No cóż. Literatura Magii i Miecza, powstała w latach trzydziestych w USA, poniekąd właśnie za sprawą R. Howarda, który przywaołał do życia Conana. Najpierw ukaywała się w pisemkach typu "Weird Tales", by później wypłynąć na szersze wody. Była tworzona wyłącznie dla rozrywki, nie zaś jako temat poruszający dusze i uczucia. Tylko czy nie można by tego robić dobrze?
Przebiwszy się przez stertę książek, poczułem się obezwładniony topornością konceptu, konstrukcją opowiadań, ba samą techniką - kurczę, nawet zdania składane są z lekkością sennego buldoga. Bo jak inaczej określić zdanie jednokrotnie złożone, zawierające SZEŚĆ (sic!) przymiotników?! Dramat! Tłumacz także dodaje swoje trzy grosze. Dzięki niemu pojawiają się tak piękne konstrukty jak np. "O Conanie, tyś ranion śmiertelnie!"
Fajny pomysł, w swoich czasch pionierski. Ciekawa, dobrze pomyślana postać. Tyle że dlaczego tak strasznie spaprana?!
Słowem, jak dla mnie, zawód na całej linii. Ma Cymmeryjczyk szczęście, że gorączka jeszcze mnie trawi, więc nie mam siły by bardziej sie nad nim poznęcać
A co Wy sądzicie?
PS. Nie, nawet jako pastisz, Cohena nie można wiązać z Conanem. Nie zasługuje bytak go traktować!
