przez Cudo_Tyłeczek » 7 lis 2013, o 21:28
UWAGA! ACHTUNG! WNIMANJE KLEJENJE;)
To był zwykły jeszcze nie wieczór nad Broad Wayem. Słońce nie zachodziło. A zima nie odpuszczała. Śnieg nie stopniał. A wiosna nie dobiegła z równin Sto Lat. Bo, po co miałaby biec? Jeszcze by się spociła i popsuła fryzurę? Dzień toczył się ku końcowi, jak co dzień.
Gzyms tęsknie spoglądał w dół na plandekę wozu, na którym odbywało się wróble wesele. „Taki na przykład wróbelek smaczny jest” – zakiełkowała w jego jejestwie nieśpieszna myśl.
Wróble w ogóle nie zwracały na nic uwagi. W powietrzu unosiło się pełno pierza i… miłości.
Właśnie dochodziły w swych amorach do kulminacyjnego momentu, gdy z nieba spadła na nie z wizgiem lotek pierzasta strzała unicestwienia.
Ziarenko piasku w miniaturowej klepsydrze później – oszołomiona wróbliczka przysiadła rynnie obok Gzymsa. Trzęsła się cała, usiłując wygładzić nastroszone piórka, rozglądając się przy tym nerwowo, lecz nigdzie nie widziała wróblego generała.
Tylko na dole, na plandece wozu widać było ślad odciśniętych skrzydeł ptasiego napastnika i jego ofiary.
Ledwo to do jej małego umysłu dotarło, gdy znalazła się w paszczy gargulca.
Kolejne ziarenko piasku w miniaturowej klepsydrze powoli spadło…
Kapral Cudo Tyłeczek spojrzała na truchełko gołębia, które trzymała w dłoni. Potem spojrzała na ślady odciśnięte na plandece wozu i jeszcze raz na gołębia. Westchnęła ciężko. Znowu Gzyms się najadł i nie będzie chciał przydziałowego ptaka. Co z nim zrobić?
Cudo była ekspertem w dziedzinie alchemii, temu nie można było zaprzeczyć. Jednak, jeśli chodzi o wierzenia, jej wiedza nadal pozostawiała wiele do życzenia, choć mocno się starała tę wiedzę poszerzyć. Nie miała pewności czy spalając martwego gołębia nie wywoła przypadkiem oburzenia wśród ludzi, dla których spalenie zwłok jest świętokradztwem. Podobnie z pochowaniem, wrzuceniem do Ankh, bądź też zwinięcie zwłok w bawole skóry i pozostawienie na słońcu by wyszły. No i czy martwego gołębia w ogóle traktuje się jako zwłoki zasługujące na godny pochówek? Z religią lepiej nie zadzierać, nawet w kwestii gołębia...
Zawsze można spróbować dostarczyć gołębia innemu gargulcowi. Odetchnęła zadowolona z odnalezionego rozwiązania. Już miała zawrócić, jednak zamarła w pół kroku. Jeden element nie pasował do układanki. Jeden element. Wóz stojący pod Gzymsem. Co on tu robił?
Odwróciła się i spojrzała na dachy opery, wznoszące się ponad innymi, w dole ulicy. Ten wóz nie pasował do okolicy. Tak bardzo, że jakiś cichy głosik w jej głowie zakrzyknął: Uważaj! W ostatniej chwili uskoczyła przed spadającym gargulcem, który roztrzaskał się u jej stóp, obsypując od stóp do głów odłamkami i pyłem. Turlając się klasycznie, przez lewy bark, starała się dojrzeć, kto zrzucił na nią funkcjonariusza obserwatora.
Nie zdążyła strząsnąć jego resztek z siebie, gdy rozległ się mrożący krew w żyłach ni to krzyk, ni śmiech.
Zerwała się i z szybkością światła "zamigała" do pobliskiego sekara, licząc na czujność obsługujących go.
"Funkcjonariusz nie żyje! Potrzebna pomoc!"
Ostatni raz popatrzyła na Gzymsa - chyba nic więcej nie mogła w tej chwili dla niego zrobić. Gdyby był krasnoludem, człowiekiem czy innym człekokształtnym - zamknęłaby mu oczy. A jemu? Na gruzach tego, co było jego ciałem, położyła podniesionego z ziemi gołębia. Walczyła przez chwilę ze sobą, bo wiedziała, że nie powinna, bo mogła zniszczyć ślady, ale zrobiła to pod wpływem wewnętrznego impulsu. Coś jej mówiło, że tak powinno być.
Gdzieś z sąsiedniego dachu spadła z łoskotem dachówka.
Cudo zerwała się z klęczek i podbiegła do drzwi kamienicy. Załomotała nerwowo kołatką. Musi dostać się do środka. Musi podjąć pościg.
Otworzył przedwojenny warszawski cieć. Może powojenny. W każdym razie wyglądał na ciecia - miał to 'coś' w oczach. No i w dłoni, która posiadała niezwykle wypielęgnowane paznokcie w kolorach tęczy, trzymał nie miotłę z witek, lecz miotełkę z kurzych piór.
Jak wmurowana Cudo stała i patrzyła się w to dziwo przed nią.
- Pani - tu cieć zlustrował ją spod przyciężkich powiek, od stóp do głów, z wyraźnym niesmakiem - do gabinetu Madamy LaRougeParouraroura?
- Yhym... Znaczy tak! - Prawie krzyknęła zdezorientowana Tyłeczek.
- Schodami w górę, pierwsze piętro, drzwi po prawej, stukać dwa razy - zaintonował mantrę GPS.
Szalonym Cudo pędem wbiegła na pięterko i osłupiała po raz kolejny. To, co ukazało się jej oczom
..., z prędkością światła pognało przez pryzmat ich źrenic i odbiło się do góry nogami na siatkówce. Mózg Cudo w 1,24 nanosekundy (był trochę niewyspany tego dnia) dokonał rutynowej korekty i zadowolony z siebie ponownie zwinął się w kłębek w pod powałą czaszki.
Tylko w taki sposób Cudo mogła zachować resztki zdrowego rozsądku. Przed nią, bowiem roztaczał się najdziwniejszy widok, jaki w swoim krasnoludzim życiu widziała. W oknach klatki schodowej były witraże, przez które wpadały resztki światła. W wielkich lichtarzach migotały światełka woskowych świec. A zapach? Zapachu kapral nie umiała rozpoznać, ale zdawał się przypominać bukiet kwiatów zanurzony w karmelu. Drzwi przypominały połączenie domu negocjowalnej rozkoszy ze świątynią najdziwniejszego bóstwa Klatchu. Nie wiedziała, jakiego bóstwa, ale wiedziała, że po przekroczeniu progu, będzie się ono domagało od niej ofiary. Czy była na nią gotowa? Tak!
... Ale czy na pewno? Do czapki akurat była bardzo przywiązana.
Wielokrotnie i nawet z pętelką, kokardką podwójną i węzłem buchtowym dziwna rzecz. Później się nią zajmie. Drzwi otworzyły się powoli acz nieoczekiwanie i bezdźwięcznie, bez pukania, sprawdzania przez wizjer i wołania, „Kto zacz?!". Nie zważając na nic, kapral odważnie wkroczyła do przybytku nieznanych i, czy aby na pewno, rozkoszy.
Powitał ją widok godny pióra najlepszych bajkopisarzy. Otaczający ją przepych powalał na kolana, dlatego też szybkim ruchem wyciągnęła swój topór bojowy z sakwy na plecach i na wszelki wypadek wsparła się na nim, starając się nadać swej mikrej sylwetce wygląd nonszalancji i pewności siebie. Zza zasłony bezdźwięcznie wyłoniła się kobieta. To znaczy postać posiadające wszystkie atrybuty i cechy kobiecości. A dużo ich było, z naciskiem na trzeciorzędne cechy płciowe.
Cudo nie cofnęła się tylko dlatego, że jej topór utknął w gęstym włosiu dywanu, który idealnie rozpraszał wszelkie niepowołane dźwięki.
- Bą żur, mademoiselle - rozległ się matowy alt postaci.
Kosmyk włosów opadał zalotnie na oko istoty i kwintesencji kobiecości. Liliowy szlafrok rozchylił się niebezpiecznie, ukazując przerażonym oczom Cuda to, za co cały rodzaj męski, wszelkiego autoramentu, dałby się posiekać i zniósłby najcięższych kar katusze.
Zbaraniała zupełnie Cudo, zapatrzona w głęboko wycięty, pięknie ozdobiony sztrasowymi ozdóbkami, rozkosznie wysadzany dżetami, piórkami i perełkami gorset, zauważyła dyskretnie wyłaniający się koreczek o brylantowym szlifie, który szpuntował coś.
Prawie zupełnie zapomniała o pościgu, jednak zachowała resztki czujności i wydukała:
- Muszę... eee..
Przerwał jej gwałtowny gest dłoni i szelest jedwabnego rękawa.
- Zdecydowanie tak, moja droga, m u s i sz coś zrobić z tym owłosieniem na twarzy, jak mogłaś się tak zaniedbać, dziecko? - Dłoń z ptasim trzepotem skrzydeł rękawa sięgnęła do głębokiego dekoltu i wyciągnęła pięknie profilowaną, z rżniętego kryształu, w srebrnej plecionce, piersióweczkę, której zawartość zachlupotała zachęcająco.
- Łyczka na odwagę? - Głęboki alt zabrzmiał niczym grzeszna obietnica.
- Ale czy to jest? - Cudo usiłowała sobie przypomnieć tę nazwę.
- Ależ tak, to l`eau de voodaa, nie mylić z podróbą aulabogaa, albo bimbervooda - westchnęła ciężko Madama.
- Ja prowadzę... - Ledwo zdążyła Cudo otworzyć usta.
- Kochanie, zamówimy Ci lektykę i tak nie będziesz mogła potem chodzić, a co dopiero mówić o prowadzeniu - słowa Madamy zabrzmiały jak wyrok.
- Ale ślad! - Podniosła głos kapral.
- Ślady posmarujemy balsamem, nic się nie bój, dziecko. No! Chlup!- Madama zręcznie wykopnęła topór spod dłoni krasnoludki. Zaskoczona i zdezorientowana Cudo poleciała w kierunku napastniczki. Ta złapała ją, obróciła do siebie jedną dłonią tak, że Cudo spoczęła na jej łonie, zupełnie jak w egzotycznej figurze tanecznej, unieruchomiona, co umożliwiło Madamie drugą dłonią przytrzymać podbródek kapral tak, by wlać solidną dawkę płynu i zmusić do przełknięcia, przez zatkanie nosa. Wszystko to trwało ułamek sekundy, choć krasnoludce zdawało się, że zajęło wieczność, jak przy oglądaniu tego wynalazku. Jak mu tam? Ruchomym obrazkom oglądanym w zwolnionym tempie.
Cudo omal nie zemdlała. Nie pierwszy raz tego wieczoru...
A może jednak zemdlała? Nie pamiętała, bowiem jakim cudem znalazła się na tym łożu. Hmmm... Bardzo miękkim i przyjemnym, wyściełanym przednim jedwabiem. Chciała się przeciągnąć, ale coś ją powstrzymało przed tym ruchem, więc ani drgnęła. Kontynuując powstrzymywanie się ze wszystkich sił przed gwałtownym otwarciem oczu - delikatnie tylko uchyliła powiek. Była w pokoju, w którym cichutko szemrała muzyka, do złudzenia przypominająca ciurkający sobie swobodnie strumyczek po ścianach kopalni. Panował tu przyjemny półmrok. A w półmroku tym dostrzegała elementy wyposażenia. Zaraz czy to są wypchane głowy zwierząt? Jak w uberwaldzkiej leśniczówce? Niemożliwe! Gdzie się znajduje? Ach. Jak uderzeniem obucha topora bojowego powróciły wydarzenia ostatnich minut. I tak, teraz już wiedziała, co zwróciło jej uwagę w postaci ciecia. Pomijając cały jego nietypowy wygląd i sposób wysławiania się. To żyłką wędkarską, skomplikowanym węzłem, przywiązana do czapki tabliczka z napisem "Rubinów worek". Czy nie tak się nazywał najsłynniejszy gabinet odnowy biologicznej istot wszelkich gatunków i rodzajów w Ankh-Morpork?
Nagle w głowie Cudo zakiełkowała nieśmiało myśl... Czyżby? W sumie jednak, raczej chyba, może jednak, nieee... Nie jest przecież aż tak odważna? Nie jest? Taka maseczka z pomidora? Tak! Słyszała, że kwasy w nim zawarte potrafią zdziałać cuda. A czyż ona nie była Cudo? Cudo Tyłeczek? Tak! Zrobi to! Do dzieła!
Zerwała się z łóżka i... Zaraz opadła. Więzy trzymały ją mocno. Skrzypnęły drzwi. Przerażona ujrzała największego i najbardziej czarnego na twarzy i reszcie umięśnionego ciała, okrytego jedynie w strategicznym miejscu imitacją liścia figowego, mężczyznę. Nie miała żadnych wątpliwości, co do tego, że był to mężczyzna.
Za nim, niczym Anioł Stróż, wyłoniła się jak okręt pod pełnymi żaglami - Madama LaRougeParouraroura.
- Kochaniutka, to, co? Kat`cie zrobi ci najpierw klatchiańską depilację czy raczej zajmiemy się brodą?
Oj to był sen, zły sen. Oj, bardzo zły. Łudziła się Cudo.
- Kat`cie - zwróciła się do posągowego w swej urodzie pracownika Madama - czyń swoją powinność!
- Ja nie chcę!!! - Zdołała wykrzyczeć kapral. Na próżno...
Kat`cie podszedł do kapral i szybkim, wężowym ruchem, chwycił za brodę.
- Tylko nie za brodę! - Ryknęła Tyłeczek.
W drugiej dłoni Kat`cie pojawiła się brzytwa ostra jak łyżwa holenderskiego panczenisty. Jeszcze krzyk Cudo nie przebrzmiał a już było po wszystkim.
Zza ramienia Kat`cie wychynęła Madama - fachowym okiem oceniła dzieło podwładnego.
- Kochaniutka, wyglądasz jak... Wisienka na torcie. Taaak... Cheri pasuje do Ciebie. - Zakończyła zadowolona.
A efekt wyglądał tak: obrazek
Madama przyjrzała się zbroi kapral Tyłeczek.
- A fe! Jak możesz to nosić? Ta zbroja jest niemodna! Nawet jak na standardy krasnoludzie!
- To standardowe wyposażenie straży! - Warknęła Cudo. - Puść mnie! Prowadzę pościg za mordercą!
- Morderca? Tutaj? W moim gabinecie??? - Madama omdlała malowniczo. I tak samo malowniczo została zignorowana przez skrępowaną krasnoludkę. Nie osiągając zamierzonego efektu, Madama Parouraroura dźwignęła swe ciało obleczone w szatę przywodzącą na myśl balową suknię.
- Cheri, dziecko, idź, uwalniam cię, złap tego mordercę - egzaltowanie westchnęła. - Tylko nie wspominaj, że mój lokal miał coś wspólnego z tym zajściem, to może zaszkodzić mojej reputacji.
- Wprost przeciwnie - szepnęła, zrywając się, uwolniona Cudo.
Kapral przedzierała się przez zagracony strych, gdy na jej głowę spadły zwoje wykresów częstotliwości stanów wody Djeli. Ledwo się z nich wykaraskała, a już musiała pokonać półki zastawione słojami z przeterminowanym, rozpaćkanym i spleśniałym sorbetem malinowym. Obrzydlistwo! W zakurzonym mroku dostrzegła drabinę opartą o krawędź włazu na dach. To jest to! Szybko! Musi tam dotrzeć!
U stóp drabiny dostrzegła jeszcze jakiś kształt, który przywiódł jej na myśl obraz nieśmiałego aligatora. Przecież to niemożliwe! Co on tam by robił?
Ostrożnie się zbliżała do nieruchomego, wyindywidualizowanego z mroku podłogi i mnóstwa innych, kształtu. Krok za krokiem skradała się, coraz bardziej niepewna czy dobrze robi. Tylko, że to była jedyna droga na dach. A ona już zmarnowała tyle czasu. Morderca przecież nie będzie na nią łaskawie czekał. Sięgnęła po topór na plecach i... Niczego nie złapała. Nic. Pustka. Aż chciała się obrócić i sprawdzić czy na pewno nic tam nie ma. W akcie desperacji chwyciła z wystający z wiklinowego kosza por. A aligator nadal się nie ruszał. Taki był nieśmiały. Dźgnęła go z doskoku w zamknięte oko. Nic. Czyżby spał?
Oby był wypchany. O takich opowiadała jej babcia. Wisiały pod sufitem w miejscu zwanym Muzeum Gadów w Piekarach Śląskich. Nie miała pojęcia, gdzie to miejsce się znajdowało, ale babcia wspominała o nim z łezką wzruszenia w oku. Tyłeczek kiedyś tam się wybierze i pozna korzenie. Teraz musi dostać się na dach za wszelką cenę. Mało myśląc skoczyła, gad również. Co za franca! Lecz Cudo była szybsza i skoczniejsza, jedną stopą odbiła się od pysku gada, który kłapnął tylko bezsilnie i już drugą nogą była na piątym szczeblu drabiny. Nigdy nie podejrzewała, że potrafi tak skakać. Wszak wszyscy twierdzili, że krasnoludy nie potrafią skakać. Adrenalina krążąca w jej żyłach zdziałała cuda. Już miała otworzyć właz na dach, gdy usłyszała
szum dynama. Znała ten dźwięk. Będzie ją prześladował do końca życia. Stryj miał zacięcie ciut techniczne i wymyślił, że oświetlać będą korytarze rodzinnej kopalni za pomocą światła niekoniecznie uzyskiwanego z lampek smalcowych. To było istne szaleństwo. Na zmianę kręcili korbkami, aż do omdlenia rąk, a czasem i nóg. Walcząc ze zmęczeniem i sennością. Budzeni pokrzykiwaniem Szczyp Tyłeczka, który nie szczędził im kuksańców i eklerów. Eklery były w tym wszystkim najstraszniejsze. Domowe, wielkie i tłuste od kremu. Cudo pamiętała, że musiała ich zjeść, co najmniej sześć. "Na zdrowie!" - Krzyczał stryj.
Skąd dźwięk dynama na dachu?
Kapral zaparła się o przedostatni szczebel drabiny i z całej siły pchnęła barkiem klapę włazu. Ta ani drgnęła. Spróbowała jeszcze raz. I jeszcze. Czuła łzy napływające jej do oczu. Poczucie bezsilności, jakże siebie w takich chwilach nienawidziła. Zebrała się w sobie i z okrzykiem ostatnich Indian Imperium Agatejskiego (a może to byli Indianie z Gór Szwarzwaldu?) Rzuciła się całym swym mikrym ciałkiem na właz. Klapa odskoczyła z hukiem. Szum przypominający dźwięk pracującego dynama narastał. Cudo ostrożnie wyjrzała. To, co ukazało się jej oczom było równie dziwne, jak pędzący zaprzęg zmutowanych lam.
Gargulce gnały przed siebie na oślep, skacząc z dachu na dach, ze straszliwym wizgiem i szumem łożysk kółeczek toreb na zakupy znanej marki kaletniczej Luiz Szczęsny VujTon. Nawet się na nią nie obejrzały. Rozpierzchały się z wdziękiem nowego sportu, zwanego na cześć wynalazców z zagranicy "Lee Pary qur". Coś tu się musiało stać. Cudo zerwała się i przeskoczyła rant włazu. W jedną chwilę znalazła się na krawędzi dachu. Spojrzała w dół.
Niczym prestidigitator znikąd wyciągnęła najnowszą swą zdobycz - soczewkę w oprawce, szybko włożyła ja w skórzaną tulejkę i spojrzała w dół. Na bruku, w pewnej odległości od pozostałości po funkcjonariuszu Gzymsie, leżało jeszcze coś. Lub ktoś. W każdym razie leżało i nie ruszało się, bo nie bardzo miało, czym... Skrwawiony ochłap w bąbelkach czerwieniejącej mazi. Czy to był napastnik? Czy gargulce dopełniły krwawej zemsty?
Zjechała po rynnie ze zręcznością, której mógł jej pozazdrościć niejeden skrytobójca. Stanęła obok zwłok i rozpoczęła czynności śledcze. Z mieszka przy pasku zaczepionego wyciągnęła ręczny impulsownik kinetyczny z naprowadzaniem trzonkowym, którym wstępnie oklepała klinowy z napędem impulsowym, oraz łbowym przekaźnikiem energii kinetycznej, trzonkowy sczepiacz materii, wykorzystujący zjawisko zwiększania tarcia statycznego w stosunku do tarcia kinetycznego, w celu zaznaczenia ułożenia ciała.
Wiatr zaczął wiać niespodziewanie, co nie przeszkodziło kapral pełnić dalej obowiązków służbowych. Jednak zapach, który przywiał miał w sobie nutę czegoś niepokojącego.
- Hej! Wy! Tam na górze! Wiem, że mnie słyszycie! - Krzyknęła w górę Cudo.
- Nie wiem, dlaczego to zrobiłyście i komu, ale się dowiem!
Odpowiedział jej obojętny wzrok gargulców i szum wiatru.
Zapach się nasilał. Coraz mocniejszy, natrętny i duszący. Wgryzał jej się przez nos do samego środeczka mózgu.
Skądś go znała. Pochyliła się nad zwłokami i próbowała złożyć rozsypane puzzle w jedną całość. Zdziwiona zauważyła fragment protezy.
Z pewnością nie był to typ radosnego transwestyty bez nogi. Skąd to jej przyszło do głowy? Ha! Ta przeklęta gra skojarzeń... Ten cieć! Żałosny jak kumak górski z przerostem ambicji. Wciągnęła irchowe rękawiczki, a z nerkówki zaś wyciągnęła pudełko z nutellą wymieszaną ze smalcem i odcisnęła w niej fragment protezy. Dolna, nakładana, o delikatnym szarym blasku. Co ciekawe - piękna robota, ewidentnie elfia. Zaraz, zaraz, jak się nazywał ten materiał? Czy nie wydobywali go jej pobratymcy z Khoziej Dumki? Odcisk pomoże jej w potwierdzeniu identyfikacji ciecia. I te pióra z miotełki. Teraz już tylko mokre i zchechłane... Tak, to były pozostałości po nim. A tam dalej leżała czapeczka z daszkiem i resztką tabliczki. Niewiele więcej była w stanie rozpoznać. Tylko, dlaczego został zabity przez gargulce? Czy sam był mordercą funkcjonariusza Gzymsa? Jakie motywy nim kierowały? O co w tym wszystkim chodzi?
- ?!?!??
- #&@%$&!!
- ...
Cudo nawet nie przypuszczała, że nad jej głową toczy się zażarta, choć niema, dyskusja gargulców, które ustalały właśnie między sobą linię obrony i to czy mają pomóc tej krasnoludce na dole. Zaimponowała im uporem. I choć załatwiały takie sprawy zwykle między sobą, przewagę zaczynał zdobywać rzygacz zwany Kurkiem. Jako jedyny nie bał się wspinać się na kalenicę, stąd przydomek.
Na hełm kapral spadł jakiś odłamek dachówki. Spojrzała w górę. W układzie gargulców pozornie nic się nie zmieniło. Coś jednak zwróciło jej uwagę. Jeden z nich trzymał w łapie procę i celował w...
Cudo spojrzała w kierunku wskazywanym przez procę gargulca. Kształt toru pocisku nasuwał się sam. Kawałek dachówki musi wylądować, jeśli wzrok ją nie mylił, a nie mylił, w samym środeczku jakiegoś zawiniątka, które znajdowało się dokładnie pod wielkim szyldem wolnostojącym w dole ulicy. To bomba! - Krzyk w jej głowie zaskoczył ją samą. Budynki wokół szyldu ogłaszającego wszem i wobec, że najlepsze kasztany są na placu ∏ Galle, zamieszkiwane były przez spokojnych obywateli Klatchu, których byle iskra niepokoju zamieniała w rozszalały tłum wyzywający wszystkich wokół i każdego z osobna od band dzikich zwierząt. W najlepszym wypadku oczywiście. W innym zaś
(w życiu tak długiej grafomanii nie popełniłam:))) pora kończyć:)))
Mogget napisał(a):Sonderkommando cudo juz zrobila, co swoje?