przez shinju96 » 13 mar 2015, o 17:25
Czuję niewypowiedziany smutek. I złość. Bo wszystko wokół mnie jest tak okrutnie jak zwykle. Szkoła, miasto, ludzie - wszystko wygląda jak zawsze. A ja mam ochotę wydrzeć się każdemu z osobna, że odszedł od nas Mistrz. Chce mi się płakać, jeszcze dziś znów płakałam. Nikt tego nie rozumie, bo płacze się przecież po rodzinie albo papieżu. Minie nieco czasu zanim oswoję się z myślą, że już Go tu nie ma. Że gra ze Śmiercią w szachy i co chwila musi mu tłumaczyć, jak porusza się koń.
Jestem taką sobie zatwardziałą ateistką od urodzenia. Gdy byłam młodsza - może miałam dziesięć lat - nieraz nachodziły mnie ponure myśli na temat tego, co jest po śmierci. Próbowałam to sobie wyobrazić i płakałam, gdy wyobrażałam sobie Nic. Byłam małym, bezradnym dzieckiem, które nie brało żadnych bogów pod uwagę i bało się tego, co je czeka. Naprawdę się bało, ale nikomu o tym nie powiedziało.
Aż poznałam twórczość Pratchetta. I koszmary, które dręczyły mnie przez długi czas, znikły. Przestałam się bać. Nie wierzę, że przyjdzie po mnie kościotrup z kosą, ale teraz wiem, że to Nic nie musi przerażać. Że być musi. Że nie boli. Nie straszy. Można się z niego nawet śmiać. Wiem, że muszę najlepiej wykorzystać ten czas, który mam. Ile go mam, nie wiem. Bo przecież gdybym wiedziała, to wcale bym nie żyła. Wiem, że jestem kłosem, ale nie boję się Kosiarza.
Pratchett jest i będzie moim ulubionym pisarzem. Zawsze będę mówić, że był największy i najmądrzejszy. Może to niezbyt rozsądne. Może to, że teraz znów płaczę, też nie jest.
Ale dziękuję Ci, Mistrzu.
"Dojrzałość to wiara, że nasze życie ma tyle sensu i celu, i jest na tyle wspaniałe, na ile takim je uczynimy."