Strasznie nie lubię pisać post pod własnym postem, nawet w takim odstępie czasowym, ale cóż, priorytety...
Czytam Ciekawe Czasy*. Na początku prolog w dwóch i pół wersjach (czyli to z Losem i Panią, oraz klasyczne "Poznajcie Dysk" i jakaś zajawka) i potem Vetinari. Jak zwykle.
Wcześniej w tym wątku dziwiono się fragmentem o rozpaczaniu przez Vetinariego, do kogo powinien się zwrócić o pomoc w jakiejś sprawie - "rozpacz nie pasuje do Vetinariego". Jak dla mnie właśnie pasuje. Rozpacz i niepokój. Wbrew swojemu zachowaniu Vetinari wydaje się niepokoić non stop. Prawie każda książka w Ankh-Morpork ma w pierwszych, powiedzmy, 30 stronach Vetinariego przejmującego się problemem i szukającego na niego rozwiązania. Nawet sam fakt, że został Patrycjuszem, w jego przypadku wychodzi na wyraz pewnej troski. On przecież nie potrzebował władzy, żeby być "kimś ważnym". Nie potrzebował obejmować tego stanowiska, żeby żyć w luksusie, z resztą nawet nie jestem pewna, czy on to życie w pałacu postrzega jako taki, bo zachowuje się tak, jakby potrafił równie mocno panoszyć się nawet gdyby gabinet miał na strychu starej rudery. Mam wrażenie, że Vetinari w głowie Pratchetta mógł być zawsze bardzo ludzki. Może właśnie przez to, że tak słabo przebijało się to przez inne fragmenty (które zdaniem wielu "nie pasowały" do Patrycjusza) pokazał jego młodość w Straży Nocnej. Vetinari może nie mógł się pokazywać od tej takiej przyjaznej strony, która mogłaby zostać uznana za ludzką, ale w tym takim zdystansowaniu i nieprzeniknionej masce, pod którą siedzi umysł cały czas czuwający nad całym wielkim miastem, cały czas pędzący o krok czy dwa dalej, kojarzy mi się albo z bardzo dobrym szefem firmy (o którym może i nikt nie wie, co myśli, ale wszyscy mają zawsze pieniądze na czas, nadgodziny są dobrze przemyślane i mało uciążliwe, sam przychodzi pierwszy i wychodzi ostatni i nigdy nie mówi, że to nie jego sprawa) albo... z podejściem rodzica. To drugie to trochę bardziej daleko idący przykład; szczerze, bardziej pasuje mi do Vetinariego określenie "szef firmy"**, ale z kolei ten drugi przykład może lepiej zobrazować, co mam na myśli. Bo widzicie, w maju zmarła jedna z moich babć. Od tego czasu mama przegląda i porządkuje jej rzeczy, bo ciotka umyła ręce. I jak na razie okazuje się, że mama odkrywa coraz więcej i więcej różnych rzeczy, których o babci nie wiedziała, tak że chwilami aż się czuła, jakby tej osoby wcale nie znała (akurat w gorszą stronę, ale to już inna historia). To wydarzenie też przyczynia się do rozmów w moim otoczeniu, właśnie o rodzicach, zmarłych i tych ukrytych obliczach. Czasem owszem, odkrywa się mroczne sekrety, ale czasem jest też w drugą stronę, gdzie ktoś nigdy wcześniej nie przyznał się, że miał problem, no nie chciał innych kłopotać. Ktoś sobie radził z czymś sam; czasem prezentował się jako osoba oschła, a w rzeczywistości się przejmował i inne takie. Wielu rodziców też długo nie umie mówić dzieciom o jakiś swoich sprawach, bo po prostu to nie jest w gestii dziecka się tym kłopotać, nie chcecie ich tym obarczać bez absolutnej konieczności (no bo rozwodu ukryć się np nie da). I jakkolwiek nie jest to idealnie to, co widzę u Patrycjusza, to może to pomóc trochę bardziej zrozumieć, jaki dualizm ja w nim dostrzegam.
Wracając jednak do tego, od czego zaczęłam w ogóle myśl w tym poście, bo odpłynęłam. Poza tym wszystkim, o czym mówiłam, widzę też w nim Pratchettowy Motorek Napędowy. Taka refleksja mnie naszła być może przez to, jak daleko w tył przeskoczyłam od Niewidocznych Akademików. W Ciekawych Czasach Vetinariego irytuje motyl swoją bezproduktywnością. Vetinari jest wciąż nastawiony na działanie, na szukanie dziur w pozornie całym (choć Ankh-Morpork to chyba bardziej jak durszlak...) i szukanie szpachli stosownej do ich załatania. Z czasem coraz częściej wydaje się on odnotowywać fakt, że nie da się żyć w nieskończoność na zbyt dużych obrotach (chyba, że jest się nim), dość łatwo akceptuje że ktoś ma swoje życie, zamiast "subtelnie" doradzać, żeby sobie to życie odpuścił w imię bycia wygodnym pionkiem (jak Vimes). W końcu, w roli wielkiego, strasznego, niedostępnego Patrycjusza dostajemy gościa, do którego można wtargnąć z zapiekanką i z rozbawieniem uzna to za mocny argument.
Jak dla mnie bardziej niż nie trzymanie się założonego modelu postaci jest to kolejny przykład drogi, jaką przeszła twórczość Pratchetta, do której przelewały się czasem jego przemyślenia. Niektóre książki faktycznie wydają się napisane bardziej rozrywkowo, ale niektóre wyglądają jak sfabularyzowane rozważania o życiu (tak, tak, "Amerykę" odkryłam, wiem) i stąd mam wrażenie, że właśnie po Vetinarim można było widzieć, że trochę zbliża się koniec. Motorek dalej działał, dalej się wtrącał, jak w tą piłkę nożną, ale był już jakby... Bardziej zmęczony? Mniej spięty? Jakby to już nie miało aż takiego znaczenia. Trochę jakby Vetinari, widzący zawsze dużo dalej niż inni, widział już majaczącą w oddali kurtynę.
Ale może to jest moje dopasowywanie faktów do teorii zamiast na odwrót ;P
P.S. co do sugerowania się fragmentem z Piątego Elefanta w kwestii postrzegania wieku Patrycjusza, nie wiem jak wy, ale ja znam dużo 50-parolatków którzy o czasach liceum/studiów mówią też że "zamierzchłe czasy", "ło, kiedy to było", "ale to daaaawne dzieje" to mi wszystko się zgadza. Vetinari z resztą nie zachowuje się jak dla mnie w tych książkach jak ktoś kto przebił 60 i pędzi dalej, zawsze go wyobrażałam sobie właśnie w przedziale 45-55 bardziej. Nie pamiętam, kiedy oglądałam Going Postal względem czytania książek, więc nie ręczę, że nie zasugerowałam się tym w żaden sposób, ale z drugiej strony też nigdy nic nie zachwiało u mnie tym wyobrażeniem (a na pewno nie w stronę postarzenia go, raczej właśnie uznałam, że może przesadziłam o parę lat). Jak dla mnie to "dawno dawno temu" przy wspomnieniu damy z Uberwaldu bardziej pokazuje przepaść między chłopakiem, który miał całe życie przed sobą, miliony dróg do obrania, a mężczyzną, który ogląda się na niego przez ramię z wąskiej ścieżynki z rozpadlinami po obu stronach, którą to postanowił ostatecznie kroczyć przez życie. To nie jest coś odległego w czasie, co w mentalnej przestrzeni. Jedna z rzeczy, których się wyrzekł w imię czegoś większego, na czym mu zależało.
(idąc tym tropem ciekawe też jest, że w Akademikach już nie czuć moim zdaniem tego "czegoś więcej". W wielu książkach można było wyczuć trochę tego takiego bardzo dyskretnie żarzącego się "czegoś" między nim i Margolottą. W Akademikach została już tylko mocna, wygrzewana przez lata w tym żarze przyjaźń oraz wspólna plansza)
*nie mam pojęcia, dlaczego, bo opis brzmi jakby Pratchett zebrał wszystkie elementy, które potrafią mnie wkurzyć w książce, jak bóstwa bawiące się ludźmi w sposób za który najchętniej "odwdzięczono" by im się łomotem, wojny, barbarzyńcy, Rincewind... No ale wpada mi książka sama do rąk w każdym wydaniu jakim tylko jest w stanie, no to czytam
**Wtedy NU wychodziłoby na małą firmę rodzinną, wchłoniętą przez jakiegoś giganta, który z grzeczności pozwolił im zachować własne logo w zamian za wpływy z produkcji...

"Zdrowy rozsądek to zbiór uprzedzeń zebranych do 18. roku życia" - A. Einstein
"Don't find fault, find a remedy; anybody can complain" - Henry Ford