Jak wszyscy, to i ja zacząłem coś pisać. Tak mnie trochę naszło dzisiaj. Jak będzie czas, to będzie więcej.
Panie bracie pij, a pijąc
Płacz nad naszą historyją...
Historyja bywa przykra:
Raz jest liter, raz pół litra!
J. Kaczmarski, J. Kowalski
No dobrze… Trzeba było jakoś zacząć ten dzień… Stanąłem przy umywalce i zacząłem się golić. W głowie jeszcze trochę szumu – litr orzechówki bywa rzeczą zabójczą (szczególnie w bezpośrednim starciu) – ale jakoś udało się nie poderżnąć sobie gardła. Kilka ostatnich pociągnięć żyletką i spojrzałem na gościa w lustrze. Też kończył się golić – w końcu to normalne o poranku. Nawet jeżeli była to dwunasta rano.
-No dobrze. I co teraz? – pomyślałem na głos.
-Nie wiem, weź zrób sobie jajecznicę. – Odpowiedziało leniwie odbicie. – Ja w tym czasie pójdę na piwo. Po twoim wczorajszym maratonie przyda mi się klin…
Aha… Przetrawiłem tą informację i pomyślałem, że jakaś szama to rzeczywiście dobra idea. Ale coś tu zaczęło nie pasować…
-Zaraz, zaraz! – Zaoponowałem. – Na piwo beze mnie? Co ty sobie wyobrażasz?
-No dobrze… – Niechętnie, z oporami, ale jednak się zgodził. Teraz pozostawało tylko wprowadzić w życie niecny plan śniadania, a potem ogarnąć kwestie finansowe. Innymi słowy: kto będzie jeszcze w stanie postawić piwo (szczęśliwie nadal tańsze od cukru i benzyny – co praktycznie rozwiązywało kwestie priorytetów zakupowych).
Jajecznica, sporządzona według antycznej procedury „nawinie” (stosowanej ponoć przez studentów od czasu powstania Uniwersytetu Konstantynopolskiego w roku 849), wyszła nienajgorzej. Udało mi się nawet zatrzymać ją tam, gdzie docelowo miała dotrzeć – toteż wyszedłem na miasto. Odbicie, z braku lepszego zajęcia zrobiło to samo i ze zbolałym wzrokiem przyglądało mi się z witryn i szyb samochodów, czasami nie nadążając za moimi krokami (najprawdopodobniej z powodu kiosków ruchu i sklepów z czasopismami – nigdy nie mogłem drania wychować na przyzwoitego człowieka). Słońce świeciło jak dzikie, ale przyjemny wiatr pozwalał trochę ochłonąć. Ludzie przesuwali się wokół, gołębie na parapetach wypatrywały jedzenia, gdzieniegdzie dało się zauważyć autochtonów sączących piwo „Krzepkie” – napój tak morderczy, że żaden z nich nie miał już nie tylko organów wewnętrznych, ale także pasożytów skóry i wszy, które w związku z tym poszukały sobie zajęcia w branży prawniczej. Póki co, dzień zapowiadał się nienajgorzej...

