Wieża sztuk

Dżonowa historia

Twórczość własna naszych forumowiczów

Dżonowa historia

Postprzez Dżon » 6 kwi 2011, o 17:42

Jak wszyscy, to i ja zacząłem coś pisać. Tak mnie trochę naszło dzisiaj. Jak będzie czas, to będzie więcej.

Panie bracie pij, a pijąc
Płacz nad naszą historyją...
Historyja bywa przykra:
Raz jest liter, raz pół litra!

J. Kaczmarski, J. Kowalski

No dobrze… Trzeba było jakoś zacząć ten dzień… Stanąłem przy umywalce i zacząłem się golić. W głowie jeszcze trochę szumu – litr orzechówki bywa rzeczą zabójczą (szczególnie w bezpośrednim starciu) – ale jakoś udało się nie poderżnąć sobie gardła. Kilka ostatnich pociągnięć żyletką i spojrzałem na gościa w lustrze. Też kończył się golić – w końcu to normalne o poranku. Nawet jeżeli była to dwunasta rano.
-No dobrze. I co teraz? – pomyślałem na głos.
-Nie wiem, weź zrób sobie jajecznicę. – Odpowiedziało leniwie odbicie. – Ja w tym czasie pójdę na piwo. Po twoim wczorajszym maratonie przyda mi się klin…
Aha… Przetrawiłem tą informację i pomyślałem, że jakaś szama to rzeczywiście dobra idea. Ale coś tu zaczęło nie pasować…
-Zaraz, zaraz! – Zaoponowałem. – Na piwo beze mnie? Co ty sobie wyobrażasz?
-No dobrze… – Niechętnie, z oporami, ale jednak się zgodził. Teraz pozostawało tylko wprowadzić w życie niecny plan śniadania, a potem ogarnąć kwestie finansowe. Innymi słowy: kto będzie jeszcze w stanie postawić piwo (szczęśliwie nadal tańsze od cukru i benzyny – co praktycznie rozwiązywało kwestie priorytetów zakupowych).
Jajecznica, sporządzona według antycznej procedury „nawinie” (stosowanej ponoć przez studentów od czasu powstania Uniwersytetu Konstantynopolskiego w roku 849), wyszła nienajgorzej. Udało mi się nawet zatrzymać ją tam, gdzie docelowo miała dotrzeć – toteż wyszedłem na miasto. Odbicie, z braku lepszego zajęcia zrobiło to samo i ze zbolałym wzrokiem przyglądało mi się z witryn i szyb samochodów, czasami nie nadążając za moimi krokami (najprawdopodobniej z powodu kiosków ruchu i sklepów z czasopismami – nigdy nie mogłem drania wychować na przyzwoitego człowieka). Słońce świeciło jak dzikie, ale przyjemny wiatr pozwalał trochę ochłonąć. Ludzie przesuwali się wokół, gołębie na parapetach wypatrywały jedzenia, gdzieniegdzie dało się zauważyć autochtonów sączących piwo „Krzepkie” – napój tak morderczy, że żaden z nich nie miał już nie tylko organów wewnętrznych, ale także pasożytów skóry i wszy, które w związku z tym poszukały sobie zajęcia w branży prawniczej. Póki co, dzień zapowiadał się nienajgorzej...
W taki dzień jak ten, Fryderyk Barbarossa utonął w rzece.
Jakie są Twoje plany na dziś?
Avatar użytkownika
Dżon męska
aka Nie znacie tego?
 
Posty: 4070
Lokalizacja: Pojawiam się, jak otworzysz flaszkę.
Reputacja: 3931

Reklama

Re: Dżonowa historia

Postprzez Nobby Nobs » 6 kwi 2011, o 17:56

Jajecznica! :)
Fajniste, zapowiada się na coś ciekawego. Czekam na dalsze części. ;)
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Dżonowa historia

Postprzez Marek_Sobczak » 6 kwi 2011, o 18:10

Tak jak Twój dzień, opowiadanie tez zaczyna się nie najgorzej. Zachęcam do rozwijania skrzydeł.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: Dżonowa historia

Postprzez Dicey Reilly » 6 kwi 2011, o 19:00

Czyżbym czytała czyjś pamiętnik? :P
Jajecznica oczywiście na plus. :thumbup:

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Re: Dżonowa historia

Postprzez Olala » 6 kwi 2011, o 19:57

Podoba mi się styl, z wyjątkiem nadużywania wielokropka. Więcej na razie nie piszę, bo króóóótkie, czekam na więcej :)
Olala żeńska
Mag II stopnia
 
Posty: 231
Lokalizacja: Warszawa
Reputacja: 374

Re: Dżonowa historia

Postprzez Dżon » 6 kwi 2011, o 20:09

Dzięki :) Będzie więcej, jak napisałem wyżej - jak znajdę czas. :) A co do uwagi ololowej - są takie dni, które nadużywają wielokropka same z siebie... :D
W taki dzień jak ten, Fryderyk Barbarossa utonął w rzece.
Jakie są Twoje plany na dziś?
Avatar użytkownika
Dżon męska
aka Nie znacie tego?
 
Posty: 4070
Lokalizacja: Pojawiam się, jak otworzysz flaszkę.
Reputacja: 3931

Re: Dżonowa historia

Postprzez nanny_ogg » 6 kwi 2011, o 22:43

Fajne, szczególnie niektóre wyrażenia... Dziwnym trafem większa część twórczości naszych panów obraca się wokół procentów :mrgreen:
Everything in life I share, except of course my teddy bear.
Avatar użytkownika
nanny_ogg żeńska
Plantopecha
 
Posty: 2903
Lokalizacja: Albion...
Reputacja: 3912

Re: Dżonowa historia

Postprzez szpaq » 7 kwi 2011, o 07:30

całkiem psiaśne ;)

cztery magiczne słowa?
1. dziękuję.
2. przepraszam.
3. proszę.
4. polej ;)
Nic tak nie denerwuje, jak ludzie którzy nie przestają mówić, kiedy ty się wtrącasz.

M. Twain
Avatar użytkownika
szpaq męska
M.A.S.H.
 
Posty: 2427
Lokalizacja: Festung Breslau
Reputacja: 1701

Re: Dżonowa historia

Postprzez Olala » 7 kwi 2011, o 14:36

Dżon napisał(a):A co do uwagi ololowej - są takie dni, które nadużywają wielokropka same z siebie... :D


Uśmiałam się - 100% racji, w takim razie kropkuj wielo, ile tylko chcesz ;).

nanny_ogg napisał(a):Fajne, szczególnie niektóre wyrażenia... Dziwnym trafem większa część twórczości naszych panów obraca się wokół procentów :mrgreen:


Też zauważyłam. Mam nadzieję, że któraś z przedstawicielek naszej płci potraktuje to jako wyzwanie i sama napisze coś przez procentowy filtr. Mam takie teksty, ale są za bardzo autobiograficzne, więc nie będę się dzielić :).
Olala żeńska
Mag II stopnia
 
Posty: 231
Lokalizacja: Warszawa
Reputacja: 374

Re: Dżonowa historia

Postprzez Dżon » 5 maja 2011, o 21:04

Jest kontynuacja, ale też nie za długa (jebzamin nad karkiem :()

Po chwili znalazłem się pod Krewetką. Było to sporej wielkości kino połączone z marketem, nazwane tak chyba dlatego, że wcale nie przypominało owocu morza. Chyba że takiego, który naprawdę długo leżał w foliowym worku. W każdym razie zazwyczaj wystarczyło trochę postać pod filarem, żeby przypałętał się ktoś znajomy. Ktoś poczęstował mnie „mocuchem” i świat od razu stał się piękniejszy. Pozostało tylko filować na plac. Przeczucie i znajomość mieściny nie zawiodły – po chwili w moją stronę ruszył Bolo, jak zwykle z wyszczerzonym ryłem i szczeciną jednodniowego zarostu.
-Niech ryczy z bólu ranny łoś! Kac znów przemierza knieję! – krzyknął w moim kierunku, nie przestając się szczerzyć.
-No cóż... Jest w tym coś z prawdy. – Odparłem, przyznając, że łosie rzeczywiście galopują mi w tę i nazad pod kopułą. – Za to ty, łajdaku, jak zwykle, w humorze?
-Ma się rozumieć, odpowiedział prosiaczek. Prosiaczek? Czy zajączek? Jechał go zresztą pies, razem z całą kompaniją. Czekasz na kogoś czy idziemy na piwo?
Cóż było robić na takie dictum? Kiedy jeszcze wspomniał, że jednak nie stać go na planowaną podróż, w związku z czym to co ma możemy bez wyrzutów sumienia (które zresztą i tak zawsze było dość tolerancyjne w tej kwestii) przebradiażyć, serce mi się ścisnęło, dusza uradowała (nie zważając na pretensje zgłaszane półgębkiem przez duet żołądek-wątroba) i rzekłem:
-Bądźże pochwalon, Skowronie Nadziei! Z nieba mi spadłeś! Forty, Gertrudzia, Bunkier czy Zadupie?
-Ano zastanowimy się po drodze. Najpierw – kwestie aprowizacyjne! Avanti!
Jak uradziliśmy tak i zrobiliśmy. Po chwili z wypchanymi plecakami maszerowaliśmy już w stronę wznoszącej się ponad dworcem PKS ceglanej bastei. Mijając znak zakazu palenia do góry nogami, schody nieruchome i wiecznie śmierdzące garaże dotarliśmy do gzymsu na samej górze. Jeszcze chwila wysiłku, żeby podciągnąć się tam z ostrożnością na piwo – i już leżeliśmy na dachu, przed nami zaś rozciągała się panorama miasta – od postapokaliptycznej rafinerii, do statków stojących daleko, na redzie.
Otworzyłem piwko, łyknąłem sobie porządnie – i świat znów nabrał kolorów. Od razu poczułem się lepiej, nieco trzeźwiej spojrzałem z góry na miasto i zauważyłem, że nie potrzebuję już tyle wysiłku wkładać w wykrzywienie pyska w uśmiech. Jakoś na wysokości połowy butelki usłyszeliśmy sapanie i wiązankę wymyślnych klątw, po czym oczom naszym ukazał się kudłaty łeb.
-Siemasz, Młody. Jak tam leci?
-Zawrzyj mordę lepiej. Ledwo dzień zaczęty, a już mandat w kieszeni. Ja im dam, sflądrysynom próbę spożycia, sakramencka ich mać. – To mówiąc wyciągnął z kieszeni różowy papierek. – No i jak tu, u diabła, nie pić? – Wyjął paczkę „koziołków”, poczęstował, zapalił, po czym metodycznie, powoli zaczął składać mandat na połówki, mniejsze i mniejsze.
-„Czuwa nad porządkiem władza, renegatów leje w dupę…” – zanucił Bolo, co jeszcze bardziej poirytowało Młodego.
-Przed blokiem mnie, psia ich dziura, złapali. Dwadzieścia metrów, cholera, od domu, śmieci wyrzucić wyjdziesz, a już cię ścigają, że to niby piwo otwarte trzymasz, że się niby, taka twoja karbidówka, alkoholizujesz! – Wyrzekał, nie przestając składać mandatu. – Ale jeśli im to zapłacę, to niech mnie na własnych uszach powieszą! Komornik i tak nie będzie mnie miał na czym szukać! Wała!
Po tym monologu poleciało jeszcze kilka słów, od których uszy zwiędłyby pobożnym dewotom, a rzeczonym policjantom włosy zazgrzytałyby ze strachu i zęby dęba stanęły, że jednak ani jednych, ani drugich nie było między nami, przeto uszły one Młodemu na sucho. Po chwili wyciągnął z plecaka Czarne Złoto, chwycił szyjkę, po czym z wprawą zawodowego moczymordy otworzył flaszkę rzeczonym mandatem. Po solidnym łyku wyciągnął się obok nas i uspokoił się nieco.
-Ty mi lepiej powiedz, lebiodo, czy czwarty będzie? – Rzucił Bolo, zaciągając się paskudną machorą.
-Toczy się, toczy. Dawno porządnego grania nie było. – To mówiąc przeciągnął się, po czym zrzucił peta w dół. Żeby oduczyć się tego nawyku musiałby chyba trafić kiedyś w czapkę gliniarza…



W związku z tym czkam na konstruktywną krytykę ;)
W taki dzień jak ten, Fryderyk Barbarossa utonął w rzece.
Jakie są Twoje plany na dziś?
Avatar użytkownika
Dżon męska
aka Nie znacie tego?
 
Posty: 4070
Lokalizacja: Pojawiam się, jak otworzysz flaszkę.
Reputacja: 3931

Re: Dżonowa historia

Postprzez Klara » 8 maja 2011, o 17:28

Świetne, świetne :clap: Końcówka drugiej części wydała mi się lekko chaotyczna, ale masz bogaty zasób słów i przyjemnie było poczytać. Po przeczytaniu pierwszej części byłam ciekawa czy będą wspomniane rozpaczliwe krzyki wątroby i nie rozczarowałam się, a refren "Polonezu Biesiadnego" to dobre wprowadzenie.
Avatar użytkownika
Klara
Mag I stopnia
 
Posty: 133
Lokalizacja: Gdzieś tam
Reputacja: 45

Re: Dżonowa historia

Postprzez Dżon » 8 maja 2011, o 21:20

Przepraszam, chaos wynikł z tego, że usiadłem i nagle skończył mi się czas i musiałem się zbierać :P Proszę nie traktować tego jak końcówki :P
W taki dzień jak ten, Fryderyk Barbarossa utonął w rzece.
Jakie są Twoje plany na dziś?
Avatar użytkownika
Dżon męska
aka Nie znacie tego?
 
Posty: 4070
Lokalizacja: Pojawiam się, jak otworzysz flaszkę.
Reputacja: 3931

Re: Dżonowa historia

Postprzez Aeshtir » 15 maja 2011, o 12:22

Dżon napisał(a):A co do uwagi ololowej - są takie dni, które nadużywają wielokropka same z siebie...

Doskonałe. Zwłaszcza, że sam się tak dziś czuję (dzięki bogom za wolne :D ). Tekst miły, sympatycznie i z pratchettową nutką... zaczęty... Coś więcej dostanę?

PS. Są różne sposoby popełnienia samobójstwa. Ten z jajecznicą ustępuje chyba tylko zadeptaniu przez wściekłe chomiki.
Mater tua criceta fuit, et pater tuo redoluit bacarum sambucus!
Avatar użytkownika
Aeshtir męska
Mag II stopnia
 
Posty: 235
Lokalizacja: Szczecin
Reputacja: 232

Re: Dżonowa historia

Postprzez Dżon » 4 cze 2011, o 16:07

Jest kontynuacja. Może nieco chaotyczna, ale pisana na łapu capu, jak napadły mnie pomidory* :D

------
*nie, nie pytajcie...


Po paru chwilach dołączył do nas Azja. Też niezgorszy świr. Przydomek zyskał dzięki alkoholowi i zamiłowaniu do sienkiewiczowskiej Trylogii. Tak to się bowiem czasem składa, że człowiek jest spisywany za rozpustę i spożywanie w miejscu publicznym. Azja, który wtedy jeszcze Azją nie był, stwierdził iż dowodu nie posiada. A raczej, że "jeeee am doodu szy sojeee..."
-No to poproszę pańskie imię i nazwisko - odparł policjant.
I zobaczyliśmy coś, czego nie spodziewaliśmy się bardziej niż hiszpańskiej inkwizycji, nawet mimo, że trochę go znaliśmy. Wyprostował się bowiem, jednym ruchem rozerwał koszulę, gubiąc przy tym kilka guzików i wielkim głosem krzyknął:
-Ot, dwa chuje siną barwą wyprute! Jam Azja, syn Tuchaj-Beja!
Szczęśliwie złożyło się, że panowie oficerowie mieli poczucie humoru, ale bez mandatu się nie obyło. A Zenek na zawsze został Azją.
Przyszedł więc, otworzył piwo, zajrzał w karty i z miejsca rzucił:
-Trzy piki.
Zaczęło się. Odzywka za odzywką, partia za partią, rober za robrem. I coraz to ktoś inny (dziadek, rzecz jasna) musiał uzupełniać zapasy. Młody zapomniał o mandacie, Azja o Sienkiewiczu, ja o kacu. Nie usłyszelibyśmy nawet trąb na Sąd Ostateczny, ani nie zauważylibyśmy, gdyby tuż obok spadł deszcz żab.
Jednakże jakimś cudem, mignęła nam sugestia dzwoniącego telefonu. Ciężko, mimo wszystko, nie usłyszeć słowiczego trelu Fenriza.
-Halo? - Rzucił Azja. - No można podjechać... Aż tak się rozbestwiły? ... Co ty gadasz? ... No dobra.
Rozłączył się i rzucił krótko:
-Panowie - jest robota do zrobienia. Pomidory trza wiązać. Ola dzwoniła, że już rady nie daje w tej szklarni.
Z czupryn nam się kurzyło, więc tym bardziej chętnie zgodziliśmy się na nową przygodę. W kolejce trzeba było spędzić trochę czasu, więc porządnie zaopatrzyliśmy się na drogę. Dobrze zresztą łyknąć coś na odwagę. Bo trzeba wam wiedzieć, że wiązanie pomidorów nie jest pracą ani spokojną, ani bezpieczną. I nie mówimy tu nawet o krwiożerczych zombie-pomidorach, tak często opisywanych w gazetach, ale o zwykłych Lycopersiconis, też potrafiących nieźle dać człowiekowi do wiwatu. Wielu spośród słynnych tomato cowboys, którzy robili to całe życie, opowiadało mrożące krew w żyłach historie, o tym, jak ledwo uszli z życiem spośród stada wściekłych krzaków.
Kiedy przybyliśmy do G. byliśmy już nieźle znieczuleni - zarówno na ewentualne obrażenia, jak i na strach. Ola powitała nas z ulgą i zaprowadziła do szklarni, gdzie zobaczyliśmy istne pandemonium. Dojrzałe, dorosłe krzaki wpadły w stampede, i kotłowały się w szklarni. Wyglądało to jak dantejskie piekło z dodatkiem tryskającego soku. Cóż było robić? Każdy z nas wziął w jedną rękę lasso, a w drugą porządną, gumową pałkę i ruszyliśmy ławą przez szklarniane drzwi...
W taki dzień jak ten, Fryderyk Barbarossa utonął w rzece.
Jakie są Twoje plany na dziś?
Avatar użytkownika
Dżon męska
aka Nie znacie tego?
 
Posty: 4070
Lokalizacja: Pojawiam się, jak otworzysz flaszkę.
Reputacja: 3931

Re: Dżonowa historia

Postprzez Elencza » 7 lip 2011, o 14:50

Dżonie, ach czemuż ja trafiłam w to miejsce dopiero teraz? Choć może dzieki temu łatwiej 9bo krócej) będzie mi czekać na kolejną część.
Bo ja muszę wiedzieć czy nasi bohaterowie dadzą radę okiełznać krwiżercze pomidory (nawiasem mowiąć marchewka też do łagodnych nie należy)?
Slang używany przez bohaterów nie całkiem dla mnie zrozumiały, za to miłość Zenka vel Azji do trylogii jak najbardziej :mrgreen:
"Po prawej z głośnym wrzaskiem zawodu pękła cienka bariera pomiędzy namiętnym kochankiem, a kandydatem na świeżo upieczonego (za jakieś 9 miesięcy) ojca." M.Sobczak
Avatar użytkownika
Elencza żeńska
Mag IV stopnia
 
Posty: 779
Lokalizacja: Kielce
Reputacja: 636


Powrót do Wieża sztuk

Celem całości jest być całością

Nauka Świata Dysku I, dodał(a) dagmarab

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników

cron