Mi pierwszego Pratchetta przyniósł tato, kiedy miałam jakieś 10 lat - "Zadziwiający Maurycy", którego poleciła mu pani z biblioteki, że taka fajna dla dzieci (: Ubóstwiałam tę książkę, przeczytałam ją może kilkanaście razy w ciągu kilku miesięcy - zanim udało mi się dorwać "Czarodzicielstwo" u siostry ciotecznej w czasie czyichś urodzin czy czegoś takiego. Nie pamiętam, co to było, ponieważ cały czas aż do nocy spędziłam na czytaniu "Czarodzicielstwa" (: Potem naściągałam e-booków (tak, wiem, to bezecne...) i przeczytałam wszystko aż do "Na glinianych nogach". W końcu po trzech latach od "Maurycego" zapisałam sie do osiedlowej biblioteki, w której tkwię do dziś, Pratchetta mają chyba wszystko, tylko trzeba się do tego sprytnie dorwać (:
A jedyną, którą do tej pory kupiłam, jest "Mort". Bo najbardziej go lubię. Był też dostany od rodziny "Piąty elefant", ale kolega mi go ukradł
Ah, i "Eryk". fajne wydanie z ilustracjami Kirby'ego, które przypadkiem znalazłam w antykwariacie ;D