Dziękuję wszystkim za miłe słowa
A oto kolejny fragment:
Szli długo, nie podziwiając widoków, jako że nie było za bardzo czego podziwiać. Krajobraz ograniczał się do szarych skał, wynurzających się z gęstej mgły niby statki widmo. Nie były to nawet jakieś szczególnie ciekawe głazy – nie miały zabawnych ani groźnych kształtów. Jeśli patrzy się na coś wystarczająco długo, owo coś zaczyna przypominać stwory, śmieszne zwierzaki czy właściwie cokolwiek. Spoglądając na te kamienie, dochodziło się jedynie do wniosku, że są to jak najbardziej kamienie. Jeżeli już ktoś chciałby je jakoś określić, najlepszymi przymiotnikami były: szare i nudne. Jednak prawdopodobnie nikt nie kłopotałby się nawet poświęcać im więcej niż ukradkowe spojrzenie. To głazy, które stawały się tłem nawet wtedy, gdy były na pierwszym planie. Bardziej interesująca od ich (choć właściwie na ten tytuł zasługiwało prawie wszystko) wydawała się mgła - miała w sobie coś złowieszczego i tajemniczego.
Niebawem znikły już nawet nieciekawe kamienie. Całą przestrzeń wypełniała wilgotna biel. Było tu niebywale zimno, co wampir przyjął z zadowoleniem. Mniej entuzjastycznie powitał chłód zwierzak – biedak trząsł się cały.
Makarada zaczął się niepokoić, jako że było coś niepokojącego w tej mgle. Ewidentnie nie była ona naturalna. Zdawała się też być smutna, co przecież nie powinno się zdarzać normalnej mgle. Wampir jednak doskonale umiał wyczuwać smutek, a ta mgła płakałaby, gdyby miała łzy, którymi mogłaby płakać.
Potem przyszły szepty, a z nim zrozumienie. Makarada zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje i wcale mu się to nie spodobało.
- Horacy – syknął. – Gdzieś ty mnie zaprowadził!
- Ciii – zwierzak popatrzył na niego błagalnie. – One nie lubią hałasu…
Nie lubiły, to prawda. Właściwie nie lubiły wszystkiego, co kojarzyło im się z życiem. Nie chodzi o to, że nienawidziły go, ale też go nie kochały. Po prostu za nim tęskniły. Nie cierpiały więc tego wszystkiego, co do życia było podobne albo co o życiu im przypominało, bo zbyt bolesne było wspominanie, czegoś co utraciły i już nie dane było im odzyskać i to przez wieczność. W wąwozie więc nigdy jasno nie świeciło słońce, nie było zwierząt ni roślin. Mgła nigdy nie opuszczała tego miejsca, tak samo jak chłód i cisza, która składała się z nigdy nie ustających szeptów.
Kiedy Makarada szedł, szepty owinęły go, jakby za wszelką cenę chciały być wysłuchane, a właśnie trafiła im się para uszy. Niektóre był płaczliwe inne rozgniewane, jedne chciały sprawiedliwości drugie jedynie spokoju, niektóre mówiły o strasznych cierpieniach inne o ogromnej utracie, z którą nie da się pogodzić. Sporo szeptało o zapomnieniu, którego wszystkie pożądały. Każde z nich było natomiast smutne i martwe. Nie było bowiem żadnych ust, z których mogły by paść słowa, więc tak naprawdę szeptów się nie słyszało, zdawało się je czuć, niby obietnica zdań.
Na dnie Wąwozu Niepewności znajdował się dom duchów, którego ścianami była mgła.
Wampir żałował, że w ogóle postanowił przyjąć to zlecenie, już teraz domyślał się, że i tak jest niewykonalne. Jednak taką miał zasadę – nigdy nie odmawiać. Nigdy też nie brał zapłaty za swoją pracę. Od tamtego czasu, gdy zdecydował się wykonywać to, co wykonuje, postanowił szerzyć swe usługi dla każdego. Świat był pełen ludzi i innych istot, skłonnych do popełnienia samobójstwa. On oferował, że popełni je za nie.
Kiedy więc dostał list, wyruszył w drogę niewiele myśląc. Treść była następująca:
Niezwłocznie potrzebuję Pana usług. Proszę udać się do Wąwozu Niepewności.
Ta Która Popełnić Pragnie Samobójstwo Rzadko kiedy dostawał listy. Zwykle wędrował z wioski do wioski a klienci znajdywali się sami. Zazwyczaj też nie oni prosili o pomoc, lecz ich bliscy, którzy zauważyli nietypowe zachowanie i obawiali się najgorszego. Wiele osób podobnych było do dziewczyny, którą ostatnio uratował. Przechodził obok tej starej stodoły i wyczuł ją oraz jej zamiary. Nauczył się wyczuwać samobójców, jak zwykły wampir wyczuwa dziewice w zwiewnych koszulach. Uratował ją, choć ona wcale o to nie prosiła.
Sunąc wśród szeptów, stracili poczucie czasu, jakby czas był zbyt przeznaczony dla żywych, by istnieć w tym martwym miejscu. Zbliżyli się do ściany skalnej, na której znajdowało się wejście do jaskini. Nie zwlekając zanurzyli się w jej mroku.
Nie zaszli daleko – tunel, którym szli okazał się ślepy.
- I co teraz? Nie mów, że zabłądziłeś – Makarada zwrócił się do Horacego, ale zwierzaka już nie było.
Na środku jaskini niewielka eteryczna kulka unosiła się nad ziemią, świecąc swym słabym szarym światłem.
Makarada znał duchy. Niektórzy myślą, że wyglądają jak ludzie, tylko że są jeszcze niematerialne i przeźroczyste. Są tacy, którzy za ducha potrafią wziąć białe prześcieradło. Jednak prawdziwe duchy nie przypominają człowieka, a tym bardziej nie prześcieradła, nawet jeżeli te jest białe i powiewa.
- Ta Która Popełnić Pragnie Samobójstwo? – spytał.
Tak.- A więc, to ty mnie wezwałaś – stwierdził oczywiste Makarada. – Jednak na darmo. Nie możesz popełnić samobójstwa, ponieważ nie masz ciała, które mogłabyś zabić ani nie masz też życia, którego mogłabyś się pozbawić.
Na pewno jest sposób.- Nie jest mi znany – odrzekł spokojnie.
Znajdź sposób… proszę. Błąkam się od tak dawna po dnie wąwozu, że już prawie nie pamiętam mojego życia. Ale byłam piękna za życia, wiedziałam co to radość. Tutaj nie ma czegoś takiego jak radość… Tylko rozpacz, przez całą wieczność.Duch zalśnił smutno.
- Rozumiem cię, ale nie mogę ci pomóc.
Nie! Wcale mnie nie rozumiesz! Nie możesz mnie zrozumieć! Nie wiesz jak to jest, kiedy nagle ze świata znika wszystko co dobre, radosne i piękne, pozostawiając tylko bezdenny smutek i nostalgię. Chciałabym płakać, ale bez ciała nie ma łez. Ludzie nie wiedzą, jakie mają szczęście, mogąc płakać, kiedy tylko chcą. A wiesz co jest najgorsze? Nie sama śmierć, ale każdego dnia wspominanie jej. Chciałabym zapomnieć, ale duchom dane tylko zapomnienie o rzeczach radosnych. A wiesz jak umarłam? Zabawna historia, uśmiejesz się!
Byli poszukiwaczami. Szukali skarbów, wszelkich magicznych mieczy, pierścieni czy nawet skarpet, o ile mogły one zaoferować bogactwa, nieśmiertelność lub spełnienie. Nie chodzi o to, że jakoś szczególnie pożądali tego. Po prostu lubili podejmować wyzwania.
Tym razem podążali tropem Chochli Zniszczenia. Jak na razie nie doszli do tego, co owa chochla im da. Nie było nawet pewne czy Chochla Zniszczenia rzeczywiście jest chochlą, czy może czymkolwiek innym – w tym fachu nazwy niezwykle często bywają mylące. Właściwie nie wiedzieli nic poza tym, że grozi im Klątwa.
Pewnego dnia, podobnego do kilku poprzednich dni, które mijały sobie spokojnie, gdy oni tymczasem przedzierani się przez gąszcze tej przeklętej dżungli, nagle zza drzewa wyskoczył obłąkany dziadek. Pluł śliną, przewracał oczami i wznosił drżące ręce w górę.
- Biada! – krzyczał. – Biada, wam, którzy poszukują darmo Chochli Zniszczenia! Klątwa na wasze ciała, przekleństwo na dusze! Biada!
Poczęstowali go herbatą, po której, ku ich satysfakcji, znacznie rzadziej powtarzał „Biada!”. Nikt nie przejął się nim poważnie. Ludzie zbyt często myślą, że klątwy i zaginione skarby zawsze występują parami.
Niepokój dał o sobie znać dopiero, gdy tą samą wieść ogłosili im kolejno: wodnik, dziewczynka widmo, mroczny głos, ptakowężomyszopodobne monstrum, a nawet drzewo.
Jednak nie rezygnowali, byli wszak Poszukiwaczami!
Gogola wcale nie chciała być poszukiwaczką, ale właściwie nikogo to nie interesowało. Jej ojciec był odkrywcą skarbów, a przednim dziadek i pradziadek. Z jakiegoś niezrozumiałego dla niej powodu, ten fakt zadecydował, kim w życiu będzie. Tak naprawdę chciała piec torty i mieszkać z dala od wszelkich dżungli. Miała na nie alergie. Objawiało się to tym, że za każdym razem jak w nie wkraczała, automatycznie psuł się jej humor. Może nie puchły jej od tego wargi ani nie wyrastał krosty, ale przecież alergia ma w sobie coś więcej niż tylko kichanie.
Tak więc mimo, iż wolałaby teraz siedzieć w kuchni, Gogola szła w szeregach poszukiwaczy skarbów, tylko dlatego, że na czele kroczył jej ojciec i nie miała serca go zawieść.
Gdzieś koło południa z nieba spadła Chochla Zniszczenia. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że nie jest to naturalna kolej rzeczy. Skarby powinny być głęboko zakopane albo ukryte w jakiejś świątyni, pełnej pułapek. Nigdy nie spadały od tak z nieba. Chochla z resztą nie wyglądała jak należy. Nie lśniła, nie posiadała aury tajemniczości ani nie sugerowała, że skrywa jakąś odwieczną tajemnice. Była drewniana oraz bardzo stara i właściwie to wyczerpuje temat.
Stali zdezorientowani i niepewni, co uczynić. Jak jeden mąż popatrzyli w górę i jak na dany znak, z nieba sfrunęła kartka papieru. Gogola chwyciła ją.
- Chochla Zniszczenia nieszczęście przynosi, nie dotykaj jej, śmiertelniku – przeczytała.
- To.. kto ją podnosi? – spytał ktoś.
- Ale przecież jest napisane, żeby nie dotykać! - spróbowała Gogola, choć znała ich na tyle dobrze, iż wiedziała, że jest na przegranej pozycji.
- Nie przejmowałbym się tym – odparł jej ojciec. – Gdyby naprawdę było się czego obawiać, nie pisaliby o tym. Nikt kto zastawia pułapkę, nie umieszcza przed nią tabliczki z napisem „Uwaga! Jeśli staniesz w tym miejscu, wpadniesz do dołu z jadowitymi wężami!”. Najwidoczniej kartka z blefem to jedyne na co ich stać.
Reszta pokiwała głowami, to miało sens.
- Ale… gdyby jednak? – spytał ktoś niepewnie.
- Jeśli nie dotkniemy jej, nigdy się nie przekonamy –rzekł ojciec Gogoli, używając swego najmocniejszego argumentu.
Nikt nie protestował, gdy podszedł do Chochli Zniszczenia i z najwyższą ostrożnością, podniósł ją.
Nic się nie wydarzyło. Rozległy się westchnienia ulgi.
- No widzicie. A nie mó… - zaczął ojciec Gogoli, lecz nie dokończył, gdyż Chochla Zniszczenia właśnie wybuchła.
Najpierw zrobiło się bardzo gorąco. Ból, który przepełnił jej ciało, stał się nie do zniesienia. Chciała krzyczeć, lecz nie mogła… Potem było już tylko lodowato zimno. Wtedy Gogola popatrzył na świat oczami, których nie miała, jako że była duchem. Wszystko wydawało się szare i mgliste, jakby spoglądała na otaczające ją rośliny z bardzo daleka. Nie należała już do tego świata i było to dotkliwie odczuwalne.
A jako że zbyt bolało oglądanie życia wokół nich, którego zostali pozbawieni, dusze byłych poszukiwaczy zawędrowały do wąwozu o nieciekawych kamieniach, obarczeni klątwą, która nie pozwalała im odejść na wieczny spoczynek.
Stali naprzeciwko siebie, pogrążeni w milczeniu.
- Wiesz, że oczekujesz ode mnie czegoś niewykonalnego – powiedział cicho wampir.
Znów cisza, wypełniająca swym brakiem dźwięku kolejne minuty.
A gdybym… Gdybym miała ciało?- Wtedy tak, popełniłbym za ciebie samobójstwo – odparł Makarada. – Ale nie masz przecież ciała, w tym właśnie kłopot.
Mogłabym mieć… Duch zalśnił, poruszony jakąś wewnętrzną wizją.
Zdobądź dla mnie ciało.