przez Stanisław Ssakmorski » 4 gru 2015, o 23:01
A jednak nie tylko żyły, ale i mnożyły się i jako pierwsze (i przez dłuższy czas jedyne - ale nie uprzedzajmy wypadków..) obserwowały z niewątpliwym zdumieniem (co można było poznać po wybałuszonych oczkach i rozdziawionych pyszczkach) powstanie nowego rodzaju symbiozy: pingwiny pozwalały chłopom odebrać sobie schwytane szprotki w zamian za kilka łyków miejscowego destylatu, gwarowo zwanego czachobijem, a przez autochtonów - meserszmitem. W ten sposób dostarczały im łatwo przyswajalnego białka i fosforu, a sobie - nieznanych wcześniej doznań metafizycznych. Szybko zresztą wpadły w nieodparty nawyk przynoszenia chłopom dorodnych rybek i widok pingwinio-ludzkich biesiad nad brzegami ruczaju wszedł na stałe do miejscowego kolorytu. Na wpół objęci z pingwinami opowiadali im o swej doli - czy niedoli.. No jakoś tak.
A jak na walających się dokoła rybich resztkach zaczęło regularnie żerować stado błękitnookich kawek, to można było mówić o prawdziwej biocenozie - ale oczywiście nikt nie mówił ze względu na zbyt ubogie słownictwo. Jedynie miejscowy wróż, pan Satanisław, grzmiał, że to znak! Ale nie umiał powiedzieć, jaki - z tego samego powodu.
Aż nadszedł, nieubłaganym prawem narratologii, ten moment, gdy wieść o nowo powstałym ekosystemie dotarła do pobliskiego (raptem dwa dni wierzchem z krótką przerwą na popas) miasteczka, w którym mieściła się filia uniwersytetu, a w niej - spragnieni odkryć i sławy badacze...
A potem lodowiec wycofał się, zostawiając po sobie moreny, jeziora i kamienie...
E. Niziurski