Cmentarz Pomniejszych Bóstw

KONKURS "Trzy po Trzy"

Dyskusje nieaktualne, spełnione prośby o pomoc itepe, czyli co się działo kiedyś na forum.

KONKURS "Trzy po Trzy"

Ankieta wygasła 13 wrz 2011, o 06:51

1. Dicey Reilly
1
6%
2. Aeshtir
4
25%
3. ratharienn
6
38%
4. Kinga
0
Brak głosów
5. Nobby Nobs
5
31%
6. Aiyanna
0
Brak głosów
 
Liczba głosów : 16

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez ratharienn » 2 wrz 2011, o 12:33

Marek_Sobczak napisał(a):Liczę wiec na opowiadanie, poemat łotrzykowski, balladę itp. opowiadającą o tejże przygodzie.

Jak tylko przeczytałam to zdanie, naszła mnie ogromna ochota na napisanie ballady. Ze skutkiem lepszym lub gorszym, to już sami ocenicie. Tylko nie spodziewajcie się Nie Wiadomo Czego, bo o przeczytaniu nowej wersji "Piosenki o Jeżu" Dżona, zwątpiłam w swoje umiejętności składania rymów. ;)
Gdybym miała wybrać miejsce, w którym chciałabym się znaleźć na Dysku, byłoby to Lancre. I Lancre znajdziecie w mojej balladzie, choć pewnie pisząc ją, wynalazłam całkiem nowy gatunek literacki, ale to już nie jest ważne, wszak forma wypowiedzi miała być dowolnie dowolna.;)

„Ballada Nieokreślonej Treści”

Posłuchajcie tej ballady,
Co rozśmieszyć może Was,
Lecz też znużyć należycie…
Posłuchajcie wszyscy wraz!

Tam, gdzie góry strome mają,
Teren płaski w muzeum trzymają
(by turysta uwierzyć mógł, że jest),
Lasy gęste, ścieżki kręte,
Noc ciemna, że mnie, Panie, strzeż!

Opowiem o dziewczynie, co
Nie w tym miejscu, co powinna znalazła się,
Rzeczy dziwne i niedziwne widzieć mogła,
Przed niczym nie ustrzegła się.

Niby niewinnie zaczęło się,
Czytając w ogrodzie usnęła,
Twarzyczkę o książkę oparłszy,
Do świata innego popłynęła.

Wśród mchu i paproci ocknęła się,
Powietrze inną woń miało, niż chwil temu parę,
Wokół ciemność, mgła i chłód –
Najgorszy koszmar wśród przygody wrót!

Najsampierw myśleć poczęła,
Że to sen jakowyś,
Lecz nim się podnosić zaczęła,
Sucha gałązka za nią trzasnęła.

Nie bacząc na położenie swe,
Ruszyła biegiem przed siebie, hałasem z tyłu ścigana,
Na drogę wypadła zdyszana
Marząc o tym, by doczekać rana.

Jednorożec w księżyca blasku,
Tuż za nią pojawił się i patrzeć jął natrętnie,
Już gotuje się do skoku, już kopytem ziemię ryje,
Dziewczyna miast wiać, oczy w dłoniach kryje.

„Ratunku!”, wrzeszczy, „Pomocy!
Gdzież ja znalazłam się w nocy?
Czy w ogrodzie posnęłam – trudno teraz orzec…
Jednak skąd w ogrodzie tatowym jednorożec?”

Dalej tak oczy zaciska i
Mruczeć zaczyna wyzwiska.
Aż tu nagle – o zgrozo! Jednorożec w krzaki umyka,
Lęk jego wyraźny drogę ucieczki odmyka.

Dziewczyna oczy otwiera,
Ze strachu całkiem stężała.
„A cóż to za chimera
Wyskoczy zaraz z lasu?”

Odbity w księżyca blasku,
Cień rzuca na drożyny piasku,
Oczyskiem przekrwionym łypiąc bacznie wokół –
Wyskoczył z krzaków potwór.

Cielsko ogromne, rudym futrem obleczone,
Uszy posieczone furkoczą w nocy wietrze,
Jedno oko, bystre oko, toczy z furią wokół,
Cztery łapy, jeden ogon – toż to kocur!

Dziewczyna odetchnęła, przed siebie ruszając,
Ta droga dokądś prowadzić wszak musi,
Choć ciemno, choć las obcy, choć zimno –
Był kot, to i domostwo jakieś być powinno!

Nie szła długo, choć w jej głowie tak zdawać się mogło,
Gdy gęsty las po obu stronach mając
Stąpała ostrożnie,
Kostur pokaźny dla obrony dźwigając.

Pewna była jak niczego,
Że ów, kto tym kosturem oberwie,
Na ziemię runie i już nie wstanie
Przez czas jakowyś na pewno.

Chatka maleńka na skraju lasu,
Otoczona płotu nierównego pasem,
W ogrodzie zioła, na strzesze smoła,
Być może tu jej schronienia udzielą.

Zbliżyła więc do domku się, gdzie
Furtka złowieszczo skrzypnęła uchylając się i dostępu nie broniąc.
Kołatką stuknęła i czekać poczęła
W jaśniejącego brzaskiem słońca ogrodu pasie.

We drzwiach kobietę dojrzała,
Wysoką, stateczną i… starą.
Kapelusz jej czarny szpicem w niebo mierzył,
Spojrzeniem ją obrzuciła wieloznacznem.

„Dobrze już. Dość już mam twego ciągłego wystawania tutej,
Znam cię, pannico, twój ojciec woźnicą
W Głupim Ośle zarabia na życie.
Zobaczmy, co z ciebie wyrosło w tym świecie.

Czasu wchodzić nie ma,
W drogę ruszyć musim,
Rozumieć to nie czas jeszcze, więc
Po prostu staraj się nie gubić mię z oczu."

Drzwiczki chatki zatrzasnąwszy,
Ruszyła ścieżką do furtki,
Nie oglądając się za siebie w lesie niknąwszy,
Płaszcz czarny naciągając miast kurtki.

Dziewczyna przez chwilę stała,
Dodając do dwóch dwa niemo ustami ruszała.
„Nie może to być!” w niebo krzyknęła
I za kobieciną do lasu pomknęła.

„Czarownicą ty jesteś!
Babcią Weatherwax cię zwą wśród ludzi!”
Mówiła raz po raz,
Oczekując, że zaraz się zbudzi.

Jednak babcia słyszeć jej nie mogła,
Szła prosto przed siebie, pewnie kroki stawiając
Wśród lasu ciemnego gęstwiny,
Bo choć słońce już wzeszło, czasu mu trzeba, by i między drzewa zawinąć.

„Ja śpię, w ogrodzie posnęłam
Twarz do książki tuląc,
Dlatego marzyć poczęłam,
Rozsądek po drodze gubiąc.”

To mówiąc, dłoń swą szczypnęła
I krzyk zdusić musiała,
Bo ból okropny uczuła,
Prawdy zwiastun dziwniejszej, niż by chciała.

Lecz oto miasto przed nimi stanęło,
Raczej niewielkie, już raczej miasteczko,
We śnie jeszcze pogrążone,
Nocnych zdarzeń nieświadome.

„To Lancre!” wydarł się z piersi
okrzyk zachwycony,
„Lancre wymarzone, Lancre nieraz wyśnione!
O, Lancre, moje Lancre!”

Gdy tak, w - z pewnością nie niemym zachwycie,
Dzieweczka piszczeniem zajęła się,
Kobieta w czerni wstrzymała kroki swe,
Oczy swe piękne wlepiając w nią należycie.

„Żeś nie najmądrzejsza wiedziałam, lecz
Głupia dziewuchą jesteś, skoro tak się drzesz.
Tyś panna, nie kogut, wstrzymaj więc
Swych płuc powietrza pełnych krzyki.”

„Przepraszam!” jęknęła, pokory pełną postawę przyjmując,
„Pierwszy raz w życiu to miasto widzę
Oczyma memi, nie tylko w wyobraźni
Nakarmionej opisami pięknemi przestrzeni.”

„Głupiaś i tyle. Ty za mną idź teraz
I cicho masz siedzieć, choćby cię świerzbiał jęzor.
To sprawa czarownic, a ty nią nie jesteś,
Milczeniem więc się zajmij i to zaraz.”

Pilnując uważnie, by nie mówić nierozważnie,
Dzieweczka za babcią zdążała.
Krok za krokiem, wzrok za wzrokiem,
Choć zachwytu kryć nie chciała – musiała.

Oto w Lancre znalazła się! Jakim cudem?
Któż to wie? Zresztą, kto by myślał o tem,
Kiedy już za płotem
Niania Ogg czeka na nie dwie.

„Wreszcie jesteś” mówi,
„I ty, dzieweczko, też. Prawiłam ci, Esme,
Weź ją do się wcześnie,
Tym więcej nauczy się.”

„Sama se ją weź,
Oddam ja ją chętnie. Tylko szczerzy się,
Naokoło ślepi oczy. A po co? Pytam się?
Głupie dziewczę!” odpowiada Esme.

Iść prędko poczęły do lasu z powrotem:
Babcia Weatherwax i Niania Ogg z kotem,
Który łypał na dziewczynę przekrwionym okiem.
To Greebo! A jakże! Jego poznała także.

Tak idąc, dziewczyna w myśli liczyła:
„Mamy więc babcię, nianię i Greeba,
Brakuje tej trzeciej, rozczochranej Magrat –
Bez Magrat opowieść nie liczy się w tym świecie.”

Spotkały ją niedługo, koło kamienia stała,
Kamień tym razem nie skrył się, był widoczny z dala.
Magrat powitała serdecznie je, herbatą ziołową częstując
I co najdziwniejsze – niczemu się nie dziwując.

Babcia zwróciła do dziewczyny się:
„Cztery to zbyt wiele, by sabat udał się,
Dlatego skoro już tu być musisz,
Przypatrz uważnie się.

Pamiętaj, jeno, dziewczyno,
Że jeśli tańce i śpiewy bez majtek chcesz ujrzeć,
Nie u nas tego spodziewaj się. Wybuchów bez liku,
Światełek, świetlików – tym my nie zajmujemy się.”

„A szkoda” niani wypsnęło się, gdy siadała na pniu starym,
„Dawno już jak kiedyś dobrze nie bawiłam się.”
Tu oko puściła, zęba jedynego w uśmiechu wyszczerzyła i
Z reform przepastnych butelkę pękatą wydobyła.

Wokół ognia zasiadły i radzić poczęły,
Przekrzykując głośno się.
Czas jakiś minął, zmierzch już napłynął,
Choć ledwie chwil temu parę, kogut pianiem wieścił brzask.

Tu czas tak płynie,
Niby godzina, a jednak dzień minął cały na obradowaniu.
Wieczór bliski już, ogień niski już,
Najwyższy czas do domu zbierać się już.

Lecz nagle jak – niezwykły blask
Firmament ciemny rozdarł!
To światło jasne, przez które gwiazdy zgasły,
Błysnęło, jakąś postać w ziemię śląc.

„Spadnie w las ciemny,
Prędko bieżajmy tam, a pierwsze na miejscu będziemy!”
Babcia uznała, kapelusz chwyciwszy i
Żywo w drzew bliskich skupisko pomknęła.

Nieszczęśnik na kamieniu płaskim siadł,
W zadumie masował kark,
Na ich widok kapelusz na głowę nasadziwszy,
Szeroki uśmiech dotknął jego warg.

„Mustrum, idioto! Znów mącisz pokój
Z nieba spadając jak gwiazda!
Na darmo prawiłam, gardło strzępiłam,
Prosiłam: daj mi wreszcie święty spokój!”

To mówiąc, babcia obróciła się na pięcie
I do chatki swej zmierzać poczęła zawzięcie.
Mustrum Ridcully dźwignął się ciężko z kamienia
I za nią podążył, nieczuły na jej potępienia.

Gytha Ogg długo za nimi nie patrzyła,
Bo oczy swoje na dziewczynę zwróciła:
„Łyknij sobie, kochana, choć daleko do rana,
A rankiem ty w domu swym już będziesz.

Nie wiem, po cóż ty przyszła,
Chyba po to, by przyznać,
że tu u nas to dziwniej jeszcze, niż tam
Gdzie o nas czytasz – w książkach.

Nie zasypiaj na trawie,
bo to droga, jak prawię,
Najłatwiejsza by zniknąć
W umysłu lotnego przestworzach.

A wydostać się ciężko,
Ja to wiem, ty wiesz to,
Magrat wie, bo ona
Zawsze w marzeniach się miota.

Tak więc zamknij oczęta,
Co przeżyłaś – pamiętaj!
Choć i tak nie uwierzy
Nikt tobie.”

„Kiedy nie chcę ja wracać!
Chcę pozostać i po Lancre przechadzać się drogach!
Jednorożcom umykać, czarownictwa kosztować,
No i Greeba podrapać za uszkiem.”

Pośród śmiechu kobiety,
Której buzia – o rety! Wesołą rodzynkę na myśl przywodzi,
Wśród szumu listowia i dźwięku strumienia,
Obraz lasu powoli się odmienia.

Choć powieczki ściskała – rzeczywistość wygrała,
Bo już mara odeszła daleko.
Westchnęła głęboko, otwarła jedno oko,
Potem oba rozwarła oczęta.

W ogrodzie leżała,
Jak czytała – tak spała,
A wiatr silny kartki przerzucał,
Jak liście kolorowe w lesie je podrzucał.

Czy to sen był? Czy mara przyjemna?
Czy królestwo Lancre widziała na oczy własne?
Niemożliwe – tam była noc ciemna,
Tu dzionek między źdźbła trawy wlewa promienie swe jasne.

Czy nocka ciemna, czy dzionek jasny,
Dziewczyna znała wnętrze własne.
Książeczkę chwyciła, koc odrzuciła,
Napisać piosnkę na ten temat obmyśliła.

I choć wiersz nierówny czasem,
Choć rymu braknie, a rytm z rozpaczy wyje pod lasem,
Co widziała – zaśpiewała właśnie,
Momentami fałszując z tej radości strasznie!

Tak się kończy ta ballada,
O przygodzie mówi w śnie.
Jednak – czy to sen, czy jawa,
Jak już chcecie - oceńcie.
"Co to za sztuka i kogo w niej gram?"
Avatar użytkownika
ratharienn żeńska
Dziekan
 
Posty: 1840
Lokalizacja: Jelenia Góra/Cieplice (Kraina Elfów)
Reputacja: 1980

Reklama

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Marek_Sobczak » 2 wrz 2011, o 16:47

Świetnie. Tak oto udało nam się poznać Twoje Poetyckie wcielenie. Świetnie. I niestety widzę, że nie ułatwisz wyboru głosującym :)
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Kinga » 4 wrz 2011, o 09:38

No to ja też z moim ujemnym talentem pisarskim wezmę udział w konkursie. Przy balladzie Rath, to jest wyjątkowo kiepskie, ale zawsze warto spróbować :)
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

- Która to godzina – wymruczałam sięgając po telefon.
TO JUŻ NIEISTOTNE DLA CIEBIE – usłyszałam za plecami. Ręka zamarła mi w połowie ruchu.
- Jak to nie istotne?! A tak w ogóle, do cholery, co robisz w moim pokoju i kim jesteś?! – zaspana nie poznałam przedwiecznego głosu przypominającego uchylanie się krypty.
NIE POZNAŁAŚ MNIE? DZIWNE. PRZECIEŻ TWIERDZIŁAŚ, ŻE TYLE O MNIE WIESZ. W tym momencie powoli zaczęło do mnie docierać, odwraciłam z wahaniem.
- Śmierć... Ale jakim cudem, przecież nic mi nie było, dom w całości, więc żaden meteoryt na mnie nie spadł, nie słyszałam żeby ktoś się włamał, a zresztą widzę laptopa, a skoro już o lapku mowa, to chyba muszę flotę odebrać...
TWOJA FLOTA TEŻ JUŻ NIE JEST ISTOTNA, ZASTANÓW SIĘ DZIEWCZYNO O CZYM MÓWISZ.
- Ale – w tym momencie znowu mi przerwał.
NIE ŻYJESZ, A WŁAŚCIWIE, PRAWIE NIE ŻYJESZ, WYBRAŁEM CIĘ NA SWOJEGO NOWEGO SŁUGĘ, BO ALBERT OSTATNIO SZWANKUJE.
- Że co proszę?! Ja nie będę niczyją służącą, niezależnie od tego jak bardzo Cię uwielbiam. Kropka. A właściwie co Ty robisz na Kuli, Twoje miejsce jest na Dysku.
MOJE MIEJSCE JEST WSZĘDZIE.
- Niech Ci będzie. Tylko dlaczego akurat ja, no i dlaczego prawie nie żyję, chyba mam prawo wiedzieć, skoro i tak nie mam większego wyboru.
JESTEŚ PRACOWITA. WIESZ O MNIE WYSTARCZAJĄCO DUŻO I UMIESZ PRZYPALIĆ WSZYSTKO JAK ALBERT. TWOJA MIŁOŚĆ DO CZARNEGO TEŻ JEST PLUSEM, BĘDZIESZ SIĘ DOBRZE CZUŁA U MNIE. A CO DO TWOJEJ ŚMIERCI, TO NIE WIEM DLACZEGO MASZ UMRZEĆ.
- Dziwnie mówisz, wydawało mi się, że jesteś bardziej staroświecki...
DOSTOSOWAŁEM SWÓJ SPOSÓB MÓWIENIA DO ŚWIATA W KTÓRYM SIĘ ZNAJDUJĘ, WSZYSTKO WRÓCI DO NORMY JAK WRÓCIMY DO PRAWDZIWEGO ŚWIATA.
- Jak to prawdziwego? Ten jest prawdziwy, to Dysk jest fikcją.
JESTEŚ TEGO PEWNA*? ZRESZTĄ NIE MAM CAŁEGO DNIA, IDZIEMY. Powiedział Śmierć pokazując na okno. W tym momencie dostrzegłam Pimpusia, stojącego sobie jak gdyby nigdy nic na wysokości pierwszego piętra. Śmierć przeszedł przez zamknięte okno, ja oczywiście z przyzwyczajenia chciałam je otworzyć, ale ręka przeszła mi przez klamkę. W odpowiedzi usłyszałam tylko najbardziej złowieszczy śmiech, którego nie powstydziliby się nawet w najstraszniejszych horrorach.
PRZEPRASZAM, TO BYŁO SILNIEJSZE ODE MNIE, TAKA MAŁA SZTUCZKA, MAM NADZIEJĘ, ŻE SIĘ NIE OBRAZIŁAŚ.
- Nie, skąd... - nie chciała, ale jakoś sarkastycznie mi to wyszło. Tym razem udało mi się otworzyć okno i usadowiłam się na Pimpusiu za Śmierciem. - Dobrze, że dzisiaj postanowiłam spać w piżamie – pomyślałam. - Głupio by tak było paradować w samych majtkach.

**

Poczułam się dziwnie, to przecież musi być sen, nikt w normalnych warunkach nie podróżuje na latających koniach ze Śmiercią. A już na pewno nikt normalny. Tak, to musi być to, albo śpię, albo zwariowałam, wolałabym to pierwsze, ale znając mnie to stanowczo to drugie. Fajnie się spotkać ze Śmierciem we własnej osobie, ale nie jak twierdzi, że człowiek nie żyje, to już nie jest zabawne. Czas się obudzić, a może poczekać i zobaczyć Domenę? No, nic, spróbujmy, podobno jak się spada, to człowiek się budzi, no to lecimy. Odepchnęłam się od Śmiercia. Hmm, On naprawdę jest kościsty... Zaczęłam się zsuwać, ale długo to nie potrwało.
A DOKĄD TO? NIE ŚPISZ, A MNIE SIĘ NIE CHCE CIĘ ŁAPAĆ, PIMPUŚ NIE LUBI AKROBACJI.
- Dobrze, już dobrze, zawsze warto spróbować. - Czyli zwariowałam, pięknie. Tylko co teraz, nie uśmiecha mi się bycie służącą.

**

Przez to całe zastanawianie się, nie zauważyłam, że na niebie pojawiły się gwiazdy** i zrobiło się ciemniej. Nie, no liczyłam na coś bardziej spektakularnego, jak na przykład przy podróży do Avalonu, albo przynajmniej ostra granica między wszechświatami***, a nie płynne przejście, to by się stanowczo nie sprzedało.
Skoro nie ma efektów specjalnych to trzeba się porozglądać. Już z daleka zobaczyłam czarne łany zboża i czarny staw. Całkiem ładna kolorystyka, chociaż ten gipsowy skrzat bardziej by pasował do ogródka Niani...
Wreszcie po obejrzeniu czarnych tulipanów i róż, zobaczyłam dom. Właściwie dom to za mało powiedziane... Zobaczyłam wielką czarną willę ze stajnią, a właściwie tak mi się na początku wydawało, jak podjechaliśmy bliżej, willa zamieniła się w mały domek, niewiele większy od mojego pokoju.
PRZYZWYCZAISZ SIĘ DO PERSPEKTYWY ZA JAKIŚ CZAS, TWÓJ UMYSŁ MUSI PRZYSTOSOWAĆ SIĘ DO NOWEJ CZASOPRZESTRZENI – wyjaśnił Śmierć widząc moją dezorientację. A TERAZ WPROWADŹ PIMPUSIA DO STAJNI I GO WYCZYŚĆ, JA NIE MAM CZASU.
- Ale ja ostatni raz miałam do czynienia z końmi dobre 10 lat temu, nic nie pamiętam.
PRZYPOMNISZ SOBIE, WIERZĘ W CIEBIE, KONIEC DYSKUSJI, MAM DUŻO PRACY, MUSZĘ WYBRAĆ KLEPSYDRY.

**

Wprowadziłam Pimpusia do stajni. Gdy zastanawiałam się co ja właściwie mam robić i zaczynało mi się zbierać na płacz z bezsilności i wściekłości (nie tak sobie wyobrażałam moje spotkanie z Dyskiem, to powinno być zupełnie inaczej, powinnam teraz przemierzać pustynię na XXXX, albo uciekać uliczkami Ankh-Morpork przez członkiem Gildii Złodzei, albo...) moje rozmyślania przerwał Albert, który wyłonił się z cienia.
- Tu masz szczotki, a czyści się tak – pokazał. - Widzę, że Pan załatwił już sobie mojego zastępcę, mnie się już znudziło życie, jest za długie i ostatnio strasznie nudne jak nie ma Ysabell i Morta, Pan ma dużo roboty, a czasami po prostu znika na dłużej bez zapowiedzi.
- Ale jak to Ci się znudziło. Jesteś potrzebny Śmierci, nie może Ci się znudzić, jak on bez Ciebie przetrwa, sam w tym domu, i...
- Poradzi sobie – przerwał mi w połowie zdania. - Radził sobie beze mnie wcześniej, poradzi sobie jak ja odejdę. Żeby było mu łatwiej sprowadził Ciebie.
- Ja nie chcę tu zostać, nie mogę, mam życie na Ziemi, rodzinę, przyjaciół, forum do opieki...
- Nie masz wyjścia, musisz tu zostać. A tak w ogóle co to jest Ziemia?
- Świat Kuli, inne uniwersum, inna nogawka czasu.
- Nie rozumiem.
- Byłeś magiem to u was normalne.
- Jesteś impertynencka.
- Skąd ja znam ten tekst... Ale mniejsza z tym. Dlaczego nie mam wyjścia?
- Zapytaj Pana o swoją klepsydrę.
- Moją klepsydrę? A co ona ma do tego, jestem za młoda żeby umierać i za bardzo leniwa na bycie służącą.
- Po prostu zapytaj. Chodź oprowadzę Cię po domu.
- Ale przecież jest malutki, dużo Ci to nie zajmie – w tym momencie palnęłam się ręką w czoło. - Co ja gadam, przecież tu przestrzeń jest inna, wewnątrz jest większy niż na zewnątrz. Pokażesz mi zegar? Zawsze chciałam go zobaczyć z bliska i salę z klepsydrami i pokój Ysabell i...
- Dziewczyno uspokój się, najpierw nie chcesz tu być, a teraz chcesz zwiedzać?
- Skoro i tak nie mam wyjścia.
- Ech... Jadłaś śniadanie?

**
Gdy weszliśmy do domu, drogę zagrodził nam Śmierć.
JEDNAK NIE MAM DUŻO PRACY, JEŻELI CHCIAŁABYŚ POROZMAWIAĆ O SWOIM POBYCIE TUTAJ TO BĘDĘ W GABINECIE.
- Jasne, że bym chciała... Może się wreszcie dowiem o co w tym wszystkim biega.
- Na mnie nie patrz, ja niewiele wiem, idę zrobić jajecznicę.
- Tylko jej za bardzo nie spal – gdyby wzrok mógł zabijać, leżałabym trupem. Albert poszedł do kuchni, a zaczęłam szukać gabinetu, bo oczywiście Śmierć zdążył odejść. Po drodze obejrzałam sobie zegar, trochę mniej dziwny niż się spodziewałam, w ogóle wszystko to jakieś takie za bardzo realne, a w niektórych miejscach nawet kiczowate, powinna być jakaś tajemnicza poświata od czarnych świec, i powinno być ciemniej i mroczniej i korytarz nie powinien być wyłożony miękkim puszystym dywanem w króliczki, dobrze, że przynajmniej i dywan i króliczki są w odcieniach czerni.
W końcu znalazłam gabinet.
JESTEŚ WRESZCIE. MYŚLAŁAM, ŻE CHCESZ SIĘ DOWIEDZIEĆ WSZYSTKIEGO JAK NAJSZYBCIEJ.
- Miałam mały problem ze znalezieniem gabinetu, a Albert poszedł zrobić swoją słynną spaloną jajecznicę.
WIĘC CZEGO CHCESZ SIĘ DOWIEDZIEĆ.
-Wszystkiego, ale zy skoro już tu jestem możemy zrobić rundkę nad Dyskiem na Pimpusiu, zawsze marzyłam o zobaczeniu tych wszystkich miejsc o których tyle czytałam.
PIMPUŚ NIE JEST KONIEM WYCIECZKOWYM, TYLKO RUMAKIEM ŚMIERCI.
- No, ale może zrobisz mały wyjątek, skoro już m nie tu przywlokłeś wbrew mojej woli? Proszę, proszę, proszę – niestety moje oczka Kota ze Shreka nie działały na Śmiercia.
TO NIE MOŻLIWE.
- To coś związanego z moją klepsydrą, tak? Albert coś o niej wspominał. - Śmierć wskazał małą czarno-srebrną klepsydrę stojącą na biurku, trochę nie pasującą do ogólnej czerni pokoju.
TO TWOJA KLEPSYDRA. JAK WIDZISZ ZOSTAŁO W NIEJ TYLKO KILKA ZIARENEK. NIE MASZ CZASU NA ZWIEDZANIE, JEŻELI OPUŚCISZ MÓJ DOM CHOCIAŻ NA CHWILĘ, UMRZESZ.
- Ale jestem za młoda, żeby umierać... jeszcze tylu rzeczy w życiu nie zrobiłam, a właśnie mówiąc nie zrobiłam, miałam napisać opowiadanie na konkurs i sprawozdanie z praktyk i zrobić bazę danych do inżynierki i...
WIDZĘ ŻE ZACZYNASZ BARDZO DUŻO MÓWIĆ JAK SIĘ STRESUJESZ. NIE WIEM DLACZEGO MASZ UMRZEĆ, WIEM, ŻE MASZ. JA PRZYCHODZĘ JUŻ PO FAKCIE, NIE MAM NA TO WPŁYWU.
- Masz, można z Tobą wygrać.
NIE MOŻNA.
- A Babcia? Ona z Tobą wygrała.
TO BYŁO... HMM... TO BYŁO... PRZEWIDZIANE, NIE MIAŁEM NA TO WPŁYWU. ZRESZTĄ TAK NAPRAWDĘ NIE WYGRAŁA.
- Krętacz. Skoro nie mogę wygrać i muszę tu zostać, to co mam robić?
OSTATNIO EKSPERYMENTOWAŁEM Z WIATREM TUTAJ I STRASZNIE ZAKURZYŁEM OKNA. KTOŚ MUSI JE UMYĆ, A ALBERT MOŻE JE CO NAJWYŻEJ POTŁUC.
- Mam myć u Ciebie okna? Nie możesz po prostu pstryknąć palcami i ich wyczyścić?
NIE. TO TWOJE ZADANIE. ALE TO PO ŚNIADANIU, ALBERT JUŻ CHYBA SKOŃCZYŁ. WIDZĘ DYM.

**

Śmierć zaprowadził mnie do kuchni, gdzie zobaczyłam kłęby czarnego dymu i poczułam swęd spalenizny.
- Jajecznica dla panienki.
- Spalona jak zwykle, co?
- Czuję się urażony takimi insynuacjami.
- Mój nos i oczy też czują się urażone tym dymem, a jakoś nie narzekam. - W tym momencie zakrztusiłam się dymem.

**

W tym momencie zakrztusiłam się dymem.
- A Ty znowu śpisz tak długo? Wstawaj, śniadanie tata zrobił, jajecznica Ci wystygnie, trochę mu się przypaliła, ale jest jadalna.
- Która to godzina – wymruczałam sięgając po telefon. - Dziwny sen miałam.
- Wstawaj, nie marudź, babcia chce, żebyś jej okna umyła, tata Cię zawiezie.
- Hm, deja vu...

DA END


----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Chyba jestem, ale właściwie, Ci w Dickowym Ubiku, też byli...
** Nie znalazłam niestety, ani małego, ani dużego, ani nawet radio wozu...
*** Chociaż wolałabym uniknąć granicy wszechświata za którą wszystko zamienia się w ku***y, ech..., za dużo debilnych kreskówek.
Regulamin jest fajny. Ścieżka kasztana nie. FAQ ma sporo odpowiedzi, jak nie ma tam Twojego pytania, pisz PW.
Avatar użytkownika
Kinga żeńska
ciotka cierpienia
 
Posty: 3001
Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza / Wrocław
Reputacja: 3854

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Nobby Nobs » 4 wrz 2011, o 15:27

A oto moja praca:


DYSK Z PLASTELINY

Nie powinnam była lepić Dysku z plasteliny. Człowiek żyje sobie całkiem normalnie albo chociaż dostatecznie normalnie, aż tu nagle wpada znienacka na pomysł ulepienia Wielkiego A’Tuina, słoni na jego grzbiecie i płaskiego jak naleśnik Dysku. Z entuzjazmem zabiera się do roboty, a potem dość krytycznie przygląda się koślawemu skutkowi jego zmagań. Naburmuszony idzie spać, jako że w jego wyobraźni plastelinowe dzieło wyglądało o wiele ładniej. Poza tym nawet nie spodziewał się, że zabraknie mu szarej plasteliny i ostatecznie jeden ze słoni będzie musiał być różowy. I mimo, że ma ochotę zgnieść małą figurkę i wyrzucić ją przez okno, kładzie ją na półce, ponieważ stracił na jej wykonanie zbyt wiele czasu, by się jej teraz pozbyć. Zasypia zmęczony i niezadowolony.
Nie pomyślałam, że plastelinowa figurka może być brana za pomnik. A wiadomo, że pomniki stawia się, ku upamiętnieniu jakiś heroicznych czynów jakiś heroicznych herosów albo też ku czci, na przykład bogów. Plastelinowy, dość koślawy Świat Dysku – pomnikiem? Otóż to. Ku czci… samej narracji. Wiara powoduje początek istnienia. Świat Dysku istniał już przed plastelinowym pomnikiem, lecz teraz zaistniał dla tej konkretnej osoby. Znaczy dla mnie.
Rzeczywistość zachwiała się, a rozczochrana ja, śpiąca jeszcze przed chwilą smacznie na miękkim łóżku, teraz leciałam w dół na spotkanie z zupełnie realnym Dyskiem. Z zachwytem patrzyłam na ogromnego żółwia płynącego przez kosmos, na którego skorupie stały wielkie słonie, z czego jeden był różowy, a na ich grzbietach obracał się wolno skąpany w obłokach Dysk. Zachwyt znikł, gdy dotarło do mnie, że spadam z baaaaaaaardzo wysoka na baaaaaardzo twardy grunt. Zawsze chciałam znaleźć się w świecie, o którym tyle czytałam, lecz na niewiele mi się zda obecność na Dysku, będąc plackiem. Na dodatek martwym.
Leciałam w dół, desperacko każąc swojemu umysłowi wrócić do śpiącej mnie, którą wyczuwałam na granicy podświadomości. Nie udało się. Po pewnym czasie zorientowałam się, że nie jestem sama. Obok mnie spadała wysoka postać w czerni.
WITAM.
- ? – spytałam.
Dysk zbliżył się niebezpiecznie, aż przesłonił cały świat.

Było ciemno. Zamrugałam niepewnie, ale to nic nie dało. Co ja tu robię? I gdzie jest to konkretne „Tu”? Ach tak… Pamięć powoli wypełniała luki. Czyli to jest ta cała śmierć? Właściwie nie bolało.
- O! – powiedziałam, gdy zobaczyłam wysoką postać. – Pan Śmierć? Zawsze chciałam pana poznać!
Postać zdziwiła się najwyraźniej moim entuzjazmem, choć trudno do końca mieć pewność w przypadku szkieletu. Spod czarnego kaptura czaszka szczerzyła się do mnie, ale właściwie nie miała wybory.
TO JA.
- Czy właśnie umarłam? – spytałam. – Wiem, że to dość głupie pytanie, ale chcę mieć pewność.
TAK.
- Och – zdziwiłam się trochę, że w ogóle się nie przejęłam oznajmionym faktem. – To… co teraz?
TO WŁAŚCIWIE DOŚĆ NIETYPOWA SPRAWA. ROZUMIESZ, DOSTAŁEM PEWNE INSTRUKCJE…
- Od kogo? – wtrąciłam.
PO PROSTU DOSTAŁEM. oparł stanowczo Śmierć INSTRUKCJE TE MÓWIĄ O NIEJAKICH… WAKACJACH.
Zmarszczyłam czoło, nie rozumiejąc.
TWOICH WYMARZONYCH WAKACJACH NA DYSKU, TAK TAM BYŁO NAPISANE.
- Ale przecież ja nie żyję.
MIMO WSZYSTKO POWINNAŚ UDAĆ SIĘ NA TE WAKACJE. WŁAŚCIWIE TO NIE MASZ ZABARDZO WYBORU.
- Wakacje od śmierci? – spytałam zdziwiona, a po chwili dodałam wyjaśniająco. – Znaczy nie ciebie, rozumiesz… Bez urazy. Chodzi bardziej o stan śmierci.
ROZUMIEM.
- Czyli mam być duchem? Albo zombie?
OCH, NIE. ZNAJDZIEMY CI CIAŁO. NAWET NIE JEDNO… WŁAŚNIE O TO CHODZI, ŻE BIURO TURYSTYCZNE „DYSK – UMRZESZ = ZOBACZYSZ” OFERYJE TYLKO POŚMIERTNE WYCIECZKI DYSKOWE. ZNANI SĄ Z TEGO. MASZ PRAWO WCIELENIA SIĘ W JAKĄ TYLKO POSTAĆ ZECHCESZ…
Śmierć zaczął przeszukiwać kieszenie, najwyraźniej czegoś szukając.
O, JEST.
Podał mi stary dziennik i ołówek. W miejscu, gdzie inne ołówki mają zwykle gumkę, ten miał miniaturową kosę.
WYSTARCZY NAPISAĆ IMIĘ, NAZWISKO LUB PSEUDONIM WYBRANEGO BOHATERA, A SPOJRZYSZ NA ŚWIAT JEGO OCZAMI. BARDZO PROSTA OBSŁUGA. KIEDY JUŻ NIE BĘDZIESZ CHCIAŁA BYĆ DANĄ OSOBĄ, NALEŻY SKREŚLIĆ JĄ Z DZIENNIKA I NAPISAĆ KOLEJNĄ.
Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.
Śmierć dosiadł Pimpusia.
- Śmierć – zawołałam go jeszcze, a jego oczodoły o błękitnym blasku spojrzały na mnie z uwagą. – Mogłabym prosić o autograf?

Wpatrywałam się zamyślona w dziennik. Kogo wybrać?
Nagle wpadłam na szalony pomysł… W końcu zawsze chciałam skosztować tabletek z suszonej żaby.
Chwyciłam ołówek i napisałam: KWESTOR.
Zerwał się silny wiatr. Świat zawirował… Chwyciłam się za niematerialną głowę i zamknęłam oczy.

Obudził mnie donośny krzyk. Zanim mgiełka sennych marzeń opuściła na dobre mój umysł, jakiś wewnętrzny instynkt pchnął mnie do biegu i dopiero po chwili zauważyłam, że jestem już w połowie starych i szerokich schodów, których nigdy wcześniej nie widziałam. O co tu chodzi…
- O! – dostrzegłam ogromne stopy oraz nadzwyczaj owłosione nogi i dopiero po chwili dotarło do mnie, że jestem ich właścicielką.
Szybko poprawiłam szatę, którą najwyraźniej próbowałam założyć śpiąc, ale nie bardzo mi to wyszło… Materiał opad do samej ziemi. Uff… Koszmarne nogi zostały jedynie wspomnieniem.
Po dłuższym badaniu okazało się, ze mam także wielkie dłonie, wielki nos i wielkie uszy. Byłam kwestorem.
- KWESTOR!
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że biegnę. Skręciłam za róg i niemal zderzyłam się z Ridcullym.
- KWEEESTOR! – wrzasnął mi do ucha, co spowodowało niejaki wstrząs w mojej głowie. – O, jesteś. Kwestorze, chciałem… Co to za notes?
- Dziennik – wydukałam.
- Co?
- Mój dziennik, nadrektorze – uzupełniłam.
- Nie wiedziałem, że piszesz dziennik.
- Bo nie piszę… - powiedziałam bezmyślnie.
Ridcully spojrzał jeszcze raz na stary dziennik, który trzymałam w ręku.
- Widzę, że masz nawet ołówek z kosą… - zauważył, po czym dodał jowialnym tonem - A jak tam tabletki z suszonej żaby? Nie skończyły się chyba?
- Nie, nie. Brałam… Znaczy się brałem dzisiaj, nadrektorze.
- Jest pan pewny, kwestorze? – spytał Ridcully ostro, jako że zauważył to „brałam”.
- Ja…
Ale Ridcully już mnie nie słuchał. Sięgnął do mojej kieszeni i po chwili ostrożnego grzebania (w końcu do kieszeń maga), wyciągnął tabletki z suszonej żaby. Chwycił moją dłoń i nasypał do niej całą garść.
Patrzył na mnie wyczekująco.
No cóż… Raz się żyje. Zastanowiłam się chwilę nad tym stwierdzeniem… Ja właściwie i tak już nie żyje. Tym lepiej. Poza tym być kwestorem i nie spróbować słynnych tabletek z suszonej żaby? Nonsens.
Połknęłam. Smakowały… zielono.
Mustrum przyglądał mi się uważnie.
- I jak się czujesz, kwestorze? – spytał.
Zastanowiłam się chwilę.
- Husiu, husiu, idzie pan galaretka? – spróbowałam.
Nadrektor uspokoił się wyraźnie.
- Czyli wszystko w porządku – powiedział zadowolony i przestał się mną interesować.
Zielona mgła usiłowała zawładnąć mym umysłem, ale dzielnie stawiłam jej opór i chwyciłam ołówek. Mój umysł próbował rechotać. Zatrzymałam rysik dwa milimetry nad papierem… To kto teraz? Może ulubiony krasnolud? Nie zastanawiając się dłużej, starannie skreśliłam kwestora i napisałam: CASANUNDA.

Otworzyłam oczy. To co zobaczyłam, było wystarczającym powodem, by natychmiast je zamknąć… Tak, zdecydowanie byłam Casanundem, drugim największym kochankiem na świecie. I właśnie znajdowałam się w sypialni.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem i wbiegł zdyszany mężczyzna z mieczem. Był wściekły i nie trzeba było zbyt tęgiego umysłu, by odgadnąć, że powodem jego furii jestem ja. No i ta pani na łóżku, oczywiście.
Nie tracąc czasu, skreśliłam krasnoluda z dziennika i napisałam pierwsze, co przyszło mi do głowy.

Otworzyłam oczy. Świat zdawał mieścić w sobie rzeczy wyłącznie trzech kategorii: a) te, które można zjeść b) te, które się atakuje i c) te, które można zgwałcić. To był nowy sposób patrzenia na otaczającą mnie przestrzeń, ale zdawał się być nadzwyczaj prostym. W końcu gdyby nawet miało się wątpliwości, do której z grup zaliczyć daną rzecz, można było wypróbowywać wszystkie opcje.
Szłam przed siebie, krokiem mówiącym, że władam całym światem, a już na pewno tym konkretnym kawałkiem podłogi. Rzuciłam wyzywające spojrzenie napotkanemu krzesłu, gdyż mogło nie przypadkiem zaliczać się do kategorii b. Nie doczekując się żadnej reakcji, ruszyłam dalej na poszukiwanie czegoś spod literki a.
- Greebo! – zawołała niania Ogg. – Gdzie się podziewałeś, ty wielki pieszczochu?
Spojrzałam w górę, skąd patrzyła na mnie pomarszczona twarz niani, uśmiechnięta od ucha do ucha, albo i szerzej.
- Miau? – spytałam. Niania Ogg była wyjątkiem, nie mieszczącym się w żadnej z trzech kategorii. - Kiciuś jest głodny?
Zamruczałam potwierdzająco.
Ruszyłam za nią do kuchni. Niania Ogg wyciągnęła mleko i już prawie nalałam mi na spodek, gdy w ostatniej chwili zawahałam się. Zastygła w bezruchu, spojrzała na mnie uważnie, po czym odstawiła butelkę. Jeszcze raz skierował wzrok na mnie. Gdybym była sobą, prawdopodobnie wierciłabym się teraz nerwowo pod jej spojrzeniem, ale byłam przecież kotem. Spoglądałam więc tylko wyczekująco.
Niania uśmiechnęła się nagle. Podeszła do regału i wyciągnęła stamtąd… coś, dla którego najlepszym określeniem byłoby „mięsowate”. Nadal uśmiechnięta wsypała to do miski i podstawiła mi pod nos.
Moja kociowatość mruczała zadowolona, gdy tymczasem mnie mdliło od zapachu podanego mi paskudztwa. Kiedy wewnętrzny, a właściwie zewnętrzny, kot chciał już zanurzyć zęby w niezidentyfikowane coś, należące do grupy a, moje ludzkie ja, powstrzymało go czym prędzej. Nie uszło to uwadze niani.
- Ha! – rzekła tryumfalnie – Nie jesteś Greebem! Prawdziwy Greebo rozprawiłby się z tą porcją raz dwa. Pozostaje tylko pytanie, kim w takim razie jesteś?
- Miau – odpowiedziałam, zdając sobie sprawę, że to niewiele wyjaśnia.

Nigdy nie dowiedziałam się, co by było, gdybym została wtedy w domu niani, przemieniła się w ludzką postać Greeba i opowiedziała jej całą historię… Nie, zaraz, zaraz. To musiała być jakaś złośliwa myśl innej ja z równoległego wszechświata. Skąd się tu wzięła w postaci powyższego zdania? Kto wie? W każdym razie prawda jest taka, że rzeczywiście zostałam, przemieniłam się i opowiedziałam.
Niania Ogg siedziała przy kominku, pykała z fajki i przysłuchiwała się mojej opowieści.
- Więc w twoim świecie są książki o nas? Niesłychane – powiedziała, gdy skończyłam. – Choć właściwie, gdyby się tak zastanowić, każdy z nas jest bohaterem jakiejś powieści.
Uśmiechnęła się.
- Pośmiertne wakacje, tak? Pewnie chciałabyś zwiedzić Lancre – stwierdziła.
- O, tak – oczy zabłysły mi jakimś wewnętrznym blaskiem. Spróbowałam stłumić odruch mruczenia. - No to chodźmy – oprała wesoło niania Ogg i dodała. – Może lepiej jako kot.
Przytaknęłam. Skoncentrowałam się i po chwili spadłam na cztery łapy, dumnie wznosząc ogon.
I tak kocimi oczami zobaczyłam Lancre.

Dziennik leżał nienaruszony przy krześle, czyli w miejscu mojego przybycia do ciała Greebo. Ołówek znalazłam pod kredensem. Znów byłam w ludzkiej postaci, jako że przy pisaniu warto mieć przeciwstawny kciuk. Skreśliłam Greebo i napisałam, co napisać chciałam.

Otworzyłam oczy. Według quizu na pewnej wspaniałej stronie internetowej, poświęconej twórczości i osobowości Sir Terrego Pratchetta, była to postać, którą najbardziej przypominałam. Może to i racja, ale na pewno nie ze względu na wygląd. Zdecydowanie byłam mniej owłosiona i pomarańczowa. Nosiłam też ubranie. Choć żeby być sprawiedliwym, można dodać, że osobnik, w którego tym razem się wcieliłam, nosił czasem szlafrok, zaraz po myciu. Nowością, bardzo przydatną zresztą, były dwie pary kciuków, których wcześniej nie posiadałam, jak można się domyślić.
Podobieństwa między mną a tymże orangutanem, jeśli takowe istnieją, znajdują się w charakterze, tudzież sposobie bycia. Czasem uukam, lubię banany, fistaszki zresztą też. Kocham książki.
Tak więc nie tyle, nie opuszczająca ciało małpy, bibliotekarzowatość, ile moja naturalna zuziatowatość patrzyły teraz z wspólną miłością na ciągnące się szeregi regałów pełnych książek. Pogłaskałam kilka z czułością po grzbiecie. Potem podeszłam do biurka i niemal automatycznie sięgnęłam po jednego banana z bananowego stosu. Potem poszłam zwiedzić Ankh-Morpork.

- Kiełbaski w bułce! Świeżutkie! Świnia jeszcze nie zauważyła, że zniknęły! – wołał Gardło Sobie Podrzynam Dibbler.
- Uuk.
Dibbler podał mi jedną kiełbaskę.
- Jedyne piętnaście pensów i gardło sobie tym podrzynam.
Spróbowałam ostrożnie kiełbaski w bułce, jakby zawierała w sobie bombę. Ugryzłam kawałek. Skrzywiłam się. Uff… miałam już to za sobą. Wyrzuciłam niedojedzoną resztę. Punkt – spróbować słynnych kiełbasek w bułce G.S.P. Dibblera – zaliczony.

Komendant Straży Miejskiej Ankh-Morpork Sir Samuel Vimes szedł ulicą, gdy nagle wyrósł przed nim pomarańczowy pagórek.
- Uuk – powiedziałam uprzejmie i uściskałam mu rękę.

Drumknott próbował zatrzymać niespodziewanego przybysza, ale trudno jest tego dokonać, gdy przybysz jest orangutanem.
Vetinari uniósł głowę znad papierów, gdy drzwi zamknęły się, a ja stanęłam uśmiechnięta przy jego biurku. Nie był to może zbyt miły uśmiech, jako że odsłaniał zżółkłe kły, ale starałam się.
- Uuk.
- Autograf, powiadasz?

Kiedy wróciłam do biblioteki NU było już późno w nocy. Wzięłam w rękę dziennik. Nie można wiecznie tułać się od jednego ciała do drugiego. Zabierać komuś życie na parę godzin, być jak pasożyt. Westchnęłam i przypomniałam sobie słowa Niani Ogg Każdy z nas jest bohaterem jakiejś powieści…
Z lekkim żalem napisałam: ZUZANNA CIOSMAK.

Obudziłam się. Była noc. Leżałam na swoim łóżku w pokoju. Czy to wszystko było snem? Spojrzałam podejrzliwie na figurkę Świata Dysku z plasteliny… A właściwie na miejsce, w które ją odłożyłam. Półka była pusta.
To były wspaniałe wakacje, nieważne czy były rzeczywiste. Coś przykuło mój wzrok… Obok mnie leżał sobie, jak gdyby nigdy nic, ołówek z miniaturową kosą.
Dlaczego płaczesz kopciuszku?
Bo zgubiłam szklany pantofelek. A teraz roztrzaskam ten drugi, by nikt nigdy nie dowiedział się, że należał do mnie.
Ale dlaczego? Dlaczego niszczysz bajkę?
Bo w życiu jest miejsce dla królewny i miejsce dla kopciuszka.
Avatar użytkownika
Nobby Nobs żeńska
Kierownik studiów nieokreślonych
 
Posty: 1262
Lokalizacja: okolice Kielc
Reputacja: 1047

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Marek_Sobczak » 4 wrz 2011, o 20:02

Kolejne mocne propozycje do stawki. Niedługo ostateczny termin. może ktoś jeszcze? choć wybór pomiędzy obecnymi propozycjami już jest trudny.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Dicey Reilly » 4 wrz 2011, o 20:07

Oj, Marku, życzę powodzenia w dokonaniu wyboru ;) Ja już bym waliła głową o ścianę w niepewności kto powinien stać na podium.

Wszystkim współzawodnikom gratuluję dobrej passy, od razu mi się odechciało poprzeć moje opowiadanko własnym głosem, czytając wasze przelane na posty pomysły.

Obrazek
Skład: 75%Marchewy, 75%Bibliotekarza, 74%Niani Ogg, 64%Rincewinda, 63%Śmierci i 60%Vimesa.
Avatar użytkownika
Dicey Reilly żeńska
Kwestor
 
Posty: 2412
Lokalizacja: Kopalnia pomarańczy
Reputacja: 2500

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Aiyanna » 4 wrz 2011, o 21:57

Ja jeszcze! Zmusiłeś mnie Marku do myślenia, czego już od dawna nie robiłam, więc dlaczego nie podzielić się z Wami moimi wypocinami? :D Została mi 1/3 także wkleję to jutro.
Waszych prac nie czytałam, niechże i ja mam jakąkolwiek nadzieję :roll:
Matka Joanna od zwierząt
Avatar użytkownika
Aiyanna żeńska
Perfekte Wunderbar Waffe 2/2
 
Posty: 1295
Lokalizacja: Nawojowa Góra
Reputacja: 3219

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Marek_Sobczak » 4 wrz 2011, o 22:09

spokojnie:) pozostało jeszcze prawie 25 godzin. wiele jeszcze można w tym terminie zdziałać :) Trzymam kciuki za wszystkich jeszcze pi(j)szących.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez jaro_gryf_666 » 5 wrz 2011, o 06:49

O. A ja wczoraj wieczorem już zrezygnowałem...
Może uda mi się coś jeszcze dziś wieczorem skrobnąć ;)
NOBODY expects the Spanish Inquisition! Amongst our weaponry are such diverse elements as: fear, surprise, ruthless efficiency, an almost fanatical devotion to the Pope, and nice red uniforms...
Avatar użytkownika
jaro_gryf_666 męska
Hiszpańska Inkwizycja
 
Posty: 1291
Lokalizacja: Żywiec/Gliwice
Reputacja: 660

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Aiyanna » 5 wrz 2011, o 21:42

Moim drugim imieniem jest Błąd Stylistyczny. Postacie się mnie nie słuchają, sama wymyśliłam zresztą jedną na własne potrzeby. Tworzę neologizmy i ogólnie pisać umiem najlepiej rozprawki :D Ale proszę, doceńcie moją pracę bo miałam wielką frajdę wymyślając tę historię :roll:
Gwary też nie umiem naśladować :lol:

- Niechże pan coś z tym wreszcie zrobi! – po gabinecie, niczym wyjątkowo wielka i tłusta plama oleju rozlewała się cisza. Wszyscy z niepokojem patrzyli na Vimesa, który z pogodną miną kopcił cygaro i spod oka zerkał na rozsierdzonego nadrektora.
- Ależ nadrektorze, dziewczyna nie robi niczego złego w świetle pra… - zaczął Vimes.
- Jak to „nic złego”! – prawie zachłysnął się własnym oddechem Pierwszy Prymus. – Ona… Ona… Ona przywłaszczyła sobie nasz teren! Bezpodstawnie i kompletnie nielegalnie przebywa w Magicznym Uniwersytecie i nijak nie można jej stamtąd usunąć!
- W dodatku pokazuje swoje kolana – mruknął smutnym tonem Kwestor. To mruczando mógłby zmylić mniej wyczulone ucho ale Vimesa nie dało się oszukać. Głos wibrował delikatnie tając uciechę i rozbawienie.
- I co ja niby mam z nią zrobić? – rzeczowo zapytał komendant. - Podajcie mi chociaż jeden słuszny argument, z jakiego powodu jest dla was tak niebezpieczna a postaram się coś z tym fantem zrobić.
- Jak to co? Aresztować! Zamknąć w celi bez klamek! Odesłać do Klatchu! Cokolwiek! My chcemy z powrotem nasze obiady! – zwykle kłótliwi magowie zawyli unisono (tylko Kwestor nieco fałszował)w rozpaczy za niedostępnymi dla nich darami podniebienia.
To był argument wart przemyślenia. Magowie w obliczu przymusowej głodówki (bo tylko taka wchodziła w grę lub wchodzić mogłaby kiedykolwiek) stawali się nieprzewidywalni, trudni do kontrolowania oraz nastawieni pesymistycznie do świata. Ciężka to mieszanka wybuchowa, nawet dla takiego Ankh-Morpork.
- Dobrze, zobaczymy co da się zrobić. O ile cokolwiek się da… - Vimes przeciągnął się z nieco zrezygnowanym uśmiechem. – Skąd ją w ogóle wytrzasnęliście?
- Otóż…
***
- Ależ mi się nudzi! – jęknęła rozdzierająco dziewczyna (nazywajmy ją umownie Asią)leżąca wygodnie na wersalce. Przed nią, na rozłożonej poduszce, godnie pysznił się laptop. Tuż obok leżała sterta książek przeznaczonych do „kiedyś, gdzieś, w tajemniczych okolicznościach przyrody owszem, przeczytam”. Za książkami, świetnie zakamuflowana, leżała tabliczka przepysznej czekolady kokosowej.
- Hau! – zachęcająco szczeknął mały, czarny piesek z naturalnym wytrzeszczem. Podskoczył do łóżka, oparł się o nie przednimi łapkami i zawzięcie wywijał ogonem, cały czas ryzykując oderwanie się zadka od reszty ciałka.
- Nie, na spacer też mi się nie chce. Popatrz jak leje – odparła spoglądając w stronę okna, po którym już od jakiegoś czasu płynęły smutno gęste strumyczki deszczu, tworząc zadziwiające arabeski na wypucowanej poprzedniego dnia powierzchni.
Dziewczyna zrezygnowanym ruchem sięgnęła po kawałek czekolady. Ta odsunęła się z zaciętą i bardzo zdecydowaną miną.
- Co jest? – Dziewczyna zerwała się na nogi, capnęła tabliczkę i usiłowała unieść ją w powietrze. Pies szczekając zawzięcie dzielnie jej w tym sekundował.
- Hej, co jej znowu robisz? Mówiłem Ci, że jest ten pies jest naturalnym beztalenciem wystawowym. Tylko spójrz na jej krzywe łapy. Nie zrobisz z niej championa, więc jej nie męcz. – W drzwiach stanęło chłopię około lat 15 i zamarło ze zdziwienia wybałuszając oczy. Dziewczyna zarejestrowała to kątem oka, jeszcze zanim zobaczyła zbliżającą się do niej błękitną smugę. Chwilę potem ujrzała wszystkie gwiazdy na niebie a potem gęstą… niebieskawość.
***
- Oj bida, bida, bida, co tes my zrobim z tym dugoniem?! Tos to pieruńsko ciezkie jest. – Nac Mac Feegle z bardzo poważnymi minami, które nijak nie pasowały do ich niebieskich fizjonomii, przyglądały się porwanej dziewczynie. Asia z kolei bardzo szybko otrząsnęła się z szoku i z ciekawością przyglądał osławionym rozbójnikom.
- Niesamowite, nie wierzę w to! – wrzasnęła nagle z wielkiej uciechy. – Nie wiem jak to zrobiliście ale wreszcie jestem na Dysku! Rany, od tak dawna o tym marzyłam…
- Łojzicku, tos to i gadoć potrafi. Po cośmy ją tu psywlekli? – Feegle nie boją się nikogo ale na wszelki wypadek pochowały się za wszelkie możliwe źdźbła traw. Nie wiadomo, co strzeli do łba takiemu wielkiemu czemuś, co w dodatku zwykło krzyczeć bez opamiętania.
- Boście pieruńskie gupki są! – zdecydował się na wyznanie prawdy swoim kamratom Rob Rozbój. – Tsa było cykulandę zabrać a dziewcynę łogłusyć i zostawić w jej światku.
- Kiedy się nie dało! – reszta Feegli poczuła lekkie rozżalenie niebezpiecznie ewoluujące w stronę „bij aż się zamkną”. – Tsymała cykulandę i nie puscała! Nijak nie dało się jej łoderwać.
- Wiecie co, ja mam pomysł – odezwało się nieśmiało dziewczę, lekko zezując w prawą stronę. Stał tam wyjątkowo dorodny Feegl który z paskudnym uśmiechem ostrzył swój miecz. Było źle, trzeba wiać.
- Chłopaki – dziewczyna zdecydowała się na szczerość. – Mam dla Was interes. Ani mi w głowie Wam przeszkadzać czy coś, bo to nawet nie wypada ale…
Feegle zaciekawione stłoczyły się u jej stóp słuchając uważnie.
- Jeżeli mnie rozwiążecie i zabierzecie do Ankh – Morpork, dostarczę Wam 100 tabliczek takiej czekolady kokosowej. – Niebiescy łypnęli łocyskami uważniej, powoli przetrawiając te tajemnicze słowa.
- Tylko tyle chces? – zdziwiły się malowniczo. – Tos to najlepsiejsa zec pod słoneczkiem, tylko dla prawdziwych mezcyzn…
- Ciachajta! Nie mozem zdradzic nojwozniejsych tajemnic nasej egzys.. Egzst… No nasego zycia! – Rob Rozbój popatrzył spod oka na rozentuzjazmowane dziewczę. – Mozem zaufać? – upewnił się.
- Na wielkiego Winnetou, jak najbardziej! – chciała zasalutować ale uniemożliwiły jej to związane ręce.
- Dobra, rozwiązac, zabrac i odebrac cykulandę! I dopilnujcie żeby nic się jej nie stalo, bo inaczej nie zapłoci – uśmiechnął się cwanym uśmieszkiem i popatrzył jak jeniec znika za pagórkiem niesiony przez watahę niebieskich stworków z ADHD. (Oczywiście sam też taki był ale jak to miło popatrzeć czasem na kogoś z góry… Nawet jak się ma 6 cali wzrostu.)
***
Ankh-Morpork! Najwspanialsze miasto we Wszechświecie a przynajmniej na Dysku, przepełnione swądem spalenizny, brudem uliczek i pełne życiowy popaprańców którzy ściągają tu ze wszystkich stron jak lisy do kurnika pełnego kur znoszących złote jajka. Momentami nawet przyjazne dla podróżnego, o ile ten dysponował niezliczoną ilością pieniędzy, czasu oraz zapasem o najmniej 44 żyć, bo tylko taka ich liczba zapewniłaby mu tu niezłą i w miarę długą egzystencję.
Marzenia czasem się spełniają, nawet tak niedorzeczne jak to, aby się tu znaleźć. Asia z zachwytem rozejrzała się dookoła. Pobieżnie zarejestrowała fakt, że Feegle oddaliły się, w biegu krzycząc coś o „sprawuneckach bo Wodza kciała to i tamto…”. Nie szkodzi, uznała, tacy przewodnicy tylko by przeszkadzali, lepiej samemu się przespacerować.
Wprost naiwna w swej niefrasobliwości zapomniała, że na Dysku najszybciej przygodę znajduje ten, kto nie ma na nią najmniejszej ochoty. Otóż zjawiła się ona bardzo szybko, szybciej nawet niż wściekły cios Detrytusa. Miała postać… smoczka (smoka, smoka ale niedorobionego bo jeszcze bardzo małego). Otóż leżał on zaplątany w jakieś szmatki pod schodami pobliskiego domu i łypał na otaczający go świat jednym świetlisto-zielonym okiem.
- Aaaaa, jakie cudo! – Asia miała rozmaślone z zachwytu spojrzenie. – Chodź do cioci, cudaku najśliczniejszy – bez większego problemu chwyciła w ramiona wyrywające się stworzonko wielkości spasionego kota.
- Skąd się tu wziąłeś, hę? – rozejrzała się dookoła ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Oczywiście było to złudzenie, gdyż nie mogła zauważyć na dachu sąsiedniego gmachu pewnego kosmatego, indywiduum, które przyglądało się jej z wielkim zainteresowaniem.
- Przepraszam bardzo, czy… - ludzie dookoła niej kłębili się i zajmowali własnymi sprawami, nie poświęcając jej ani chwili uwagi. Chociaż…
- Patrz Fred, jakie dziwne zwierzę – śmieszne coś przechodzące obok niej w towarzystwie grubego kolegi przejawiło iście kulinarne zainteresowanie. – Jaszczurka. Podobno mają przepyszne gałki oczne. A już najlepiej smakują na tostach.
- Nobby, ile razy mówiłem Ci, żebyś nie mówił o jedzeniu na patrolu – warknął Fred, odruchowo węsząc w poszukiwaniu choćby najmniejszego śladu zapachu pieczeni z jaszczura. – I gdzie ona niby jest?
Na szczęście Asia zdążyła ukryć się w tłumie a Strażnicy wzruszyli ramionami i poczłapali dalej. Szybko przebiegła przez ulicę a potem popędziła wzdłuż muru jakiegoś zaułka cały czas trzymając wyrywającego się smoka. Oglądając się za siebie niestety za późno zarejestrowała fakt, że tuż przed nią wyrosła nagle ciemna postać. Łups! Odrzucony zwierzak potoczył się po kamieniach głośno protestując a nasza bohaterka ciężko usiadła na bruku masując potłuczoną głowę.
- No co też my tu mamy – ciemna postać okazała się wyjątkowo obleśnie uśmiechniętym mężczyzną. Z zadowoleniem popatrzył na Asię a potem przeniósł swój wzrok na stworzonko które okazywało swoją złość plując niegroźnymi strumyczkami ognia. Grymas zdziwienia przeradzającego się szybko w triumfalną radość zniekształcił jeszcze bardziej paskudne rysy tego człowieka.
- Mój Jadeitowy Cesarz! * – wrzasnął. – Znalazła go! Dzięki niemu stanę się najbogatszym człowiekiem w mieście! – zarechotał i szybko podbiegł do smoka który trząsł się ze strachu. – Tak szybko napasę Cię złotem, że nawet nie poczujesz! Aż pękniesz z przejedzenia, hahahahaha!
Na szczęście nie zdążył chwycić małego bo niespodziewanie na jego ramionach pojawiła się wielka, pomarańczowa postać. Bibliotekarz, mający zwyczaj cichego i niespodziewanego pojawiania się w różnych miejscach, bez najmniejszego problemu pozbawił opryszka przytomności. W ramach swoistego żartu pozbawił go również spodni (nie chcecie wiedzieć, co było pod nimi).
Asia patrzyła z zachwytem na potężnego orangutana, który chwycił pod pachę zadowolonego smoka. Zwierzak sapnął, strzelił iskrami z nozdrzy, zwinął się w kłębek i zasnął.
- Uuk – stwierdził przedstawiciel naczelnych wymownie pokazując na stworzenie śpiące mu pod pachą a potem na wieże NU, znacznie górujące nad miastem.
- Ja niby też tam mogę wejść? – zapytała z niedowierzaniem dziewczyna.
Orangutan tajemniczo wywinął górną wargę, parsknął i błyskawicznie ruszył w stronę głównej ulicy. Ludzie automatycznie uciekali mu z drogi, dzięki czemu także dziewczyna bez problemu mogła biec powstałym korytarzem.
Wyjątkowo szybko dotarli do celu. Bibliotekarz poprowadził ją sobie tylko znanymi przejściami do Biblioteki, skąd jednym grymasem wyprosił wszystkich. Potem ostrożnie położył na biurku śpiącego smoka, podsunął Asi fotel, po chwili namysłu odsunął także spoza jej zasięgu miskę z bananami i pognał pomiędzy regały. Dziewczę rozsiadło się wygodnie i z uwielbieniem patrzyło na sterty książek.
- Zawód bibliotekarza nie jest wcale taki zły – mruknęła do siebie i zamyśliła się głęboko. Może właśnie dlatego nie zauważyła, że smoczątko właśnie się obudziło. Uroczo ziewnęło pokazując uzębienie na widok którego każdy dentysta padłby plackiem z zachwytu. Zwierzątko wstało i z żarłocznością rzuciło na pierwszą z brzegu książkę. Połykało właśnie ostatnią stronicę, kiedy zza regału wybiegł orangutan z wielkim tomiszczem w łapie. Wydał pełen zgrozy wrzask, dzięki czemu Asia zdążyła zobaczyć, jak smok wybałusza oczy i zaczyna niespokojnie się kręcić.
- UUK! – ryknął Bibliotekarz, złapał Asię za rękę i siłą wepchnął pod biurko. Sam uskoczył za fotel. Zrobił to w ostatnim momencie, gdyż smok niespokojnie kaszlnął i nagle wypluł z siebie słup ognia. Stojące w pobliżu regały momentalnie zostały ogarnięte przez płomienie.
- Uuk!
- Pożar!
Smok śmiertelnie wystraszył się tego krzyku, zerwał z biurka i kręcąc piruety wyważył drzwi, przez które uciekł na korytarze NU, cały czas wypluwając z siebie nieprzerwane strumienie żaru. Magowie wyrwani ze swoich poobiednich drzemek przez panikującego Bibliotekarza i dziewczynę w krótkich spodenkach, bez żadnego ładu i składu wybiegli na ulicę.
- Że co proszę? – zdziwił się Ridcully patrząc na tę dwójkę, która gorączkowo machała przed nim rękoma, pokazując na okna, których szyby topiły się pod wpływem gorąca i intensywnych ludzkich spojrzeń.
- Smok? Jadeitowy Cesarz na naszym NU? Przecież one wyginęły 300 lat temu! – patrzył podejrzliwie na Asię, starając się nie rejestrować widoku jej gołych kolan.
- Uuk – potwierdził Bibliotekarz, podsuwając mu pod nos odpowiednie ryciny z książki, którą cały czas dzierżył pod pachą.
- Zjadł książkę o strażakach?! – przeraził się Pierwszy Prymus.
- To z nami już koniec – pokiwał poważnie głową Kwestor, szybkim ruchem wysuwając z kieszeni pudełko z pigułkami z suszonej żaby. – Nie będzie już więcej obiadów. Ani podwieczorków. Ani kolacji – uśmiechnął się wesoło i połknął na raz całe pudełko.
- Na to musi być jakieś wytłumaczenie! – rozsierdził się Myślak i oskarżycielsko wycelował swoim palcem w Asię. – To jej wina! Ona sprowadziła na nas tego smoka! Idziemy do Strażników. Niech ją aresztują i zrobią coś z tym całym bałaganem.
***
Ktoś roześmiał się cichutko. Delikatnie trącił szachownicę, na której stały pionki. Przesunęły się z prawie niedosłyszalnym zgrzytem.
***
- … i właśnie dlatego powinien pan ją aresztować! – zakończył swoją opowieść Pierwszy Prymus.
- Jadeitowy Cesarz, powiada pan? – Vimes głęboko zaciągnął się cygarem i wpił wzrok w nadrektora. – Dlaczego zaczął zionąć ogniem po zjedzeniu tej książki?
- Bo książka była o ogniu – pośpieszył z odpowiedzią Myślak. Nadrektor nadął się z oburzenia. – One się… Dostosowują. Nie umiem tego panu dokładnie wytłumaczyć. Gdyby wchłonął książkę o gotówce, prawdopodobnie zacząłby, pan wybaczy szczerość ale srać kasą. Po zjedzeniu drewnianego pomnika prawdopodobnie zacząłby strzelać osikowymi kołkami.
Nadrektor machnął ręką ze zrezygnowaniem. – Niechże pan coś z tym zrobi. Na Jadeity magia nie działa.
- A wy mi każecie przecież aresztować dziewczynę – oburzył się Vimes. – Co ona takiego zrobiła? I gdzie w ogóle się teraz podziewa?
- Chcieliśmy ją złapać ale pobiegła z powrotem do środka uniwersytetu. Krzyczała coś o tym, że może uda się jej go uspokoić.
- Dobra chłopaki, zbieramy się – Vimes podniósł lekko głos. – Mamy zadanie do wykonania!
***
Tymczasem na korytarzach NU…
- Tsymaj to sybko! Zuć jej to bo nie zapłaci nam cykulandą!
- Gdzies ona uciekla nam?
- Mam smocysko! Uwazaj bo cie spali pieruński gupku!
- Daj mu pić, uspokoi się migusiem!
Zanim zdyszana Asia znalazła wreszcie smoka zdarzyło się wiele rzeczy. A raczej jedna rzecz, wyjątkowo ruchliwa – Nac Mac Feegle. Kiedy dziewczyna dobiegła na miejsce, było już po wszystkim. Smok spał w najlepsze obok niego zaś walały się dwie butelki najlepszej szkockiej whiskey. Feegle natomiast uradowane gratulowały sobie w najlepsze, mocno ściskając się za miniaturowe piąstki. Na widok Asi uśmiechnęły się nieco szczerbatymi uśmiechami.
- Uratowalim twój gruby zadek, ciesys się? Smok jus spi i niepretko się obudzi. To najlepsa skocka łiski jaką udało nam się zdobyc, hej!
- Upiliście go!
- Psynajmniej nie będą mieli z nim kłopocików. A teraz do domku, cykulanda na nas ceka!
- Zaraz, muszę się pożegnać z Bibliotekarzem. Chcę się jeszcze dowiedzieć paru rzeczy…
Zanim zdążyła rozpłynąć się w powietrzu, ujrzała, jak orangutan, który przybiegł tu za nią, bierze jedną ręką smoczątko a drugą macha na pożegnanie, radośnie szczerząc pożółkłe zębiska.
***
Jak się domyślacie, kiedy Straż i magowie przybyli już na miejsce, wszystko było jak w najlepszym porządku. Smok spał w koszu pod biurkiem, Bibliotekarz spędzał rozkoszne chwile na ponownym układaniu książek na regałach wydobytych z magazynu. O niedawnych wypadkach przypominały tylko osmalone ramy okienne, przez które wpadało wszędobylskie światło słońca.
- Niebezpieczny, tak? – mruknął Vimes, patrząc na uroczo ziewającego potworka.
- Gdzie ona się podziała? – zastanawiał się nadrektor.
- Obecność Jadeita podniesie jeszcze bardziej prestiż naszego Uniwersytetu – wyliczał zachwycony Myślak.
- Niebezpieczny – stwierdził komendant, patrząc na magów i stanowczym krokiem ruszył w stronę drzwi. – Idziemy stąd, chłopaki. Im szybciej tym lepiej.
***
Niewidoczny Uniwersytet wzbogacił się o nowego, honorowego członka a zarazem obrońcę i ochroniarza. A Asia? W pobliskim sklepie kupiła 200 tabliczek kokosowej czekolady. Wszak Feeglom zdecydowanie należała się nagroda za tak wspaniałą wycieczkę.
- Może to był jednak sen – zastanawiała się stojąc w kolejce do kasy.
- Na co pani tyle czekolad? – wybałuszyła oczy ekspedientka.
- Sesja za pasem, pora się brać za naukę – uśmiechnęła się do niej dziewczyna, dyskretnie mrugając do stojącego na ramieniu panienki za kasą niebieskiego ludzika, wymachującego mieczem. – A czekolada podobno jest najwspanialszym wynalazkiem ludzkości.
* Tak, wymyśliłam go sama ;)
Matka Joanna od zwierząt
Avatar użytkownika
Aiyanna żeńska
Perfekte Wunderbar Waffe 2/2
 
Posty: 1295
Lokalizacja: Nawojowa Góra
Reputacja: 3219

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Marek_Sobczak » 6 wrz 2011, o 01:17

Po tygodniu zgłoszeniowym lista autorów zgłoszonych prac przedstawia się następująco:
1. Dicey Reilly
2. Aeshtir
3. ratharienn
4. Kinga
5. Nobby Nobs
6. Aiyanna

Z tego co widzę poziom jest niezwykle wyrównany, a oddanie głosu na jedną jedyną pracę będzie bardzo trudne. Cholernie trudne.
Przypomnę tu zasady:
1. Każdy użytkownik zarejestrowany na forum może oddać głos na swojego faworyta.
2. Każdy użytkownik ma jeden głos.
3. Oddany głos można (choć nie jest to wymogiem) uzasadnić w temacie konkursowym
4. Autorzy prac mogą głosować na swoje dzieła.
5. Zarówno autorzy jak i głosujący mogą namawiać do głosowania na swoich faworytów, pod warunkiem, że będzie się to odbywać z poczuciem dobrego smaku i wyczuciem.
6. Głosowanie trwa tydzień - do 12 września do godziny 23.59.
7. Wszelkie kwestie z nim związane rozstrzyga umieszczony w pierwszym poście tematu regulamin.
No to głosujmy. I niech wygra najlepszy z najlepszych - bo wszyscy autorzy już w moich oczach są zwycięzcami.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez jaro_gryf_666 » 6 wrz 2011, o 06:41

Skrobnąć się udało, połączyć z internetem - nie :lol:
Jak wrócę z roboty to wrzucę poza konkursem ;)
NOBODY expects the Spanish Inquisition! Amongst our weaponry are such diverse elements as: fear, surprise, ruthless efficiency, an almost fanatical devotion to the Pope, and nice red uniforms...
Avatar użytkownika
jaro_gryf_666 męska
Hiszpańska Inkwizycja
 
Posty: 1291
Lokalizacja: Żywiec/Gliwice
Reputacja: 660

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Kinga » 6 wrz 2011, o 06:54

Marku dołożyłam ankietę do Twojego tematu, żeby uniknąć postów w których będzie tylko nick osoby na której opowiadanie ktoś głosuje. Niestety nie udało mi się ustawić tak żeby kończyła się równo z konkursem, ale mam nadzieję, że nikt nie przekroczy czasu głosowania :)
Regulamin jest fajny. Ścieżka kasztana nie. FAQ ma sporo odpowiedzi, jak nie ma tam Twojego pytania, pisz PW.
Avatar użytkownika
Kinga żeńska
ciotka cierpienia
 
Posty: 3001
Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza / Wrocław
Reputacja: 3854

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Marek_Sobczak » 6 wrz 2011, o 07:36

Dzięki Kinga. Umówiłem się z Grace, że doda, ale o północy zwaliło mi się na chatę pół roku przerażonego kampanią wrześniową z Układów elektronicznych (egzamin dziś trzymam kciuki) na douczanie i nie zdążyłem jej wysłać prośby, bo rozwiązywanie coraz bardziej skomplikowanych zadań skończyliśmy o 2 w nocy (czemu ja się jeszcze w to bawię? wszak ja mam spokój już ze studentowaniem). Ale fajnie, że się tym zajęłaś. Dziękuję. No to teraz głosujmy.
Zacznę od siebie. Wśród naprawdę dobrych prac które przeczytałem w tym temacie mi osobiście do serca najbardziej przypadły trzy; Aeshtir'a, ratharienn i Nobby Nobs'a.
Pierwsze to ciekawy sposób połączenia filozofii z gildią błaznów. Dobry Styl, wartka akcja i finał z budyniem :). Cudo. Drugi to ballada Rath. Przede wszystkim za samą formę, która wymagała wiele wysiłku (wiem jak czasem wyrazić wierszem to o czym się myśli).
No i trzeci to opowiadanie "Dysk z Plasteliny" w którym urzekł mnie przede wszystkim pomysł. Zaskakujący, ciekawy i niebanalny. Kiedyś byłe autorem podobnego opowiadania z dziennikiem w roli głównej. No i jakoś od czasów Death Note do dzienników mam słabość. Spośród tej trójki postanowiłem zagłosować na opowiadanie Noby Nobsa. Choć jak zaznaczam wybór nie był prosty. I żałuję że nie ustaliłem w zasadach możliwości głosowania na większą ilość osób :)
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: KONKURS "Trzy po Trzy"

Postprzez Aeshtir » 6 wrz 2011, o 21:05

Znakomity pomysł, że się powtórzę, był z tym konkursem. Fajnie się czyta teksty napisane "na szybko". Ponieważ nie przeszło mi nawet przez myśl, że mógłbym zagłosować na siebie - a nie uważam wcale swojego tekstu za najwybtniejszy - a z drugiej strony... no cóż, głupio tak głosować na potencjalną konkurencję ;) .

Świadom tego, że tu nie o nagrody chodzi, pozwolę sobie tylko wskazać moich faworytów. OK, "Dysk z Plasteliny" jest świetny, ponieważ skupia się na "mało ważnych" postaciach z ŚD. Opowieść z punktu widzenia drugoplanowych postaci zawsze wnosi coś nowego. To na plus. Na minus mógłbym jedynie wskazać dosłowne cytowanie pratchettowskich gagów. OK, to był "szybkostrzał luteracki", ale w kontekście całości nie sposób mi sobie wyobrazić, Nobby, że nie byłabyś w stanie stworzyć własnych :D .

Podobał mi się tekst Kingi. Fajnie połączony w całość, nieźle stylizowane wypowiedzi Śmierci. Gdyby nie kolokwializmy towarzyszące wypowiedzi narratorki, byłoby świetnie.

A moim faworytem... moją faworytką, przepraszam (zauważyliście moi drodzy, że jestem jedynym rodzynkiem? Co jest, Panowie, brak weny? :lol: )... jest ratharienn. Oczywiście, główną zaletą jest forma, ale najbardziej ujęło mnie to:

ratharienn napisał(a):I choć wiersz nierówny czasem,Choć rymu braknie, a rytm z rozpaczy wyje pod lasem,Co widziała – zaśpiewała właśnie,Momentami fałszując z tej radości strasznie!


Ha! Czysty topos skromności spod znaku Galla Anonima. Urocze :D .

Głosu nie oddaję, ale znacie przynajmniej zdanie swojego rodzynka :twisted: .
Mater tua criceta fuit, et pater tuo redoluit bacarum sambucus!
Avatar użytkownika
Aeshtir męska
Mag II stopnia
 
Posty: 235
Lokalizacja: Szczecin
Reputacja: 232

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Cmentarz Pomniejszych Bóstw

Nikt nie wytrzyma spojrzenia czarownicy... z wyjątkiem kozy oczywiście.

Równoumagicznienie, dodał(a) Kinga

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników

cron