Moja przygoda z Pratchettem zaczęła się, gdy miałam może dziesięć lat - dostałam wtedy na urodziny "Kapelusz pełen nieba". Przeczytałam... i nic. Widać za mała byłam. Ku mojemu rozczarowaniu za rok znów dostałam książkę tegoż autora - tym razem "Trzy wiedźmy". Znów pudło, wyobrażacie sobie? Stały sobie te książeczki na półce i stały, aż jako nienasycony gimnazjalny mól - wszystkożerca postanowiłam dać im szansę. I oto stało się...
Poszłam do księgarni i zgarnęłam z półki sześć pierwszych lepszych książek ze ŚD. Zakochałam się. Zakochałam się w tym lekkim piórze, w niesamowitym humorze, w tych aluzjach i smaczkach (to niesamowite uczucie dumy, kiedy skojarzę coś sama!), a także w tych refleksjach, przy których łza kręci się w oku. A czasem się wymyka.
Ma miłość do Pratchetta nie zna obecnie żadnych granic, namiętnie kolekcjonuję jego książki, choć obiecałam sobie nieco przystopować, jako iż wkroczyłam w świat mangi i anime oraz ostatnio zaczęłam przeglądać w księgarniach inne półki, nie tylko te z dziełami Terry'ego
Uwielbiam również książki Agathy Christie i Jeffrey'ego Deavera, lubię kawę, herbatę i święty spokój. Do szczęścia widać nie potrzeba wiele.
Mam nadzieję poznać tutaj ciekawe osoby, choć zapewne tylko takie tu są.
