przez szpaq » 20 kwi 2011, o 19:39
Świadomość wracała powoli i jakby z niechęcią. Pierwszą rzeczą jaką pomyślałem już w pełni klarownie bała następująca „kurde to już drugi raz dziś (chyba) dochodzę do siebie, źle ze mną”. Głowa bolała niemiłosiernie a kiedy chciałem się ruszyć bok zapiekł jakby ktoś szarpnął go rozgrzanymi do białości szczypcami. Leżałem na brzuchu, ręce powyginane pod dziwnymi kątami, miałem założone na plecach, na dodatek czułem że dłonie mam dziwnie zdrętwiałe. Kiedy już udało mi się uspokoić oddech a poziom bólu w boku spadł do poziomu tych które byłem w stanie zakwalifikować do znośnych postanowiłem się podnieść, niestety ręce były jakby sklejone ze sobą. W czasie rozważanie tego problemu przypomniałem sobie że zanim straciłem świadomość rozwiałem z Policją (no chyba że faza na jakiej jestem jest większa niż mi się zdawało), kolejnym wspomnieniem była świadomość tego gdzie się znajduję – Wrocław. No mniejsza Wrocław czy nie trzeba jakoś z tego wybrnąć. Z racji tego że dłonie nie chciały współpracować musiałem poradzić sobie bez nich. Dokonując cudu zręczności wziąwszy pod uwagę mój stan:
Kac morderca w najgorszym wydaniu.
Nos który zaczynał już powoli puchnąć i nabierać wszystkich kolorów tęczy.
Bok który ciągle o sobie przypominał tępym bólem.
Ręce najprawdopodobniej skrępowane na plecach.
Udało mi się przekręcić (chyba trochę nie fartowne sformułowanie) na plecy. Tu niestety problemy się nie skończyły. Musiałem trochę poleżeć i odetchnąć, a dłonie strasznie szybko zaczęły dziwnie pulsować i mrowić. Wkładając wszystkie siły i wydając jęk bólu za trzecim razem udało mi się zająć pozycję leżącą, żeby ją zachować musiałem przesunąć się pod ścianę. Tu przez niedomknięte drzwi zobaczyłem, że na podwórku jest całkiem spora dyskoteka kilka radiowozów w różnych rozmiarach zarówno policyjnych jak i straży miejskiej, ze cztery ambulanse, a w oddali trochę na uboczu stał wóz straży pożarnej. Wszystkie te pojazdy migały kolorowymi światłami, poczułem się jakby ktoś włączył kilka stroboskopów na raz i co najgorsze stroboskopy te migały różnymi kolorami świateł. W około samochodów kręciło się sporo mundurowych.
Dopiero teraz jakby zmysł słuchu włączył się z opóźnieniem zaczęły do mnie docierać dźwięki dobiegające z domu, głównie były to przekleństwa i krzyki dziewczyn – i Bełta który krzyczy jak panienka na wydaniu co pierwszy raz w życiu widzi nagiego mężczyznę. Mocno pchnięte drzwi uderzyły mnie w kostkę, też krzyknąłem ale chyba bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Pierwszą rzeczą jaka ukazała się we framudze była głowa w kolorze blond po dalszych częściach ciała jakie przesuwały się przede mną odgadłem że głowa – jak i cała reszta – należy do Magdy. Prowadził ją nikt inny tylko Pani Starszy Aspirant Anna „Rambosuka” Niedała. Co prawda Magda była ubrana w co nieco na górze – wydekoltowana bluzka z której wylewał się jej obfity biust. Na dół zdążyła założyć trzy wiązane ze sobą sznurówki które zwykła szumnie nazywać bielizną. Teraz „klaskała” bosymi stopami idąc po płytkach przedpokoju, ciężko dyszała a twarz o ile udało mi się dostrzec miała purpurową z wysiłku, wstydu czy złości. To dziwne ale nigdy jej – to znaczy Magdy – nie widziałem bez makijażu, czyli takiej prawie pomarańczowej maski z pudrów, fluidów i tej całej chemii. Dotarło też do mnie że pierwszy raz widzę ją bez szpilek na nogach, szła tak jakoś pokracznie usiłując z przyzwyczajenia iść na palcach co skutecznie uniemożliwiała jej „Rambosuka”, która z paskudnym uśmiechem podciągała do góry skrępowane na plecach ręce przez co Madzia coraz bardziej pochylała się do przodu. Niestety obserwacje i przemyślenia przerwał mi kopniak wymierzony w teraz już fest bolącą kostkę. Jedno spojrzenie w oczy Pani Starszej Aspirant starczyło żebym (zapominając nawet o bólu) w pół sekundy leżał znów na brzuchu pod ścianą. Widocznie usatysfakcjonowana policjantka straciła zainteresowanie moją osobą. Zaraz za Magdą w takiej samej pozycji prowadzony był Bełt ubrany w czarną koszulkę jakiejś mrocznej kapeli, czarne bojówki i glany bez sznurówek. Szedł cicho i spokojnie, pewnie to dla nie go nie pierwszyzna pomyślałem. W tym samym momencie silne szarpnięcie poderwało mnie na nogi. Pewnie krzyknął bym z bólu ale obity bok skutecznie powstrzymał wszelkie próby zrobienia wdechu czy wydechu. Silne pchnięcie skłoniło mnie to marszu w stronę drzwi, następnie ktoś wprawnym ruchem obrócił mnie przez lewe ramię o sto osiemdziesiąt stopni i posadził na trawniku, gdzie siedziało już chyba ze trzydzieści osób ubranych tylko symbolicznie w za małe lub za duże koszule, bluzki, bluzy i spodnie w większości przypadków nie zapięte. Praktycznie każdy był bosy i miał zdziwiony wyraz twarzy. Obok kilku osób na trawniku znajdowały się różnobarwne plamy stanowiące dość obrazowy przegląd menu z imprezy, widocznie te osoby gorzej znosiły stres. Mnie wyprowadzono z domu jako ostatniego. Teraz do pracy wzięli się panie i panowie w czerwonych strojach, jeden starszy pan wskazał na młodego kolegę po fachu, był taki śmieszny że sam zdążyłem na niego zwrócić (chyba trochę nie fartowne sformułowanie) uwagę. Łysy z odstającymi uszami i oczami tak wytrzeszczonymi jakby zaraz miały wylecieć z orbit. przez co miał taki wyraz twarzy jakby miał uciec ze strachu z krzykiem.
– Triażuj Kaziu – powiedział starszy pan z uśmiechem jednocześnie robiąc ręką zapraszający gest.
– Ale ja… nie um… to znaczy nie mam doświadczenia panie doktorze – zaskrzeczał młody.
– Dobrze Kaziu, zrobimy to razem – pan doktor chwycił „ratownika Kazia” pod ramie i zaczął prowadzić go w naszą stronę.
Nic tak nie denerwuje, jak ludzie którzy nie przestają mówić, kiedy ty się wtrącasz.
M. Twain