przez Cudo_Tyłeczek » 26 lis 2013, o 20:10
ACHTUNG! WNIMANJE! KLEJENJE!:
wypadku, do śpiewania znanego szlagieru z rodzinnych stron - "Nie płacz, Ewka". "Bo tu miejsca brak", dlatego właśnie emigrowali. Cierpieli na notoryczny brak miejsca i manię natręctw, która prowadziła do produkcji zbyt słodkich deserów i zbyt ostrych dań.
Jak dotrzeć do bomby i ją rozbroić na czas? Oczami wyobraźni widziała już wybuch tej bomby... te wszystkie flaki wyrzucone siłą wybuchu z kociołków ulicznych garkuchni, latające wokół, te pizze klatchiańskie, niczym tarcze wirująco-tnące, rozsiewające wokół woń egzotycznych przypraw i pomidorki koktajlowe.
Pomoc nadeszła, a właściwie - zleciała niespodziewanie z góry. Z precyzją ciepnięty trafnie, pod nogi kapral, przez Kurka jego osobisty wózek na kółkach. Cudo wskoczyła nań i niczym na hulajduszanodze pomknęła z górki na pazurki do bomby.
Oby wszystkie nauki mistrza Rosenkreutza na czas wyłoniły się z odmętów jej pamięci. Zielony czy czerwony kabelek? Który się przecina najpierw?
Z piskiem kółek wyhamowała na worze wiórów stojącym przy szyldzie. "Sprytne" - pomyślała - "jeśli to bomba zapalająca, to wióry w worze pójdą z dymem na rozpałkę, a potem rozpęta się piekło porównywalne z wiecznym ogniem kopalni Derweze." Taki mały wypadeczek, do którego przyłożyła niechcący rękę. A to tylko, dlatego że w trakcie kolejnego eksperymentu ze spalaniem ekskrementów (odwieczny problem życia pod ziemią, jak się pozbyć tego, co zostaje, żeby nie zaśmierdły wszystkie korytarze i sztolnie), nadepnęła na jeża i upuściła menzurkę ze środkiem zapalnym typu "napal mnie"...
Wyciągnęła, z braku topora, nóż z mieszka i
modląc się do dusz przodków, szczególnie jednego takiego przystojnego, ociekającego testosteronem krasnoluda, specjalisty od spraw beznadziejnie zaogniających się, o to, by bomba nie zawierała samozapalającego się alkoholu, w magicznej menzurce, której cylindryczno-stożkowy korpus właśnie odsłoniła.
Wzięła głęboki wdech i zdębiała. Wzdłuż osi bomby przebiegała rurka ogniowa łącząca substancję zapalającą w głowicy z zapalnikiem tylnym. Żadnych kolorowych kabelków do przecięcia. Rurka ogniowa była otoczona mieszaniną zapalającą. Jak to rozbroić? "O, święty Nepomucenie Stukaczu ratuj!" Właściwie to ostatnie słowo w jej szczękających ze strachu zębach brzmiało jak "ratatuj". Z tego, co kojarzyła była to egzotyczna zupa o składzie dwie marchewki, jeden... zapomniała w sumie co, ale pamiętała, że był to bardzo pieprzny składnik. Co się z nią dzieje? Powinna się skupić. Natychmiast.
Już wie! Będzie myślała o... kaszance. Tak, nic tak nie uspokaja emocji jak myśl o kaszance. Duża porcja kaszanki. Zapiekanej w cebulce. Bierze się dużą cebulę, przekrawa, z każdej warstwy cebuli powstaje miseczka, każdą taką miseczkę wypełnia się solidną porcją kaszanki, soli, pieprzy i zapieka. Niebo w gębie. Smakuje nawet z piwem, którego tak nie cierpiała, a które tyle razy piła, zanim dokonała bohaterskiego coming outu. Ach, pamięta to uczucie ulgi, chciało jej się wykonać podniebne ewolucje w stylu słynnej primabaleriny Siekierezady. Ta to potrafiła wyciąć hołubca z potrójnym axlem i trafnym rzutem siekierką do celu oddalonego o 120 stóp.
Kapral wzięła głęboki wdech i zauważyła linkę łączącą wyrzutnik z zawleczką odbezpieczającą zapalnik. Takie żelazne buciki! Zamknęła oczy i jednym ruchem przecięła ją. I nic się nie stało. Odetchnęła.
A nawet uśmiechnęła się. Chciała pod wąsem, ale przecież go już nie miała. Tak jak i brody. Bomba rozbrojona. Na wszelki wypadek
jeszcze przeniosła wór wiórów na odpowiednią odległość. Bomba była rozbrojona, ale składniki w znajdujące się w niej mogły zostać użyte ponownie. Zwłoki zabezpieczone. Tyle pytań wciąż kłębiło się w jej głowie? Motywy? Przyczyny? Dlaczego? Po co?
Rozejrzała się wokół. Zastanowiła ją panująca cisza i spokój. Zupełnie jak w klubie seniora na dancingu w przerwie między kolejnymi tańcami. Oko cyklonu to przy tym pestka. Babcia Cudo zabrała ją do takiego klubu raz na przedstawienie w stylu burleski. To było coś niesamowitego. A wystarczyło, że dj Gbur z Leska wyciszył grającą muzykę, za pomocą oderwania instrumentów od ust grających muzykantów, a cisza i spokój ogarniał wszystkich jak makiem, a nawet brukselką zasiał.
Kapral zdziwiło jeszcze coś. Brak pomocy ze strony niezawodnych funkcjonariuszy. Przecież zdążyła wysłać sygnał do najbliższego sekara. A mimo to nikt się nie zjawił na pomoc. Coś wisiało w powietrzu i to znowu nad jej głową.
Wyraz zagubienia malował jej się na twarzy, a także kilka innych wyrazów, bardziej dosadnych i mniej cenzuralnych. Jak to tak? Została sama? A tu tyle trupów? A kim ona jest? Ochroniarzem w domu pogrzebowym? O nie! Wypatrzyła najbliższy sekar i znów zamigotała w jego kierunku. Nic. Żadnego odzewu. A tak potrzebuje pomocy.
Aż ją złość roznosiła. Tupnęła nogą raz i drugi, wyglądało to raczej jak czeczotka w stylu dowolnym, niż ogniste, narowiste flamenco.
- Przepraszam? - nieśmiały głosik dobiegał gdzieś z okolic niższych niż wyższych.
Krasnoludka zdziwiona zaczęła się rozglądać wokół. Przeczesywała wzrokiem nierówny bruk ulicy i... nic. Zupełnie.
- Khm, khm... Tu jestem! - stanowczy głosik brzmiał z dołu i z bliska. A konkretnie z buta.
- Czy mogłabyś tak mocno nie podskakiwać? Bo rozlejesz mi piwo! Piwo! Piwo! - Malutka postać ni to kota, ni to mamrota, coś na kształt bota siedziała na prawym bucie Cudo, która poczuła nagle, że potrzebuje czegoś na skołatane nerwy, w dużych ilościach. Na przykład wyciągu z kozłka lekarskiego, extractum Valeriana officinalis, walerianą zwanego.
Tego było już za wiele. Poczuła się, jakby znalazła się w obcym kraju, obcym mieście, obcym świecie i potrzebowała koniecznie wskazówek, co począć ze sobą dalej. Najchętniej stanęłaby i wrzeszczała ze wszystkich sił:
- Gdzie jest najbliższa informacja turystyczna?!!!
Normalnie kupa śmiechu. Mogła mieć tylko pretensje do siebie. Mogła stać tam, nad gruzami, które były kiedyś Gzymsem i czekać na posiłki. Mogła? Nie mogła. I wiedziała o tym dobrze, że nie. A na skołatane nerwy pomoże jej teraz krótka medytacja. Potem nastąpi dedukcja?
Czy to możliwe, że cieć był mordercą Gzymsa, w dodatku o zapędach terrorystycznych? Wszak wszystko na to wskazywało. Lecz jakie motywy nim kierowały? Że niby chciał wzruszyć z posad beton świata podzielonego przez barykadę płci? Niczym spychacz zepchnąć z powierzchni stereotypowy pogląd, iż tylko kobieta ma prawo do kobiecości? Tak właśnie dedukowała po makijażu i manicure ciecia. Tak bardzo starał się być kobietą. Nie tak samo mocno, jak ona starała się być krasnoludem. Bo w końcu była krasnoludem, tylko trochę bardziej, bardziej wydekoltowanym, trochę bardziej wydepilowanym i trochę bardziej na wysokich, żelaznych obcasach. Kosiarka do trawy z napędem nuklearnym jest przecież ciągle kosą, prawda? Uspokojona wewnętrznie Cudo właśnie wyciągała z sakwy notesik by sporządzić raport z miejsca wielokrotnego zabójstwa, gdy z budynku obok wyleciał właśnie na zbity bruk klient z okrzykiem:
- Przecież zamawiałem pizzę!
Kapral lekko przeskoczyła delikwenta i nacisnęła klamkę, lecz zanim wkroczyła odważnie do lokalu, nad którego wejściem pyszniło się obdrapane logo "Zakamarek", zaraz się cofnęła. Zadarła głowę i spojrzała jeszcze raz z ukosa na logo. Coś jej to przypominało i raczej nie było zabawne. Chyba że raczej zabawne tak, jak zabawne bywają zabawne warzywa...
Wróciła i usłyszała gromki krzyk:
- Drzwi!!! Urwać nać twoja jedna!
Posłusznie zamknęła drzwi i stanęła zdezorientowana w totalnej ciemności.
W ciemnościach krasnoludka poczuła się jak u siebie w domu. Aż chciałaby założyć wrotki i pomknąć w dół sztolni na oślep w szaleńczym pędzie. Jak kiedyś już to robiła. Uśmiechnęła się do swoich myśli.
- Czy życzy sobie pani stolyczek? Czerwony stolyczek? a na tym stolyczku czerwony koszyczek na pieczyfko? - usłyszała uwodzicielski szept tuż za prawym uchem.
- Polecamy specjalite dela mezon - koktaj ze strzykiew. Strzykwy panierowane. Strzykwy flambirowane?
Kapral klapnęła na zgrabnie podsunięte pod jej pupę krzesełko.
Trzask zapałki i pojawił się w ciemnościach płomień świecy. W tle rozległy się dźwięki hiszpańskiej gitarry.
Cudo rozejrzała się, choć panujący wokół półmrok znacznie utrudniał prowadzenie rozpoznania terenu. Z głębi lokalu nadjechał wózek kelnerski. Na nim spoczywało naczynie, a w naczyniu, jak domyśliła się Cudo, strzykwy. W powietrzu pojawiły się dwie strzelby Pennsylvania Dixie. Wdzięcznie bujały się z boku na bok. Rozległ się huk.
Cudo błyskawicznie przeprowadziła ocenę sytuacji. Istnieje prawdopodobieństwo, nawet niezerowe, że właśnie została trafiona i umarła. Tylko dlaczego nie ma tego Kościstego z błękitem jarzącymi się ślepiami, którego głos brzmi jak huk zamykanej klapy od trumny? A nie. Jednak żyje. A przed nią flambirują się strzykwy.
W tle rozległo się tremolo gitarry wspierane wokalem:
"Dzień gaśnie w szarej mgle
wiatr strąca krople z drzeeeeeew
śnuuuur kormoranów w locie splątał sięęęęę...".
Kapral uległa nastrojowi. Myśląc, że to menu, sięgnęła po płachtę zadrukowanego papieru. Pierwsze co rzuciło jej się w oczy to ogłoszenie:
"Antracyt odkupię w dobrej cenie lub chętnie zamienię. Koksu"
Kolejne ogłoszenie brzmiało:
"Firma kosmetyczna Czterej Jeźdźcy Apokalipsy i Postapokaliptyczna Kotka sro. polecają landrynkową maść na hemoroidy, testowaną na grupie baletowej reumatycznych słoni. Nie zwlekaj! Nie uciekaj! Hemoroidy są wszędzie!".
Cudo zawzięcie zgłębiała lekturę. Zrobiłaby wszystko, żeby tylko nie jeść tych strzykiew.
Kolejne ogłoszenie - bo to chyba była jakaś lotka dołączana do azety - źródło utrzymania prasy, która cię wywali. Albo ci przywali, jak legenda miejska głosiła o panu zWyrazu. A może Zwyrolu? Nie miała głowy do nazwisk. Musiała nad tym popracować.
A jeszcze mocniej musiała popracować nad tym, by nie zamówić odruchowo pizzy. Krótki lot poprzedniego klienta nad gniazdem mrówek rynsztokowych dał jej do myślenia.
Szybko sięgnęła po monety i wyciągnęła złociutkiego dolara.
"That this sweet sunshine is the only gold I need,
Well I said just…" - słowa nauczyciela przystosowania do praktycznego kucia sztolni inżyniera Golden Esel`aaaArgha zadźwięczały jej w uszach prawie zagłuszając brzęk monety rzuconej o metalowy blat stołu. Miała nadzieje, że to wystarczy, by dyplomatycznie wycofać się z tego miejsca.
Jak na złość kelner, który pojawił się jak Igor znikąd, tuż za jej plecami, wykazał się zdolnościami lingwistycznymi, a także melepatycznymi (chyba, nie była pewna tego słowa) i zagaił czule:
"Look up the Sky
No Need to Cry ..."
Skąd on znał motto jej klasy?
Z przerażeniem zauważyła, że zamiast brylantyny używał tranu z wątroby rekina, czuć było go z daleka, a co dopiero z bliska. Aż zaczęła ją od tego zapaszku pobolewać głowa. Szkoda, że nie miała nic na ból głowy ze sobą. A z lotki wołał do niej wielkimi literami slogan "Goździkowa przypomina, że na ból głowy etopiryna!". Tak bardzo chciała znaleźć się daleko od flambirowanych strzykiew i woni kelnera z piekła rodem. W sumie w lokalu też nie pachniało zbyt ciekawie. Będzie musiała potem płukać włosy pokrzywą, żeby zmyć z siebie ten zapach. I w sumie cieszyła się, że nie ma już wąsów i brody. Bo nie zniosłaby tej mieszanki zapachowej tuż pod nozdrzami.
W tle znowu rozległa się muzyka. Był to najnowszy szlagier znanego szansonisty Amena Hindusa Pindusa, z wpadającymi w ucho dźwiękami sitaru:
"Karczochy, karczochy, to są straszne pieszczochy, natomiast kiełbasa pieczona jest całkiem zboczona".
Miała tego wszystkiego dosyć. Choćby miała przebić głową mury, a mury runą, runą, runą... (zacięła się na tym wyrazie, jak zepsuty gramofon) wydostanie się stąd. Zdecydowanie tak. Zerwała się, wzięła rozbieg i
wyłożyła się jak długa na jakimś szpargale zalegającym na podłodze knajpy, tuż koło jej stolika. Wokół jej sylwetki uniósł się azbestowy pył typowy dla taniego budownictwa tych okolic. Rozkaszlała się nieprzytomnie. Ostatnim razem tak kaszlała, gdy opadły pyły Gildii Alchemików. To nie było przyjemne wspomnienie. Podniosła się z godnością, otrzepała, siąpnęła noskiem, podziękowała dumnym skinięciem głowy osłupiałemu kelnerowi i ruszyła do wyjścia, gdy poczuła tępe uderzenie w kark. Roztarła bolące miejsce i odwróciła się, szukając sprawcy zajścia. Jej wzrok padł na leżący na ziemi kapodaster. Już gdzieś widziała taki wichajster. Tego było już za wiele. Chwyciła butelkę ze stołu i jednym zgrabnym uderzeniem uczyniła z niej zabójczą broń. Zawsze lubiła tulipany. W drugą rękę chwyciła przewrócony metalowy stoliczek i uczyniła z niego nieporęczną dosyć tarczę. Tak uzbrojona zaczęła się wycofywać w kierunku wyjścia, gdy drzwi przy
Mogget napisał(a):Sonderkommando cudo juz zrobila, co swoje?