Wieża sztuk

Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Twórczość własna naszych forumowiczów

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez nanny_ogg » 15 kwi 2011, o 16:42

Zaglądam tu i zaglądam, i nic... Może cuś tu jeszcze byś zamieścił, co? Niekoniecznie w weekend...
Everything in life I share, except of course my teddy bear.
Avatar użytkownika
nanny_ogg żeńska
Plantopecha
 
Posty: 2903
Lokalizacja: Albion...
Reputacja: 3912

Reklama

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez Marek_Sobczak » 16 kwi 2011, o 04:11

Kawałek mojego blogu.

[Będzie] Boisz się zatrzymać?

Kolejka u lekarza nie zmniejszyła się już od 2 godzin. Tak samo jak pulsujący ból w lewym ramieniu.
Ja: Głupi byłem, że w ogóle wsiadłem na ten rower.
Sumienie: Dajże spokój. Kto w twoim wieku jada drugie śniadania?
Ja: No chyba wszyscy.
Sumienie: Niby tak, ale większość robi to w domu czytając gazetę albo słuchając Radia M. ...
Ja: Ja nie jestem większość!
Sumienie: … a nie jadąc 60 km na godzinę na rowerze, który przegląd techniczny miał robiony zaraz po kupieniu.
Ja: To jeszcze mój komunijny. Już 68 lat mija jak go mam.
Sumienie: A do tej pory nadal masz siodełko założone w drugą stronę.
Ja: Serio? Tak czułem, że albo mam za duże klejnoty albo za ciasne spodnie. A tu proszę. Otworzyłeś mi oczy.
Sumienie: I nawet przetarłem te twoje durnowate okulary. Człowieku. Przecież od tego ciągłego siedzenia przed komputerem to ledwo możesz przeczytać tytuł gazety wyborczej i to jak Ci ktoś poskłada literki na ucho. To czemu Ty się bierzesz za jazdę na rowerze. Nie czas już dorosnąć? Przecież już jesteś na emeryturze. Więc chyba trzeba zająć się przekazaniem mądrości życiowej wnukom.
Ja: No mam jedną dla Marka Juniora Juniora.
Sumienie: Jaką?
Ja: Nie jeźdź rowerem po siedemdziesiątce...
Sumienie: O widzisz!
Ja: … bez ochraniaczy na łokcie.
Sumienie: Stary a głupi.
Ja: Wiesz. Łatwo Ci mówić. Ty jesteś nieśmiertelny, zawsze świeży, wyglądasz jak chcesz, a spójrz na mnie. Pomarszczona, obwisła od ciągłego tycia i odchudzania skóra. Resztki włosów, zaczesane na pożyczkę z oprocentowaniem, które się już nigdy nie zostanie spłacone. Powykrzywiane palce, trzęsące się ręce. Zostało mi już niewiele czasu. Mam go spędzić w fotelu z gazetą w ręku? Wolę być zdziwaczałym staruchem odstającym od stereotypu, niż zdziwaczałym staruchem w stereotyp wpisanym.
Sumienie: Boisz się zatrzymać?
Ja: Nie. Boję się, że jak zatrzymam się, to wszyscy o mnie zapomną.
Sumienie: Równy z Ciebie staruch. I wiesz co? Jeden człowiek Cię na pewno zapamięta.
Ja: Myślisz, że mój syn będzie miał mnie zawsze w pamięci? Że moje słowa wyryją się w jego sercu?
Sumienie: Nie. Raczej miałem na myśli tego lekarza. Pewnie dawno nie widziała siedemdziesięcio-paro-letniego faceta w kolarskich spodenkach i pękniętym kasku.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez nanny_ogg » 16 kwi 2011, o 20:14

No to akurat czytałam, zaglądałam na bloga 8-)
Everything in life I share, except of course my teddy bear.
Avatar użytkownika
nanny_ogg żeńska
Plantopecha
 
Posty: 2903
Lokalizacja: Albion...
Reputacja: 3912

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez wizizard » 29 kwi 2011, o 12:28

proza niezła, poezja... jeszcze trochę pracy przed chyba, ale plusik za rozmach. podoba mi się honor samuraja i bieszczadzka opowiastka
wizizard
Gorzej niż Rincewind
 
Posty: 4
Reputacja: 0

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez szpaq » 29 kwi 2011, o 14:12

Wizizard proszę się ładnie przywitać w odpowiednim dziale.
Nic tak nie denerwuje, jak ludzie którzy nie przestają mówić, kiedy ty się wtrącasz.

M. Twain
Avatar użytkownika
szpaq męska
M.A.S.H.
 
Posty: 2427
Lokalizacja: Festung Breslau
Reputacja: 1701

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez Marek_Sobczak » 11 maja 2011, o 13:51

Kolejne z wielu opowieści barmana z Siekierezady. Spisane moją ręką. Z góry przepraszam za wulgarność języka, ale takim właśnie posługują się bywalcy "Siekiery".

Anielska muzyka

Władek jest na emeryturze, osiadł na Solince z dala od ludzi, od wszystkiego. Broda ukryła jego pomarszczoną twarz, okryła jego troski i zmartwienia. Raz w miesiącu zjeżdża do Cisnej po emeryturę, którą wytyrał ciężką robotą w lesie i na wypałach.
Wpada wówczas do "Siekiery" na piwo, stawia siatki z prowiantem i sączy kufel za kuflem. Razu pewnego byliśmy sami, dłubię coś za barem a Władek mówi:
- Tyle razy chciałem już skończyć z sobą, ale boję się że boli...
- Mówisz o rezygnacji z życia na własne życzenie? - upewniam się.
- Tak, wiesz jak robiłem na Wetlinie chlaliśmy dinks, kurwa od rana do nocy i w nocy jak się pobudziliśmy - dalej, po denaturze tak się pierdoli w głowie, że nawet sobie nie wyobrażasz, w końcu pomyślałem sobie, kurwa - dość.
Wziąłem dwie flaszki dinksu i o świcie, a był to lipiec, w mgłach porannych ruszyłem na połoninę, pomyślałem:
- Chuj, wyjdę na szczyt, wypiję litra i będzie po mnie.
Doszedłem do połowy góry i wychlałem pierwszą flaszkę by umocnić swoje postanowienie. Gdy byłem już prawie na szczycie usiadłem żeby dać odpocząć nogom, patrzyłem na łąki w dolinach, wschód słońca i kołujące myszołowy, życie dalej mnie nęciło, ale powiedziałem sobie:
- Chuj, słowo się rzekło, idę dalej, wstałem i słyszę muzykę za jarem, jakby ktoś grał na skrzypcach, bębnach i akordeonie.
Zainteresowało mnie to wlazłem w jar, i idę w kierunku dźwięków, wydawały mi się tak czyste, tak niebiańskie, przedarłem się przez potok, a muzyka brzmi za następnym, przemierzyłem tak kilka jarów, a muzyka ciągle była ode mnie daleko, wyczerpany opadłem na kolana, złapałem się za głowę dłońmi, ocknęło mnie, denetura wypadła mi z chlebaka, zacząłem płakać, chwyciłem flaszkę z trupią główką na etykiecie i wyjebałem w krzaki krzycząc:
- Kurwa, żeby przez to jebane chlanie zwariować, dość ...
Wieczorem wróciłem, spakowałem się z wypału i ruszyłem do Cisnej.
Nigdy nie zapomnę tej muzyki i wiesz dotarło do mnie, że istotą życia chyba jest ciekawość - co będzie dalej, co zobaczysz za następnym zakolem rzeki.
Władek dopił piwo, chwycił siatki i kolebiącym krokiem wyszedł z "Siekiery" patrzyłem przez zakratowane okno na człowieka odzianego w staromodny, ciężki paltot, jak krok za krokiem szedł w kierunku swojej anielskiej muzyki i życzyłem mu by nie za szybko ujrzał muzykantów...
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez Marek_Sobczak » 22 maja 2011, o 16:32

Opowiadanie, które wam za chwilę przytoczą, potrzebuje kontekstu, gdyż jest praktycznie na nim bazujące. Więc pozwólcie mi proszę na parę słów wstępu.
Nie wiem czy wiecie kochani, ale moja wieś rodzinna – Zawadka – leży w powiecie i gminie Strzyżów. Strzyżów, to piękne miasto położone nad Wisłokiem. Ot zwykłe miasteczko – dwa kościoły jeden szpital, jedna policja, jedna straż, parę sklepów, jeden rynek jeden park, parę pomników, jedno kino (łączące w sobie funkcję MDK). No i oczywiście siedziba burmistrza – urząd miejski (i gminny zarazem). I na tym chciałbym się skupić:). Urząd burmistrza od czterech kadencji pełni tu Marek (paskudnie się składa, że nosi moje imię) Śliwiński. Dzięki koneksjom i znajomościom fakt jego burmistrzowania się nie zmienia, a ludzie nie wiedzieć czemu ciągle na niego głosują (zwykle ze względu na brak kontrkandydata). Jego towarzyszem jest stary i doświadczony życiowo rolnik z wykształcenia, a przewodniczący rady miejskiej z powołania - Stodolak Antoni – który trzyma w szachu ową radę (w której PSL z którego ramienia obaj panowie w wyborach startują ma większość, a resztki opozycji pełnią raczej rolę tła, dla zawirowań na strzyżowskim oceanie politycznych prądów. Zasłyną afera jaką wywołał po tym jak w listopadzie 2004 roku zostały cofnięte tzw. „ trzynastki” dla urzędników pełniących funkcję burmistrzów (w ramach cięć budżetowych za czasów rządów już chyba PIS. Otóż Śliwiński postanowił, że sobie to odbije forsując ustawę o podniesieniu swojej pensji (w ramach odwdzięczenia się władzy za trud włożony w rozwój i promowanie regionu) w zupełności zastępującą nawet z nadwyżką utraconą trzynastkę. I tu dał mi pretekst.
To tyle tytułem wstępu.

A teraz część właściwa która ukazała się na łamach jedynej niezależnej gazety wydawanej w powiecie strzyżowskim „Nad Wisłokiem”, siłą pasjonatów i miłośników regionu, do których od 2004 roku mam zaszczyt należeć.

O czym szumią wierzby nad Wywłokiem

Burgrabia Renglod i nieszczęśliwa trzynastka.

Renklod był od samego rana zły. Nie. Ten eufemizm nie oddaje w pełni nastroju Burgrabiego. Renklod był bowiem totalnie wściekły i w tym momencie ział nienawiścią do całego świata i połowy naszej galaktyki. Jednak, choć jego wściekłość, podobnie jak ambicje, sięgała wysoko, to ani polityczne zapędy, ani mordercze zamiary już takiego zasięgu nie miały. Było to dodatkowym powodem zmartwień Renkloda, który uświadomiwszy sobie swoją ograniczoność, wściekał się jeszcze bardziej. Najgorsze zaś było to, że nie miał w pobliżu nikogo, na kim mógłby swoją złość wyładować. Żona wymknęła się z domu wcześnie rano, a w urzędzie jak na złość wszyscy pracownicy mieli od groma petentów. W dodatku obsługiwali ich bez zarzutu i nikomu z interesantów nawet przez myśl nie przeszło, żeby lecieć ze skarga do burgrabiego. A Burgrabia coraz mocniej potrzebował kogoś, kto stałby się jego ofiarą. Wobec braku zrozumienia, jaki dla jego potrzeb okazało otoczenie, Renklod zmuszony został zwrócić swoją złość przeciw sobie. Zamaszystym wzrokiem skierował się w stronę lustra, a stanąwszy przed nim zaczął sobie ubliżać. Jednakowoż już po pierwszej, wcale nie zgrabnej wiązance inwektyw, przyjrzał się uważnie swojemu obliczu w lustrze i na ten widok zmiękło jego serc.
Mój ty biedny – wychlipał w stronę lustrzanej tafli.
Mój ty biedny – odchlipnęła do niego tafla.
Renklod wzruszył się jeszcze bardziej. Nikt do tej pory nie okazał mu aż tyle serca. Ryknął rzewnym płaczem, a z jego oczu trysnęły łzy i nie wymyte śpiochy. Otworzył szeroko ramiona i rzucił się sobie w objęcia. Twarde zderzenie z chłodną powierzchnią przywróciło go do rzeczywistości. Ponownie wściekły, wbijał morderczy wzrok w lustro, masując obolałe czoło. Poruszająca się rytmicznie ręka na przemian zasłaniała i odsłaniała odbicie biurka i leżących na nim papierów. Wśród nich znajdował się także ten, który wywołał tak wielka wściekłość burgrabiego. Był to tekst ustawy, która jemu i innym wyższym urzędnikom prawo do trzynastej pensji. Renklod bardzo lubił kiedy uważano go za wyższego urzędnika. Przy jego mizernym wzroście pozwalało to urosnąć mu w oczach innych. Teraz jednak nie miałby nic przeciwko temu, żeby zaliczono go do jakiejś niższej kategorii i nie pozbawiano dodatkowych dochodów.
Rozhuśtane emocje Renkloda uspokoiły się już na tyle, że mógł skierować swoja złość we właściwą stronę.
-Chamy, szuje i dusigrosze! - wyrzucał z siebie wyzwiska, spryskując kropelkami śliny powierzchnię lustra. - skąpcy! Banda zachłannych aferzystów! Innym to potrafią zabierać, ale swoich diet nie tknął! Tak jakby im ta moja trzynastka w czymś przeszkadzała. Nie dość, że się musi człowiek z motłochem naużerać i dyktować wszystko temu pozbawionemu inicjatywy stadu baranów, to jeszcze odmawia mu się mizernej gratyfikacji, jaka za te wszystkie wysiłki mi się należy!
Renklod perorując ciągle w stronę lustrzanego słuchacza, zaczął się zastanawiać nad sposobem wybrnięcia z tej zagrażającej jego portfelowi sytuacji. Po chwili w jego głowie zaczął krystalizować się pewien plan. Mrugnął porozumiewawczo do swojego odbicia i z gracja hipopotama w ciąży opadł na burgrabiowski fotel. Fotel jęknął przeciągle i nie był to bynajmniej jęk rozkoszy. Renklod dźgnął palcem przycisk konsoli telefonu, a kiedy w głośniku rozległ się głos sekretarki, rzucił krótko:
- Z Nobilem!
Kiedy chwila oczekiwania na połączenie zaczęła się nadmiernie wydłużać, zniecierpliwiony burgrabia jął wystukiwać paznokciami na blacie biurka bezładny rytm. Wreszcie w słuchawce rozległ się zadyszany głos Nobila.
- Już jestem panie burgrabio. Raczy pan wybaczyć, że wystawiłem pańska cierpliwość na próbę, żale gumofilc mi się w aucie wklinował między gaz i hamulec, a jak wyciągnąłem nogę, to mi wyleciała cała słoma z butów...
- A co mnie Nobil, twoje gumofilce obchodzą! - przerwał mu bezceremonialnie Renklod – ja tu mam poważniejszy problem na głowie. Trzynastkę mi chcę zabrać! I dzwonię właśnie do ciebie, bo trzeba coś z tym zrobić.
- O ile się nie mylę, panie burgrabio – odparł Nobil – to oni tą trzynastkę panu zabrali i nie ma szans, żeby ją odzyskać.
- I tu się właśnie Nobil myślisz – odparował z satysfakcją w głosie Renklod – jeśli nie możesz ukraść całego pociągu, to kradnij po jednym wagonie.
- Hę? Że co? Jaki pociąg, panie burgrabio, chce pan ukraść? Może prościej byłoby drezynę?
- No i popatrz sam Nobil, z jakimi osłami przyszło mi współpracować – zdenerwował się burgrabia.
- Z jakimi? - nie zrozumiał Nobil.
- Z takimi jak ty głąbie! - zdenerwował się Renklod – ten pociąg to taka przenośnia. Kojarzysz?
Nobil nie kojarzył ni w ząb, ale wolał się do tego Renklodowi nie przyznawać. Trzymał perorującą słuchawkę w pewnej odległości od ucha i słuchał pokornie wyjaśnień burgrabiego, który mówił:
- Ten pociąg to moja trzynastka. Lokomotywa mnie nie interesuje, ale w składzie jest dwanaście wagonów. Będziemy odpinac po jednym wagonie na miesiąc i doczepiać go do mojej wypłaty. W ten sposób nic nie stracę, a tak zawne polskie prawo będzie mnie mogło... Nie będzie się mogło do mnie przyczepić.
- A teraz rozumiem! - ucieszył się Nobil – Pan burgrabia chce sobie wypłacić trzynastkę w dwunastu ratach, jako podwyżkę wynagrodzenia...
- Oj, Nobil, Nobil – przerwał mu Renklod – ty w dalszym ciągu nic nie rozumiesz. To nie ja chcę tej podwyżki. To przecież Wysokie Rajcowisko chce mi ja dać, w uznaniu moich niezaprzeczalnych zasług, dla dobra lokalnej społeczności i w ogóle. I dlatego właśnie Nobil do ciebie telefonuję, jako prowodyra rajcowiska z informacją, że nie mam zamiaru stawać na przeszkodzie w tak cennej inicjatywie rajców. Co więcej wychodząc im naprzeciw, postanowiłem w geście dobrej woli, własnoręcznie przygotować stosowny projekt uchwały. W ten sposób jedyny wysiłek, jaki cię będzie czekać, to podniesienie ręki w czasie głosowania „za”.
Przyzwyczajony do służalczej uniżoności umysł Nobila zaczął wreszcie wgryzać się w niuanse renklodowych wywodów. Zrozumiał, czego burgrabia od niego żąda. Nie mogło być przecież mowy, by sam Renklod zwrócił się do rajców z prośba o podwyżkę. Po pierwsze bowiem burgrabia niezwykle rzadko używał słowa proszę, a już na pewno nie czynił tego w stosunku do osób, którym mógł rozkazywać. Po drugie, jako przebiegły polityk wolał, by ewentualne społeczne konsekwencje takiej podwyżki spadły na rajców. On wtedy będzie mógł powiedzieć, że to nie był jego pomysł, a przecież nie będzie blokował inicjatywy uchwałodawczej rajcowiska.
Wszystko to pojął Nobil stosunkowo szybko, ale jego sformalizowana natura wysuwać zaczęła pewne zastrzeżenia, którymi niezwłocznie podzielił się z burgrabią.
- No to trzeba by zwołać sesję, panie burgrabio.
- to ją zwołaj. Co nie potrafisz?
- Ależ potrafię. Tylko, że nie bardzo jest po co.
- Jak to nie ma? A pociąg! Znaczy trzynastka?!
- ale głupio tak umieszczać w programie sesji tylko sprawę pociągu... znaczy trzynastki.
- No to nie pisz o pociągu, tylko o zmianach w rozkładzie jazdy – znaczy w budżecie. I zrób mi to jeszcze w tym tygodniu, bo potem pociąg odjedzie a ja będę bardzo niezadowolony i zacznę się bacznie przyglądać zryczałtowanej diecie prowodyra.
- Dobrze już dobrze panie burgrabio. - odezwał się wystraszony nie na żarty Nobil – Zwoła się sesyjkę powiedzmy na piątek. Będzie jednak problem, bo rajcy nie dostaną materiałów przed sesją.
- A po co im materiały? Nasi i tak ich nie czytają. Bo i tak mówi im się jak mają głosować. A tak zwana opozycja może się wypchać. W uzasadnieniu zrzucisz wszystko na ustawodawcę. No. No to do roboty.
- Tak jest panie burgrabio. - zakrzyknął ochoczo Nobil. Odłożył słuchawkę i wyskoczył z gumofilców i rozsiewając za sobą źdźbła słomy rzucił się przygotowywać odpowiednie papiery. Sesja odbyła się zgodnie z oczekiwaniami Renkloda. Rajcowisko było jednomyślne a burgrabia usatysfakcjonowany. Tym razem nawet dobrze poinformowany szczyżółkowski żulik nie mógł przysłuchiwać się obradom, gdyż sesja odbyła się cichcem w renklodowym urzędzie. Po skończonych obradach renklod wrócił cały w skowronkach do swojego gabinetu. Przechodząc przez sekretariat, sięgnął ręką do kontaktu i zgasił światło.
- Przecież jest wystarczająco jasno – zgasił w zarodku protest piszącej coś sekretarki. - musimy oszczędzać na każdym kroku. Gminy nie stać przecież na bezsensowne wydatki.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez nanny_ogg » 1 cze 2011, o 09:35

Puk, puk Marku... :) Poczytałabym sobie jakieś FAJNE CUŚ. Może być spod znaku Rajcowiska albo Siekierki :P
Everything in life I share, except of course my teddy bear.
Avatar użytkownika
nanny_ogg żeńska
Plantopecha
 
Posty: 2903
Lokalizacja: Albion...
Reputacja: 3912

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez Marek_Sobczak » 1 cze 2011, o 12:15

O czym szumią wierzby nad Wywłokiem

Burgrabia Renklod i jaja na stadionie

-Ole, ole, ole, ole! Nie damy się, nie damy sieeeeeee!
To bojowe wezwanie zagrzewające do sportowej walki od rana rozbrzmiewało w renklodowej łazience. Burgrabia stał przed lustrem w nowiutkim dresie i wprowadzał się w bojowy nastrój. Za drzwiami niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę jego małżonka, ale Renkloda to nie obchodziło. Puszył się przed swoim odbiciem jak paw i czynił daremne wysiłki, by wydatny brzuch nie wypychał tak bardzo dresowej bluzy.
-Szczupły to ty nie jesteś - warknął w stronę postaci w lustrze, jakby to ona była czemuś winna. Odbicie nie odpowiedziało jednak, za to zza drzwi dobiegł głos wyprowadzonej całkowicie z równowagi Renklodowej.
-Stary! Wpuść mnie wreszcie do łazienki, albo nasikam do twoich nowych adidasów!
Groźba brzmiała na tyle poważnie, że burgrabia postanowił nie ryzykować. Zbyt opinający jego wydatne kształty dres, zamienił na tuszujące nieco nadwagę ubranie. Wyszedł z łazienki, obdarzył żonę pełnym wyższości spojrzeniem i stękając ciężko wzuł mokasyny. O chwili siedział już w służbowym samochodzie i mknął na szczyżółkowski stadion. Za nim sznurem ciągnęły się wozy innych członków gminnej ekipy sportowej. To miał być wielki dzień. Dziś on, burgrabia Renklod wraz ze swoją drużyną da takiego łupnia Cieszynkowi i innym urzędasom z kasztelanii, że zapamiętają tę lekcję pokory na długo. Drużyn z ościennych gmin w ogóle nie brał pod uwagę. Jego zdaniem była to banda niekompetentnych patałachów, którzy nie radzą sobie za biurkiem, a co dopiero w twardej, męskiej rywalizacji.
Pełen werwy wysiadł więc burgrabia z samochodu i truchtem ruszył na murawę stadionu. Tam zaczął energicznie robić przysiady, ale ostrzegawcze trzeszczenie kręgosłupa i zadyszka szybko przekonały go, żeby na razie ograniczył swoja aktywność ruchową do leniwych wymachów ramion.
Niebawem na płycie stadionu pojawiły się pozostałe ekipy, a wśród nich odprowadzona mściwym wzrokiem Renkloda, drużyna kasztelana Cieszynka. Po kurtuazyjnym powitaniu i wstępnym oficjalnym laniu wody rozpoczęły się sportowe zmagania. W miarę upływu czasu renklodowy animusz, który rano w łazience aż kipiał mu z uszu, teraz powoli się ulatniał. Lubił bowiem Renklod kopać, i owszem, ale najlepiej leżącego, a już najlepiej takiego, który oddać nie potrafił. Ale kopać piłkę i to z zawiązanymi oczami? Nie, to nie dla niego. Poza tym miał nieodpowiednie buty, a murawa była nierówno przystrzyżona. Tak usprawiedliwiając się przed samym sobą, patrzył z zawiścią Renklod, jak kasztelan Cieszynek dopisuje punkty do konta swojej drużyny.
-Teraz Ci pokażę – stękał przez zaciśnięte zęby burgrabia, usiłując złowić na wędkę butelkę. Ale i tym razem szczęście mu nie dopisało. Renklod, który w pewnych kręgach słynął jako wytrwały pogromca butelek, z tymi nie potrafił sobie poradzić.
-Żeby chociaż cholery puste nie były – szukał usprawiedliwienia, ale fakt pozostawał faktem. Kolejne punkty zainkasowała kasztelania.
Prawdziwym koszmarem okazała się jednak dla Renkloda trzecia konkurencja. W żeby wciśnięto mu łyżkę na której zostało umieszczone... jajko! Czego, jak czego, ale jaj burgrabia po ostatnim wiecu miał aż nadto. Kilka kroków tuż po starcie okazało się względnie łatwych, za to potem, zapewne zawinił tu nadmierny wysiłek, wzrok Renkloda zaczął zachowywać się co najmniej dziwnie. Przed oczami pojawiały się kolorowe plamy, które dziwnym trafem zaczęły układać się na niesionym przez niego jajku w pisankowy wzór. Tego było już dla burgrabiego stanowczo za dużo. Jego umęczona przez petentów psychika zaczęła odmawiać mu posłuszeństwa. Co więcej przestały go słuchać własne nogi, które zaczęły żyć własnym życiem i postanowiły w innym niż Renklod zamierzał kierunku. Efekt mógł być tylko jeden. Kolejna konkurencja zakończyła się mizernym wynikiem punktowym burgrabiego. Renklodowi było już jednak wszystko jedno. Jego oczy dostrzegały już tylko kolorowe jajka, które zaczęły fruwać nad stadionem. Renklod nie potrafił zadecydować, czy to wytwór jego chorej wyobraźni, czy po prostu kolejna konkurencja. Dysząc wściekłością zaszył się w jakimś kącie i starał się uspokoić rozdygotane nerwy. Po chwili doszedł do siebie na tyle, ze mógł znowu w miarę logicznie myśleć. Doszedł do wniosku, że nie pozostało mu nic innego jak tylko dotrwać do końca tej farsy, a potem pojechać do domu i obmyślać jakiś plan rewanżu. Nie miał bowiem najmniejszej wątpliwości, że ponownie całą intrygę uknuł kasztelan Cieszynek, by jego, Renkloda, publicznie upokorzyć.
Tymczasem zawody dobiegły końca. Tabela wyników mówiła sama za siebie: zawodnicy kasztelana pobili wszystkich na głowę, a puchar zwycięstwa przechodził w ich ręce. Był to dodatkowy cios dla ekipy Renkloda, która od poprzedniego roku była w jego posiadaniu.
Nadszedł czas końcowych przemówień. Renklod ujął mikrofon i zbierając myśli potoczył wzrokiem dookoła. Dopiero teraz zauważył, że oprócz kilku przygodnych obserwatorów i zawodników, stadion świecił pustkami. Na jednej z trybun mignęła mu znajoma twarz żulika, który rozparty wygodnie sączył jakiś płyn z niedostępnej butelki po mineralnej. Burgrabia wiele by dal, żeby w tym momencie mógł napić się czegoś mocniejszego. Na razie skupił się jednak na przemówieniu.
-Bardzo się prawda, cieszę, że mogłem kolejny już, prawda, raz wziąć udział w tych wspaniałych zmaganiach wraz z innymi przedstawicielami lokalnego samosądu, znaczy samorządu, prawda. Pragnę z tego miejsca jasno i wyraźnie podkreślić, że nie ważne są wyniki takich zawodów, ale sama ich szczytna idea, intrygująca, znaczy integrująca, prawda, nasza urzędniczą społeczność. Nic tak bowiem nie zbliża ludzi jak wspólne jaja, znaczy zawody, prawda, i duch drużynowej rewaloryzacji, znaczy prawda, rywalizacji. Tak więc na wstępie mojego przemówienia pragnę je zakończyć tą oto sentencją, którą wymyśliłem, korzystając z tutejszej wykwintnej toalety: Przed umyciem rąk, zawsze korzystaj z pisuaru! Dziękuję
Burgrabia oddał komuś mikrofon i zgarbiony powlókł się do swojego samochodu. Za nim stała grupka zdumionych słuchaczy, którzy przygotowali już ręce do końcowych oklasków, ale ostatnie słowa Renkloda kompletnie pozbawiły ich siły.
Jedynie okupujący trybuny żulik zdawał się uchwycić ukrytą myśl burgrabiego, klaskał bowiem zapamiętale, butelkę z napojem umieściwszy w pewnym uchwycie kościstych kolan.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez Dżon » 4 cze 2011, o 14:31

:lol:
W taki dzień jak ten, Fryderyk Barbarossa utonął w rzece.
Jakie są Twoje plany na dziś?
Avatar użytkownika
Dżon męska
aka Nie znacie tego?
 
Posty: 4070
Lokalizacja: Pojawiam się, jak otworzysz flaszkę.
Reputacja: 3931

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez Marek_Sobczak » 10 lis 2012, o 20:37

Ze specjalną dedykacją dla Białej i jej kota na punkcie kotów.


Noc nadciągała nieubłaganie jak tęcza po burzy. Ciemność otulała swoim aksamitnym ciałem wszystko na swojej drodze. Zaczynała się pora kradzieży, napadów, morderstw oraz gwałtów. I miłości. Z jakiegoś dziwnego powodu wszyscy pisarze, poeci i domorośli romantycy nie chcieli mieszać tych zjawisk. A miłość według Greebo niczym się nie różniła od innych nocnych aktywności. Zaczynało się od kradzieży serca, napadu uczucia, zabójstwa wolnej woli i gwałtu… Tu Greebo zauważył, że jedyna różnica pomiędzy gwałtem przed zakochaniem i przed to fakt, że „po” nie trzeba szukać najkrótszej drogi ucieczki.
Największy zawadiaka wśród kotów na Dysku nie spodziewał się, że miłość, a może tylko fascynacja i odrobina nieznanego mu wcześniej strachu, uderzy go mocniej niż niejeden przeciwnik. Dotychczas żadne uczucie (zwykle była to chuć albo wściekłość) nie trwało na tyle długo by dowiedzieć się jak obiekt nim obdarzony ma na imię, ani zagadać choćby o pogodzie, że o romantycznym polowaniu na myszy (lub owce) na tle zachodzącego słońca nie wspomnę. A tu, od kiedy tylko spotkał tę kociczkę wiedział, że jest w niej coś takiego co sprawia, że nie może o niej nie myśleć. Chciał ją wyprzeć ze swojego ogarniętego furią umysłu. Jednak próby traktowania jej jako kolejnego obiektu seksualnego, kawałek mięsa owinięty w ponętne futerko, powodowały u niego zupełnie nieznane doznania. Czuł się… źle ze samym sobą. Pragnął się… zmienić dla niej. I nie tak jak kiedyś zmieniał się dla swojej Niani. Chciał zmienić nie swój wygląd, ale całe wnętrze. Być… takim jakim ona chciała by był. Wszystko mogłoby być pięknie. Mogliby żyć razem i cieszyć się sobą nawzajem. Greebo mógłby nawet zostać „domowym kociakiem”. Był tylko jeden problem – ona w żaden sposób nie patrzyła na niego tak jak on na nią.
Jakie więc było zdziwienie Greeba kiedy tej nocy jego czuwanie przy domku Babci Weatherwax przyniosło w końcu oczekiwany efekt i przez uchylone drzwi Ty wysunęła swój biały pyszczek. Greebo wyprężył się i napiął wszystkie muskuły. Z jakiegoś powodu jego ogon (na szczęście póki co tylko ogon) zesztywniał, jak gdyby szarżował na niego rozwścieczony byk. Kocur usadowił się do niej bokiem, próbując udać obojętność na poruszającą się bezszelestnie w jego stronę Ty. Potem zmienił pozycję o 180 stopni, by pokazać jej lepszy profil. Ten z okiem.
Białą kotkę nie dziwiło w ogóle jego zachowanie. O dziwo wydawała się być nim zainteresowana. Jej błyszczące futerko wyczyniało istne cuda z księżycowym blaskiem, załamując go i rozpraszając. Cała wręcz lśniła. A może to tylko wyobraźnia Greeba. A może po prostu kwestia bliskości chatki czarownicy?
Greebo wyczekiwał napięty jak struna. Nie śmiał nawet wykonać ruchu. Długie, sztywne wąsy Ty przesunęły się kilka milimetrów od jego pyszczka. Jego wielokrotnie zbrukane krwią ofiar i posiłków (w sumie niepotrzebny podział) futro poruszało się w rytm coraz bardziej przyśpieszającego oddechu. Ty obeszła go dookoła i rzuciła wiele mówiące spojrzenie na jego sztywny ogon, który bez sukcesów próbował przed nią ukryć. Zatrzymała się wprost przez jego rozoranym bliznami pyszczkiem i miauknęła. I to jak miauknęła. Przez elastyczny kręgosłup Greeba przebiegł dreszcz tak mocny, że czułe sejsmometry mogły by go mylnie uznać za nadchodzące tsunami. W sercu Greebo fascynacja i przerażenie zmagały się na rękę i prawdopodobnie ich ścięgna dzieliła jedynie jedna chwila od bolesnego zerwania. Ty jednak nie przerwała flirtu. Pochyliła się w kierunku Greeba i otarła się pyszczkiem o jego pyszczek. Ostre zęby kocura zaczęły boleć go w ten dziwny sposób, jak kiedyś, gdy w ramach testu, który lubił nazywać „czy to jest jadalne?”, pochłonął całą cytrynę. Zaschło mu w pyszczku i bezwiednie wbił pazury z ziemię, tak jakby niewidoczna siła miała zaraz oderwać go od podłoża. Greebo jako stary wyjadacz w sprawach damsko-męskich, tudzież męsko-mechaniczno-nieożywiono-grunt by się nie ruszało, wiedział czym może się skończyć takie mizianie. Wiedział, że kończy się zwykle namiętnie, z pasją, urywanymi oddechami, westchnieniami, spoceniem, wrażeniem, że trzęsie się ziemia. Oczekiwał tego i bał się. Pierwszy raz w życiu bał się jednak tego co nastąpi. Ty potrafiła wcisnąć przełącznik w jego głowie, zmieniający go w kota takiego, jakim widzi go Niania. Tak naprawdę wyczekiwał tego. Czuł Ty tak blisko, że wyczuwał jej spokojne bicie serca przez swoje futro. Poczuł jak jej wilgotny nosek ociera się o jego ucho. TO zaraz się stanie – przebiegło przez jego głowę. Postanowił się poddać chwili...
To nie był dobry pomysł. Zamiast oczekiwanej rozkoszy, doświadczył okropnego bólu, gdy Ty odgryzła mu końcówkę ucha. Miał ochotę powalić ją jednym ruchem łapy, a drugim rozpruć jej tchawicę, jednak zamiast posłuchać pierwotnego instynktu zabójcy, zaczął się zastanawiać się co zrobił źle, że zasłużył na takie traktowanie. Spojrzał na Ty i... podwijając ogon uciekł, tracąc znacznie więcej niż kawałek ucha. Stracił godność i wiarę w siebie. Dużo wody i krwi upłynie zanim wróci pod chatkę babci Weatherwax spróbować jeszcze raz.

****

Ty obudziła się zwinięta w kłębek pod łóżkiem Babci. Czuła się dziwnie. Nie pamiętała by wychodziła z domu ostatniej nocy, a jednak jej białe futerko zdobiło kilka kropli krwi a pod pazurkami czuła grudki ziemi... Dziwne...

****

Babcia Weatherwax wybudziła się z pożyczania i odłożyła kartkę z napisem „Nie jestem martfa”. Musi w końcu go zmienić. Była przekonana, że jest tam błąd i to nie dawało jej spokoju. Prawdopodobnie brakuje jakiegoś „z”...
W dodatku nie mogła się nadal pozbyć smaku Greeba. Dziwne... nie spodziewała się, że będzie tak smakował. Nie była z siebie dumna, pożyczając umysł Ty, jednak to był jedyny sposób by pozbyć się tego natrętnego kocura sprzed jej chatki. Miała nadzieję, że na dobre.
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez Biała » 10 lis 2012, o 20:49

;D

to jest naprawde swietne:) erotyzm i kocia seksualnosc tak bestialsko zdeptane przez czarownice..;)

wydrukuje sobie i poprosze o autograf;) jak juz bedziesz znanym pisarzem to te opowiadanka będą sprzedawane na aukcjach za grube miliony:)
Idź w ciemność osnuta,
opita szkarłatem,
wojnę, szloch i pożogę
poroztaczać nad światem.
Avatar użytkownika
Biała żeńska
Księżniczka Chaosu
 
Posty: 1638
Lokalizacja: Świat Kuli
Reputacja: 1807

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez Melissa » 10 lis 2012, o 20:49

Ale Babcia jako kocia kokietka? :shock: U mnie element zaskoczenia na 300% normy.
Avatar użytkownika
Melissa
Mag III stopnia
 
Posty: 370
Reputacja: 571

Re: Krótka Ballada o Matkach by Marek_Sobczak

Postprzez Marek_Sobczak » 18 wrz 2013, o 12:56

Dawno tu nic nie skrobałem :)

To wrzucę ostatni kawałek z Bloga mego.

Doktor Anna Kosińska była zmęczona dzisiejszym dyżurem To już dziesiąty pacjent tego dnia a nie ma jeszcze południa Ale co zrobić? Jeśli wybrało się pracę lekarza, szczególnie w jej specjalizacji, na ilość pacjentów nie można narzekać Nigdy.
Dopiła zimną już kawę, ubrała szpitalny strój ochronny, włączyła dyktafon i rozpoczęła sekcję.
Pacjent Marek Sobczak. Lat 113. Przywieziony do szpitala trzy dni temu bez szczegółowego rozpoznania. W jego karcie nie zapisano diagnozy lekarza dyżurnego. Pielęgniarz uzupełniający wpisy nabazgrał tylko „pacjent chce zostać w szpitalu, na oddziale kobiecym". Niedorzeczne! Jak można było do tego dopuścić?
Sumienie: Zdziwiłabyś się blondyna. Co nie staruszku? A racja. Zapomniałem, że nie żyjesz. No i kto teraz będzie podszczypywał pielęgniarki? Tak Ci spieszno było na tamten świat?
Na ciele denata nie stwierdziłam żadnych ran i śladów po wkłuciach. Jak wynika z karty nie podano mu żadnych leków ani płynów ustrojowych. Pacjent „zażyczył sobie dokładki obiadu i... młodszej pielęgniarki".
S: Ty się ciesz doktorko, że ty go nie badałaś. Patrząc na Twoje obie specjalizacje jestem przekonany, że poznałabyś bliżej słynnego Don Huana z Zawadki. A teraz? Niby sztywny, ale jednak nie do użytku.
Na lewej łydce widoczna blizna w późnym stadium. Jej powstanie oceniam na wiek 14-15 lat.
S: Pamiętam to dobrze. Wszystkim wmawiał, że to rana wojenna, od bagnetu Niemieckiego żołnierza, kiedy tak naprawdę to efekt jazdy na rowerze po leśnych pagórkach. Tak to już jest kiedy jest się młodym i głupim. Młodość przeminęła a reszta bez zmian.
Brak widocznych zmian skórnych. Na piersi tatuaż, bardzo kiepskiej jakości, przedstawiający prawdopodobnie węża.
S: To pociąg towarowy ty ignorantko! Tylko węglarkę ma nie skończoną. W końcu zaczął go sobie robić niecałe trzy miesiące wcześniej, to dopiero lokomotywę i dwa wagony wydziergał. Tak to jest jak się próbuje robić tatuaż samemu, do lusterka, jak sweet fotkę na Facebooka.
Pomimo zaawansowanego wieku pacjent wciąż posiada swoje uzębienie i włosy. Na szyi widoczne zaczerwienienie. Gdyby nie zaawansowany wiek mogłabym wyciągnąć wnioski, że pacjent całkiem niedawno miał bardzo udany wieczór.
S: A ja na twoim miejscu bym zmienił specjalizację, skoro malinki rozpoznać nie umiesz.
Gałki oczne przejrzyste, siatkówka bez krwiaków i zmian chorobowych. Źrenice klarowne, wskazują na dobry stan narządów i prawidłowe ich funkcjonowanie.
S: Powiem więcej. Potrafił widzieć przez letnie sukienki. A nawet jeśli nie, to dzięki wyobraźni widział. Gdyby oczy mogły mówić, to opowiedziały by Ci o niejednej pięknej Damie. A to, że właśnie pochyla się nad nim pani doktor, ze stanowczo za dużym dekoltem, byłoby doskonałą puenta tej opowieści Nawet jeśli działoby się to podczas sekcji zwłok.
Prawidłowa budowa i przeciętny rozmiar genitaliów.
S: No jak przeciętny? Jak przeciętny?! Toż to prawdziwy boa dusiciel!
Brak wybroczyn i chorób skórnych.
Badanie toksykologiczne prawidłowe... poza ponadprzeciętnym poziomem serotoniny. Być może spowodowane jest to guzem osadzonym na przysadce mózgowej - okaże się w dalszej części sekcji.

S: Ja ci już mogę powiedzieć, że to tylko dlatego, że był szczęśliwym człowiekiem. To nie on ma zawyżony poziom hormonów szczęścia To norma dla Polski jest stanowczo zaniżona. Wystarczy wziąć pierwszego pana Kowalskiego, w kiepskim humorze i średnia dla kraju spada na łeb na szyję. Że on ma podwyższoną, nawet po śmierci, to wzór do naśladowania a nie żaden guz. Sama masz guzy.
Przystępuję do resekcji serca. Worek osierdziowy zachowany prawidłowo bez widocznych zmian i narośli. W środku jednakże znajdują się złogi tłuszczowe o historycznej wręcz grubości.
S: Ej! Ty dohtorko - jakby powiedział niejeden w Zawadce - jak śmiesz obrażać takie Markowe serce wyzywając je od tłuściochów. Sama jesteś tłusta. On ma tylko powiększoną powierzchnię do kochania. A nie złogi tłuszczowe. Czy ja mówię coś o Twoim tyłku, co wcale do najmniejszych nie należy? Nic. Bo jak coś jest piękne, to należy się z tym pogodzić. Nawet jeśli jest tłuste. Więc ustalmy oficjalną wersję: piękne serducho a nie tłuste.
Sama struktura serca jednak nienaruszona i prawidłowo działająca. Waga - pani doktor położyła wycięte serce na wadze - grubo ponad przeciętną. W Egipcie ciężko byłoby nie przeważyć piórka, co nie Panie Sobczak?
S: Goń się rzeźniku! To nie rozmiar się liczy. Czekaj.... Znaczy jeśli idzie o organy wewnętrzne. To dobro i twoje uczynki są ważne. Może i do świętych staruszka nie można zaliczyć, ale na pewno byli od niego gorsi. Nie da się ukryć, że czasem podżerał z lodówki po północy, czasem kłamał, że to nie on, czasem życzył niektórym jak najgorzej, ale kto z nas taki nie był? Wiec jak go nie znałaś to nie oceniaj, Wielkooka (jeśli wiesz co mam na myśli). I odłóż to serce na miejsce!
Powiększenie serca prawdopodobnie wywołane jest nadwaga i dużą masa z jaka musiał radzić sobie całe życie organizm.
S: A ty masz powiększone cycki, tylko po to, żeby je w takich sytuacjach komentować. Albo żeby równoważyły pupę Miłość mu serce powiększyła! Ty w ogóle wiesz jak on kochał swoja Damę? Nie wiesz bo nie byłaś nim! Takiej miłości nie da się upchnąć w byle jakim organie.
Właśnie wymyśliłem teorię: zakochani maja większe serca, bo upychają tam miłość. Pokaz mi swoje serce a powiem Ci, czy kogoś kochasz! Muszę to koniecznie opisać w jakimś poważnym piśmie naukowym. Albo przynajmniej w Bravo Girl.
Materiał kostny w normie. Żyły i naczynia krwionośne również. Jednym słowem: jak na swój wiek pacjent był w wyjątkowo dobrym stanie zdrowia. Nie znajduję żadnych przyczyn zdrowotnych mogących powodować śmierć pacjenta.
S: No to pięknie. Operacja się udała, ale pacjent zmarł? Klasyczna służba zdrowia w Polsce! To niby czemu zszedł był on?

Pani doktor wyłączyła dyktafon i z dużo większa niż wymagana delikatnością, zszyła ciało Marka, do stanu w jakim je zastała
S: Tylko mi tam niczego nie zapomnij. Patrzę Ci na ręce paniusiu!
Po skończonej pracy nakryła ciało białym prześcieradłem, pochyliła się nad twarzą Marka, na której widniał, oprócz siatki głębokich zmarszczek, blogi uśmiech i szepnęła:
Chciałeś być przy niej, co nie staruszku?
Uśmiech na bladej twarzy pacjenta wydał się lekarce przez chwilę jeszcze bardziej blogi, zanim jego ciało zniknęło z trzaskiem w ciemnej chłodni.
Doktor Anna przez chwile stała w ciszy.
Wysunęła w końcu kolejne ciało, włączyła dyktafon i rozpoczęła sekcję.

Pacjent Joanna Śledziona-Sobczak. Wiek 114 lat. Przyjęta do szpitala trzy dni temu...
We’re all stories in the end. Just make it a good one!
Avatar użytkownika
Marek_Sobczak męska
Dyżurny Klasowy
 
Posty: 3122
Lokalizacja: Oxford
Reputacja: 5264

Poprzednia strona

Powrót do Wieża sztuk

- Przepraszam! - zawołał kasjer, gdy niania już odchodziła. - Co pani ma na ramieniu?
- To... futrzany kołnierz.
- Ale przecież wyraźnie widziałem, że pomachał ogonem.
- Tak. Ponieważ wierzę w piękno bez okrucieństwa.

Maskarada, dodał(a) grace

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników

cron