Wieża sztuk

Cienie umysłu

Twórczość własna naszych forumowiczów

Cienie umysłu

Postprzez Nobby Nobs » 15 sty 2012, o 20:47

Nastąpił przełom w dziedzinie mojej twórczości własnej. Otóż zero mgły pięknie maskującej krajobraz, który przydałoby się w innym przypadku opisać, a także absolutny brak samobójców. Nie ma gadających zwierząt. Przynajmniej na razie, bo te lubią się wpychać nieproszone.
Mam nadzieję, że znajdą się ludzie skłonni z entuzjazmem przeczytać zamieszczony poniżej fragment. Standardowo przepraszam za wszelkie możliwe literówki i błędy ortograficzne, a takoż otwieram się na krytykę. ;)


Cienie tańczyły wokół świecy, której blask desperacko starał się choć trochę przegonić ciemne macki mroku, jaki panuje jedynie w piwnicach. Nie bez przyczyny miejsca te kojarzone są z wszelkimi strachami, poczynając od popularnych monstrualnych pająków, poprzez meduzowate potwory, włochate bestie, bezcielesne duchy, upiory i co tylko jeszcze wyobraźnia potrafi stworzyć. Ta piwnica zyskałaby standard pięciogwiazdkowego hotelu dla wampirów. Pachniała stęchlizną, pleśnią i szczurzymi odchodami, jak na porządną piwnicę przystało. Ciemność nie tylko była brakiem światła, zdawała się przytłaczać swym istnieniem, posiadać osobowość.
Właściwie obrazą dla tak dramatycznego i mrocznego klimatu, było umieszczenie tam świecy. Zbrodni tej najprawdopodobniej dokonała dziewczyna opierająca się o beczki z niezidentyfikowaną zawartością, której rozsądny człowiek wolałby się nie domyślać. Ubrana byłą w czerwoną koszulę w kratkę, a dokładnie w coś, co kiedyś było czerwone, ale w skutek wieloletniej służby stało się raczej różowo-brązowo-czarno-zielonkawo-żółtawo-sraczkowete. Aby zobrazować odzienie dziewczyny, należy wyobrazić sobie trochę smętnego materiału, który została zaatakowany przez tysiące rodzajów błota i wszelkiego paskudztwa, poczym odbył niefortunne spotkanie z rozwścieczonym bykiem i może rojem pszczół. Spodnie nie prezentowały się lepiej. Były bardziej szare niż czarne. Prawa nogawka od kolana w dół już dawno temu postanowiła zacząć samodzielne życie i teraz spod poszarpanego materiału widać było chudną nogę dziewczyny. Butów w ogóle nie posiadała. Świat patrzył na brudne, czarne stopy. Choć w tym miejscu jako takim światem był tylko ten szczurzy, a on raczej nie przejmował się stopami, może najwyżej ich smakiem.
Dziewczyna była rozczochrana… Nie, więcej. Stan rozczochrania zdawał się być nieodzowną częścią niej samej. Człowiek mógł próbować wyobrazić sobie ją uczesaną, lecz nie był w stanie utrzymać tej wizji. Odczuwał niepokojący bark, jak gdyby oglądał burzę z piorunami bez piorunów. Poza tym miało się wtedy uczucie, że dokonuje się niejakiej obrazy perfekcyjnego chaosu, jaki prezentowała fryzura dziewczyny. Nie były to zwykłe skołtunione kłaki, lecz wir nigdy nieczesanych włosów, tworzący przeróżne kształty na głowie. W tych włosach było życie. Nie tylko to małe i wywołujące swędzenie.
- Henry? – spytała, usłyszawszy hałas, dobiegający z ciemności.
- Nie rozumiem, dlaczego upierasz się, żeby tu zostać – wysoki chłopak zbliżył się i usiadł przy świecy.
Miał czarne, długie włosy i smukłą twarz. Łachy, które nosił były raczej połączeniem kilkunastu niekompletnych strojów, niż jednym. Ktoś wspaniałomyślnie pozszywał ze sobą niektóre z nich, lecz w większości zwisały poszarpane, nadając całości wygląd wylinki węża. Henry Jajecznica patrzył na nią szarymi oczami, przepełnionymi zmęczeniem.
- To miejsce nie gorsze od innych – usprawiedliwiła się. – Poza tym jestem prawie pewna, że znaleźliśmy się we właściwej piwnicy.
Cała ta sprawa z piwnicami. Od kilki miesięcy wędrowali od jednej do drugiej. Dziewczyna uparła się, nie potrafił ją przekonać, żeby zrezygnowała. On sam od dawna stracił nadzieję, że kiedykolwiek odnajdą właściwą… a może, tak naprawdę, nigdy nie wierzył, że ona istnieje.
- Mówisz tak za każdym razem – przypomniał z wyrzutem w głosie. – Obudź się, głupia, gonisz za marzeniem!
- Och, znowu zaczynasz – przewróciła oczami. - To nie był zwyczajny sen, zrozum…
Kiedyś rozmieli się bez słowa. Co takiego wydarzyło się, że przestali? Czuła się, jakby ktoś wyrwał kawałek jej duszy i zdeptał go bezlitośnie. Znali się od dziecka. Nigdy się nie rozłączali. Zawsze umiał ją pocieszyć, a przede wszystkim wysłuchać, ale tak naprawdę wysłuchać, nie tylko słyszeć, jak to jest z większością ludzi. Wiedział wszystko o jej marzeniach, uczuciach. Nigdy jej nie zwiódł. Aż do teraz.
Sen, wszystko zaczęło się od niego. Pewnej nocy, zobaczyła scenę ulotną jak mgła. Stała na środku piwnicy, świeca na beczce dopalała się już, a w drzwiach stał chłopak o bursztynowych oczach. Mówił coś, lecz słowa rozpraszały się, nie dolatując do niej. Mały statek z papieru zalśnił w jego dłoniach. Poczuła, że jest ważny, tą niezachwianą pewnością, charakterystyczną dla snów. Wzięła go, a ściana rozwarła się, kiedy do niej podeszła. Odwróciła się…
Zadrżała. Nigdy nie widziała niczego bardziej przerażającego.
- Sny są tylko snami – warknął – Niedawno śnił mi się klaun. To przeznaczenie! Powinienem zacząć jeździć po cyrkach, szukając go, nieprawdaż? Chyba zacznę jutro z samego rana!
- Przestań. To było zbyt mocne, zbyt namacalne… to wizja, nie złudzenie.
Nie zrozumie tego, wiedziała za każdym razem, gdy próbowała wyjaśniać to, co wyjaśnić się nie da. Było to jakby starać się wytłumaczyć ślepemu jak wygląda niebieski. Zawsze uważała za bzdurę sny, które miały być przepowiednią przyszłości, dopóki jeden z nich nie przyśnił się jej.
- Zobaczysz, jeszcze dziś przyjdzie tu chłopak o bursztynowych oczach, stanie w tych drzwiach…
- Nie, Foli – przerwał jej. – Oszukujesz samą siebie. Nie przyjdzie, bo nigdy nie istniał. A ja nie zamierzam tu siedzieć i bawić się w twoje wariacje.
Zdenerwowała się. Nie miał prawda zostawiać niej, nie on.
- A więc idź! – warknęła, bo bała się, że zaraz się rozpłacze albo, co gorsza, zacznie błagać, żeby został. – Bądź tym całym klaunem, zawsze się do tego nadawałeś. Wynoś się!
Zawahał się, ale słowa zostały już wypowiedziane. Odwrócił się więc i odszedł.

Ubranie przesiąkało krwią, cieknącą ze świeżej rany. Biegł, czy raczej kuśtykał, w labiryncie piwniczek, zostawiając za sobą szkarłatny ślad. Ściek, błoto, beczki, mrok – wszędzie to samo. Słyszał odległe szelesty, wyczuwał obecność wrogów, tam za plecami. Niedługo go dopadną, nie miał co do tego złudzeń. Siły opuściły go już dawno, a oni nawet nie odczuli zmęczenia. Tak samo jak nigdy nie oddychali, nie jedli i nie spali. Od samego początku skazany był na porażkę. Mogliby go zabić, trudno. Właściwie nie miało to już znaczenia. Liczył cię tylko chiave. Nie mógł pozwolić, żeby wpadł w blade ręce Kawowej Pani. Nigdy.
Przyspieszył. To, że wciąż poruszał się dalej, zawdzięczał zapewne jedynie sile woli. Mięśnie dawno już zafiniszowały. Szepty nasiliły się, były raczej dźwięczną ciemnością niż słowami i bardziej skrzypieniem drzwi w nawiedzonym domu niż czyimkolwiek głosem. Zdawało się, że Cienie są tuż, tuż… Jeśli się odwróci, będzie zgubiony.
Brnął więc dalej. Zatęchłe pomieszczenie, smród, zgnilizna… Z jednej z beczek szczur przyglądał mu się czerwonymi oczkami. Dalej, nie zatrzymywać się. Kolejne piwnice, korytarze… Usłyszał szepty, ale tym razem ludzkie, zdawajże się mieć źródło przed nim. Może to jedyna nadzieja? Zebrał ostatnie rezerwy energii i ruszył w stronę dźwięku. Wszedł do piwnicy, z pozoru takiej samej jak inne. Jednak w tej, na podłodze wtulona w beczkę siedziała rozczochrana dziewczyna.

Chłopak pojawił się nagle. Ubrany był w dziwny, czarno-biały strój, brudny teraz i poszarpany. Nie można było też nie zauważyć, że jest ciężko ranny i ledwo trzyma się na nogach. Na smukłej twarzy walczyły o dominację zmęczenie, strach, ale też zakciekłość. Spod złotej, gęstej grzywki spoglądały na nią poważne, bursztynowe oczy.
- Nie mamy czasu – powiedział, zanim zdążyła zadać pytanie. – Nie będę ci streszczał mojego życiorysu. Jestem nikim ważnym. Posłuchaj, nie ma jednego świata. Jest ich nieskończenie wiele. Ale wszystkie są zagrożone, bo rozumiesz, miałem coś zrobić, lecz odkładałem to na ostatnią chwilę, bo to było takie wspaniałe, nie potrafiłem wyrzec się tego… Ale to już nie ważne, za późno. Musisz zrobić coś, czego ja nie byłem w stanie.
Nagle zadrżał, jakby usłyszał coś, czego ona nie zdołała. Oczy o osobliwej barwie, które we śnie płonęły blaskiem, niejaką determinacją, teraz przepełniła płynna groza. Oburzyło ją to zbezczeszczenie urody, ale też wywoływało niepowstrzymany lęk, gdyż niecodzienny młodzieniec nie wydawał się kimś, kogo byle co wprawia w przerażenie. To tak jakby zobaczyć tygrysa kulącego się w najciemniejszym zakamarku dżungli i desperacko usiłującego schować się pod najbliższy kamień. Potem nadpłynęło wspomnienie dalszej części snu…
- Nie mamy czasu – powtórzył, próbując doprowadzić swoją psychikę do porządku. – Chciałbym ci wszystko wytłumaczyć, porządnie wyłożyć. Ale rozumiesz, to co zaraz się wydarzy…
Zdanie zawisło złowrogo w powietrzu.
- Tak, wiem - oszczędziła mu wysiłku Follia. – Miałam sen.
Kiwnął głową.
- Mogłem się tego domyślić. Chiave zostawia ślady na wybranych, na długo przed ich wybraniem. Czy wiesz cokolwiek?
- Właściwie nic – odparła zgodnie z prawdą, a po chwili dodała ostrożnie. – Ale wiesz, była tam taka ściana i kiedy ja już przez nią przechodziłam, odwróciłam się, a ty stałeś tam na środku, a one… czy oni byli wszędzie…
- To nie ma znaczenia – przerwał jej stanowczo. Jeśli się odwróci, będzie zgubiony. - Musisz go zabrać – mówił, podając jej do ręki papierowy statek.
- Czym on właściwe jest? – spytała. Nadal pamiętała uczucie ważności, jakie wywołał w niej, gdy pierwszy raz ujrzał go śniąc.
- Istnieją różne poglądy na ten temat – odparł nieznajomy. – Nosi nazwę chaive. Czym jest? Jedni mówią, że marzeniem, inni władzą, a jeszcze inni, że przekleństwem. I wszyscy mają rację.
Kiwnęła z uznaniem głową. Była to dobra odpowiedź, nie wyjaśniająca właściwie niczego, ale przecież takich wymaga się od tajemniczego przybysza. Gdyby jakiś wypowiedział kiedyś coś sensownego, równie dobrze mógłby demonstracyjnie podeptać „tajemniczość”, zostawiając smętnego „przybysza”, a dla takiego nikt nie traciłby czasu.
- Co mam z nim zrobić? - przeszła do rzeczy.
- Zabrać. Ukryć. Chronić – odparł. – Naucz się go używać. Pomoże ci w tym Doppio Ffug, odnajdź go. On ci wszystko wytłumaczy. Kieruj się przeczuciem, kiedy będziesz go szukać.
- Dobrze – zgodziła się i dodała z przejęciem. – Chodź ze mną, nie chce cię tu zostawić. To co widziałam… Nikt na to nie zasługuje. Pomogę ci, razem damy radę.
- Nie, wiesz, że to nieprawda – odparł z uporem. – Znają mój zapach, poza tym krwawię. Ty zgubisz ich bez problemu. Cienie – ….Jeśli się odwróci, będzie zgubiony… - nie mogą dorwać chiave.
Patrzyli tak na siebie w piwnicy, z której mrokiem walczyła jedna wypalona już prawie świeca, przeżywając chwilę, trwającą jednocześnie kilka sekund i setki lat. Nie mogła darować sobie tego, że niedługo bursztynowy blask zgaśnie na zawsze, a ona nic na to nie może poradzić.
- Uciekaj – szepnął.
Podeszła do ściany pewnym krokiem, a ta rozwarła się przed nią, pozostając jednak nadal tą samą ścianą. Cegła zawsze pozostanie cegłą, lecz niekiedy można wmówić jej, że jest drzwiami. Co więcej, gdzieś tam istnieje wszechświat, w którym nimi jest naprawdę. Właściwie przejście przez nią nie sprawiało żadnych trudności.

Dziewczyna zniknęła. Uśmiechnął się, cokolwiek stanie się teraz, nic już nie zmieni. Chiave został Przekazany. Było mu odrobinę bardziej niż trochę żal tego, że nigdy nie będzie mógł go już potrzymać. Lecz tam, gdzie już zaraz zapewne się uda, nie miało to przecież znaczenia.
Jeśli się odwróci, będzie zgubiony…
Czuł je, jak skradają się za plecami, osaczają go. Nigdy w życiu nie bał się równie bardzo. Gdyby ktoś zaproponował mu teraz szubienicę, przyjąłby ją z największą radością. Szelesty, które słyszał wcześniej były niczym w porównaniu z nieprzeniknioną ciszą, zawierającą sugestię tego, co ma się wydarzyć. Jakby rzeczywistość odśpiewawszy „ta, da, da…” zamarła, czyniąc niepokojącą pustkę, po której człowiek instynktownie czekał na grom brakującego „DAM”.
Nie wytrzymał. Skoro i tak mają go dorwać, postanowił sam wybrać chwilę. Jeśli gdzieś na świecie istnieje sprawiedliwość właśnie ten moment powinien należeć do niego, jako że były jednocześnie jego ostatnim. W ogarniętych strachem, bursztynowych oczach zalśnił ostatni płomień buntu. Odwrócił się, próbując ukryć lęk za nonszalanckim uśmiechem, który jednak natychmiast spełzł mu z twarzy, gdy ujrzał stojące za nim monstra. Z gardła wyrwał się niepowstrzymany wrzask…
Cienie zamigały złowrogi i zaatakowały.
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Reklama

Re: Cienie umysłu

Postprzez VimesVetinari » 17 sty 2012, o 21:48

Nie! Nie wiem jak mogłaś wstawić tekst z taaaak wielką wadą. Przecież to jest bezczelne i niepoprawne. Nie wiem, co sobie myślałaś. Lepiej się zastanów następnym razem, bo będziesz miała przechlapane do końca życia. Już nie zaznasz spokoju, bo ciągle będziesz mieć to przed oczami. Nie będziesz mogła wyjść z domu, bo każdy napotkany przechodzień będzie Ci to wypominał. Nie chodzi tu nawet o zaczepki na ulicach, te słowa, gesty. Ich wzrok... Ich wzrok będzie mówił za nich wszystko! Przed nim się nie ukryjesz! Bądź tego świadoma! Tylko szaleniec może liczyć na to, że tak pełne napięcia, tajemnicze, klimatyczne teksty zakończone w taaakim momencie ujdą mu na sucho!

Z niecierpliwością czekam na dalszą część ;)
(tylko nie wstawiaj mi tego przed egzaminami!:P).

Nie spasowało mi się tylko porównanie tej piwnicy do hotelu wampirów... jakby wyrwane z innego opowiadania, bo tu są przecież duchy, szmery, potwory. Ale to tylko moje odczucie.

No i wiesz... zero mgły? :(
:P
"Gdzie jest moja krówka?"
Avatar użytkownika
VimesVetinari żeńska
Mag I stopnia
 
Posty: 136
Lokalizacja: Kraków/Kielce
Reputacja: 75

Re: Cienie umysłu

Postprzez Nobby Nobs » 18 sty 2012, o 17:50

VimesVetinari napisał(a):Nie spasowało mi się tylko porównanie tej piwnicy do hotelu wampirów... jakby wyrwane z innego opowiadania, bo tu są przecież duchy, szmery, potwory. Ale to tylko moje odczucie.

Mnie właśnie wybitnie piwnica kojarzy się z wampirami. Nawet bardziej niż z duchami, potworami czy upiorami. Zresztą jedno drugiego nie wyklucza. ;)
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Cienie umysłu

Postprzez Nobby Nobs » 22 sty 2012, o 22:57

'What one you looking at?' said Nanny Ogg, because an author is always keen to get feedback.*

*Ale ja wcale tego nie piszę :P
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Cienie umysłu

Postprzez Motopompa » 22 sty 2012, o 22:59

Przeczytam jak znajdę trochę więcej czasu, obiecuję. (Sam sobie od jakiegoś czasu, Tobie dzisiaj.)
Nie jest tak, że my, używając naszych mózgów, snujemy nasze opowieści, ale to nasze mózgi, używając opowieści, snują nas.
~ Daniel Dennett
♪♫♪♪♫•☼ ☾*♪♫.☮♡♪ (✿◠‿◠)♫❀♡♪♫•ღ♪♫•♪☾♫♪♪♫♡♡
Avatar użytkownika
Motopompa męska
Corvvin jest mądra i śliczna!!
 
Posty: 5675
Lokalizacja: Castelldefels
Reputacja: 5786

Re: Cienie umysłu

Postprzez Arvika » 25 sty 2012, o 17:01

No dobra, Nobby, dawaj maila, wyślę Ci tekst z moimi propozycjami poprawek i uwagami - mam zwyczaj mazać po tekstach na kolorowo, a to mi się w wordzie najlepiej robi i nie wiem czy wsadzone tu zachowa zmieniony kolor czcionki moich komentarzy i zakreślenia kolorowe na literówkach.
"Skoro się raz założy wodór z jego zadziwiającymi właściwościami i doda do tego prawa natury, dalszy przebieg wydaje się wręcz konieczny(...). Cud zawarty jest w warunkach wyjściowych."
Avatar użytkownika
Arvika żeńska
Królowa Ynci
Królowa Ynci
 
Posty: 1748
Reputacja: 1733

Re: Cienie umysłu

Postprzez Nobby Nobs » 31 sty 2012, o 20:58

Od horyzontu po horyzont ocean roztaczał falujące macki. Nie był naturalny. Zwykle woda nie jest czarna, a przynajmniej nie powinna. Niebo było białe niby czysta kartka papieru. Żadnych chmur, żadnego słońca, żadnego dźwięku, żadnego zapachu… Biel i czerń. Choć nie, było jeszcze coś. Mały punkt wśród bezkresnej czerni. Na kwadratowej skale stała rozczochrana dziewczyna, wprowadzając do świata trochę zabrudzonej czerwieni.
- Aha – mruknęła. – Atramentowe morze i papierowe niebo.
Spostrzegła pióro, leżące obok lewej stopy. Było białe.
Podniosła je i zaczęła delikatnie obracać w dłoni. Nagle jej uwagę przykuła pewna myśl, która teraz wyraźnie widoczna, zdawała się istnieć od zawsze, jakby tylko czekała na odpowiedni moment, by zostać zauważoną. Pochyliła się, aby zanurzyć denko w czarnej substancji. Potem przyłożyła do bieli nieba i zaczęła rysować. Delikatne pociągnięcie, następnie drugie, kolejne i… armia szybko zakreślonych linii, trójkątny nosek, kilka kółek, łapki, seria kolejnych maźnięć, a na koniec sterczący dumie ogon. Acha, jeszcze wąsy.
Kot otrząsnął się i spróbował pojąć koncepcję trójwymiarowości. Już po chwili mruczące dzieło ocierało się o jej nogi. Follia uśmiechnęła się, próba przebiegła pomyślnie. Pora zmierzyć się z czymś bardziej skomplikowanym. Zanurzyła pióro powtórnie… Linia od samego dołu, dalej do góry, dwa kolejne pociągnięcia i mamy prostokąt wyższy od niej. Teraz kółko, niechaj będzie klamką. Zawiasy, nie zapomnijmy o zawiasach… Hm, to chyba tyle.
Zamknęła oczy i przekręciła klamkę nowo stworzonych drzwi. Stanęła u progu… właściwie czego? Po chwili wahania postanowiła jednak unieść powieki. I tak nic to jej nie dało. Przejście utworzone na białym niebie było tak samo czarne, jak falujące obok morze. Westchnęła i po raz kolejny zanurzyła się w niewiadomą.

Jan Niezbędny zdawał sobie sprawę, że nie powinno się wchodzić do szaf. Można się bowiem znaleźć w krainie pełnej gadających ludzkim głosem zwierząt, nawet bez wcześniejszego nadużycia alkoholu. A już na pewno nie należy mieć bliższych kontaktów z szafą czarownicy. Nigdy nie wiadomo, co taka może zawierać albo gdzie prowadzić.
Co też mu na rozum padło, że w ogóle wybrał się do wiedźmy? Chyba słoń. Może nawet stado, rozwścieczonych i z nadwagą.
Wszystko zaczęło się od gospody Pod Baranim Łbem, gdzie jak można się domyśleć nie było śladu po żadnym baranie, ani nawet łbie. Podszedł do baru i zamówił coś na rozluźnienie po całodziennej wędrówce konno. Rozejrzał się, spragniony jakichkolwiek obiektów do rozmowy, jako że samotność na szlaku nie brakowało. Obok niego siedział zarośnięty jegomość z głupkowatym wyrazem twarzy, a dalej z za nim mroczny typek ze wzrokiem mordercy. Wybrał jednak barmana.
- Dlaczego właściwe Pod Baranim Łbem? – zagaił.
- Co? – nie zrozumiał barman.
- No, nazwa. Gospody.
Barman wlepił w niego bezmyślne oczy.
- A skąd ja to mogę wiedzieć!?
- No bo, wie pan, nie ma żadnego barana ani łba… - bronił się desperacko Jan. – Więc tak jakoś mnie zaciekawiło.
- Ach to – machnął lekceważąco barman, zaskakujące ile ludzi może się tym przejmować. – Kiedyś był, dawno temu. Wisiał przed drzwiami, wielki był, że hej.
- Och, i co się stało?
- Zgnił, oczywiście. Wie pan, jechało tak, że trza było zdjąć ścierwo, bo klienci nosem kręcili.
Jan Niezbędny przetrawił nowo nabytą nowinę i zaniechał dalszych konwersacji. Pogrążył się za to w egzystencjalnych refleksjach nad kuflem.
Po pewnym czasie na miejsce głupkowatego typka, który znikł niepostrzeżenie, usiadał bogini piękna. Miała lśniące blond loki i powalający uśmiech, który, ku ogromnemu zdziwieniu Jana, skierowany był właśnie do niego. Fakt, że zaraz potem zaczęła rozmowę, wykluczał możliwe nieporozumienie.
Po chwilowym szoku Jan Niezbędny oprzytomniał i począł zasypywać obiekt pożądania komplementami, drinkami, westchnieniami i błogimi uśmiechami, równocześnie próbując wyglądać jak najbardziej nonszalancko, męsko i seksownie. Konwersacja toczyła się w najlepszym porządku, jako że piękność nie zdradzała żadnych chęci natychmiastowej ewakuacji, a nawet zdawała się być zadowolona z jego towarzystwa. Aż w końcu, ni tego, ni z owego, bogini piękności wybuchła. Zalała go rzeką łez, którym towarzyszył niezrozumiały szloch. Otępiały do reszty Jan, zaczął pocieszać ją czym prącej, próbując wyciągnąć z niej jakiekolwiek sensowne słowa. Po chwili okazało się, że po pierwsze: przyczyną nieszczęścia nie jest absolutnie on, po drugie: chodziło o jakiegoś ważniaka, który nie dawał jej spokoju, a któremu została obiecana, mimo że jest to parszywy drań i egoista, po trzecie: został mianowany jej Jedyną Nadzieją. Jan Niezbędny napuszył się i wypiął dumnie pierś. Dopingowany przez alkohol i słodkie słówka bogini piękności zgodził się na wszystko, czego ta od niego wymagała. A było to udanie się do chaty wiedźmy po zioła, skrupulatnie opisane przez ukochaną, które to miały być zaradzeniem problemów w związku z niechcianym narzeczonym, jego rywalem i potworem, mącącym szczęście cudnej bogini.
Jak największy idiota, wyruszył więc zaraz do lasu, nic sobie nie robiąc z później pory. Co prawda już w drodze zaczął zdawać sobie sprawę, że postąpił dość lekkomyślnie… Uprzytomniał sobie, że nawet nie zna jej imienia. Teraz jednak było już za późno, majaczyła przed nim stara chata i postanowił dotrzymać obietnicy danej nieznajomej. Istniało wszak prawdopodobieństwo wynagrodzenia. Nie był na tyle naiwny, by sądzić, że zapewniania bogini o żarliwości uczuć względem niego, nie są absolutną bzdurą. Całkowicie jednak wystarczyłaby mu jedna noc.
Upojony wspaniałymi fantazjami, wszedł ostrożnie do wnętrza leśnej chaty. Pomieszczenie wypełniał chaos rzeczy, które w większości pozostawały niezidentyfikowane dla Jana Niezbędnego. Rzuciła mu się w oczy pokaźna kolekcja gałek ocznych, pływająca beztrosko w słojach zielonkawej substancji. Suszone żaby też robiły wrażenie, choć były niczym w porównaniu z wypchanym gadem zawieszonym u sufitu. Zioła pachniały intensywnie, a mikstury bulgotały tajemniczo. Jan wzdrygnął się, apatia pomieszczenie względem niego była wyraźnie odczuwalna. Zdawała unosić się w powietrzu i warczeć. Już miał oddalić się z największym pośpiechem, ale przypomniał sobie cel wyprawy. Czarownicy zdawało się nigdzie nie być, dlatego począł przeszukiwać obszerną kolekcję ziół.
Znalazł co najmniej piętnaście rodzajów pasujących do opisu ukochanej. Zioła wydawały się niczym nie różnić, jakby na złość. Co tam, szczypta tego i tamtego, weźmie się na wszelki wypadek… Wiedźma przecież nie zauważy.
Jakby na zawołanie rozległ się odległy tupot ciężkich butów – właścicielka wraca.
Groza sparaliżowała ciało Jana Niezbędnego, gdy chaotyczne myśli krzyczały „Co teraz!? Co teraz!? No rusz się, idioto!!!”. Jan posłusznie zrobił krok w głąb pomieszczenia. Nie zdąży ewakuować się frontowymi drzwiami, jedyna nadzieja w istnieniu tylnego wyjścia. Oczy desperacko szukały wybawczych klamek, ale natrafiły tylko na te od szafy…
No właśnie, doszliśmy do szafy.
We wnętrzu nie było gadających zwierząt, ku lekkiej uldze Jana, ale za to był tunel. Lśnił szafirowym blaskiem. Zapomniawszy o wszystkim – wiedźmach, boginiach piękności, chatach i szafach - Jan Niezbędny, zauroczony niecodziennym zjawiskiem, bezmyślnie ruszył w głąb wirującego tunelu.
Nie wiadomo ile tak szedł i czy w ogóle dla miejsca, w którym się znalazł, czas miał jakiekolwiek znaczenie. Doszedł do końca korytarza, gdzie jarzyła się eteryczna Skrzynia. Zdawała się być jednocześnie stara i nowa, piękna i szpetna, ogromna i maleńka. Wzbudzała niepokój, ale też dawała poczucie bezpieczeństwa. Jedyne co zdawało się być pewne w stosunku do tajemniczego przedmiotu to fakt, że jest ważny. Ta Skrzynia była najbardziej wzniosłą skrzynią, jaką Jan niezbędny kiedykolwiek widział.
Gnany przeczuciem, że robi coś mającego na zawsze zmienić historię wszechświata, chwycił Skrzynię i zagłębił się w szafirową ścianę, która podała się, nie stawiając żadnego oporu.
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Cienie umysłu

Postprzez Motopompa » 1 lut 2012, o 20:25

Niewyobrażalny ogrom światów, a wśród nich taki gdzie cegła jest drzwiami, ciekawe niektóre opisy, podoba mi się.
Nie lubię się czepiać języka ani sposobu konstrukcji zdań, bo każdy pisze jak chce i nie czuję się do tego odpowiednią osobą, więc ograniczę się do nadziei, że Ala wyczerpała temat.
Te 2 fragmenty to dla mnie za mało żeby napisać coś konkretnego.

Moment, w którym Follia zaczyna rysować po niebie - wow. Mało która książka tak potrafi: czytasz i nagle przestajesz, bo scena jest tak fascynująca, że musisz ją sobie wyobrazić ze szczegółami, z bliska, z daleka i pod różnym kątem. Ursula Le Guin tak potrafi, ty widać też 8-)
Polałem lukru, posłodziłem, dostaniemy więcej?
Nie jest tak, że my, używając naszych mózgów, snujemy nasze opowieści, ale to nasze mózgi, używając opowieści, snują nas.
~ Daniel Dennett
♪♫♪♪♫•☼ ☾*♪♫.☮♡♪ (✿◠‿◠)♫❀♡♪♫•ღ♪♫•♪☾♫♪♪♫♡♡
Avatar użytkownika
Motopompa męska
Corvvin jest mądra i śliczna!!
 
Posty: 5675
Lokalizacja: Castelldefels
Reputacja: 5786

Re: Cienie umysłu

Postprzez Arvika » 1 lut 2012, o 21:33

O jaa! Cudo. Podoba mi się bardzo. Nie wiem czy chcesz, ale jeśli tak, to ja Ci się ofiarowuję od teraz (a właściwie to od 25.01.2012) na zawsze jako Twoja osobista Korekta Wolontaryjna. Daj znak, to usiądę jutro, najpóźniej w ten weekend i zrobię Ci taką samą kolorowankę z tego odcinka jak z poprzedniego. Chociaż właściwie nie taką - na moje oko jest tylko kilka literówek, jeden delikatny karambol ze zdaniami podrzędnie złożonymi i ze dwa słowa, do których można byłoby mieć jakieś uwagi, jeśli ktoś jest wyjątkowo czepialskim bydlęciem, jak ja na przykład.
Daj znać, jeśli chcesz żebym Ci podesłała na maila tak jak ostatnio moje pomysły na ewentualne poprawki.

Cały kawałek o morzu i rysowaniu jest cudny. Serio. Cudny.
"Skoro się raz założy wodór z jego zadziwiającymi właściwościami i doda do tego prawa natury, dalszy przebieg wydaje się wręcz konieczny(...). Cud zawarty jest w warunkach wyjściowych."
Avatar użytkownika
Arvika żeńska
Królowa Ynci
Królowa Ynci
 
Posty: 1748
Reputacja: 1733

Re: Cienie umysłu

Postprzez Nobby Nobs » 1 lut 2012, o 22:08

Dziękuję.
Arvika napisał(a):Daj znać, jeśli chcesz żebym Ci podesłała na maila tak jak ostatnio moje pomysły na ewentualne poprawki.

No pewnie, jak tylko masz czas i chęci. ;)
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Cienie umysłu

Postprzez Nobby Nobs » 21 lut 2012, o 11:52

Kamienie wirowały w powietrzu. Zdawało się być ich miliardy, trwających w chaotycznym tańcu. A każdy głaz – mały, ogromny, szkarłatny czy po prostu szary – znał kroki, więc nigdy żaden z nich nie zderzał się z drugim. Było chłodno. Panowała cisza, zakłócana jedynie świstem przelatujących skał.
Follia wstała niepewnie. Pod stopami miała gładką powierzchnię barwy indygo z lśniącymi lekko czarnymi żyłkami. Jęknęła, gdy nieduży kamyk uderzył ją w ramię. Schyliła się i po chwili wahania ruszyła, nie wybierając konkretnego kierunku, zwinnie uchylając się przed kolejnymi pociskami. Po długiej wędrówce odkryła, że to po czym szła, a początkowo wzięła za stały grunt okazało się jeszcze jedną ogromną skałą, która również poruszała się, aczkolwiek bardzo wolno i płynnie. Wychyliła głową zza krawędzi, by ujrzeć w dole ciągnące się w nieskończoność wirujące głazy.
Usiadła zamyślona, nie wiedząc co robić dalej.
Równie dobrze mogła siedzieć tam kilka minut albo parę godzin, nim zza postrzępionego brzegu wyłoniła się nieznana istota. Posiadała okrągłą, płaską twarz, a w miejscu ust cienką szparę. Tułów miała długi i giętki, a jej kończyny były czymś w rodzaju macek z kciukami. Skóra stworzenia była takiej samej barwy, jak głaz, na którym się znajdowali. Zdawało się jednak, że czarne żyłki na jego ciele błyszczą mocniej.
Wielki oczy koloru indygo patrzyły na nią z zaciekawieniem.
- Pym? – spytało.
- Obawiam się, że nie rozumiem – odpowiedziała, stojąc już wyprostowana w sporej odległości, gotowa do ewentualnej ucieczki.
- Pym mmmym – wyciągnęło mackę i wskazało coś za jej plecami. – Pym!
Odwracać się czy nie odwracać? Stworzonko nie wyglądało groźnie, ale wiele jest rzeczy, które nie wyglądają groźnie tylko po to, by ukryć jak groźne są naprawdę… Desperacko spróbowała spostrzec, co znajduje się za nią, jednocześnie nie odrywając wzroku od istoty. Po chwili westchnęła zrezygnowana i obejrzała się. Na spotkanie leciał ku jej nieduży głaz o niezdrowej prędkości. Świat pociemniał. Ostatnim, co pamiętała był boleśnie twardy grunt.

Ocknęła się w grocie o znanej już jej barwie indyga, przeplatanego lśniącymi urokliwie żyłkami. Blask ten zdawał się być jedynym źródłem światła. Z kąta przypatrywała się jej grupa nie różniących się niczym istot, których przedstawiciela poznała przed stratą przytomności.
- Pym? – mruknął jeden.
- Pym! – krzyknął inny, wywołując falę nerwowych pympnieć reszty, wyraźnie sprzeczających się o coś.
W końcu jeden z nich podszedł do niej niepewnie. Falującą maską uniosła się powoli, wskazując.
- Pym – oznajmił stanowczym tonem.
Zrozumiała. Wstała i ruszyła, garbiąc się, żeby nie uderzyć w niskie sklepienie. Przeszła przez okrągły otwór i... stanęła jak wryta, oślepiona blaskiem.
Znajdował się w ogromnej grocie. We wszystkie strony rozciągały się tunele. Grube plątaniny czarnych żył tworzyły błyszczące sznury zwisające ze sklepienia i opadające niemal do podłoża. Na ich końcach obracały się majestatycznie rzucające tysiące promieni kryształy.
Patrzyła z zachwytem. A potem patrzyła jeszcze trochę.
Kryształy tańczyły i mieniły się, jakby zadowolone z wywartego na niej wrażenia.
- Pym – powiedziało stworzonko, wyciągając w jej kierunku biały, gąbczasty przedmiot.
Chwyciła go instynktownie, nie myśląc, gdyż wciąż jakaś część jej umysłu trwała w niemym zachwycie. Dopiero po długiej chwili, zauważyła, że istota nadal stoi przy niej i patrzy wyczekująco. Stworzenie zbliżyło mackę do szpary, w miejscu ust. Powtórzyło gest kilka razy, nie odrywając od Folli ogromnych oczu barwy indygo, w których odbijał się blask dziesiątek kryształów.
Dziewczyna dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo jest głodna. Ugryzła gąbczaste pożywienie. Było słodkie i soczyste. Smakowało jak… uśmiechnęła się, jak indygo. A dokładnie tak, jakby smakowało indygo, gdyby tylko kolory miały smak. Gdzieś tam w każdym kęsie irracjonalnie wyczuwała słodki blask.
Usnęła, wpatrzona w zachwycający oczy taniec. Obudziło ją wrażenie, że coś się zbliża. Leżące obok niej istoty pochrapywały cicho. Nic poza nimi nie wydawało dźwięków, ale jakaś pewność zrodzona w niej, przekonywała, że to coś, co tu zmierza, też nie wyda.
Poruszyła śliskim ciałem najbliższego stworzonka, które raptownie ocknęło się i popatrzyło na nią zaspanymi oczami, w których odbijało się niewypowiedziane pytanie.
- Musimy iść – szepnęła. – No już. Trzeba uciekać.
Istota zamrugała niepewnie.
- Proszę – błagała desperacko Follia. – Musimy się spieszyć.
Chwyciła zimną mackę i pociągnęła ją za sobą.
- Pym! – powiedziało zdenerwowane stworzenie.
Wyrwało kończynę z jej ręki i pokręciło głową, na znak, że nigdzie nie idzie.
Inne istoty, które także już ocknęły się ze snu, skupiły się w grupkę i patrzyły na nią ogromnymi oczami, wyrażającymi beztroską ciekawość.
- No już! – syknęła.
Przeczucie nasiliło się. Coś się zbliża…
Pobiegła do najbliższego otworu, wiedząc, że to który wybierze, nie będzie miało znaczenia. Coś wewnątrz głowy przekonywało ją, że drzwi są wszędzie. Odwróciła się ostatni raz, by spojrzeć na tańczące wdzięcznie kryształy i kilkanaście par wpatrzonych w nią ogromnych oczu.
- Uciekajcie – szepnęła i zagłębiła się w tunel, prowadzącym w niewiadomą.

Proliksy, gdyż tak nazywały się stworzenia o barwie indygo, popatrzyły po siebie niepewnie.
- Pym? – zasygnował jeden, zupełnie nie różniący się od pozostałych.
Odpowiedziały mu niepewne spojrzenia i wzruszenia ramionami.
Postały chwilę w niemej dezorientacji, po czym doszły do wniosku, że cokolwiek chciała przekazać dziwna istota, nie miało znaczenia. Nic, co nie błyszczało i nie było barwy indygo, nigdy nie było istotne. Nie zdarzyło się, by ta filozofia kiedykolwiek ich zawiodła. Na nowo więc ułożyli się do snu.
Po chwili dało się usłyszeć cichutkie chrapanie.
Cień wynurzył się z ciemnego otworu. Blask w żyłkach zagłębionych w kamieniu przygasł niemal zupełnie. Dziesiątki kryształów znieruchomiały po raz pierwszy od wieków, rzucając słabe, smutne światło. Niektóre zamigotały złowrogo.
Cień nie zwrócił na nie najmniejszej uwagi. Bezdźwięcznie przelatując nad śpiącymi proliksami, zanurzył się dokładnie w tym tunelu, w którym kilka godzin temu zniknęła rozczochrana dziewczyna.

Noc wypełniła pustą przestrzeń, tak nieruchomą, martwą i zimną.
Ciemność i samotność. A nad tym wszystkim słaby blask księżyca, oświetlający smukłą postać, nie po prostu bladą, lecz białą jak skrzydła anioła. Włosy miała gęste, sięgające do pasa o barwie gorzkiej czekolady. Usta duże, szkarłatne. Wargi zaciśnięte, prawie tak mocno jak pięści.
- Pani – zakrakał kruk, który była czarny jak nieprzenikniona ciemność – Chłopak nie żyje.
- Cóż mi po jego śmierci, skoro chiave zostało przekazane? – odparła oschle.
- Dziewczyna, która go ma, to wariatka. Nie ma o niczym pojęcia. Dorwiemy ją szybko, zanim zorientuje się, czego jest właścicielką.
Kobieta po raz pierwszy od rozpoczęcia rozmowy, spojrzała na niego. A on, mimo że był tylko tworem cieni, zadrżał.
- Nie – rzekła. - Macie doprowadzić do tego, żeby się dowiedziała, jak najszybciej.
- Tak, pani.
Mówiła spokojnie, długo. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. Lecz w głębi ciemnych jak kawa oczu płonął ogień. Kiedy skończyła, kruk skłonił się i odleciał.
Siedziała patrząc w pustkę. Podczas gdy jej ciało trwało tak nieruchome, uwolniony umysł zawędrował daleko, poprzez setki światów, w przeszłość i przyszłość, zawirował z głazami i zatańczył w subtelnym tańcu roziskrzonych kryształów wśród ścian groty barwy indygo, dogonił biegnącą dziewczynę i zaśmiał się złowieszczo, odczytując czekającą ją przyszłość.
Powróciła z podróży, której przecież nie było, jako, że cały czas pozostała w miejscu. Razem z nią wróciła bolesna prawda, że los bywa złośliwy, a obrazy, które widziała, to jedynie cienie umysłu, rzucane przez rozczochraną dziewczynę.
Można by powiedzieć, że trwała tak wieczność. Wściekła, samotna oraz dumna. I byłaby to prawda. Kostki palców pobladły jej, o ile coś białego może stać się jeszcze bielsze. Jedna za drugą, skapywały na posadzkę szkarłatne krople krwi sączące się z miejsc, gdzie paznokcie wbiły się w skórę. Mimo to nie poluzowała uścisku.
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Cienie umysłu

Postprzez Motopompa » 21 lut 2012, o 23:44

Me want moar.

Skąd wzięłaś pym? I jak to dokładnie brzmi? :D

Edit:
Czepię się porównania
Nobby Nobs napisał(a):białą jak skrzydła anioła

Nie wali po oczach i właściwie to nie przeszkadza, ale na pewno potrafisz wstawić coś odpowiedniejszego. "Białe jak skrzydła anioła" jest mocno poetyckie, a to mi zgrzyta z minimalizmem i rzeczowością reszty opisu postaci.
No, chyba, że tak ma być?


No-bby! No-bby!
Che-my więcej!
Nie jest tak, że my, używając naszych mózgów, snujemy nasze opowieści, ale to nasze mózgi, używając opowieści, snują nas.
~ Daniel Dennett
♪♫♪♪♫•☼ ☾*♪♫.☮♡♪ (✿◠‿◠)♫❀♡♪♫•ღ♪♫•♪☾♫♪♪♫♡♡
Avatar użytkownika
Motopompa męska
Corvvin jest mądra i śliczna!!
 
Posty: 5675
Lokalizacja: Castelldefels
Reputacja: 5786

Re: Cienie umysłu

Postprzez Nobby Nobs » 22 lut 2012, o 00:07

Motopompa napisał(a):Skąd wzięłaś pym? I jak to dokładnie brzmi?

Wzięłam z mojej głowy, jakoś samo wskoczyło na odpowiednie miejsce, kiedy było potrzebne. Brzmi jak "Pym". :P

A co do tego porównania... Od początku był z nim problem. Wcześniej brzmiało inaczej, zostawione z barku lepszego pomysłu, ale jakoś strasznie mi nie pasowało. I oczywiście jak się wzięłam potem i porządnie pomyślałam to mi znowu za dużo tych porównaj wyszło, tak że nie mogłam wybrać...
Te najlepsze brzmiały tak:

A nad tym wszystkim słaby blask księżyca, oświetlający smukłą postać, nie po prostu bladą, lecz białą jak czaszka śmierci/skrzydła anioła/mleko/gęsta mgła

Zostawiłam skrzydła, bo są najładniejsze, choć może rzeczywiście nie do końca pasują ;)
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Cienie umysłu

Postprzez Nobby Nobs » 27 lut 2012, o 19:14

Tunel, którym biegła, okazał się ślepą uliczką.
Co teraz? Tyle trudu tylko po to, by wpaść w pułapkę?
Rozglądnęła się zdesperowana. Czarne żyłki zdawały się lśnić zachęcająco.
Bo przecież… przecież drzwi są wszędzie. Zaśmiała się. Jaka była głupia. Nie wahając się ani chwili dłużej zanurzyła się w kamienną ścianę…
…Było jasno.
Słońce świeciło na bezchmurnym niebie. Stała na polu pszenicy, z gracją falującej na wietrze. W zasięgu wzroku nie widziała nikogo, z wyjątkiem dość starego i żałosnego stracha na wróble, ale tego trudno nazwać kimś. Na jego słomianym ramieniu siedział kruk, wlepiając w nią paciorkowate oczy. Zakrakał drwiąco.
Zignorowała ptaka i ruszyła w stronę widocznego w oddali gospodarstwa.
Przeszła przez otwartą bramę, starą już zresztą i spróchniałą. Właściwie wszystko tu zasługiwało na te określenia. Szopy jedynie cudem stały jeszcze, zamiast runąć i posłużyć co najwyżej za opał. Kury gdakały z wyrzutem, schodząc jej z drogi. Oprócz nich nie było żywego ducha.
Follia podeszła do drewnianych drzwi drewnianej chałupy. Zapukała.
Cisza.
Po chwili wahania nacisnęła klamkę i weszła do środka.
- Halo?
Cisza.
- Jest tu ktoś?
Pomieszczenie było niewielkie i skromne. Ze ściany sterczały drewniane haki, mające za pewne służyć za wieszaki. Zresztą jeden widocznie znoszony i podziurawiony płaszcz wisiał tam i szpeciłby wystrój, gdyby puste i pachnące kurzem wnętrze zasługiwało na coś takiego jak wystrój. W kącie leżała para zabłoconych butów. W powietrzu unosił się, dochodzący z sąsiedniego pomieszczenia, słodki zapach obiadu.
Przekroczyła próg czegoś, co najwidoczniej uchodziło za kuchnię. Przy drewnianym stole siedział chudy jegomość o pomarszczonej twarzy. Radosny, szeroki uśmiech kontrastował ze smutkiem w poważnych oczach właściciela, wyglądających spod krzaczastych, siwych brwi. Włosów na czubku głowy nieznajomy w ogóle nie miał, ale za to zapuścił gęste, białe jak mleko bokobrody.
- Siadaj, moja droga – wskazał trzymaną w ręku łyżką na drewniany stołek obok. – Nie przystoi, żeby gość stał tak w progu. Z resztą na siedząco lepiej się rozmawia.
Po chwili wahania usiadła posłusznie.
- Ja… - zaczęła.
Gospodarz machnął ręką.
- Tak, ty, nie kto inny. Ale zanim przejdziemy do ciebie, pozwól że poczęstuje cię moim gulaszem. Nie przystoi przecież za poważne sprawy zabierać się z pustym brzuchem.
Zanim Follia zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, mężczyzna wstał. Podszedł do bulgoczącego tajemniczo garnka i wielką drewnianą chochlą nałożył wspomnianego gulaszu do miski.
Podstawiona przed nią szara papka, mimo okropnego wyglądu, pachniała kusząco.
- Dziękuję – odparła grzecznie dziewczyna i spróbowała specyfiku. Smakował niczego sobie.
- Wnioskując – zaczął nieznajomy, gdy pochłonęła ostatnią łyżkę potrawy – z tego, że udało ci się dostać do tej dość osobistej rzeczywistości stworzonej moimi własnymi rękoma, dokładnie tak, by nikt nieproszony nigdy się nie wpraszał… To nasuwa na myśl przypuszczenie, że chiave zmienił właściciela z młodego posiadacza na młodą posiadaczkę. Powiedz, jeśli się mylę? Dobrze. Więc, co stało się z chłopakiem?
- Cienie go dopadły… - zadrżała na wspomnienie. – W ostatniej chwili zdążył przekazać mi chiave. Bez żadnych wyjaśnień. Powiedział, że wszystkiego dowiem się od pana… bo pan jest Doppio Ffug, prawda?
Kiwnął głową za znak potwierdzenia.
- Wiedziałam.
Staruszek roześmiał się pogodnie.
- Rozumiem, że przez ten krótki czas posiadania chiave, dowiedziała się jeszcze tego i owego. Albo chociaż domyśliłaś.
Tym razem ona kiwnęła głową.
- Dzięki niemu mogę odnajdywać drzwi – zaczęła po chwili – lub też je tworzyć. Ten statek jest magiczny, prawda?
- W wielu rzeczach jest magia, często tkwi właśnie tam, gdzie nigdy byśmy nie szukali. Chiave daje moc, moc wędrowania pomiędzy wszechświatami, ale też kształtowania ich.
- Dlaczego właściwie statek z papieru?
Doppio Ffug wzruszył ramionami.
- Chiave to klucz, może wyrażać się w jakiejkolwiek postaci. Najczęściej przyjmują one kształt czegoś niepozornego, zwykle małego i podręcznego.
- To znaczy, że jest ich więcej?
- O, tak. Nie wiele już zresztą, istniejących gdzieś między światami.
Follia powróciła myślami do piwnicy, gdzie wszystko się rozpoczęło, do chłopaka o bursztynowych oczach i do proroczego snu. Nadal miała zimne dreszcze na wspomnienie majaczących za młodzieńcem sylwetek… To dziwne, że choć wizja spełniła się całkowicie, w tym jednym przypadku zawiodła. Kiedy bowiem odwróciła się, zaraz przed tym nim zniknęła w głębi ściany, po to by ostatni raz spojrzeć na chłopaka, stał tam całkiem sam. Mimo że śniąc widziała wokół niego dziesiątki niewyraźnych, ale przerażających kształtów…
- Cienie… - zaczęła po chwili dziewczyna. - Kim… albo czym właściwie są?
- To słudzy Kawowej Pani, jej twory… - Ffug przerwał, zawahał się, po czym kontynuował. – Wiesz cokolwiek o Kawowej Pani? Nie? Jak by tu zacząć… Ta okrutna kobieta jest władczynią Pałacu Snów, przez wielu nazywanego Pałacem Koszmarów. Nikt nie wie, gdzie się owy pałac znajduje. Tych, których Cienie tam zabrały, nikt już więcej nie widział. Najprawdopodobniej zawieszony jest gdzieś w przestrzeni między wszechświatami. Nie należy jednak wykluczać, że jest tylko legendą. Niektórzy wierzą, że Kawowa Pani zsyła sny, inni że jedynie koszmary, a w końcu są i tacy, którzy twierdzą, że w ogóle nie zsyła, bo nie istnienie. Władczyni Cieni, jak niektórzy ją zwą, nigdy bowiem nie wychodzi poza granice swojego mitycznego pałacu. Nikt jej nigdy nie widział… Nie bezpośrednio. Mroczna Dama ukazuje się jedynie w snach. I to nielicznym osobom.
- Ale jednak istnieje, w końcu jej słudzy mnie poszukują.
- Nie tyle ciebie, co rzeczy, którą posiadasz. Bowiem Kawowa Pani zachłannie pożąda mocy, a moc to chiave. O ile wiem, posiada już kilka egzemplarzy, ale wciąż chce więcej. Coś mi się widzi, że zsyłaczka snów, śni o wszechmocy.
- Jak można pokonać Cienie?
- Nie można.
- Nie? – zdziwiła się Follia i dodała zrozpaczona. – Ale coś musi być! Jak ma się przed nimi bronić?
Doppio Ffug patrzył na nią smutnymi oczami.
- Jedynym ratunkiem jest ucieczka.
- Gdzie? Czy jest jakieś bezpieczne miejsce?
Nie odpowiedział, opuścił tylko głowę, chcąc uniknąć jej spojrzenia.
- Nie ma, prawda? – mówiła rozgoryczonym głosem dziewczyna. – Będę uciekać w nieskończoność przed nieuniknionym. Ze świadomością, że pewnego dnia odwrócę się, a oni tam będą.
Milczeli, cisza dusiła i przytłaczała niemiłosiernie. Były w niej słowa, których nie powiedzieli. I nie powiedzą. Było współczucie, był też żal.
- Herbaty? – zapytał ochrypłym głosem Doppio po jakimś czasie.
Follia kiwnęła głową, wciąż zamyślona.
- Zostań na noc – zaproponował gospodarz. - Powinnaś dobrze się wyspać, zanim ruszysz w drogę. Będziesz musiała dużo ćwiczyć, żeby nabrać wprawy w poruszaniu się między światami.
Postawił przed nią kubek parującej herbaty. Przyjęła go z wdzięcznością.
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: Cienie umysłu

Postprzez Nobby Nobs » 4 kwi 2012, o 18:38

Nie piszę tego dalej. Nie podoba mi się. Próbowałam poprawić, ale równie dobrze mogłabym zacząć od nowa. W takim wypadku wolę napisać całkiem nowe opowiadanie. I napiszę, jak tylko wpadnę na pomysł.
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Następna strona

Powrót do Wieża sztuk

Świat był cudownie wolny od ludzi uczciwych, a wspaniale wypełniony takimi, którzy wierzą, że potrafią odróżnić człowieka uczciwego od oszusta.

Piekło Pocztowe, dodał(a) Kinga

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników