Podejście pierwsze: Tydzień temu grając w badmintona wpadł mi do głowy jak na razie początek pewnej historii i niedługo później udało się myśli zamienić w słowa. Wszelkie okrzyki zarówno zachwytu jak i zgrozy mile widziane ;]
Aha, żeby oburzenia nie było informuję na początku: zdarzyły się dwa, trzy przekleństwa.
Władza cytrusa.
I Słońce widząc że wszyscy trzej jego synowie gotowi są do władzy dzierżenia, każdemu po jednym drzewku cytrusowym dał. Zarówno cytryna, grejpfrut jak i pomarańcza godłami trzech królewskich rodów stały się i dopóki każde z drzewek rośnie, dopóty równowaga na świecie zachowana zostanie.
- brat Rudy, "Geneza Monarchii".
Zarówno za dnia jak i w nocy pewna wąska uliczka w dzielnicy portowej pokryta była w ciemnościach. Nie żeby nad tą właśnie częścią miasta nigdy nie świeciło słońce lub obrażony księżyc nie kierował w jej stronę odbijanych promieni. Przyczyna była o wiele prostsza i nieoparta na nadprzyrodzonych mocach: między gęsto usianymi po obu stronach oknami rozwieszono setki sznurków, wiecznie obciążonych tysiącami wypranej odzieży, rzadziej bielizny. Niewielu dbało o posiadanie dodatkowych gatek a jeszcze mniej o noszenie jakiejkolwiek… W każdym razie kilometry materiału o wszelakim stopniu wilgotności zajmowały niemal całą możliwą przestrzeń. Nierzadko zajmowały także większość chodnika.
Każdy, kto znał miasto, wiedział dobrze że próba pokonania Alei Praczek biegiem była wspaniałą okazją dla mieszkańców do obserwacji wielu Piruetów Zawiniętych W Obrus Biegaczy Z Twarzą W Koszuli Zakończonych Wylądowaniem W Biustonoszu Marty Spod Szóstki.
Dlatego pędzący mężczyzna minął ją bez zbędnego zastanawiania się i skręcił dopiero przy następnym zakręcie. Dysząc ciężko nawet nie próbował się odwracać. Śmigające przy jego twarzy metalowe ostrza były wystarczającym dowodem na to że pościg jeszcze trwa. Wykonując skok nad smacznie śpiącym wyliniałym psem spojrzał na sekundę w górę. Przelatujące przez jego głowę modły do Boga Słońca zaczęły być jeszcze bardziej żarliwe, gdy zauważył na niebie jasne barwy.
*
Grupa pięciu Wojowników Nie Nazywać Nas Ninja mijała szybko kolejne budynki, skupiona na pędzącym przed nimi mężczyzną. Nie spodziewali się że cel może być tak dobrym biegaczem. Zdawał się mieć również niebywałe szczęście, gdyż jak dotąd żaden z rzuconych Pocisków Nie Nazywać Ich Shurikenami nie trafił.
Zauważyli, że po przeskoczeniu przez smacznie śpiącego wyliniałego psa gwałtownie skręca w lewo. Wojownicy Nie Nazywać Nas Ninja zrobili to samo (z małą różnicą: oni tylko minęli zwierzaka), dalej jednak nie poszło im już tak gładko – białe promienie wschodzącego słońca oślepiły członków grupy.
- Sukinsyn nie dość że szybki to jeszcze bystry. – mruknął jeden, gdy cel zniknął z pola widzenia.
- Dziwisz się? To student. – rzucił drugi członek piątki.
- Kleryk. – poprawił go pierwszy. – Studenci są w akademii, ten jest ze świątyni…
- Na jedno wychodzi. Cholera, mówiłem żeby teraz za nim nie lecieć, było już za póź...
- Cicho tam. – uciął kobiecy głos. – Rozejść się i szukać dalej.
*
Mężczyzna w końcu odkrył usta i odetchnął ciężko, widząc jak szare sylwetki rozpierzchają się w różne strony. Omal nie zwymiotował, gdy jego ciało uspokoiło się. Szybko zaczął grzebać w szacie nadal modląc się w duchu.
- Dzięki ci, o Wielki. – szepnął, gdy z ulgą zobaczył że pakunek nie doznał uszczerbku.
*
Adelo nadooobna, niosąca arbuuuzy,
Nie bądźże nieśmiaaała. przyjmij me całuuusy…!
- Zamknąć się, stare capy!
Dwójka chwiejących się mężczyzn sukcesywnie choć bardzo powoli parła przed siebie wzdłuż Alei Jaszczurzej. Pieśń wydobywająca się z ich mocnych gardeł niosła się echem do nieba razem z okrzykami wyrwanych ze snu mieszkańców.
Zobacz: mam dla cieeebie trzy niebieskie kwiaaaty,
Uśmiechnij się dooo mnie i zaproś do…
- Spieprzać z mojej karczmy!
Rozśpiewany duet stracił utrzymywaną dotąd równowagę w efekcie zderzenia z mężczyzną, który dosłownie wyleciał przez drzwi pobliskiego budynku. Każdy z trzech dżentelmenów spojrzał po sobie i ze szczerbatym uśmiechem uznali, że Słońce zadecydowało o tym niespodziewanym spotkaniu, po czym ruszyli dalej, nadwyrężając struny głosowe z jeszcze większym entuzjazmem.
*
- Doprawdy, nie trzeba było aż tak brutalnie. – zamiatający podłogę jasnowłosy młodzieniec spojrzał z uśmiechem na rudowłosą kobietę zamykającą drzwi, które niedawno minął z zaskakującą prędkością ostatni klient.
- Nie mam zamiaru tracić okazję do przespania się tylko dlatego że komuś nie wystarczy… Cholera, już świta.
- No i figa ze spania.
- Dupa, nie figa. – kobieta ruszyła w stronę kominka. Klnąc pod nosem położyła dwa polana na żarzące się resztki drewna. - Obudź młodego, niech piecze chleb.
Rozległ się huk otwieranych gwałtownie drzwi. Daika podwijając rękawy wstała szybko czując jak wściekłość uderza jej do głowy.
- Chyba kazałam ci spie… - urwała w pół słowa, widząc że nowoprzybyły nie jest niedawno wyrzuconym klientem, a chudym mężczyzną. Widząc charakterystyczną szatę i okrągły tatuaż na jego twarzy od razu rozpoznała w nim członka Bractwa Pomarańczy.
- Cóż za niespodziewany gość! – trzymający miotłę młodzieniec uśmiechnął się szeroko i gestem zaprosił kleryka. – Uciekliśmy z Bractwa? Dyscyplina dała nam w kość?
- Szukam siostrzenicy brata Burego. – kleryk puścił mimo ucha uwagi.
- O co chodzi? – Daika skrzyżowała ręce na piersi.
Kleryk w odpowiedzi wyciągnął w jej stronę rękę, dzierżącą pomiętą kopertę.
*
- Tym razem staruszek przesadził. – kobieta rzuciła list na stolik. Spojrzała ponuro na siedzącego naprzeciwko mężczyznę z tatuażem. Musiała przyznać że miał niebrzydką twarz. Lubiła gdy ktoś miał wpadnięte oczy i wąskie usta. Nie lubiła jednak jego spojrzenia: z iskierką dziwnej siły połączonej z bezbronnością, tak często widzianej u członków Bractwa. Nie uszło jej uwadze również to, że przez cały czas ściska dłonią niewielki obiekt, schowany pod warstwami szaty.
- Wiesz co pisze twój stryj?
Rudowłosa lekko zdziwiona spojrzała na siedzącego obok jasnowłosego.
- Ty wciąż tu jesteś? Miałeś obudzić młodego.
- Twoje ryki zrobiły to za mnie. Nie przeszkadzajcie sobie.
- Spadaj, Frugo…
- Brat Bury zapewniał mi, że pomożesz. – odezwał się kleryk.
- W liście twierdzi że dostałeś polecenie zawieźć do Cytrynowego Króla…
- Lorda Ganihe - wtrącił Frugo.
- …coś niezmiernie ważnego a ja mam ci pomóc.
- O, ciekawe. – znów wtrącił Frugo. – Czemu akurat Daika?
- Brat Bury zdradził mi, że przez kilka lat szkoliłaś się u Wojowników Nie Nazywać Nas Ninja i będziesz stanowić świetną ochronę.
Daika prychnęła.
- Nie stanowię żadnej przeszkody dla tych którzy osiągnęli choćby najniższy poziom Kciuk-tu. O czym dokładnie wspomina wujaszek? Co ma wprowadzić świat w nową erę?
Kleryk zaczął grzebać w szacie i wkrótce potem postawił na stoliku małą pionową skrzyneczkę. Jej wieko przypominało niewielką drewnianą klatkę. Daika i Frugo zbliżyli głowy by spojrzeć co jest w środku.
- Mamy nadstawiać karku dla jakiejś sadzonki? – spytał jasnowłosy.
- Jacy „my”? – Daika zwróciła się do kolegi.
- To nie jest jakaś sadzonka. To młode drzewko cytrusowe! – oznajmił kleryk tonem tak nabożnym, że opat Bractwa mógłby zbierać dym kadzideł do puszek i sprzedawać jako relikwię.
- Eee… A po co to Cytrynowemu Królowi? On ma własne drzewka, my mamy własne. Poza tym, dlaczego ta roślinka nie jest w pałacu?
- Znacie przepowiednię o Ostatnim Cytrusie?
- No ba. – odparł Frugo. Daika przewróciła oczami przypominając sobie chwilę z dzieciństwa, gdy pierwszy raz usłyszała od stryja mit zapewniający przybycie czwartego dziecka Boga Słońca, które miało stworzyć dzielnicę własnego, nowego kraju w miejscu zetknięcia się granic trzech państw. „A gdy mandarynka owoc pierwszy wyda, uzna Słońce że świat gotowy jest by Jego najmłodszy syn tron objął.”
- I co z tego?
- Ehm, no więc… TO jest mandarynka.
Gdyby nie dobiegający z zewnątrz hałas budzącego się do życia miasta w pomieszczeniu byłoby idealnie cicho.
- Niech zgadnę: Pomarańczowy Król, by utrzymać swój kraj w takiej postaci jakiej jest, skazał sadzonkę na śmierć a mój stryj uznał że Cytrynowy Król chętnie przechowa mandarynkę dopóki Słońce nie wykopie z domu najmłodszego podopiecznego?
Kleryk pokiwał głową, dodając że on inaczej by to ujął.
- I ty masz być damą do ratowania a ja wiernym rycerzem chroniącym twojej skóry?
Kleryk powtórzył obie czynności.
- No to klops. – rzekł Frugo.
- Wybacz, ale musisz znaleźć kogoś bardziej odpowiedniego. – Daika wstała i ruszyła ku drzwiom.
- Dostaniesz to o co prosiłaś od kilkunastu lat.
Kobieta zatrzymała się i spojrzała na mężczyznę z tatuażem.
- Brat Bury polecił mi to powiedzieć jeśli się nie zgodzisz. Zapewniam cię: nie wiem, co miał na myśli – kleryk dodał szybko, widząc groźne błyski w oczach rudowłosej.
*
Znów poczuła że ma pretensję do własnego losu. Od tylu lat nie pragnęła niczego poza spokojnym życiem i pewności każdego ranka, że wieczorem nie będzie mieć złamanych żeber lub w najlepszym przypadku jednego z palców. Słodka egzystencja niewyróżniającej się wśród tłumu obywatelki dobiegła końca. A przynajmniej zrobiła sobie przerwę.
Pięknie. Po prostu pięknie. Na dodatek ten bałwan uznał że pójdzie z nami… Jakby znowu chciał pokazać całemu światu jak to on dobrze rzuca nożami.
Spojrzała za siebie, na oddaloną już o kilkaset kroków bramy miasta. Stare kamienne bryły, doświadczone wieloma dniami upałów, deszczy, śniegu teraz wydały jej się równie kochane co najprzyjemniejsze wspomnienia. Skierowała wzrok na milczącego kleryka i uśmiechniętego od ucha do ucha Frugo. Jasnowłosy poprawił wypchane tobołki i uśmiechnięty patrzył przed siebie. Wyciągnął daleko przed siebie rękę i palcem wskazał ciągnący się przed nimi trakt.
- Ku przygodzie!
- Och, zamknij się.
------------------------------------
Czy będzie dalszy ciąg nie wiem, w każdym razie chciałam się z Wami podzielić tym fragmentem. Mam nadzieję że się lekko czytało :]

