Całkiem niedawno złapała mnie 'chcica' na napisanie czegoś ze ŚD. Tak mnie wierciła, kręciła i mąciła że jej uległem i skrobnąłem coś niecoś.
Przedstawiam Wam pierwszy fragment powieści z Williamem de Worde oraz Sacharissą Cripslock, pod tytułem "Eter". Fabuła jest w miarę wymyślona, oparta na niedawnych aferach medialnych.
-----------------------------------------------------------------
Rzeka Ankh-Morpork leniwie przepychała się przez swoje koryto, z zapałem wzburzonej Amazonki. Szumiała w kilku miejscach w wyniku ocierania tego, co badacze litościwie nazwali rzeczną wodą klasy 0, a w rzeczywistości było spokrewnione z betonem niż z czystą wodą o kamieniste dno i boki koryta. Gapie podziwiający rzekę z Mosiężnego Mostu podczas upałów mogli odpalić papierosa wykorzystując iskry jakie wydawały trące o siebie zwały wody i koryto.
Ogromną zaletą takiego stanu rzeczy było to, że można było czynić cuda, udając że chodzi się po wodzie. To nie było nic trudnego – ciecz w której nie porusza się nic żywego, z pewnością utrzyma coś bardziej ożywionego. Nie raz i nie dwa przyjezdni wieśniacy z Ramtopów i Klatchu tracili spore sumy, zakładając się z lokalnymi cudotwórcami. Dodatkowym plusem było to, że można szybko uciec na drugi brzeg i zniknąć w miejskim gąszczu.
Przez taką właśnie rzekę przechodził Aber – młody cudotwórca – stażysta. Wracał do domu na Mrokach, po zajęciach grupowych z bardziej doświadczonym twórcą cudów. I był szczęśliwy. Szczęśliwy z tego powodu że właśnie zbliżał się koniec roku szkolnego i w końcu uzyska upragniony dyplom ukończenia kursu o nazwie „Kurs perswazji i penetracji zasobów majątkowych połączony z badaniami hydrograficznymi rzeki Ankh-Morpork”.
Aber przekroczył rzekę i właśnie zbierał siły na podejście pod górkę usypaną w celu nie dopuszczenia do zalania ważnych części miasta masą betonopodobną, gdy usłyszał trzask. Nie myśląc wiele obrócił głowę. I zobaczył ciemność, niosącą jaśniejszą stronę życia.
W tym samym czasie* na Górnym Broadwayu wrzało. Dosłownie wrzało. Wóz wiozący ogromny kocioł z ołowiem do Mennicy wpadł w niekontrolowany poślizg wywołany końskim łajnem i w efekcie zalał ulicę warstewką płynnego ołowiu.
- To chyba taki pierwszy wypadek – mruknęła Sacharissa Cripslock do samej siebie – Choć nie zaszkodzi sprawdzić w księgach Niewidocznego Uniwersytetu – poprawiła fiołkowy kapelusz i wyprostowała się i głośniejszym tonem powiedziała – Dajemy na pierwszą stronę?
- Myślę że tak. Zawsze to jakaś sensacja – odpowiedział jej męski choć młodzieńczy głos, dobiegający zza pleców Sacharissy.
Dziennikarka odwróciła się.
- Zatem do dzieła – odparła z nieukrywanym uśmiechem. Podeszła do najbliższego osobnika w mundurze Straży Miejskiej, który stał tyłem do tłumu** i żywo gestykulował do podobnego osobnika, różniącego się jedynie wzrostem, rozmiarem i wyglądem.
- Przepraszam, Puls Ankh-Morpork. Możemy zadać kilka pytań?
Gestykulacje ustały i strażnik odwrócił się. Sacharissa szybko mrugnęła powiekami kilka razy i spytała.
- Kapral Nobby Nobbs jak mniemam?
Nieukrywany strach padł na kaprala Nobbsa, który zaczął się trząść jak osika na wietrze.
- Taaak, a o cooo choddzzi?
- Rutynowy wywiad do gazety. Co się konkretnie stało, jakie są szkody i co się stanie z winnym. To ostatnie proszę opisać bardzo szczegółowo, krew zawsze się sprzedaje… Zbladł pan.
Istotnie, Nobby wyglądał jakby zrobił przebieżkę po młynach i magazynach z mąką.
- To mój zwierzęcy magnetyzm się odzywa proszę pani.
Sacharissa wpadła w lekką konsternację, lecz próbowała ją zakryć, znów poprawiając kapelusik.
- No cóż, proszę go trzymać z dala ode mnie, ja tu jestem służbowo. Zatem, co się stało?
- Wóz z roztopionym ołowiem się wywrócił, psze pani.
- Jak to się wywrócił? Sam z siebie?
- Koń się poślizgnął o gó… łajno końskie, zgubił podkowę, która była felernie doczepiona do konia. Kto to widział aby przywiązywać ją na dwa sznurki? Trzeciego pożałowali... Chabeta pociągnęła wóz za sobą i oto efekt.
Dziennikarka była wyraźnie niezadowolona. Zaczęła żałować że poprosiła kaprala Nobbsa o udzielenie informacji. Tyle sama wiedziała bez pomocy człowieka-magnesu.
- No cóż, dziękuję.
Wróciła do młodzieńca, który przyglądał się sytuacji.
- Nie idzie ci zbytnio wyciąganie informacji od Straży, co?
- Och, każdy byłby kompetentniejszy i rozmowniejszy od kaprala. Trudno, będziemy improwizować.
Tłum powoli zaczął intensywnie rzednąć, ponieważ zbliżała się pora obiadowa a tej pory mieszkańcy nie zwykli przegapiać. W końcu ten odcinek Górnego Broadwayu stał się pusty. Zapanowała cisza, przerywana skwierczeniem gorącego ołowiu połączona ze smażeniem co głupszych owadów. Nic nie zmąciło spokoju. Nawet cień który przemknął przez okna i ściany i zostawił ślady gołych stóp na powoli stygnącym metalu.
* a przynajmniej mniej więcej podobnym – w końcu to Ankh!
** jak się później okaże, owy osobnik potrafi zawsze stać tyłem to tłumu, nawet gdyby go otaczał z każdej strony
-----------------------------------------------------------------
