Blade światło księżyca oświetliło samotnie stojącego mężczyznę. Ubrany w długi zapinany płaszcz, cofnął się w cień pobliskiego baraku. Ze skupieniem notował coś szybko w małym zeszycie. Na chwilę podniósł głowę, wysilając słuch. Usłyszał szmer. Rozejrzał się dookoła, lecz nic nie zwróciło jego uwagi. Niemieccy żołnierze jak zwykle palili fajki i śmiali się, popijając wódką, jak gdyby zapomnieli o swojej warcie. Od czasu do czasu strzelali przez kraty do bezdomnych kotów, a ich głos rozchodził się po placu apelowym. Tylko strażnik na najwyższej wieży stał niewzruszony trzymając ręce na karabinie maszynowym i usilnie wpatrywał się w ciemną równinę.
Mężczyzna opuścił głowę i kontynuował pisanie. Przy każdym podmuchu zimnego wiatru ręce mu się trzęsły, litery stawiał niewyraźnie i krzywo.
-Przeklęty Arbeitslager- mruknął pod nosem poprawiając kołnierz.
Jeszcze kilka dni i wraca do domu.
Dwóch niemieckich żołnierzy chwiejnym krokiem zbliżyło się do niego.
-Kommen mit uns.
-Ich habe keine Lust. Gehen allein. - rzucił pośpiesznie odchodząc w stronę dziedzińca. Niemcy spojrzeli na niego dziwnym wzrokiem, po czym odwracając się z widocznym problemem odeszli.
Mężczyzna w długim płaszczu upewniając się, że nikt go nie widzi, wsunął się do jednego z opuszczonych domków. Oparł się o ścianę i wypuścił powoli powietrze.
Jego serce biło jak oszalałe.
-Jeszcze jedna taka akcja i mnie nakryją – mruknął pod nosem wyglądając przez małą dziurę w ścianie. Na placu apelowym zgarbiony żyd pośpiesznie zamiatał liście. Mężczyzna w swoim ukryciu słyszał tylko dźwięk grabi ponuro skrobiących betonu.
Jednostajna melodia uspokajała nerwy, lecz także wdzierała się do serca. Przed oczami mężczyzny powoli zaczynały pojawiać się pojedyncze obrazy. Szarzy ludzie z przerażonymi twarzami, kryjący się w zakamarkach przed ogromnym cieniem, rozdeptującym każdego, kto stanie mu na drodze. Martwe ciała i bezimienne groby w ogromnym morzu łez i rozpaczy. I jeden mały promień, bezwzględnie duszony przez zaciśniętą pięść Hitlera. Jednak im mocniej jest ściskany, tym bardziej się żarzy, aż w końcu wypływa przez palce, pali podłogę, dokumenty, aż w końcu dławi potężny głos, wydobywający się z piersi Adolfa. Tak mężczyzna widział wojnę. Tak chciał ją widzieć.
I nagle obraz zniknął. Żołnierz znowu pozostał sam na sam z ciemnością.
Ktoś zaczął krzyczeć na zewnątrz. Mężczyzna odwrócił się i spojrzał przez dziurę. Na środku placu klęczał ten sam Żyd, błagalnie unosząc ręce do niemieckiego kapitana i mamrocząc coś pospieszne. Kapitan jednak nie zwracał na to uwagi
- Seien Sie ruhig! Sie hatte zu diesem bereinigen! - powiedział ze wściekłością niemiecki oficer, po czym wyciągnął pistolet i strzelił w głowę Żyda. Ciało powoli osuwało się na ziemię. W jego oczach było widać przerażenie i strach, na twarzy malowało się zdziwienie. Ręce trzymał mocno zaciśnięte na grabiach, jakby tylko one mu pozostały. Nastała cisza. Kapitan zdjął czapkę, podrapał się po głowie i odszedł.
Mężczyzna ukryty w baraku powoli otworzył drzwi, czemu towarzyszyło ponure skrzypienie. Chroniąc się przed światłem ogromnych reflektorów przemykał w cieniach pochyłych dachów. Wciąż nie mógł zrozumieć, co widział. Nie chciał rozumieć. Gdyby mógł, rozpłakałby się rzewnie na środku placu. Tłumił w sobie przeraźliwy szloch, lecz wiedział, że musi dostarczyć raport dowódcom. Musi to zrobić dla tych wszystkich ludzi, których da się jeszcze uratować.
Kiedy miał już przejść koło głównej wieży wartowniczej i znaleźć się w warowni usłyszał:
-Hey, du! Sie brachten neue Leute, Hilf bei der Entladung - powiedział potężnie zbudowany oficer, patrząc srogo na mężczyznę.
-Ja, Herr Hering - rzekł pospiesznie żołnierz i pobiegł w stronę bramy głównej. Kiedy był już poza polem widzenia, zatrzymał się, uspokajając bijące serce. „Dzisiaj transport? Zawsze przyjeżdżali w piątek” pomyślał i z przerażeniem zaczął biec. Zatrzymał się przed budką wartowniczą i spokojnie wszedł na plac. Jego oczom ukazał się przerażający widok: setka ludzi w łachmanach, stojących przy sześciu niemieckich ciężarówkach. Wystraszeni i zdezorientowani nie mieli czasu na zrozumienie, co się dzieje. Mężczyźni, kobiety, dzieci, starcy- wszyscy z przerażeniem w oczach biegli poganiani przez żołnierzy do szarych budynków, stojących w zachodniej części obozu. Nikt nic nie mówił, po placu rozchodził się tylko donośny głos Schwarza.
- Nie bójcie się! Trafiliście do obozu, gdzie będziemy was szanować. Nikt nie zazna głodu ani zimna, będziemy was traktować jak gości. Jednak najpierw musicie się umyć i zmienić odzienie. Prosimy, aby mężczyźni stanęli w jednej kolejce, kobiety w drugiej. Po prysznicu każdy dostanie nowe ubrania i ulokuje się w jednym z naszych baraków.
Po tej przemowie podniosła się wrzawa. Dla przywiezionych ludzi pojawiła się tak dawno zapomniana nadzieja. Wierzyli, że wreszcie ich los się odmienił. Biedna naiwność.
Mężczyzna już wiele razy widział podobną sytuację, zawsze taka sama reakcja. A potem zdziwienie. Podejrzliwość. Strach. I koniec.
Ilekroć nowi ludzie byli dostarczani do obozu, serce mężczyzny krwawiło z bólu. Tak bardzo chciał ich uratować. Tak bardzo przeżywał śmierć, która ich tu spotkała. Tak bardzo pragnął cierpieć razem z nimi, do końca podtrzymywać marny płomyk nadziei. Lecz mógł tylko bezradnie patrzeć i prosić w sercu Boga o zbawienie tych ludzkich dusz.
Po kilku minutach przed dwoma szarymi, zniszczonymi budynkami utworzyły się dwa rzędy.
Przy drzwiach stali żołnierze, spisując wchodzących ludzi, następnie za drzwiami znajdowało się małe pomieszczenie sanitarne, w którym zdejmowało się ubrania. Potem wchodziło się do małych komór, gdzie stłoczeni ludzie czekali na umycie. Mijała minuta, dwie. Po czterech, pięciu ludzie mdleli. Po dwudziestu już nie żyli.
Mężczyzna przykucnął przy jednym z pobliskich baraków. Oparł się plecami o zimną ścianę. Z kieszeni swojego płaszcza wyciągnął mały, poplamiony notes. Wpatrywał się przez chwilę w puste linijki, nie wiedząc co napisać, po czym zamknął go i włożył z powrotem do kieszeni.
Ciszę na placu przerwała tylko jedna, donośna melodia:
Deutschland erwache aus deinem bösen Traum!
Gib fremden Juden in deinem Reich nicht Raum!
Wir wollen kämpfen für dein Auferstehn!
Arisches Blut soll nicht untergehn!
All diese Heuchler, wir werfen sie hinaus,
Juda entweiche aus unserm deutschen Haus!
Ist erst die Scholle gesäubert und rein,
Werden wir einig und glücklich sein!
Wir sind die Kämpfer der N.S.D.A.P.:
Treudeutsch im Herzen, im Kampfe fest und zäh.
Dem Hakenkreuze ergeben sind wir.
Heil unserm Führer, Heil Hitler dir!
