/lojalnie uprzedzam - to moralitet. Jak to bajka .. i n-jebajka/
...
Agata Ferens
NIEBAJKA
Był sobie raz Chłop, co orząc pole natrafił na skarb. Schylił się, żeby zobaczyć, co też tam w ziemi tkwi. Spod odkrytej bruzdy bił oślepiający blask. I Chłop pomyślał, że taki skarb pomoże mu odmienić ciężkie, nieciekawe życie. Ale Słońce już zaszło, i wyciągać skarb po omacku - nie było jak. Przysypał go na powrót ziemią. Wrócił do domu i nie mógł myśleć o niczym innym. A im dłużej myślał, tym trudniejsza wydawała mu się cała sprawa. Wielki musiał być ten skarb – tak jasno świecił - to i wykopać go z ziemi nie będzie łatwo... Łopata nie wystarczy i wóz, żeby go przewieźć do domu – to za mało. A ile mozołu, żeby zawieźć taki skarb do miasta i sprzedać... A jak to zbójców skarb? Mogliby się mścić na tym co go im wziął! W głowie kłębiły mu się coraz gorsze wątpliwości. Bo wreszcie - to jego życie nie było przecie nie do zniesienia. Nie trzeba było aż skarbu, żeby jakoś wiązać koniec z końcem. Postanowił więc, że się jeszcze zastanowi - żeby mieć pewność.
Nazajutrz, wieczorem, tak, żeby go nikt nie widział, poszedł w pole i odkopał ziemię, przykrywającą z wierzchu skarb. Ujrzał przedziwne światło, ale upewnił się tylko co do jednego: duży musiał być ten skarb i na pewno głęboko wkopany w ziemię – ciężko będzie. Przysypał go znowu ziemią i wrócił do domu. „Ranek mądrzejszy od wieczora” – powiedział sobie, leżąc już w łóżku i starając się odgonić natrętne myśli, na darmo próbując coś zdecydować. Rano, po nieprzespanej nocy, nie miał sił, żeby coś postanowić. Od tego dnia, co jakiś czas, szedł w pole popatrzeć na skarb. I za każdym razem znajdował go w tym samym miejscu. Wreszcie powiedział sobie , że w razie jakby co – wyciągnie skarb, a póki co – niech na niego czeka tam gdzie jest. Bo prawdę rzekłszy już samo myślenie o skarbie było ciężkie, a co dopiero wyciągać go z ziemi i taszczyć do domu.
A że skarb zawsze na swym miejscu był, dobrze się Chłopu działo: spokojniejszy się czuł i lżej mu się żyło ze świadomością, że nie musi się martwić: jakby się coś nie powiodło – zawsze jest przecie skarb co go z opresji wyratuje.
Pewnej niedzieli, wracając z mszy, dowiedział się od sąsiada, że w wiosce złapali złodzieja. Kręcił się po polach szukając nie wiedzieć czego. Od dawna go już ścigali i wreszcie dostał na co zasłużył. Pospiesznie pożegnał się Chłop z sąsiadem i pobiegł jak szalony w pole. Ręce mu się trzęsły, stwardniała ziemia wydawała się z kamienia kiedy ją darł rękami. Wreszcie zobaczył słabe światełko. Przykrył je szybko ziemią, wrócił do domu i znów opadły go wątpliwości dręczące go od dnia, kiedy po raz pierwszy ujrzał swój skarb. A jeszcze oprócz tamtych, pojawiła się nowa: toż to światło dużo słabsze było niż to, jakie widział poprzednio. Warto się to męczyć z kopaniem, napocić się jak nieboskie stworzenie, żeby przytaszczyć do domu coś, co nie wiadomo ile warte?
Upłynął jakiś czas. Starym zwyczajem Chłop, wracając z miasteczka do domu, skręcił w pole, popatrzeć na dziwny blask bijący spod ziemi. I pojął jakie to szczęście na skarb patrzeć i wiedzieć, że go ma. Zszedł z wozu, wziął łopatę, odrzucił parę skib. Nie było pod nimi nic.
Tylko mała dziura w ziemi, nieduża. „Dranie przeklęte!!! Nawet się namęczyć nie musieli!”
I jaki był ten skarb? Pewnie cały ze złota – tak się świecił! I wcale taki ciężki nie był – nie było głębokich śladów wkoło świeżo skopanej ziemi.
***
Nigdy się nie dowiedział zrozpaczony Chłop, że ktoś jednak widywał go w polu, jak rozgrzebuje ziemię. Wędrowiec, zaciekawiony dziwnymi zwyczajami niezdecydowanego Chłopa, odkrył jego skarb. On też przychodził czasem popatrzeć na tajemnicze światło ukryte w ziemi. Ale kopał głębiej. Zauważył, że światła za każdym razem ubywało. A potem, za jakiś czas, znów świeciło coraz mocniej. Któregoś dnia, kiedy ujrzał jedynie blade mrugnięcie, wyjął z ziemi kruszynę gwieździstej poświaty, lekką, urokliwą, wdzięczną, i zabrał ze sobą. Każdego dnia maleńka istota rosła, jaśniała mocniej i piękniej i stawała się... coraz cięższa. Aż stała się okrągła i tak wielka, że nie sposób było ją dalej nieść. Ale Wędrowiec wiedział, że to minie. Zatrzymywał się w drodze i siadał na przeciw niej wpatrzony w zniewalający blask. I znowu światło przygasało, malała świetlana tarcza i Wędrowiec ruszał dalej w swoją drogę. Musiał teraz zatrzymywać się częściej niż dawniej, i nie zawsze tam gdzie chciał, ale za to nie był już nigdy sam, odkąd wydobył spod ziemi swą towarzyszkę podróży. Czuł się szczęśliwy, a i ta którą miał przed sobą, jaśniała szczęściem. I czuł się bogatszy niż wszyscy Chłopi na ziemi razem wzięci.
***
Pewnego dnia, po długiej drodze, Wędrowiec zasnął, by więcej się nie obudzić. Ukochany ciężar rósł w jego ramionach, aż stał się tak wielki i ciężki, że pogrzebał Wędrowca. Parę tygodni później przechodził tą samą drogą inny Włóczęga. Ujrzał na ziemi małą błyskotkę i postanowił zabrać z sobą śliczny, lekki klejnocik. Dzień po dniu krok Włóczęgi stawał się cięższy i wolniejszy. Męczył się coraz szybciej, i myślał sobie, że się starzeje. Aż któregoś dnia zrozumiał, że to nie starość, ale worek tak mu ciąży na plecach, bo to, co w nim niósł rosło i rosło..., zmuszając go do coraz większego wysiłku. Otwarł worek, spojrzał na błyszczące cacko. Ładne to-to było, jakżeby nie, ale za jasno świeciło. Nocne przygody z taką latarnią nie przeszłyby już niezauważone. Poza tym, za ciężko było z tym chodzić. Wyciągnął z worka świecący bagaż, i zostawił na ziemi.
***
Mężczyzna wracający do domu już z daleka zauważył dziwne światło. Zatrzymał konia i ujrzał leżącą na ziemi wielką, złotą tarczę. Nie wahał się ani przez chwilę - nadludzkim wysiłkiem załadował tarczę na wóz i postanowił zawrócić do miasta. Droga była długa i ciężka, obciążony straszliwie wóz zapadał się w błoto. Ale Mężczyzna już zdecydował, że zostawić skarb - nawet w ukryciu i wrócić po niego później, z lepszym wozem i pomocą - byłoby zbyt ryzykowne. Czując jego ciężar już w przybliżeniu obliczył, ile skarb mógł być wart i zrobił dokładne plany na przyszłość. Zresztą z każdym dniem czuł się silniejszy; trud i zmęczenie z początku wydające się ponad siły, nie były teraz aż takie straszne. „Trening i dobre perspektywy czynią mistrza, jestem najsilniejszy na świecie” - myślał dojeżdżając do miasta.
W dniu jego przyjazdu w mieście zaczynało się wielkie święto. Miało potrwać parę dni. Wszystkie sklepy złotników były zamknięte. „Parę dni wypoczynku dobrze mi zrobi. Potem zacznę nowe życie” - pomyślał. Upłynęło kilka dni. I jeszcze kilka. Wracając nad ranem z karczmy, gdzie wypił nieco, by poczuć smak nowego życia bez trosk i kłopotów, zachciało mu się spojrzeć ostatni raz na skarb, który miał sprzedać nazajutrz i zostać Panem.
Ale znalazł tylko maleńką błyskotkę, która zamiast oślepić go bijącym blaskiem - mrugała ironicznie. Porwał ją wściekły - i cisnął w wygwieżdżone niebo.
***
Kiedy tarcza Księżyca dotarła do nieba była tak maleńka i lekka, że zawisła w przestworzach, nie mogąc z powrotem spaść.
Kiedy znów zaczęła rosnąć, zbielała ze strachu, że oto znowu wrócić musi na ziemię. Bóg Miłosierny uwolnił ją od ciężaru i pozwolił błądzić po niebie, oszczędzając smutnego „da capo al fine”...
