LoboBlanco napisał(a):Przeczytałam cały ten wątek i stwierdzam jedno - lista obowiązkowej literatury nie oznacza wcale, że to musi być tylko to, co nam się podobało.
Ani że jest przyjemna. Wszystkim polecam "Jądro Ciemności" za sam przekaz mimo iż dla mnie było książką nieco zbyt drastyczną na moje nerwy...
Morte napisał(a):Żałuję, że w szkole nie omawialismy szerzej dzieł Ernest'a Hemingway'a, zwyczajnie nie przypominam sobie żeby na jakiejkolwiek lekcji były omawiane.
Warto przeczytać choćby "Stary człowiek i morze" jak jest się już dorosłym.
U mnie w sumie nawet był pomysł przeczytania tego jeszcze w gimnazjum ale moja klasa jakoś zawieszała się na omawianiu lektur i trwało to całymi tygodniami... Cóż, polski nie był ich ulubionym przedmiotem.
I tu od razu nawiążę do kawałka o "Mistrzu i Małgorzacie" - mój polonista z liceum niemal dosłownie stawał na uszach, by skompilować materiały dla mojej klasy, które będą dostatecznie krótkie by udało się zmusić tych ludzi do czytania, ale będą już miały te potrzebne wartości. Nie wiem jak było za Twoich czasów, za moich rozmowa z młodzieżą o literaturze graniczyła z cudem.... Humany* jeszcze jakoś sobie radziły i miało u nich to sens, natomiast w mojej klasie było pełno kujonów, które zamiast dumać nad zagadkami wszechświata uczyło się wszystkiego dość bezmyślnie na pamięć i na polskim zamiast myśleć szukali tego takiego szkolnego klucza który im da dużo punktów na sprawdzianie, bo przecież tylko to się liczy, nie? Jaką inną wartość może mieć literatura? [SARKAZM!]
Morte napisał(a):Tutaj też nasuwa mi się takie przemyślenie, że w szkole jeżeli chodzi o literaturę to zawsze poruszałem się po wąskiej, ciasnej i wydeptanej przez lata ścieżce. Odrobinę czuję jakbym nie miał w tamtym czasie tej pełni możliwości wyboru dzieł, które byłyby wartościowe, a jedynie mogłem się poruszać po tej "najlepszej" drodze wyznaczonej przez system. Jakby nie było tu miejsca na kreatywność, inspirację i pogłębianie wiedzy w danej dziedzinie, choćby była niszowa.
To zależało w sumie od nauczyciela i spotkałam w życiu paru polonistów, którzy pozwalali migrować i jeszcze się z tego cieszyli... Tylko niestety moi rówieśnicy nie są do tego dobrym materiałem. Jak już mówiłam rocznik mój i młodsze mają już tendencję do nie postrzegania wiedzy jako wiedzy tylko jako jakiś tam informacji, które wystarczy bezmyślnie powtórzyć i tyle. Szukają klucza rozwiązań do sprawdzianu, nie odpowiedzi. Wiele z tych osób napisałoby dosłownie największą nawet bzdurę, gdyby wiedzieli, iż jest to w kluczu rozwiązań do sprawdzianu (do którego często się "uczą" znając odpowiedzi od innej klasy i nawet nie zapamiętując często treści a co dopiero sensu tych odpowiedzi), co skutkuje potem masą osób z ocenami na poziomie 4+/5/6, które w rozmowie wydają się mieć inteligencję garnka z fasolą i obrażają się, gdy polonista zaczyna mówić o czymkolwiek abstrakcyjnym albo nie wmusza jednego konkretnego poglądu**.
*Wyrażenie użyte w znaczeniu pozytywnym i z całym szacunkiem dla klas humanistycznych, bo zwłaszcza ci o których tu mówię byli ludźmi sympatycznymi, inteligentnymi i o bardzo otwartych umysłach, mimo chwilami oziębłego podejścia do matematyki
**To akurat autentyk z własnego doświadczenia. W pierwszej liceum miałam polonistę starej daty, który cenił sobie samodzielne myślenie ponad wszystko. Próbował zachęcić ludzi do rozmowy; ponieważ moja klasa gapiła się jak sroki w gnat próbował ich podpuszczać, co czasem działało, czasem nie. Kiedy ktoś podchwycał wątek i wygłaszał opinię, on by nakręcić rozmowę (i zachęcić do głębszego przemyślenia/analizy) podawał kontrargumenty. Jeśli ktoś się zaczynał naginać do wizji przedstawionej przez niego i mu przytakiwać, on zmieniał fronty i podawał argumenty przeciwne do tych wcześniej przez niego podanych. Osobiście uwielbiałam te lekcje, ale klasa narzekała, że nic nie wiedzą, bo nie mogą wyczuć, czy kamień ma gadać czy nie ma gadać i czy to tylko metafora czy co i wymusili zmianę polonisty...
