To był naprawdę wypaśny weekend - najpierw w piątek przebijanie się przez barykady, zasieki i wilcze doły, aby dostać się do Niebezpiecznego Groszka. Mówię Wam, jeśli ktoś jej nie zna na żywo, niech żałuje. Obśmiałam się równo rozmawiając z nią i patrząc na jej dzieci. Yodynka podbiła równo serca wszystkich, moje też, chociaż nie chciała się poprzytulać
No i powrót, pościg za pościgową grupą wrocławską i oblężenie pociągu. Ludzkość w przedziale płakała ze śmiechu patrząc na nas.
A potem to już było jakieś zagięcie czasoprzestrzeni, które sprawiło, że weekend pomknął niczym pendolino i zwolnił dopiero w niedzielę wieczorem, kiedy dotarłam do domu. Te wszystkie gry, rozmowy, śmiech, łaskotki, rozumienie się w pół słowa, możliwość zobaczenia wszystkich, których od dawna nie widziałam. Oraz oczywiście spływ, którego trochę się bałam a okazał się genialną zabawą. No nie wiem, jak u Cudo, która dostała kilka razy gałęzią, wiosłem i takie tam

Fajnie było. Naprawdę fajnie i cieszę się niezmiernie, że to spotkanie miało właśnie taki charakter. Zwiedzając Warszawę umęczylibyśmy się strasznie a tak było mnóstwo czasu na pogaduchy i zabawę.
Dzięki i ściski przeogromne dla Uuu i Moniki za pomysł i realizację tegoż pomysłu. Jesteście przewspaniali i kochani, po prostu

I podziękowania dla reszty która przybyła a dzięki której ten weekend był taki intensywny
