Grzegorz Wardziak
„Przebudzenie”
Pierwsze co poczułem po przebudzeniu to tępy ból głowy do którego kolejno dołączały mdłości i rwanie w boku. Leżałem tak jakiś czas bojąc się ruszyć żeby mdłości nie przerodziły się w coś gorszego, oczy tez wołałem mieć zamknięte ze strachu co mogę zobaczyć w około, po jakimś czasie może pięciu minutach może po godzinie zaryzykowałem otwarcie oczu pierwsze próby okazały się nieudane i bolesne, w końcu udało mi się otworzyć oczy i w miarę możliwości zatrzymać wirowanie pokoju, kiedy spojrzenie nabierało ostrości do mojego mózgu działającego na bardzo niskich obrotach dotarło ze nic nie czuje a dokładnie rzecz ujmując nie mam powonienia. Co mówiąc szczerze bardzo mnie zaniepokoiło, w pierwszym odruchu chciałem ręką sprawdzić co się stało z moim nosem, lecz neurony którym jakoś się nie śpieszyło z przekazywaniem moich poleceń do mięśni, stawów i czort wie czego tam jeszcze. Spowodowało ze dłoń niemal bezwładnie opadła na moja twarz. Czego był nagły błysk w mózgu, dla odmiany w oczach mi co pociemniało, a ból jaki temu towarzyszył spowodował Skórcz chyba wszystkich mięśni jakie tylko miałem czego z kolei efektem była kolejna fala mdłości która heroicznym wysiłkiem siły woli udało mi się powstrzymać. Dochodziłem do siebie ciężko dysząc, cały mokry od potu. Zacząłem się zastanawiać co dokładnie się wczoraj wydarzyło, jak przez mgle pamiętałem telefon od Bełta, teraz dla odmiany zacząłem się zastanawiać gdzie jest mój telefon, portfel i klucze. Zachowując daleko idącą ostrożność zacząłem się klepać po kieszeniach. Na szczęście wszystkie fanty były na miejscu, zagadka pozostawał tylko stan mojego portfela, to jednak mogło poczekać na lepsze czasy.
Fizjologia zaczęła dawać osobie żnąc, pęcherz nie przyjemnie cisnął, a suchość w gardle z każdą chwila stawała się większa, dlatego tez postanowiłem zaryzykować i się podnieść, towarzyszyły temu powierzchowne oględziny.
Spałem w opakowaniu – to źle.
Buty miałem jednak zdjęte – trochę lepiej.
Buty stały kolo łóżka – już całkiem, całkiem.
Łóżko, w którym spałem nie było moje – czasem i tak bywa.
Nie poznawałem pokoju, w którym spałem – fatalnie albo i gorzej.
Tym gdzie jestem postanowiłem zająć się później, teraz ważniejsze było pytanie: gdzie jest łazienka? Kiedy uporałem się z butami – co wcale nie było takie proste – i wyruszyłem na poszukiwania łazienki, doszedłem po wniosku że brzydzę się alkoholem. Z pokoju wyszedłem na korytarz, którego ściany i podłoga były przyozdobione wczorajszymi feng-szui we wszystkich kolorach tęczy. Nie wiem czemu pomyślałem ze przy takiej różnorodności kolorów nawet rajskie ptaki wyglądają szaro i nieciekawie. Idąc slalomem przez korytarz zaglądałem do wszystkich napotkanych drzwi, w pokojach leżeli zarówno ludzie których znałem i całkowicie mi obcy, byli oni zazwyczaj całkowici lub przynajmniej częściowo rozebrani, spali na łóżkach jak i w ich okolicach w różnych ilościach i proporcjach płci. W jednym z pokoi leżała Magda – superlaska, która miała wszystko na swoim miejscu i w dodatku bardzo kształtne, do tego buzia anioła. Niestety kiedy tam na górze staliśmy w kolejce po IQ, Magda miała wizytę u fryzjera – teraz eksponując to co zazwyczaj zasłaniała śladowymi ilościami ubrań. Kiedy kontemplowałem jej widok zobaczyłem że chyba leży ona na Bełcie – tu muszę dodać że w życiu codziennym za bardzo za sobą nie przepadali – żeby się upewnić że Bałt to faktycznie Bełt nie odrywając wzroku od Magdy zrobiłem krok do przodu, i niestety pokarało mnie za to. Zawadziłem o klamkę, żeby nie było wątpliwości zawadziłem bolącym bokiem o którym prawie już zapomniałem, a teraz wolno osuwałem się na podłogę robiąc największy wdech w życiu. Kiedy zgasły już iskierki bólu latające przed oczami, zebrałem się w sobie i niechętnie – z tej perspektywy miałem jeszcze lepszy widok na Magdę – wznowiłem poszukiwania łazienki. Osiągnąłem sukces dopiero na końcu korytarza gdzie za uchylonymi drzwiami powitała mnie biel kafelek i szum wody lecącej z niezakręconego kranu. Wnętrze o dziwo było puste i czyste. Kiedy już skorzystałem z toalety, podszedłem do lustra i zbaraniałem bowiem mój nos wyglądał jak bardzo krwisty i stary tatar. Jak do tego doszło nie miałem pojęcia. Z niepokojem zacząłem rozpinać koszule żeby obejrzeć bok który pulsował bólem od momentu uderzenia w klamkę. Tu powitał mnie olbrzymi siniak w kolorze dojrzałej śliwki. Cóż będzie trzeba pójść z tym do lekarza, w sumie to nie pierwszy i niestety nie ostatni raz gdyż, jako człowiek słabego charakteru nie potrafię odmówić kiedy dzwonią ludzie tacy jak Bełt.
dalsze fragmenty w przygotowaniu.

