czarne coś spadło prosto na nią! Czy kiedykolwiek zmyję z siebie ten zapach? – myślała.
Wstała powoli strzepując z siebie intruza, który o dziwo okazał się istotą żywą. Prawdopodobnie nakrzyczałaby porządnie na niego i dała długie kazanie o tym, jak to nie powinno się spadać na cudze ciało, lecz stworzenie wyglądało tak żałośnie, jakby właśnie stoczyło zacięty bój z wychodkiem, który na dodatek wygrał, że nie miała serca być na niego wściekła.
Mała istotka poruszyła wąsikami, zdecydowanie za długimi, jak na tak niewielkiego gryzonia, a że było gryzoniem Jola stwierdziła po uważniejszej obserwacji i stwierdziła, że skoro ma ogon, wąsy i uszy (te co prawda poszarpane i ponadgryzane, ale jednak uszy) jest zapewne jakimś rodzajem gryzonia.
- Witaj – powiedziała i dodała, jako że nic innego nie przyszło jej do głowy – Czy zawsze spadasz tak na niczego niespodziewające się myszy?
Gryzoń popatrzył na nią, jakby oszołomiony.
- Ty pachniesz – wyksztusił, zdziwiony samym faktem, że mysz może pachnąć. Nikt, kogo większość życia polega na niedaniu się pożreć i kradnięciu jedzenia, nie powinien tak pachnieć. Już dawno nauczył się, że ten kto bardziej śmierdział gnojem, miał większe szanse do przeżycia w świecie pełnym kotów i psów o doskonałym węchu. Miała też nieodpowiednie kształty… Była jedną wielką pulchną, futrzastą piłeczką – idealną zabawką dla kota. Jak ona w ogóle ucieka? Jego życie w osiemdziesięciu dziewięciu procentach polegało na ciągłych ucieczkach. Ona musiałaby się turlać, aby osiągnąć przyzwoitą prędkość.
Jola była zaskoczona. Nie wiedziała nawet czy był to komplement, w jego ustach brzmiał jak dezaprobata z nutką fascynacji, jaką obdarza się istotę, która z nie tyle klasą ile z przytupem, łamie wszelkie zasady normalności.
- Owszem – odarła po chwili, jako że była osobą, która łatwo nie dawała się wyprowadzić z równowagi . – A ty śmierdzisz.
Gryzoń zamrugał zdezorientowany w świecie, gdzie mysz może pachnieć.
- Oj, gdzie ja jestem?
Jola popatrzyła uważnie na kupkę nieszczęścia stojącą przed nią. Westchnęła. Nawet chodzące wychodki powinny mieć jakąś szansę na coś więcej niż tylko brud i syf.
- Chodź – powiedziała. – Pokaże ci coś, dla czego warto żyć…
…i umierać, pomyślała.
Szli, a im bliżej byli, tym zapach stawał się mocniejszy. Emanował jakby własnym życiem, kosząco szepcząc nozdrzom „no… chodź” . Był rozkoszą w stanie gazowym.
Doszli. Mysz pokazała mu otwór, przez który wypadało światło i zachęciła gestem, aby wszedł. Przekroczył próg i utoną w zapachu, który wydawał się być materialny. Zawirował nim karmiąc rozkoszą tak wyborną, że przesłoniła mu cały świat.
Odpłyną gdzieś daleko, unosząc się na brunatnej mgle doskonałości.
I oto przed nim stał mały brązowy przedmiot. Skąd się tu wziął? Gdzie ja jestem? To nieważne. Liczył się tylko zapach… Zapach tego małego sześcianu. Więc chwyciwszy go zanurzył swe zęby w jednym wielkim koncercie ekstazy, tak ogromnej, że powinno istnieć nowe słowo, które byłoby jej godne. Słodycz jakiej nigdy nie doznał przelewała się w nim, zmieniając zmysły w głośny dźwięk podziwu. Owładnęła nim królowa smaków i mocno owiniętemu w jej długim płaszczu szeptała do ucha symfonie rozkoszy. Czekolada.
i podoba się na razie?

